Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Akademia
#1
Prologuś, polecam przeczytać :*;*:*:8;8;*;8:
Do tej pory nie wymyślilam porywającego tytulu do tej historii.
Rzecz piszę już od HOHOHOHO Jezus przy tym lekcje odbrabial.
Bylo niezlym hitem w miejscach, gdzie je postowalam, więc może i tu dam się zachlysnąć tym czymś. Nie gwarantuje jednak górolotnych i wielce oryginalnych wątków... Pisalam to na rozluźnienie, a że tak zaprzyjaźnilam się z historią i trochę się porysowalo bohaterów, że w końcu wkręcilo mi się tak i zostalo.
Osobiście lubię fantasty, gdzie 'magia' i te inne sprawy mają jakieś 'sensowne' i 'logiczne' wytlumaczenia. Staralam się to tu osiągnąć, mam nadzieję że mi wyszlo.
Początki są najgorsze, ale może im glębiej, tym bardziej się wczujecie?

Gatunki: Magia, romans, ludzio-zwierzęta, zagadka przez cala historię i od czasu do czasu wyskoczą czyjeś fanki. Oraz geje. Jeden. Epizodyczny.

Jako że narysowalo się fanartów na potęgę do tego stworzenia, z prawie każdym odcinkiem wrzucę jakiś obrazek by wam się milej czytalo. Jak w książce z obrazkami.
Pochwalę się jeszcze, że to jedyne opowiadanie które przetrwalo formata z początku tygodnia. To przeznaczenie.

(Przepraszam że pytam się o to tutaj – mam Win7, język polski klawiatury programisty, znaki dzialają, chociaż muszę robić ctrl+shift na zamianę y-z i nie mam Ł. Coś popieprzylam przy stawianiu systemu na nowo czy jak? Pomoże ktoś?)


Intro krótkie jest.




Środek lata. Chodnik. Środek miasta. Poniedziałek, godzina 15.00, ludzie wracają z pracy, dzieci ze szkół, ptaki z jednego bloku przefruwają na drugi, niczym małe bombowce. Z nieba leje się żar, niczym miód ze słoika i oblewa zmęczonych ludzi, i to nie skąpiąc ani kropli...
Chodnik jak zwykle obleziony przez ludzi, którzy spieszą się do domów, załatwiając ostatnie sprawy. Przecież nie wyjdą na ulicę, szeroki chodnik trzeba wykorzystać. Jednak wszyscy ci pędzący ludzie utworzyli w tłumie wielką dziurę. Nikt nie wchodził w nią, a przecież ile miejsca, kilku ludzi przeszłoby szybciej, nie omijając tych kilku płytek chodnikowych. Nikt jednak nie zdawał się tego zauważać, żaden w ich mniemaniu mankament nie istniał. I nikt ich nie widział. Dziewczyna w kusej sukience i chłopak w puchowej kurtce oraz blada postać, jakaś nastolatka leżąca na ziemi, wokół kałuża krwi. Otwarte oczy, zasłonięte mgłą, widoczne tylko białka, strużka ciemnoczerwonej cieczy cieknąca z półotwartych ust. Czy ci ludzie tego nie widzą?
– Nooo ojejku, tam zaraz ją bardzo poharatałam – mruknęła Mai i przeciągnęła się, podnosząc jedną rękę do góry. Jęknęła głośno, po czym powiedziała zwieszonym głosem:
– Tak, tak, może ją troszkę bolało... Z resztą nie wiem, nigdy nie przeżyłam ostatecznej śmierci.
– Tro...Troszkę?! Kobieto, tyś jej tętnicę do cna wyssała! – Wokół ciała krążył także Parachett, wysoki brunet z akwamarynowymi oczyma, opatulony w kilka szalików, bluzę, kurtkę i kurtkę, do tego bluza i kurtka, ach, i buty. Krążył i narzekał płaczliwym głosem na Mai, która dłubała sobie przy paznokciach i mało ją obchodziło, co jej towarzysz wyczynia. W ogóle mało ją obchodziło. Parachett tylko pokręcił głową i spojrzał na zegarek.
Był niezwykłą osobą. Z resztą można było to dostrzec po prostu patrząc na niego – niczym normalnym było posiadanie długich, kocich uszu na czubku głowy i puchatego ogona, który delikatnie podrygiwał w zależności od humoru właściciela. Jeszcze jedną rzeczą, którą odznaczał się Parachett – kotołak, był jego głęboki i przeciągły głos, który w niższych nutach jakby mruczał. Podobno przez to ludzie w szkole się go lekko bali.
Chłopak ponownie rzucił okiem na zegarek zdobiący jego prawą rękę, odzianą zresztą w zimową rękawiczkę.
– Oż ty w... Mamy tylko 24 sekundy...
Mai szybko zostawiła paznokcie w spokoju, gwałtownym ruchem odwróciła się do leżącej na ziemi dziewczyny i obnażyła małe kiełki. Przerzuciła ją bez większego trudu przez swoje ramię i spojrzała na Parachetta beznamiętnym wzrokiem.
– Idziemy stąd, dobra. Ale obiadu nie zostawiam.
– Co ty chcesz jej jeszcze wyssać?! Osocze i wody płodowe?!
– Ile razy ci mówiłam, że najlepsze zostawiam na koniec, a tu jeszcze mi trochę zostało... – Dziewczyna wyszczerzyła się do swojego towarzysza, pukając lekko w udo swojej ofiary palcem lewej ręki. Parachett, który pokręcił głową tylko odsunął mankiet kurtki by spojrzeć na zegarek.
– Ruszamy się, tylko 15 sekund... – Pokręcił głową – Twoje wypady na lunch zawsze kończą się kłopotami.
Mai machnęła ręką w napływie ekstazy:
– Wiesz, ale przynajmniej doceń, jakie masz interesujące życie!
– Kochana, ja wolę siedzieć przy kominku i wygrzewać ogon, a nie biegać z tobą, bo ty się z zębiskami w tłumy rzucasz, zboczeńcu.
– To nie ja tu jestem zboczeńcem, zoofilu, ostatnio bezdomne kotki ganiałeś!
Parachett lekko zdenerwowany pokręcił energicznie głową. Jego ogon nastroszył się i uszka lekko opadły do tyłu, rozsypując na boki jego ciemne włosy.
„Czemu ona… Ona wyciąga takie wnioski…?”
– Kurde, ale to były Kotołaczki, zamienione, babo, ile razy ja mam ci mówić?! 5 SEKUND, WLEJĘ CI! – Poruszył nerwowo końcówką ogona.
Mai tylko poprawiła dziewczynę, którą trzymała na ramieniu i chwyciła chłopaka za rękę. Parachett zarumienił się, odwrócił głowę, mruknął coś w stylu 'tego nie lubię', zdążył tylko przelotnie spojrzeć na zegarek pokazujący ostatnią sekundę, a ich uszy wypełnił głuchy świst i zniknęli.
W miejscu, gdzie stali i omijali niewidzący ich przechodni, 'dziura' załatała się. Ludzie zauważyli kawałek wolnego miejsca gdzie można by przejść nie przepychając się.

[Obrazek: parachettbyburakotka.jpg]
Chyba najstarszy art z Parachettem vel Parapetem.



I'm the awesomely awesomness you can awe-to-some. Sorta.

http://burakotka.deviantart.com/
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
No, Burasiee :D w koncu przeczytam Twoja slawetna akademie, do ktorej nigdy wczesniej, z czystego lenistwa, nie moglam sie zabrac :D

Lecim :D

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Cytat:Nikt jednak nie zdawał się zauważać tego, żaden w ich mniemaniu mankament nie istniał
Zmienilabym lokalizacje slowa "tego", wez Ty je wstaw po "się" :D

Cytat:Dziewczyna w kusej sukience i chłopak w puchowej kurtce. Oraz blada postać, jakaś nastolatka leżąca na ziemi, wokół kałuża krwi
To w jedno zdanie :P

Cytat:Z resztą można było to dostrzec po prostu patrząc na niego – niczym normalnym było posiadanie długich, kocich uszu na czubku głowy i długiego ogona, który delikatnie podrygiwał w zależności od humoru właściciela.
Powtorzenie, madame, dlugi, dlugi :P Wez zmien, bo tap wpierdl ;d

Cytat:Wyszczerzyła się dziewczyna do swojego towarzysza, pukając lekko w udo swojej ofiary palcem lewej ręki.
Zmien na "dziewczyna wyszczerzyla sie do swojego towarzysza" – bedzie lepiej ;p

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jeeeeee! Ciocia lubi fantazyyyyyy!!! <33333
Dobre, Burasie, das yst gut, ja : D
Ogolem po raz kolejny rzeknĘ, MASZ SWIETNY STYL : D uwielbiam ten chaos :D czasem co prawda za duzo, ale ogolem – porywa mnie :d
Git! : D

I W OGOLE CO TO DO JASNEJ CH**ERY ZA OGRANICZENIE MOICH EMOTIKON W MYCH POSTACH?!
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
#3
W sumie, motyw czasu nie głupi. Było kilka rzeczy, które mnie nie porwały, jakieś drobne błędy. Czekam na dalszą część : )

Myślę, że środek lata i zimowa rękawiczka było specjalnie, aczkolwiek raziło mnie to. Równie dobrze mogło być skórzaną.
(28-02-2011, 17:04)Duśka wyrażająca się o moich obowiązkach napisał(a): (...)kawy nie robię, herbaty też nie, nie zmywam naczyń i nie myję podług. To robota Norbisia.


Odpowiedz
#4
Sem, to ty nie czytałaś jeszcze?! Myślałam że choć kilka epów widziałaś...

(20-03-2011, 16:43)Norbert napisał(a): W sumie, motyw czasu nie głupi. Było kilka rzeczy, które mnie nie porwały, jakieś drobne błędy. Czekam na dalszą część : )
Ja naprawdę jestem kiepska w rozpoczynaniu, lubię bardziej rozwijać rzecz. Przepraszam z góry, bo to też głupia wymówka.
(20-03-2011, 16:43)Norbert napisał(a): Myślę, że środek lata i zimowa rękawiczka było specjalnie, aczkolwiek raziło mnie to. Równie dobrze mogło być skórzaną.
Zobaczysz teraz czemu rękawiczka w lato :D.

To co, nie będę się certolić, wstawiam drugie i trzecie. Oddzielnie są za krótkie.
Trochę fan service'u w drugiej części w stylu harem anime, sama niezbyt lubię ten odcinek, ale jak już jest, i jest w miarę lubiany, przez dziewczyny szczególnie, to nie będę zmieniać. Poza tym, pisałam początek jakieś dwa lata temu ohoghohohoho.
Dzięki wielkie za poprawianie mnie! Poprzedni ep wyczyszczony według zaleceń. Nie mam sprawdzania błędów w Wodzie, więc polegam tylko na Firefoxie jak co.

Coś gwałtownie wybuchło i pod oblodzoną, majestatyczną fontanną, w błyszczącym na wiele kolorów okręgu pojawiły się dwie postacie. Parachett szybko puścił rękę Mai, która z resztą czując oswobodzoną dłoń pogłaskała dziewczynę na jej ramieniu po głowie, przelewając jej włosy między swoimi palcami. Wampirzyca mruknęła zadowolona i zaczęła iść w kierunku budynku uczelnianego, który wyglądał trochę jak stary zamek, a Parachett z rękoma w kieszeni szedł za nią, strzykając uszami na boki. Był wyraźnie niezadowolony, i do tego zaczynało mu doskwierać zimno. Zacisnął mocniej jeden z szalików.
Weszli do uniwersytetu przez wielki portal ze zdobieniami, obok którego wznosiły się gotyckie kolumny i kilka małych herbów jakichś rodzin wykonanych z niebieskiego kamienia podobnego do marmuru. W środku chwilę szli po deskach, po czym przeszli przez następne drzwi i ich buty dotknęły miękkiej wykładziny. Mimo tego, że nanieśli mnóstwo śniegu do sali, on sam znikł, zostawiając podłogi i wykładzinę czystymi i suchymi. W wielkim pomieszczeniu do którego weszli znajdowało się dużo różnych bibelotów oraz pomocy naukowych w postaci biblioteczek, książek na stosach innych książek, maszynach z różnistymi korbeczkami i rureczkami, kołami zębatymi przykręconymi do nich, papierami, których kilka sztuk zwiało z biurek przy otwarciu drzwi przez Mai i Parachetta. Były tam też ławki, a w ławkach inne osoby, które przerwały swoje zajęcia i obserwowały jak Mai rozkłada ręce i krzyczy:
– Alleluja, wracam z lunchu, ale wzięłam trochę na zapas! – Po czym zrzuciła zwłoki dziewczyny z jej ramion wprost na włochatą wykładzinę. Jakaś dziewczyna zerwała się z miejsca, krzyknęła:
– Mai, nienawidzę cię, nie musiałaś tego tu przytaszczać! – I pobiegła z ręką przy ustach, ledwo wyrabiając się na zakręcie. Mai na to tylko wzruszyła ramionami i oznajmiła szczęśliwa, że poszukuje kogoś, kto miałby chłodziarkę i woreczki – ‘coś w stylu na kroplówkę’. Wszyscy wrócili do swoich zajęć, a wampirzyca, obnażając kiełki, poczęła bajerować dziewczynę z długimi, czarnymi włosami w białej sukience praktycznie zrobionej z samych koronek i atłasu, ochlapanej krwią i przepaską z czerwonym krzyżykiem na prawym oku. Nawet na standarty tej szkoły wyglądała dziwacznie.
Parachett stał jak stał w tym samym miejscu, ale nagle poczuł jakby ktoś się do niego zbliżał. Coraz bliżej. Nagle jego skupienie przerwał radosny krzyk Mai, która szarpała za obie dłonie czarnowłosą dziewczynę, a ta stała jak posąg w miejscu, nie ruszając się nawet o milimetr mimo, że Mai ją niemiłosiernie tarmosiła.
I wtedy Parachett już wiedział.
– ‘Coś jest za mną....’ – pomyślał w tym samym momencie, lecz zanim zdążył się obrócić, czyjaś ręka pojawiła się na jego ramieniu. Właścicielem tej ręki był chłopak z półdługimi, brązowymi włosami, niebieskimi oczami, ubrany w białą koszulę i czarne spodnie typu rurki. Wyglądał jak odpowiednik Normalńskiego nastolatka. Ów chłopak położył drugą dłoń na drugim ramieniu Parachetta, nachylił się do niego i szepnął mu do ucha:
– Cześć kochanie!
Parachett charkliwie wrzasnął i odskoczył, lądując na palcach, trzymając ręce z tyłu, jakby skakał na nartach, na poręczy schodów. Dziewczyna o rudo-miedzianych lokach, która schodziła z góry z pakietem książek przy piersi, a obok której wylądował Parachett, spojrzała na niego beznamiętnie i kontynuowała schodzenie.
– Inwalido mózgowy, co robisz?! – Krzyknął kotołak wybitnie rozjuszony zajściem.
– Nie mów tak do mnie – odparł brązowowłosy chłopak z wyrzutem patrząc na Parachetta.
A Parachett był zły. Zeskoczył z kocią gracją z poręczy na podłogę i ciężkim krokiem ruszył w stronę chłopaka. A ten wyciągnął do niego dłonie. Parachett przystanął, a brązowowłosy położył je na jego piersiach, lekko naciskając na te wszystkie warstwy kurtek i bluz zdezorientowanego kotołaka i położył na nich swoją głowę.
– Zbliżyłeś się do mnie... Parachett, jestem ciekawy jak wyglądasz bez tych WSZYSTKICH warstw... – mruknął chłopak, kładąc nacisk na słowo ‘wszystkich’. A Parachett wyglądał, jakby miał zaraz wypluć kłaczka.
– RENDER, ZAMORDUJĘ CIĘ, TY PEDALE, CHYBA NIE LAŁEŚ OSTATNIO!
Koło nich przeszła w pośpiechu dziewczyna z niebieskimi włosami zakończonymi blond lokami. W tej burzy loków miała małe kryształki które błyskały zachęcająco.
– Siemka, Parachett! – zaśpiewała melodyjnie i szybkim krokiem minęła ich. Parachett tylko powiódł za nią wzrokiem, mruknął coś i z powrotem wrócił się do chłopaka przed nim. Render wyglądał na lekko wystraszonego ale po chwili uśmiechnął się szelmowsko.
– Parachett, wybacz. Wiem, że ci z tym trudno... Ale wiem że czujesz do mnie coś więcej, niż przyjaźń...
– Masz rację. Stary, ja cię nienawidzę...
– Wstydzisz się.
Chwila ciszy, Parachett wyglądał teraz jakby miał zamiar kogoś trzasnąć z pięści i zostawić zwłoki do wyssania Mai, nie bacząc na konsekwencje, a wtedy Render dorzucił:
– Bzyknę cię kiedyś. Temu się opierać nie możesz. O nie.
Parachett tylko patrzył z resztą biblioteki, jak Render wyrżnął głową w ścianę, przebijając ją na grubo trzydzieści centymetrów. Z dziury, w której leżała ‘połowa’ Rendera, tryskało źródełko czerwonej wody, na co głośnym piskiem odpowiedziała Mai i jakaś dziewczyna w skąpym stroju z końca sali. Było też basowe ‘YEAAAH’ słyszane z lewej, pochodzące od chłopaka z lekką nadwagą i dołami pod oczami. Ta cała trójka rzuciła się do źródła tryskania. Gruby chłopak tylko stał z otwartą buzią, a Mai i prawie naga blondynka przepychały się, chcąc być jak najbliżej źródła, choć walcząc, nie spełniały swojego celu, tylko ubabrały się w krwi.
Nagle znikąd obok Parachetta pojawiła się dziewczyna w granatowej, błyszczącej szacie i ponurym głosem zapytała, dodając do wypowiedzi nutkę ironii:
– Coo, nie damy się wydupczyć?
Parachett wzruszył ramionami. Dziewczyna w kolorowej szacie, zszytej chyba z kilku dziecięcych kołderek, pomachała ręką kilka razy i krzyknęła coś w języku którego nie znałby zwykły śmiertelnik (bo po co), wykonała jakiś dziwny gest i z dziury wynurzyła się głowa Rendera, który przyciskał teraz do niej dłoń, mówiąc coś o migrenie. Dziewczyna mrugnęła do Parachetta, choć nie było pewności, czy on to widział i znikła. Nagle dało się usłyszeć głośny huk i blondyna, z którą Mai się szarpała, wylądowała na schodach (które przy okazji zostały zmiażdżone), eksponując nagie piersi, gdyż jej koszulka podwinęła się do góry. Nagle wokół niej zebrał się tłum gapiów, a Mai wyczołgała się pod ich nogami. Wzięła Parachetta za rękę i powędrowali w głąb sali, jakby nic się nie stało. Dla Parachetta takie zachowanie było niesamowicie impulsywne i sprzeczne z jego naturą, ale to dlatego przebywał między innymi z Mai. Była jego dopełnieniem oraz tym, czym on się zazwyczaj sprzeciwiał.

Między regałami wysadzonych do oporu książkami Parachett i Mai szli, trzymając się za ręce, przepychając między inne osoby, odsuwając krzesła i ławki, które były tam pozastawiane bez ładu i składu. Między tym, witali się z osobami które przechodziły obok, odmachiwali, zaprzeczali i pchali się dalej, byle do przodu.
Doszli do wielkiego okna, którego po obu stronach świeciły kandelabry. W powietrzu unosiły się świeczki woskowe. Iskrzyły wesoło, bujając się w górę i dół. Na krześle metr od nich siedział chłopak z szmaragdowymi oczami i z wesołym wyrazem twarzy machał rękoma – właściwie to delikatnie gestykulował – wprawiając latające świeczki w ‘bujany’ ruch.
– Cześć Ryuth! – Zawołała melodyjnie Mai i oparła się o parapet wielkiego, witrażowego okna, za którym teraz padał śnieg; jego płatki były wielkości kurzych jaj.
– Witaj Mai, ma droga! – Uśmiechnął się szeroko Ryuth machając delikatnie lewą dłonią i pięć świeczek w powietrzu nagle zawirowało, a potem zrobiło jednego fikołka, kąpiąc na wkurzonego Parachetta woskiem. Poprawił on tylko jeden ze swoich szalików i westchnął głęboko.
– Czyżby coś cię dręczyło, kolego mój, Parachettcie? – Odezwał się Ryuth bardzo wyciszonym głosem.
– Uaaa, Rendera spotkałem, nie unoszę go już, kiedyś wezmę go i wypatroszę, a potem dam mu zupę z jego flaków do zjedzenia – wydyszał jednym tchem Parachett. Potem puścił kreatywną i typową dla niego wiązankę przekleństw.
– Jeślibyś wyciągnął mu wnętrzności, znaczyło by to, że jego funkcje życiowe zatrzymały by się w bardzo bolesny i gwałtowny sposób, co równocześnie oznacza, iż nie mógłbyś go potem nimi nakarmić. W sensie, iż nie zrobiłoby to różnicy martwemu. – Zauważył trzeźwo i barwnie Ryuth, przy okazji karząc jednej ze świeczek okrążyć całą salę wzdłuż ścian. Parachett wzruszył ramionami.
‘Wepchnąłbym mu. Gęba mu nie zniknie przecież’.
Obserwował teraz świeczkę, która chociaż szybko (przy okazji swej szybkości rozlewając roztopiony wosk na głowy ludzi siedzących w ławkach, którzy porażeni nagłym ciepłem uskakiwali z miejsc, łapiąc się za głowy), to i tak była dopiero prawie przy końcu pierwszej ściany. Mai natomiast nachyliła się do Ryutha i wydedukowała radośnie:
– Czemu ćwiczysz lewitowanie na rozpalonych świeczkach, przecież jesteś już tak zaawansowany w magii, że nawet jeśli byś był teraz na drugim końcu Akademii, one nadal by lewitowały, a ty byś o nich mógł zapomnieć? Mam na myśli, nie musiałbyś się zastanawiać nad utrzymywaniem magii. – Uśmiechnęła się słodko. Ryuth wyszczerzył śnieżnobiałe zęby i z kiwnięciem głowy odrzekł:
– Możliwe, droga koleżanko ma, aczkolwiek jestem pozbawiony jakichkolwiek zajęć, choć miałem ich od groma w rodzinnym domu mym w czasie ferii, jednakowoż ze względu na konieczny powrotu do murów szkolnych na dzień przed lekcjami, muszę coś wykonywać, by nie zemrzeć z nudów. – Wesołym tonem odpowiedział Ryuth.
Parachett spróbował chwycić jedna świeczkę, lecz ta skarciła go, waląc go sobą po dłoniach, przy okazji oblewając rozgrzanym woskiem. Parachett jęknął i przeszedł go niemiły dreszcz. Mai jeszcze chwilkę pokonwersowała z Ryuthem, pożegnała się i pociągnęła Parachetta za szalik. Weszli między półki, a Mai podskoczyła do ściany.
– Zasklepione?
Chwycili po jednej książce z regału, otwierając je na przypadkowej stronie, i poczęli czytać pierwsze wersy.
– A wtedy Anna sięgnęła po miecz, którego rękojeść przecinała niebo szare... – Parachett wyrecytował znudzonym głosem. Nie lubił tego robić. Zasada była według niego wysoko lamerska i przypominała tanie klatkowidy klasy S. Taka sama zasada miała chyba miejsce również w Normalium – tyle że tam klatkowidy były nazywane filmami.
‘Doprawdy, filmy, cóż to za nazwa...’
– ...Gdy dostąpi go cisza, w monstrum się on zamienia, siejąc grozę i zniszczenie. – Zakończyła Mai z innej książki, a wtedy obok nich ściana znikła, pojawiło się wejście, ukazujące ogromną, błyszczącą i lśniącą salę obwieszoną ozdobami, piórami z różnokolorowymi koralikami na wstążkach przywiązanymi do nich. Na stołach stały bukiety kwiatów, które przypominały czarno-niebieskie lilie. Koło ścian co chwilę przebiegał mały staruszek w seledynowej garsonce i mruczał coś pod nosem. Na jednym z nie odsuniętych na bok stołów, stały kartony wypełnione po brzegi wielkimi świecami. Gdy ‘seledynowy staruszek’ podbiegał do krawędzi sali i mruczał coś pod nosem, kilka świec zapałało się i unosiło w powietrze, rozmieszczając się równomiernie po sali, wypełniając ją ciepłym światłem. Potem, kilkoro następnych świec wyskakiwało z pudła i czekało na swoją kolej. Staruszek ledwo zipał, ale biegł do kolejnego metra ściany by ‘zalewitować’ świeczki. Mai wydala ciche ‘Oooch’, a Parachett tylko się rozglądał. Nastroszył ogon.
‘Jak tu ciepło. To pewnie te świeczki…’ – Pomyślał i mimowolnie zaczął mruczeć. Przyuważył kątem oka zdziwione spojrzenie Mai.
‘Kurna, znowu się wygłupiłem’ – I strzelił sobie myślową lepę po twarzy.



BUM.
[Obrazek: dsc01230dk.jpg]
I'm the awesomely awesomness you can awe-to-some. Sorta.

http://burakotka.deviantart.com/
Odpowiedz
#5
Cytat:ale nagle poczuł jakby ktoś się do niego zbliżał. Coraz bliżej. Nagle jego skupienie przerwał radosny
Nagle, nagle – powtorzenie

Cytat:Chwila ciszy, Parachett wyglądał teraz jakby miał zamiar kogoś trzasnąć z pięści i zostawić zwłoki do wyssania Mai, nie bacząc na konsekwencje, a wtedy Render dorzucił
Dlugie, chaotyczne zdanie, ktore sama bym przerobila, Burasie ;p

Cytat:– Bzyknę cię kiedyś. Temu się opierać nie możesz. O nie.
ahahhaha, padlam :D gej wymiata :D

Cytat:Dziewczyna mrugnęła do Parachetta, choć nie było pewności, czy on to widział i znikła
"choć nie było pewności, czy on to widział" do wyciecia

Cytat:Była jego dopełnieniem oraz tym, czym on się zazwyczaj sprzeciwiał.
czemu on sie sprzeciwial ;)

Cytat:Między regałami wysadzonych do oporu książkami Parachett i Mai szli, trzymając się za ręce, przepychając między inne osoby, odsuwając krzesła i ławki, które były tam pozastawiane bez ładu i składu. Między tym, witali się z osobami które przechodziły obok, odmachiwali, zaprzeczali i pchali się dalej, byle do przodu.
Oj, nie, nie... Do redakcji, Bura, koniecznie.

Cytat:– Cześć Ryuth! – Zawołała melodyjnie Mai i oparła się o parapet wielkiego, witrażowego okna, za którym teraz padał śnieg; jego płatki były wielkości kurzych jaj.
Zawołała z malej litery.

Cytat:– Czyżby coś cię dręczyło, kolego mój, Parachettcie? – Odezwał się Ryuth bardzo wyciszonym głosem.
Odezwał się z małej ;p

Cytat:– Jeślibyś wyciągnął mu wnętrzności, znaczyło by to, że jego funkcje życiowe zatrzymały by się w bardzo bolesny i gwałtowny sposób, co równocześnie oznacza, iż nie mógłbyś go potem nimi nakarmić. W sensie, iż nie zrobiłoby to różnicy martwemu. – Zauważył trzeźwo i barwnie Ryuth, przy okazji karząc jednej ze świeczek okrążyć całą salę wzdłuż ścian.
Bez kropki po martwemu. Zauwazyl z malej.

Cytat:– Możliwe, droga koleżanko ma, aczkolwiek jestem pozbawiony jakichkolwiek zajęć, choć miałem ich od groma w rodzinnym domu mym w czasie ferii, jednakowoż ze względu na konieczny powrotu do murów szkolnych na dzień przed lekcjami, muszę coś wykonywać, by nie zemrzeć z nudów. – Wesołym tonem odpowiedział Ryuth.
bez kropki po nudow, wesolym z malej ;p

Cytat:Parachett spróbował chwycić jedna świeczkę
literowka

Cytat:Mai wydala ciche ‘Oooch’, a Parachett tylko się rozglądał. Nastroszył ogon.
literowka

Cytat:‘Jak tu ciepło. To pewnie te świeczki…’ – Pomyślał i mimowolnie zaczął mruczeć
pomyślał z malej ;p

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

WIECEJ RYSUNKOW!!!! :D
Ogolnie fajnie, lubie taka tematyke :D
Chce wiecej! :D
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
#6
O Bożeno, ale byków. Boję się wstawiać następny :DDDD'.
Poprawię ten ep jakoś potem, i dzięki za czytanie.
Rysunek jeden per rozdział :d.
I'm the awesomely awesomness you can awe-to-some. Sorta.

http://burakotka.deviantart.com/
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Dawaj rozdzial, nie pitol :D
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości