Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Legendy z Dwarf Fortress: The Silent Dance of Souls
#1
Pierwsze Succession Game zostało zorganizowane (aktualnie jest w rękach Hella, który zaczął rozgrywkę, rezultaty już wkrótce... być może.), co szło dosyć opornie (jak to pierwszy raz:P).

Dwarf Fortress, o dziwo, oferuje ciekawe możliwości. Można dać ponieść się fantazji i wymyślić jakąś historię, albo lepiej – po prostu ją przeżyć.

Tak więc, bo a czemu by nie, przedstawiam wam opowieść, która będzie rozgrywać się na waszych oczach! Pierwszy post, de facto, nie będzie zawierał za wiele obrazków z gry, a więcej wprowadzającej historii.

Nadchodzi świt kolonii o pocieszającej nazwie Cichy Taniec Dusz!

Spoiler: Co nie co o ustawieniach świata

Dwudziesty drugi Kamienia Księżycowego, 125 roku
Dostałem rozkaz od królowej. Niewielki świstek papieru tkwił w moich drżących z radości dłoni.
Mnie! Poczciwego krasnoluda, który zawsze robił to, co do niego należało. Jakiekolwiek osiągnięcia? Hah! Żadnych. Niby jak można cokolwiek osiągnąć, dłubiąc w powierzchownej skale? Ot, czasem znajdzie się trochę żelaza, trochę miedzi... To wszystko.
To wydawało się piękne, dopóki nie postanowiłem przeczytać zawartości.
Na Armoka...!
Zamarłem z otwartymi ustami. Miałem objąć dowództwo nad kolejną ekspedycją do krainy o uroczej nazwie Nieprawdopodobna Breja (The Unthinkable Goo). Ale... rozkaz to rozkaz. Nie można odmówić „dobrej woli” królowej, prawda? Lepsze to, niż rozłupana młotem czaszka – nie wszyscy znoszą słowa odmowy w spokojny sposób.
Ponoć ekipę mam już przygotowaną z góry. Mamy zostać kolonią-kopalnią, która będzie zaopatrywać ojczyste ziemie, Mechaniczne Konstrukcje (The Mechanical Constructs), w dodatkowe surowce i materiały. No cóż, co może pójść źle? Oczywiście, z początku będzie sporo roboty, ale nie powinno być większego kłopotu. Trochę armii, wystarczająco zapasów, by przeżyć do następnej zimy, i odpowiednia ilość narzędzi, nie wspominając o rękach do pracy. Po namyśle – naprawdę może być całkiem przyjemnie.
Jedyne, co musiałem zrobić do dnia wyjazdu – to wytrzeźwieć.

Trzeci Opal, 125 roku.
To nie może być przyjemne. Mam wrażenie, że to jest jakiś paskudny żart. Pociągnij mnie który za brodę, bo nie wiem, czy to sen!
Wysyłają mnie na pustkowie z... pięcioma innymi górnikami, drwalem i pięcioosobową armią świeżaków?! Że dwunastu krasnoludów ma niby stworzyć całą kolonię? Czy oni, do kurwy nędzy, żartują sobie ze mnie?! Zapasów też nie jest za wiele – ot, alkoholu, by nie zemrzeć z pragnienia do lata, cała góra gumowych grzybów o smaku starego goblina i nasion, by mieć jeszcze więcej grzybów o smaku starego goblina. Och, pominąłbym najważniejsze: sześć kilofów, jeden topór i to, co mamy na grzbiecie i w dłoniach. Przyszłość rysuje się w diabelsko wesołych barwach.
Na szczęście udało mi się wytargować sześć psów, trzy konie i kilka kur – chociaż ten jeden aspekt wyprawy mi się udał. Moi towarzysze niedoli wyglądali... Powiedzmy sobie szczerze.
To był wyrok śmierci. Nie było szans, byśmy chociaż dojechali bezpiecznie na miejsce wyprawy. Nasza ekspedycja i przyszła kolonia otrzymały przyjemne, kojące nazwy. Koniec końców zapakowaliśmy wszystko na wóz i ruszyliśmy w podróż, spełnić rozkaz królowej. Ku naszemu nieszczęściu zapowiadała się ostra zima.
Wyprawę Straconej Nadziei (The Lost Hope), by założyć Cichy Taniec Dusz (The Silent Dance of Souls), czas zacząć.

Dwudziesty Piąty Obsydian, 125 roku.
Pięknie, po prostu, kurwa, pięknie.
Zapasy przesmacznych grzybów mają się ku wyczerpaniu, straciliśmy jeden wóz kilka dni temu, a razem z nim lwią część alkoholu, cztery psy i dodatkowe trzy konie, które miały nam pomóc w pracy. Nie wspominając już o nieszczęsnych rekrutach, stanowiących jedyną siłę bojową naszej wyprawy.
Nigdy nie sądziłem, że ujrzę gigantycznego gargulca. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nas zostawił, ale najwyraźniej musiało mu wystarczyć uszczuplenie naszych szeregów i zapasów.
Przysięgam, wciąż mi się śni ten czarny koszmar o trzech oczach, głośno rechoczący, kiedy ostrymi pazurami rozrywał konia w pół.
Dalej wcale nie było lepiej.
– Urist? – zapytałem krasnoluda, który kierował wozem. Wychodziło to mu najlepiej, więc tę robotę zostawiliśmy dla niego. Reszta wyglądała jakichkolwiek niebezpieczeństw, by przynajmniej wiedzieć, co nas zabiło. – Czy to było... – zacząłem niepewnie, widząc, że coś rozjechaliśmy.
– Nie widziałeś tego – odpowiedział słabo Urist Fortressworships. Za nami była niewielka gałka oczna, która przebiła się przez śnieg i łypała na nas białą źrenicą. Najwyraźniej drewniane koła wozu były niczym dla tego paskudztwa. – Na Vashzuda, co to za kraina? Czuć w powietrzu, że wisi jakieś gówno, i to jeszcze gorsze od tego gargulca. – Splunął na bok i wytarł brodę.
– Cokolwiek się nie stanie, to mam nadzieję, że nie spadnie na nas deszcz krwi... – wymamrotała Tulon Warwork. Spojrzeliśmy na nią ponuro.


Pierwszy Granit, 126 roku.
W końcu trafiliśmy na miejsce! Postanowiliśmy osiedlić się na górze z całym dobytkiem, jaki nam został. Na szczęście nic większego nas nie spotkało i mogliśmy od razu przystąpić do roboty. Nie żebyśmy mieli inny wybór – nigdy nie ufaj krainie, która ma czerwone chmury...
Spoiler:

Chcesz mieć udział w epickiej wyprawie na niegościnnych polach? Daj mi znać, a któryś z krasnoludów otrzyma więcej uwagi niż normalnie ;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Asmel ma fajne imię, chcę więcej o asmelu. :3
Fajnie to wygląda, pisz pisz, czytamy jak zawsze wszystko co piszesz. Tylko lenia mamy.:3
I konia, i muła, i osła głupiego,
I mrówke, i żuka, termita martwego,
Gołąbka pokoju białego jak kreda,
Lecz tylko jeża przelecieć się nie da!!!

Odpowiedz
#3
Spoko, tylko – o dziwo – to zajmuje nieco więcej czasu niż powinno. Szczególnie, że okolica jest jeszcze bardziej chaotyczna, niż się spodziewałem O_o Ciąg dalszy (być może?) dzisiaj w nocy/jutro z rana. No i dzięki za wsparci, Finn ^^
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#4
Część druga: Trice i Arni zastępują dwóch krasiów. Co tym razem? Walki z nieumarłymi na gołe klaty, toporami, kilofami i... znowu na gołe klaty. Pies traci nogę, noszenie zapasów, noszenie zapasów... i znowu nieumarli. Zapraszam do lektury ;)


Pierwszy Granit, 126 roku.
No i wylądowaliśmy...
Bez większego namysłu chwyciliśmy za narzędzia i ruszyliśmy do pracy. Szybko wydrążyć jakieś bezpieczne schronienie, nawet jeżeli ma być tymczasowe, ściąć kilka drzew a potem... No właśnie... Co dalej? Gdzie okiem nie sięgnąć – leży śnieg. Czy są tutaj jakiekolwiek sadzawki? Rzeki? Jeżeli nie, to będziemy musieli drążyć górę w głąb i spróbować szczęścia w szukaniu podziemnego strumienia...

Trzeci Granit, 126 roku.
Bez większego namysłu rozebraliśmy wóz – już więcej nie będzie nam potrzebny. Postanowiliśmy schować wszystko do wnętrza wykopanej dziury, która posłuży nam chwilowo za dom. Dosyć sprawnie przekopaliśmy się przez piach i ziemię, za którymi natrafiliśmy na coś twardszego: kredę i dżet. Chociaż nie są to najwytrzymalsze materiały, na początek zawsze lepsze to niż nic.
Tulon stwierdziła, że ma naprawdę paskudne przeczucia. Podczas kopania natknęliśmy się na dwa zakopane szkielety, nie mówiąc już o walających się kościach pod grubą warstwą śniegu, która przykrywała ziemie. Piękny początek zarówno tegorocznej wiosny, jak i samej budowy kolonii.
Dyskusja na temat początkowych zabezpieczeń przyniosła nieoczekiwany skutek: padła propozycja zbudowania zwodzonego mostu. W razie niebezpieczeństwa będziemy mogli go podnieść i będzie służył jako ogradzający nasz dom od reszty świata mur. Razem z Uristem ruszyliśmy do budowy, podczas gdy reszta wciąż próbowała wciągnąć bezcenne zapasy do środka.

Szósty Granit, 126 roku.
To, co zobaczyliśmy na horyzoncie, zdecydowanie nas zaczęło przerastać.
Co jest z tą popierdoloną okolicą?!
Spoiler:
Niewielkie stado rybołowów zmierza w naszą stronę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewien szczegół: były nieumarłe! Gnijące trupy wciąż były w stanie utrzymywać się w powietrzu i zaczęły uprzykrzać nam życie.
Postanowiliśmy zareagować.
Do broni, dzielni bracia i siostry!
Za broń pierwsza chwyciła Trice. Chociaż za broń to za wiele powiedziane – z iskierką szaleństwa w oczach ruszyła zaciskając pięści. Gdzie, do cholery, jest jej kilof?! Zaraz za nią ruszył Asmel z toporem, a dopiero za nimi cała reszta. Psy, które do tej pory leżały bezczynnie, zerwały się na widok chodzących trupów i także postanowiły pomóc.
Spoiler:
Pierwszą krew przelały nieumarli – Ducim Playedrelic był wyraźnie zaskoczony walecznością trupów. Ta chwila nieuwagi kosztowała go dosyć drogo. Szybko przybyłem mu na pomoc i zamachnąłem się kilofem... którego nie miałem. Najwyraźniej w pośpiechu zostawiłem go wbitego w kamień. Jedyne, co mogę robić, to gryźć, bić i kopać – moja głupota być może mogła kosztować mnie życie.
Spoiler:
Pierwszy rybołów zginął dosyć szybko. O dziwo Trice, która pierwsza ruszyła do walki, jest najwyraźniej najdalej i zmierza samotnie na dwójkę nieumarłych, aktualnie zajętych psem. Ten trup, który pozostał po naszej stronie, otrzymuje porządnie cięgi. Zauważyłem, że nie ja jedyny zapomniałem swojego kilofa. Tak właściwie nikt nie miał broni. Nawet Asmel, który miał jedyny topór, porzucił go gdzieś w pośpiechu.
Jeżeli ktoś czyta moje notatki, to prawdopodobnie domyśli się, dlaczego zginęliśmy.
Spoiler:
Uderzenia Trice także są wystarczająco potężne, by wybijać kości z trzeszczących stawów. Krok po kroku zdobywamy dominację nam cholernymi abominacjami, jednak nie obchodzimy się bez strat. Arnubis zostaje raniony w lewe udo, natomiast Tulon otrzymuje cios w okolice serca. Miejmy nadzieję, że nie jest to śmiertelne...
Spoiler:
Wkrótce było już po wszystkim. Biedna Luna... Samotnie walczyła z dwoma martwiakami, odnosząc poważne rany. Jednak... jej poświęcenie nigdy nie pozostanie zapomniane. Być może to właśnie dzięki jej uporowi teraz żyjemy.
Co mnie najbardziej dziwi – wszystkie cztery rybołowy otrzymały ostatni, zabójczy cios z mojej ręki.
Czym prędzej wznowiliśmy prace przy obronie i przenoszeniu towarów. Nic nie może się zmarnować – szczególnie w takich warunkach.

Ósmy Granit, 126 roku.
Przetarłem z niedowierzaniem oczy. Jeden z trupów po prostu zniknął! Szybko zauważyliśmy, że szybował z powrotem w powietrzu. Co jest, kurwa, grane?
Spoiler:
Nieco dalej skakały koniki polne. Zgadnijcie, co! Nieumarłe, psia jego mać!
Pod wieczór trup, którego brakowało, postanowił odwiedzić naszą fortecę. Na szczęście Asmel postanowił pokazać nam, jak się używa siekiery i razem z Luną dokonali zemsty.
Spoiler:

Dziesiąty Granit, 126 roku.
Spoiler:
Niegościnne tereny jeszcze raz pokazują paskudne, na wpół przegniłe kły. Kolejne rybołowy (być może część z nich to te, które już zabiliśmy, nie mam zielonego pojęcia) zawitały u wejścia. Arnubisa zaatakowała nawet lewa ręka rybołowa. Ta kraina jest naprawdę chora. Takich popierdolonych rzeczy nie widziałem od czasów odwiedzin u mojej byłej, która była studiowała ponoć elficką sztukę... Psia jego mać, artystka zasrana...
Tym razem wszyscy, mając w pamięci upokarzającą walkę bez kilofów, wydawali się być bardziej efektywni w walce. Ciekawe, dlaczego?
Jedno wiem z pewnością – w tej okolicy śmiało mogę powierzyć życie pozostałej szóstce i tym kilku kawałkom żelastwa.

Szesnasty Granit, 126 roku.
Most został w końcu ukończony, większość zapasów została przeniesiona do środka kolonii. Kamienne mechanizmy, które na szybko wydłubałem w kamieniu, powinny umożliwić nam wznoszenie i opuszczanie mostu.
Okazało się na, że mamy dwa niewielkie stawy tuż przed wejściem do kolonii. Na szczęście nikt nie przechodzi po lodzie, który zaczyna topnieć. Poza pojedynczymi spotkaniami z martwymi rybołowami, chwilowo nic się nie dzieje. Może z jednym wyjątkiem. Ktoś coś do mnie bablał o jakimś... psie? Kto to był, do cholery? Pewnie Urist, ostatnio widziałem jak tarmosił w zębach jakiegoś podejrzanie wyglądającego grzybka...
Spoiler:
No cóż, nie będę go osądzał, dopóki nie zechce mu się miłości z mojej strony. Albo nie wyzna dozgonnej wierności elfom i innych podgatunkom.
Jak na razie – wszystko wraca do normy. A może raczej powinienem: nieudolnie próbuje naśladować normę?



Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie miałem takiego startu – nieumarli dawali mi przynajmniej spokój przez pierwszy miesiąc. Na szczęście wszyscy żyją (nawet Luna! Wiem, że jej nazwy nie pokazuje, ale po prostu nie mogłem się oprzeć i ją nazwałem po swojemu. Albo jego.)
Poza tym – łał, 16 dni, które normalnie rozgrywa się w niecałe 5 minut, tutaj zajęło mi... prawie godzinę. Dodawanie do oddziałów, powolne przeskakiwanie kolejnych kroków, by walka nie potoczyła się za szybko (w jakiś sposób czuje się bardziej pewniej, mając wszystko pod własnym okiem), zarządzanie robotą i powolne drążenie góry, z jednoczesnym targaniem surowców i rozglądania się po mapie. Nie licząc sporządzania notatek nt. tego, co się dzieje w okolicy.
Kolejna część prawdopodobnie w podobnych godzinach albo we czwartek po południu ; )
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#5
Osiemnasty Granit, 126 roku.
[pismo jest wyraźnie mniej czytelne]
Moja spokojna przechadzka została brutalnie przerwana, kiedy ni z dupy, ni z pietruchy wyskoczył na mnie nieumarły konik polny. Ach, hańba na mnie i pięć pokoleń w dół – pierdolony owad poturbował mnie nie gorzej niż emu... W przypływie adrenaliny udało mi się go ubić i zaraz po tym zemdlałem z bólu.
Spoiler:
Obudziłem się w towarzystwie innych krasnoludów, którzy najwyraźniej pilnowali mnie, by żadne inne sukinsyństwo nie podkradło się i jeszcze bardziej nie uszczupliło naszej siły.
Rany dosyć szybko się goją, jednak prawy nadgarstek nie nadaje się do użytku – cholerny umarlak zdołał mi go złamać.
Z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu Arnubis wydaje się być nader ekstatyczny... (Czy on zawsze był kobietą? Te gęste brody i niskie, donośne głosy zawsze mnie myliły...)
W każdym razie wiem, że raczej nigdy nie zrozumiem doktorów i lekarzy.
Spoiler:


Pierwszy Łupek, 126 roku.
Wszystko idzie zgodnie z planem – chciałbym to choć raz powiedzieć. Nasze rany mnożą się i mnożą, a nie mamy nawet jak ich do końca opatrzyć. Trupy wciąż wstają, bez chwili wytchnienia bijemy, ile damy radę. Przyszłość nie wygląda najlepiej.
Z tych lepszych wieści – w końcu wnieśliśmy wszystko, co posiadaliśmy, do wnętrza jamy i podnieśliśmy most. Nareszcie trochę poczucia bezpieczeństwa w tej chorej krainie...
Spoiler:

Trzeci Łupek, 126 roku.
Zaczynamy kopanie naszego nowego domu i od razu natrafiliśmy na żelazo i węgiel brunatny! Chwała Armokowi, póki jego kaprys nie sprawi, że znikniemy bez śladu...

Piąty Łupek, 126 roku.
Niesamowite! Wnętrze góry wręcz ocieka różnymi surowcami! Ledwo wydrążyliśmy trochę środka, a już mamy całe mnóstwo różnych metali, kamieni i klejnotów...! Może jednak powoli to jakoś się ułoży z korzyścią dla nas?
Spoiler:

Osiemnasty Łupek, 126 roku.
Na litość boską, niemal umarłem z pragnienia i głodu, nim ktoś raczył się mną zająć. Oczywiście doktor Arnubis ruszył mi z pomocą (de facto mocno spóźnioną, ale zawsze)... Zaraz, to jest w końcu facet czy kobieta...? Nie mam zielonego pojęcia, szczerze mówiąc to wszystko przestaje mnie obchodzić.
Najwyraźniej złamany nadgarstek skutecznie uniemożliwia samodzielne pożywanie się. Do bani.

Czwarty Felzyt, 126 roku.
Powoli zaczynamy przyswajać sobie górę. Zakładamy pierwsze farmy, mamy już sypialnie. Czas stworzyć podwaliny przemysłu! Nie można też zapomnieć o sali jadalnej.

Dwudziesty czwarty Felzyt, 126 roku.
Postanowiliśmy zabić głodujące zwierzęta, co okazało się niestety być błędem... Włosy bawoła najwyraźniej mają własną wolę i straszą wszystkich dookoła. Jednak z dwojga złego lepiej w tę stronę – pozbyliśmy się konia i bawoła, mamy więcej mięsa, które pozwoli nam jako tako przetrwać, no i nie musimy się martwić tym, że martwe zwierzęta nagle zostaną wskrzeszone.
W ten sam dzień w końcu opuszczam swoje łóżko – złamanie w końcu się zrosło! Nie można marnować czasu; z tego też powodu natychmiast przystępuję do pracy!

Pierwszy Hematyt, 126 roku.
Lato! Dwa miesiące względnego spokoju – wcześniej to brzmiało tak nierealistycznie, że zarówno i Trice, i Urist wyśmiali by te słowa. A teraz: proszę, od dwóch miesięcy żadnych większych walk, żadnych zranień. Morale wszystkich wracają do normy i praca wre jak nigdy.

Drugi Hematyt, 126 roku.
Odwołuję, to co napisałem. Zaatakowała nas skóra bawoła, siejąc terror między nieprzygotowanymi do walki krasnoludami. Trice, jak to już na nią przystało, bez większego wahania ruszyła do walki z kilofem w dłoni.

Szesnasty Hematyt, 126 roku.
Spoiler:
Luna została zabita! Przeklęta, końska skóra ponownie powstała z martwych i jakimś cudem zdołała zabić Lunę nim przybyła pomoc. Dosłownie chwilę później Luna zmartwychwstała jako nieumarłe truchło, jednak Asmel z zimną krwią pozbył się napastnika. Cóż, nie można mu się dziwić – lepiej, niech spoczywa w spokoju...
Spoiler:

Dwudziesty Hematyt, 126 roku.
Urist oświadczył mi, że ma już po dziurki w nosie włosów bawoła, przez które nie może obrobić końskiej skóry. Która przez to też się wskrzesza i szaleje po fortecy niczym pijany kobold.
Trice w takich momentach tradycyjnie pokazuje, jak się używa topora. Najwyraźniej Asmel ma nieco inne sprawy na głowie i nie może przyjść. Albo to jest też zasługa tego, że Trice jako jedyna jest w milicji.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego Asmel tak bardzo chce polować na małe zwierzęta. Cóż, facet jest spragniony i głodny, więc czego nie ruszy dupska do składzika i nie zaspokoi swoich potrzeb?

Piąty Malachit, 126 roku.
W końcu udało nam się pozbyć tego skurwysyństwa, które prześladowało naszą fortecę pod niemal miesiąca od zarżnięcia zwierząt. W spokoju możemy zacząć dalej drążyć skałę – zaczęliśmy rozbudowę piętra z warsztatami i salę jadalną. Jest teraz jedynie mały kłopot: niewielka armia trupów siedzi pod bramą i spędza nam sen z oczu.
O dziwo Asmel wciąż ma ochotę na polowanie na gryzonie. Szkoda, że siedzi w podziemiach za warsztatem kamieni... Kurwa. Co za pajac zastawił go warsztatami?! Natychmiast rozkazałem rozbiórkę warsztatów. Biedak przesiedział prawie miesiąc zablokowany w ślepym zaułku...


Dziesiąty Malachit, 126 roku.
Czy naprawdę nie ma w tej fortecy nikogo, kto rozebrałby jeden, pierdolony warsztat?!
Chrzanić to, kazałem rozkopać tunel. Asmel bez słowa wybiegł z prowizorycznego więzienia, rozpychając na boki swoich ratowników i rzucił się na składowisko jedzenia, gdzie wciągnął pokaźne ilości wina i piwa. Stojąc jak stał,wciąż chłodny, padł na ziemię i zasnął.
Swój chłop.

Jedenasty Malachit, 126 roku.
Imigranci. Czy naprawdę w tym świecie ktoś jest na tyle popierdolony, by przychodzić do tej kolonii?
Ciągną ze sobą cielaka... Nosz kurwa, i co ja z tym fantem zrobię?! Zwierze zdechnie, to będziemy mieli latającego trupa pod ziemią. Choćbyś się usrał, to i tak szykuje się niezły bigos.
Chwyciliśmy za kilofy i topór, otworzyliśmy bramę i stanęliśmy w wejściu, oczyszczając drogę przychodzącym. Jeszcze więcej trupów zostało pozbawionych kończyć, co zadziała na naszą szkodę: każda nieumarła część zostaje i tak wskrzeszona, przez co mamy od groma malutkich części ciała, służących jako mięso armatnie dla tych większych.

Dwunasty Malachit, 126 roku.
//Hell i Nax dołączają do gry
Imigranci w pośpiechu przekroczyli bramę fortecy. Dodatkowe osiem par rąk do pracy! Kilku z nich wyglądało na cholernie niezadowolonych, szczególnie Naxster, który chodził pokryty krwią.
– Co się stało? – zapytałem. Niemal wszyscy wzruszyli ramionami, tylko jeden, basowy głos dał mi odpowiedź:
– Spierdalaj – burknął Naxster
No cóż, nie można mu się dziwić. Pokryty krwią, nękany przez nieumarłych, do tego podróż przez te jebane krainy. Cóż, mogę liczyć na to...
Chyba będzie lepiej, właśnie dobrał się do zapasów alkoholu.

Szesnasty Malachit, 126 roku.
Przy okazji kopania sali jadalnej, Domas zdradziła mi, co się stało podczas wędrówki.
Oczekiwałem opowieści o wielkim gargulcu, ale oni mieli nieco... gorzej, tak sądzę. Podczas ich podróży, Naxster nieco się ociągał. W efekcie został trochę za nimi, przez co został złapany w deszczu krasnoludzkiej krwi. Wszystkie owady, które były w okolicy, ciągle latały koło nieszczęsnego krasnoluda, tylko po to, by kilka dni później zostać zaatakowanym przez szkieleta. Mieli wtedy jeszcze jednego woła, który zginął w tej potyczce – ponoć się wykrwawił. W przedśmiertnych podrygach kopnął trupa w żebra i ukrócił jego terror.
No i wylądowali w naszej krainie. Dwa miesiące po opuszczeniu stolicy trafili do naszej przeklętej kolonii, gdzie ponownie natknęli się na nieumarłych. A nawet na chodzące włosy konia i bawoła.
Witamy w Cichym Tańcu Dusz, sukinsyny.



Well, zapomniałem w pewnym momencie dokumentować: pasmo sukcesów nieco osłabiło moją czujność... Nie zauważyłem, że Arni został kobietą w tej fortecy (ach, ten gender bender), ale raczej zostawię jak jest, może nie umrze od tego xD
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#6
Trzydziesty Malachit, 126 roku.
Dałbym głowę, że pozbyliśmy się całej sierści, która mogłaby zakłócić naszą spokojną pracę. Najwyraźniej się myliłem – widok Trice z toporem mówi sam za siebie. Ech, potrzebuję porządnego alkoholu. A także jakiejś regularnej armii.


Dwunasta Galena, 126 roku.
Dziwny, niepokojący spokój wypełnia naszą niewielką kolonię. O ile tak to można nazwać – nieumarli ciągle drapią podniesiony most, co gra na nerwach jeszcze bardziej, niż rzępolenie elfów.
Postanowiliśmy dodatkowo powiększyć nieco piętro przemysłowe. Dobudowaliśmy kilka warsztatów przetwórczych, głównie od jedzenia. Z racji pewnego, pierdolonego gargulca nie możemy postawić kuźni bo, uwaga, nie mamy kowadła. Przez to nie możemy wykuć żadnej przyzwoitej broni i zbroi, co osobiście cholernie mnie irytuje. Jak mamy mieć działające wojsko, skoro każemy ich chodzić w jakichś szmatach?
Potrzebuję porządnego napitku...


Piętnasty Wapień, 126 roku.
Kolejna fala szalonych śmiałków pojawiła się na horyzoncie! Niestety (a może stety) tylko czterech. Przynajmniej nasze zapasy jedzenia za bardzo nie ucierpią.
Otworzyć bramę, topory w dłoń...! Nie, czekaj, chwila, nie mamy toporów. Mamy jeden topór, którego używają na zmianę Trice i Asmel. W każdym razie – idea jest prosta, musimy zasilić jakoś swoje skromne szeregi.
Kilku nowych spojrzało na mnie z wątpliwościami w oczach. Banda zarozumiałych dupków, nie czują krasnoludzkiego ducha współpracy?! No nic, pożyją kilka miesięcy, to poczują. A jak nie – powierzchnia chętnie powita nowe mięso do zabawy.
Najgłośniej z tych wszystkich darmozjadów narzekał Naxster. „Ja tu przyszedł broń wykuwać, a nie walczyć” – czy ja wyglądam na kogoś, kto jest w stanie dbać o takie drobne szczegóły? Dopóki ktoś ma dwie ręce przy dupsku, to na mojej straży tej nieszczęsnej kupy kamieni będzie zmuszony robić to, co zapewni przeżycie innym. Nawet za cenę własnego życia.


Osiemnasty Wapień, 126 roku.
Poza kilkoma niezadowolonymi ryjami, wyszliśmy bez szwanku.
Brama huknęła, kiedy Arnubis pociągnął za wajchę. Z szerokim uśmiechem godnym szaleńca ocenił nasze rany i – z wyraźnym niezadowoleniem poniósł swoje cielsko do sali jadalnej, gdzie postanowił odpocząć.
Wśród imigrantów z początku nie było nikogo specjalnego, jednak po chwili dostrzegłem, że jeden z nich ma wprawę w posługiwaniu się zbrojami i tarczami, mając jednocześnie olbrzymie zadatki na topornika! Świetne wieści, nasz potencjalny oddział pod dowództwem Trice powolutku się rozrasta.
Jak tylko dorwę się do chędożonego kowadła, to przeprowadzę natychmiastową modernizację.
Ale jak na razie – czas na przerwę.


Dwudziesty ósmy Wapień, 126 roku.
Sądzę, że można by jakoś upiększyć naszą salę jadalną. Zleciłem wygładzanie ścian i podłóg, jednocześnie każąc zrobić kilka nowych mebli (za co sam się zabrałem, miło, że nawet ja sam słucham siebie). Dodatkowe kilka sypialń też nie zaszkodzi.
Z niepokojem zauważyłem, że powoli wyczerpują się nasze skromne zapasy drewna. Niedługo będziemy musieli wyjść ponownie na powierzchnię i ściągnąć jak najwięcej surowców, ile możemy.
Z drugiej strony przydałoby się nam kolejne przejście. Jakieś solidniejsze, z murami i fortyfikacjami na wypadek oblężenia, by nasi dzielni miotacze miniaturowych włóczni, zwani także kusznikami, mogli bez większego zagrożenia ostrzeliwać wrogów. Nie żeby to mogło być skuteczne przeciwko nieumarłym, ale na gobliny i koboldy powinno wystarczyć. W każdym razie zostawię to na nieco późniejszą porę.


Pierwszy Piaskowiec, 126 roku.
Drugi miesiąc jesieni zaczął się bez problemowo. Wygładzanie ścian przebiegło bez przeszkód, podobnie jak wyrób mebli (miałem z początku drobne obsunięcie i problem z motywacją, ale po drobnej konsultacji z samym sobą jakoś udało mi się rozwiązać ten problem). Postanowiłem, że czas wygrawerować podłogi w sali jadalnej. Nikomu to jeszcze nie zaszkodziło, a i będzie dodatkowy temat do rozprawy przy porannych, popołudniowych i wieczornych libacjach.
Skoro już o tym mowa – czas na coś mocniejszego.


Trzeci Piaskowiec, 126 roku.
Z ciekawości sprawdziłem, jak idą chłopakom prace nad grawerowaniem powierzchni. Powiem szczerze, że jestem mile zaskoczony. Koty są fajne – szybko się mnożą i dają niezłe mięso. Smoki też są w porządku, ale mają trochę bardziej... wybuchowy temperament. Obrazki ze smokami w takim wypadku są przyjemne dla oka, szczególnie, kiedy zabijają elfa. Cholerni drzewojebcy...
Spoiler:
Chociaż nie wiedziałem, że symbolem naszej wyprawy jest... but. Jakoś przeżyjemy, ale będę musiał rozmówić się z kilkoma osobami...


Dziewiąty Piaskowiec, 126 roku.
Czas zacząć kopać dodatkowe wyjście, które z czasem prawdopodobnie stanie się naszym głównym. Dodatkowo zleciłem konstrukcję kamiennych mechanizmów. Nie dość, że będziemy mieli materiał na handel, to dodatkowo będziemy mieli zdolnego mechanika. Dwie pieczenie na jednym ogniu!
Warto też zaznaczyć, że im lepsza jakoś mechanizmów, tym większa dokładność ich działania. Takie szkolenie jest w takim wypadku ważne, bo coś czuję, że na pułapkach będziemy polegali... raczej sporo.


Osiemnasty Piaskowiec, 126 roku.
Hm, nie wiem czy wspominałem, ale postanowiłem mianować się naszym księgowym i brokerem. Zobaczymy, jak to się spisze na dłuższą metę. Póki co jestem jedynym, który potrafi szacować ceny, więc to nie tak, że mam wybór w tej kwestii. Przydałby się także menedżer, ale to może nieco później.
Pomijając to: kopanie dobiegło końca. Czas wydrążyć i wybudować fortyfikacje w tunelu, a później postarać się o jakąś maszynę oblężniczą, która strzegłaby wejścia. Może balista zdałaby tutaj egzamin?
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Kolejna porcja po krótkiej przerwie (wszystko próbuje mnie odciągać od gry w DF... ; P), tym razem trochę więcej pisałem IC (in character), i prawdopodobnie jeszcze bardziej postaram się wczuć w rolę krasnoludzkiego lidera kolonii. Tak więc można spodziewać się w przyszłości więcej interakcji z innymi krasiami i dialogów – najprawdopodobniej, rzecz jasna XD



Siódmy Drewna, 126 roku.
Moja broda delikatnie naprężyła się. Trochę ciężko określić te uczucie: jakby coś dobrego miałoby się wydarzyć za kilka godzin.
Asmel przybiegł z szerokim uśmiechem na pysku, oświadczając, że chyba przybyli handlarze. Wyszczerzyłem zęby, podzielając jego entuzjazm. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będziemy mogli szybko odbić się od dna, w jakim się teraz znajdujemy.
Rozkazałem opuścić most i wybudować targowisko.


Dziewiąty Drewna, 126 roku.
Nie wiem, czego się spodziewałem. Pierwsze, co się stało po opuszczeniu mostu, to lawina nieumarłych dłoni i głów, radośnie podrygujących na widok krasnoludów. Na szczęście Trice była w pobliżu i bez większego wahania zaczęła rozprawiać się z kolejnymi nieumarłymi przeciwnikami.


Dwudziesty ósmy Drewna, 126 roku.
Niekończące się fale nieumarłych, które usilnie próbują dołączyć do populacji kolonii w końcu dobiegają końca, gdy przybywają handlarze z obstawą. Z niekrytą zazdrością patrzyłem na stalowe topory, miecze i pancerze, w które byli zaopatrzeni. Przyłapałem się na tym, że wyobrażałem sobie, jak by w tym wyglądała Trice podczas przebijania się przez hordy trupów.
Zaczęliśmy przenosić mechanizmy i figurki z kopyt i rogów, które wyprodukowaliśmy na szybko. Mam nadzieję, że będzie to niejako użyteczne i pozwoli to nam zakupić jak najwięcej towarów.


Pierwszy Kamień księżycowy, 126 roku.
Zapadła zima. Na szczęście mamy już swój niewielki dom, w którym możemy spać raczej spokojnie. Handlarze wciąż rozpakowują swoje rzeczy, więc poza przenoszeniem rzeczy nie mamy za dużo do roboty. Kilku ochroniarzy najwyraźniej czuli się podobnie jak my i z nudów wyszli na zewnątrz, dokonywać masowych egzekucji na nieumarłych.
Ach, ile dałbym za stalowe uzbrojenie dla naszej jednoosobowej armii...
Od jakiegoś czasu Urist wyglądał na naprawdę zadowolonego. Coś gadał o latających psach i żukach na koniach, ale być może mi się to przesłyszało. Zajmowałem się wtedy uaktualnianiem wszystkich zapisków kolonialnych, więc słuchałem go jednym uchem. Być może eksperyment z nowymi grzybami, które smakują nieco mniej jak stary goblin, a nieco bardziej jak żwir, dobiegł końca i dał zadowalające wyniki.
Będę musiał wpaść za jakiś czas i przechwycić trochę trunku na własny użytek.


Ósmy Kamień księżycowy, 126 roku.
W końcu wszystko jest na swoim miejscu i możemy zacząć handel!
Ja zająłem się rozmową z wysłannikiem ze stolicy, zaś Arniemu zleciłem handel. Powiedziałem jemu(jej?), co ma zakupić. Kowadło i drewno w pierwszej kolejności – mamy mały problem z dostępem do niego ze względu na cholernych nieumarłych, którzy panoszą się po powierzchni. Następnie nasiona, cały alkohol, jaki jest, i jedzenie. Dopiero po tym ewentualną broń i pancerze. No i jakieś zapasowe szmaty, tak na wszelki wypadek.


Osiemnasty Kamień księżycowy, 126 roku.
Handlarze pojechali, zostawiając wewnątrz fortecy całą masę trupów. No i co ja mam robić z tym fantem? Co chwilę to wstaje i na nowo straszy krasnoludów (którzy z każdym kolejnym doświadczeniem dbają o to coraz mniej)...
Trice z niekrytą dumą oznajmiła, że ilość zabitych przez nią stworzeń szybko zbliża się do pięćdziesięciu i wynosi aktualnie czterdzieści cztery. Jako główna osoba odpowiedzialna za porządek to jest dosyć niezły wynik – byłby prawdopodobnie jeszcze lepszy, gdyby miała odpowiedni ekwipunek!
Co przypomina mi, by wykopać piętro pod obróbkę metalu...


Drugi Opal, 126 roku.
Znalazłem rozwiązanie z trupami: wykopać norę na zewnątrz i wrzucać całe tałatajstwo, jakie nawinie się pod łapy. I o dziwo to działa. W większości wypadków, jak ktoś nabierze ochoty, by wyrzucić niepożądaną część cielska do nory...


Trzynasty Opal, 126 roku.
Ostatnio coś cholernie cuchnęło na piętrze, gdzie są kuchnie. Z ciekawości zajrzałem, by skontrolować to wszystko i... prawie zwymiotowałem, widząc zgniłe resztki psa, który zginął najwyraźniej kilka dni wcześniej. Wygląda na to, że wszyscy byli zbyt zajęci, by schować to w beczkach, które walają się po okolicy... Wynocha mi z tym, bo żyć się nie da...
Piętro pod obróbkę metalu zostało błyskawicznie wykopane – sześciu krasnoludów to jest potężna siła przeciwko siłom kamienia. Szybko wyznaczyłem miejsce pod kuźnie i huty, by rozkręcić jak najszybciej produkcję żelaznych wyrobów. Stąd krok do jakiejkolwiek armii... *na stronie widać niewielki ślad po zaschniętym płynie, najwyraźniej łzy* Nie sądziłem, że ten moment nadejdzie jeszcze w tym roku, ale mogę powiedzieć, że w końcu coś mi się udało...
Popatrz, mamo, jednak nie jestem nieudacznikiem!


Dwudziesty pierwszy Opal, 126 roku.
Przysiadłem z wysłannikiem ze stolicy, Uristem Cherfulstakem, rozmawiając o interesach. Zapytał, co takiego nas interesuje. Roześmiałem się głośno, wyciągając beczułkę wina z grzybów o smaku starego goblina. Nalałem nam napitku, pociągnąłem potężny łyk i wytarłem usta.
– Drogi Uriście, a czego nam tutaj nie brakuje? – zapytałem. – Strach wyjść na zewnątrz, bo trupy żrą nam dupy, kowadło, jak widzisz, dopiero co przywieźli handlarze... Brakuje wszystkiego! – Zakreśliłem palcem kilka pozycji na liście. – Żarło, alkohol, trochę broni, drewna, oj drewna! Ile dacie rady! Żołnierzy pewno nie przyśle nam królowa, prawda?
– Przecież mieliście ze sobą pięciu – zdziwił się Urist, ostrożnie pijąc wino lokalnej produkcji. – Pięciu dzielnych rekrutów, którzy mieli jedne z najlepszych wyników w akademii. Gdzie są oni? Ni widu, ni słychu o nich...
– Ano widzisz, przyjacielu, droga tutaj była naprawdę ciężka... – Poprawiłem się bardziej na krześle i opowiedziałem mu o koszmarnych dwóch miesiącach, które spędziliśmy w drodze. – I widzisz, szlag trafił większość zapasów i siły obronnej! Cud, żeśmy mieli trochę na drugim wozie, a narzędzia gdzieś pod ręką, bo nie wiem, czy byśmy przetrwali cokolwiek w tej przeklętej okolicy!
Urist wyglądał na naprawdę strapionego, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– I pomyśleć, że to wam zawierzyliśmy misję... – powiedział niewyraźnie, pociągając potężny łyk wina i wskazując, by mu dolać więcej. – Dziw, żeście jeszcze cali i zdrowi, skoro trupy panoszą się jak w domu – powiedział, spoglądając za ramię. Tuż przy schodach Trice siłowała się z kolejnym szkieletem złodziejskiego goblina. – Królowa z pewnością dowie się o waszej sytuacji, epoN, i postaram się, by na następny raz karawany przywiozły jeszcze więcej zapasów, które wam pomogą w tej przeklętej krainie.
Kiwnąłem z nadzieją głową i szybko spisałem listę najpotrzebniejszych nam rzeczy.
– No a teraz... – zaczął Urist, wyciągając jakiś świstek. – Może uzgodnijmy, czego stolica może chcieć od was za towary, które wam przywieziemy...


Dwudziesty szósty Opal, 126 roku.
Urist ze zmęczeniem pożegnał się z nami i wrócił w kierunku stolicy.
To były ciężkie dni, kiedy moje prywatne zapasy alkoholu kończyły się w zastraszającym tempie. Niestety nie udało mi się wynegocjować jakichś ciekawych cen i towarów, ale najważniejsze, że stolica będzie miała przynajmniej jakieś słowo o nas. Nie pozostaje nam nic innego jak zacząć jeszcze cięższą pracę, by ściągnąć jak najwięcej imigrantów – mam nadzieję, żezynajmniej użytecznych.
Ale jak na razie – trzeba uwarzyć więcej alkoholu...



Poza tym zastanawiam się, czy jest sens wrzucaj jakieś dodatkowe fotki... Z tej sesji kompletnie zapomniałem (sporo czasu się na tym traci, a i tak w większości mało co mówią...) albo mi się po prostu nie chciało – sam nie wiem. Może będą się pojawiać z jakichś większych wydarzeń? To byłoby pewnie najlepsze rozwiązanie...
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#8
Dwudziesty siódmy Opal, 126 roku.
Ogromny ból głowy wcale nie pomagał w pracy. Już dawno tak nie zapiłem mordy, ostatni raz byłoby... półtora roku temu? Równy krasnolud, ten Urist. Spoglądałem na niewielką stertę listów, jaką ze sobą przytargał. Pomyśleć, że w takim stanie będę musiał rozdać korespondecję odpowiednim osobom. Chociaż wciąż uważam, że poczta raz na rok od bliskich to trochę za mało. Nawet więźniowie mają więcej swobody.
Skorzystałem z okazji, którą nadarzał mi mój paskudny kac i zarządziłem dzień wolny. Zszedłem do sali jadalnej, gdzie rozdałem listy odpowiednim osobom. Sterta szybko topniała, aż w końcu zostało pięć – do rekrutów, którzy zginęli w drodze. Rozejrzałem się bezradnie, spoglądając na szczęśliwe i te mniej szczęśliwe zarośnięte mordy, które czytały korespondencję od bliskich i znajomych. Głośno westchnąłem i powlokłem się do swojego pokoju – byłem jedyną osobą, która nie otrzymała żadnego listu.
Życie to suka.


Dwudziesty dziewiąty Opal, 126 roku.
Robota ponownie ruszyła, tym razem przy robieniu umocnień, które pomogą nam w obronie. Z wolna ruszyła też obróbka metali, chociaż to nic wielkiego. Pierwsze wytopione sztabki znajdą swoje zastosowanie w pancerzu i jakiejś broni. Co prawda na początek nie ma sensu wymagać za wiele od Naxstera i Hella, których postanowiłem urezydować w kuźni, ich umiejętności wciąż prawdopodobnie zostawiają wiele do życzenia.


Trzynasty Obsydian, 126 roku.
Przy bramie wejściowej (wciąż otworzonej) natknąłem się na goblina. Ten mały sukinsyn próbował zakraść się do fortecy i coś ukraść! Z drugiej strony nie mam pojęcia, kto był wtedy bardziej przerażony – czy bezbronny ja, czy ten zielony koszmar. Ścigaliśmy się do wyjścia z fortecy, nie będąc nawet świadomym tego, że biegniemy obok siebie, gdy natknąłem się na drugiego!
W efekcie opamiętałem się dopiero w pobliskim lasku, który tworzyły trzy drzewa na krzyż. Po złodziejach ani śladu. Najwyraźniej to doskonały moment, by ustawić jakiegoś psa strażniczego przy wejściu do fortecy...


Dwudziesty trzeci Obsydian, 126 roku.
W końcu kuźnia może zacząć pracować. Od razu zleciłem wykucie zbroi dla naszej jednoosobowej armii – Trice. Naxster popatrzył na mnie jak na idiotę, przewrócił oczyma i powiedział: „Jasne, czemu nie, się robi, szefie”. Coś mam wrażenie, że on za mną nie przepada. Nie żebym się tym przejmował.
W każdym razie pancerz – ku mojemu zaskoczeniu – pojawił się w tym samym dniu. Trice była zadowolona, że nie musi w końcu walczyć w zwykłych szmatach. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że na mnie zawsze można liczyć.
Byłem tym nieco zaskoczony, bo każdy mi powtarzał, że gówno znam się na robocie i nie rozumieją, czemu ja jeszcze żyję. Miła, przyjemna odmiana, nie powiem. Oby więcej.


Pierwszy Granit, 1267
Minął pierwszy rok... Pomimo ciągłych utarczek z nieumarłymi – oto jesteśmy, żywi jak cholera, wbrew moim najgorszym koszmarom. Mimo że trwało to całą wieczność, to jakoś udało nam się ustabilizować nieco naszą pozycję w tej krainie.
Wciąż nie mogę się nadziwić, że tak dobrze wybrali okolicę. Jakby pominąć nieumarłych, to byłoby doskonałe miejsce na kopalnię! Jest cała masa węgla kamiennego i brunatnego, mnóstwo żelaza, a co za tym idzie: mnóstwo stali! Aż chciałoby się krzyknąć: „zaraz coś pójdzie nie tak!”.
Postanowiłem nieco zatroszczyć się o nasz zapas drewna, który skutecznie się kurczył. Wysłałem Asmela, by ścinał drzewo i Trice, by go pilnowała. Nareszcie, kiedy mamy dwa topory, praca może jakkolwiek ruszyć. Zarówno Asmel, jak i Trice, są wyraźnie zadowoleni z tej zmiany. Nie żebym się tym nie przejmował – w końcu w sali jadalnej będzie trochę mniejsza cisza, gdy ta dwójka nie będzie się kłócić o topór.


Dwudziesty szósty Granit, 127 roku.
Trice oznajmiła, że ma już sześćdziesiąt zabić. Stwierdziłem, że przydałoby się jej zrobić już koszary, szczególnie, że niedługo będzie dowodziła niewielkiemu oddziałowi (łącznie z nią będą dwie osoby) i wspólnie odpierać nieumarłych – dzięki temu będziemy mogli w końcu wyściubić nosa na zewnątrz.
Dodam, że pierwszy raz od roku widziałem żywe zwierzęta. Kea, cholerna papuga, przyleciała i jakimś cudem zdołała zwinąć żelazny sztylet. Nie żeby był nam potrzebny, ale sam fakt kradzieży trochę boli. Najwyraźniej będzie potrzebny nam jakiś kusznik, który będzie strzelał do latającego gówna...
Z drugiej strony wciąż nie mamy wystarczająco dużo rąk do pracy. Przydałoby się jeszcze kilku śmiałków, którzy przybyliby na te przeklęte tereny, by powoli wyzierać je z rąk pieprzone zła... Czy coś w te buty.


Szesnasty Łupek, 127 roku.
Niesamowite, jak wszystko spokojnie przebiega. Żadnych problemów, żadnych narzekań, ba, prawie żadnych nieumarłych! Nie licząc oczywiście łapy goblina, która wiecznie wstaje i z uporem maniaka próbuje zademonstrować kasnoludom, kto tu jest panem. Oczywiście za każdym razem trzeba wołać po Trice, która jako jedyna ma większą motywację do walki z tym paskudztwem.
Oczywiście nie muszę mówić, że ta niewielka, wskrzeszona łapka skutecznie przeraża wszystkich dookoła, prawda?

Osiemnasty Łupek, 127 roku.
Kib Admiredrough urodziła córkę, Kel Rumoredrock! Cieszcie się, panie i panowie, oto pierwszy owoc na tej przeklętej ziemi! Stukos Tombsshadow, ojciec, z radością wpadł do sali jadalnej i głośno nam to obwieścił!
I to byłoby tyle, co pamiętam z tego dnia. Kolejnym faktem, który sobie uświadomiłem: nasze rezerwy alkoholu topnieją w zastraszającym tempie. No i woda nie smakuje tak paskudnie jak zazwyczaj. Fakt, że prawie cała forteca słyszy, jak się formują okoliczne góry, pomógł mi w decyzji: zarządzam trzy dni wolnego.
Ale najpierw: alkohol czeka na uwarzenie...


Dwudziesty drugi Łupek, 127 roku.
Podnieść most! Nadciągają imigranci! Myślałem, że się nigdy ich nie doczekam. Trice błyskawicznie pojęła, co się szykuje. Już nawet bez mojej prośby sama pobiegła w stronę prowizorycznej zbrojowni, wzięła swój ekwipunek i ruszyła w stronę bramy, by wyczekiwać gości.


Dwudziesty trzeci Łupek, 127 roku.
Trice zdawała mi raport wyraźnie rozczarowana. Imigranci poradzili sobie sami – ktoś z nich miał kuszę, którą skutecznie ostrzeliwał niechcianych gości. Otworzyłem oczy, gdy usłyszałem, ile przybyło imigrantów: dwudziestu dziewięciu!
Dwadzieścia dziewięć mord do wykarmienia! Pod żadnym względem nie jesteśmy jeszcze na to gotowi, ale nie ma sensu narzekać. W końcu jest więcej rąk do pomocy. Zgodnie ze swoimi zamierzeniami, postanowiłem zaciągnąć część z nich do wojska, jak tylko poznam dokładniej ich predyspozycje.
Muszę przyznać jedno: Urist naprawdę dotrzymał słowa... Dziś pijemy za jego zdrowie!
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#9
I'm not dead yet!
Niewiele, bo niewiele – za dużo czasu spędziłem ustawiając wojsko i pracę dla cholernych nierobów. Mam nawet problem ze znalezieniem im pracy...
Na arenę wkracza Kryptokot jako Brovert Anvilrope, który okazuje się być zaskakująco skutecznym krasnoludem w walce toporami.


Dwudziesty czwarty Łupek, 127 roku.
Krasnolud imieniem Brovert Anvilrope podszedł do mnie.
– Czy to ty jesteś epoN? – zapytał.
Uniosłem brew, widząc jego posturę. Był mocno zbudowany, spojrzenie zahartowane walką, a do tego gęstą, krzaczastą brodę. Nie widziałem problemu, by mu zaufać. Taka broda to znak krasnoludzkości. Do tego wyglądał na żołnierza. Takich osób potrzeba w fortecy. Jeżeli jest imigrantem, to wcielę go do wojska razem z Trice. Ach, Trice...[notka: epoN i Trice kręcą ze sobą od czasów jednej z większych bitew. Czyżby miłość od pierwszego zamachu toporem? XD]
Brovert odchrząknął.
– Ach, tak, to ja – powiedział szybko, wracając do rzeczywistości.
– Wiadomość do ciebie od Urista – oznajmił, wręczając mi list. Rozwinąłem szybko papier i przeczytałem zawartość listu. Nie było wiele, jedynie kilka słów otuchy. – Więcej przybędzie prawdopodobnie w następnym sezonie – poinformował mnie Brovert.
– Och, naprawdę? – ucieszyłem się. Krasnolud kiwnął głową. – Świetnie, mam nadzieję, że zjawi się kilku dobrych żołnierzy...
– Nie liczyłbym na to, ale warto zawsze mieć nadzieję – uśmiechnął się do mnie. – Kiedyś służyłem trochę w wosku, więc może się nadam? Słyszałem od Urista, że macie tutaj problemy z armią... Znam też kilka osób pośród imigrantów, więc mogę ci pomóc wybrać tych użytecznych.
– Naprawdę? Mógłbyś? – ucieszyłem się, czując, że z moich barek spadło dosyć sporo obowiązków. Brovert ponownie skinął głową i powiedział: „nie ma problemu”.
Kolejna beczka wina z moich prywatnych zapasów zniknęła bez śladu. Ale wciąż było warto!
Za nowych żołnierzy!


Ósmy Felsyt, 127 roku.
Pierwsza fala narodzin, jakieś cztery dzieciaki w ciągu tygodnia, a ten jeszcze nie dobiegł końca. Coś niesamowitego! Miną jednak lata, nim będą one w jakikolwiek sposób użyteczne.


Jedenasty Felsyt, 127 roku.
Przejrzałem jeszcze raz wojsko i przydzieliłem na nowo uzbrojenie. Produkcja nowych zbroi i broni przebiega dosyć sprawnie, a przynajmniej mam taką nadzieję. W każdy razie lada moment prowizoryczna armia będzie mogła zacząć ćwiczyć we własnym zakresie!


Piętnasty Felsyt, 127 roku.
Przybyła elficka karawana! Niestety muszę odłożyć na bok swoją dumę i nienawiść – te pedalskie istoty elfy mogą mieć coś, co się przyda w naszej fortecy. Jedzenie, drewno, picie, musi być coś, co wykorzystamy.
A jeśli coś pójdzie nie tak... Ciekawe, jak smakuje mięso z elfa?


Siedemnasty Felsyt, 127 roku.
Postanowiłem rozkopać trochę piętra produkcyjnego, by wydobyć jak najwięcej węgla brunatnego. Trochę boli fakt, że nie będzie piętro wyglądało jak wcześniej, ale cóż można poradzić – nie ma sensu wstrzymywać pracy tylko dlatego, że ściany fajnie wyglądają, prawda? Zawsze znajdzie się jakieś inne ułożenie piętra, które to wykorzysta.


Dwudziesty szósty Felsyt, 127 roku.
Z rozbawieniem przyglądamy się, jak elficka karawana próbuje uciec przez nieumarłymi. Osobiście mógłbym wyciągnąć pomocną dłoń, ale nie oszukujmy się, dobra? Jeżeli przyjdą, to dobrze, jak zginą, to jeszcze lepiej – darmowe produkty! W najgorszym wypadku zginą i zasilą szeregi nieumarłych, ale wtedy będą worki treningowe dla moich dzielnych żołnierzy.
Ach, jestem taki sprytny!


Pierwszy Hematyt, 127 roku.
Nastało lato, a razem z nim trafił jeden z kilku elfickich handlarzy z towarem. Jak na moje oko, to przyszedł ten, który najbardziej nam sprzyjał. Ma drewno, dużo drewna. Odkąd wyjście na zewnątrz oznacza starcia z nieumarłymi, drewno dla mnie wcale nie jest tańsze od metalu. Cholera, gadam jak pieprzony elf, ale cóż poradzić, kiedy krasnoludy nie chcą robić z niczego innego łóżek?


Trzeci Hematyt, 127 roku.
Zrobiłem szybkie polowanie na nieumarłych, by nieco oczyścić okolicę. Brovert okazał się być niezłym wojownikiem i najwyraźniej widzi zabawę w zabijaniu kolejnych trupów. W międzyczasie dobijałem targu z nieszczęsnym handlarzem, który przeżył obławę nieumarłych. W porę dowiedziałem się, że kończy nam się alkohol. Na szczęście elf miał kilka beczułek wina i piwa, więc z radością od niego wykupiłem zapasy, razem z całym jedzeniem, jakie miał. Wiem, jak to brzmi, ale jedzenia miał naprawdę niewiele. Ot, zaledwie trochę szczurzej trawy, jakichś poziomek i jagód.


Piętnasty Hematyt, 127 roku.
Zewnątrz wygląda podejrzanie... bezpiecznie? Nie widziać żadnych nieumarłych, żadnych elfów i tym podonych wybryków natury... Może jedni pobiegli w pościgu za drugimi? Istne błogosławieństwo Armoka, szczególnie, że handlarze, którzy siedzą jeszcze w fortecy dopiero zamierzają wyjechać.
Szybko postanowiłem wykorzystać chwilowy spokój i wyciąłem jeszcze więcej drzewa. Do tego rybacy postanowili szybko coś złowić i zasilić nasze nędzne zapasy żywności.


21 Hematyt, 127 roku.
Jakiś krasnolud zaczepił mnie, mówiąc, że jest nowym majorem. Niech mu będzie – Trice będzie miała więcej czasu dla mnie. Przydzieliłem jakiś umeblowany pokój, by zaspokoić jego ego.
Zauważyłem dodatkowo, że nie mamy żadnego menedżera. Uznałem, że będę do tego najlepszym kandydatem. Sądzę, że podołam obu zadaniom w zadowalającym stopniu.


22 Hematyt, 127 roku.
Ushrir Questedcoal wygląda na jakiegoś dziwnego. Popędził bez słowa do kuźni i zaczął znosić tam materiały. Zobaczymy, co takiego wykuje. Mam nadzieję, że coś użytecznego!


27 Hematyt, 127 roku.
Ushrir stworzył... wojskowy but. Jeden! Co ja zrobię z jednym butem, powiedzcie mi! Ot, zwykły, metalowy but o wyjątkowej jakości. Przynajmniej mamy jakiś artefakt...
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Dwarf Fortress Succession Game: The Creepy Horror of Obeying epoN 4 2,065 09-07-2014, 19:22
Ostatni post: epoN
  Dwarf Fortress Succession Game: Doorsizzles epoN 4 2,390 24-06-2014, 22:56
Ostatni post: epoN
  Dwarf Fortress Succession Game, czyli nasza własna, forumowa forteca! epoN 5 2,859 16-06-2014, 20:33
Ostatni post: epoN

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości