Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Rdzawy Sierp
#1
Hej.

Nie było mnie tutaj przez jakiś czas, gdyż miałem na głowie sporo innych zajęć i w ogóle, czasu nie było. ;)
Dzisiaj chciałem się podzielić moim najnowszym fragmentem tekstu. Jest to dokładnie to samo uniwersum, co w Yhrzeîs', jednakże nieco inny czas. Zdecydowałem się na to, by móc lepiej sobie zorganizować poszczególne wątki i fragmenty tekstu. To opowiadanie ma w domyśle składać się z ok. 6-7 takich fragmentów i być pierwszym z serii. Zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce.

Miłej lektury! :D Obym nie nasiał zbyt dużo błędów.


"Rdzawy Sierp" – cz. I

Firlik Hoseft z niesmakiem splunął przez ramię. Niestety, otworzenie ust tak szeroko, jak tylko potrafił, nie poskutkowało dodatkowymi kroplami wina w pustym już bukłaku. Przełknął natomiast nadto wścibskiego robaka, który postanowił poznać bliżej jego przełyk. Odkaszlnął jeszcze kilka razy z głębi płuc, po czym cisnął bukłakiem nad dogasającym już nieco ogniskiem prosto pod nogi Derdera Szolendi. Surowe spojrzenie, jakim obdarzył go Derder, natychmiast przypomniało mu, że nie ma tutaj miejsca na humory.
– Spóźnia się, zasraniec – spróbował uzasadnić swój gniew Firlik.
– Trudno nie zauważyć – warknął Derder. – Ale to ty wyżłopałeś resztki wina, więc stul pysk i czekaj. Gdyby nie Burrt, nie mielibyśmy co pić. – Szolendiemu zawtórował ogólny pomruk dezaprobaty. Przez chwilę wszyscy patrzyli na Burrta Aeske od pewnego czasu silnie skupiającego Moc nad wiadrem z deszczówką, próbując uczynić ją zdatną do wypicia.
– Wychlał wino, zeżarł, co było, a teraz się jeszcze za co dorodniejsze robactwo bierze – skomentował Reunert Dalak, uśmiechając się paskudnie ku Firlikowi. Ten odpowiedział mu jedynie cichym prychnięciem, po czym, nie kryjąc irytacji, począł wiercić palcem w ziemi.
– Mówiłem wam, że posyłać Nerpona Madike to głupota. Nie dość, że leń i obibok, to idiota zarazem. Niechybnie wdał się w jakieś gówno, a w najlepszym wypadku zwiał.
– To, że ty trzęsiesz gaciami na byle wzmiankę o "Ostrzu Bzdury", nie znaczy, że cała reszta to takie chojraki, Firlik – dopowiedział mu Reunert, powodując ogólną poprawę humoru celnym przekręceniem nazwy ich wroga, organizacji zwanej Ostrzem Natury.
Siedzący nieopodal niego Czerek Vosatz pofatygował się i dorzucił kilka suchych kawałków drewna do coraz to słabszego ognia.
Oprócz nich wokół ogniska siedziały jeszcze cztery zachowujące milczenie osoby: Gurter Bazaale, Viczi Werduk, Hons Baraua i Ziber Galaczi. Wszyscy, poza Derderem, byli ubrani stosunkowo ubogo, a ich strój znaczyły trudy życia w ukryciu przed światem. Tylko Derder, choć również brudny, posiadał odzież świadczącą o wyższej pozycji w społeczeństwie – spod szarej płachty wyzierała jego przeszywana złotymi nićmi, ciemnozielona tunika. Jednak nie miało to już znaczenia, jako że się społeczeństwa wyparł. Derder był bowiem kiedyś jednym z nielicznych uprzywilejowanych użytkowników Mocy, których nie próbowano na każdym kroku pozbawić życia. Posiadał Święcenie Balansu – opinię osoby światłej, która nie będzie swymi umiejętnościami nieodpowiedzialnie burzyć równowagi sił w naturze. W praktyce jednak znaczyło to jedynie bycie na usługach zamożnych, wpływowych ludzi. Co za tym idzie, mogli praktykować swoje sztuki, aczkolwiek byli w znacznym stopniu pozbawieni wolności. Wyjątek stanowili sztukmistrzowie sami będący zamożnymi lub posiadający odpowiednie wpływy. Szolendiemu, służącemu rodzinie Fertirów, wyraźnie było to nie w smak. Dlatego, jak tłumaczył, porzucił swe dotychczasowe życie i przyłączył się do konspiracji przeciwko służalczym Verloranom. W ten sposób stał się Gerfunem – gdyż tak określali się użytkownicy Mocy nieposiadający na to pozwoleń.
Grupa Derdera, licząca obecnie dziewięć osób, miała jednak inny cel. Chcieli walczyć z prawdziwym wrogiem Gerfunów. Było to Resteh'r Vord – Ostrze Natury. Tak określali się ludzie szkoleni w sztuce zwalczania Verloranów, a co za tym idzie, Hunredów, czyli osób opatrzonych zdolnością do manifestacji mocy własnej duszy, zwanej sztuką Verloru. Resteh'r Vord prowadziło śledztwa, nierzadko wieńczone efektownymi egzekucjami. Cieszyli się jednak pewnym poparciem społeczeństwa, które za sprawą dosadnych słów kapłanów pałało nienawiścią do Gerfunów. Kulty zbyt mocno traciły wpływy na rzecz verlorańskich cudotwórców, by zostawić sprawy samym sobie.
Nie podlegało wątpliwości, iż względem lokacji byli mocno uprzywilejowani – na terenach okalających miasto Beremgord Ostrze Natury miało znacznie mniejszą siłę. Zawdzięczali to poprzedniemu Sztyletowi dzierżącemu oddział Resteh'r Vord na terenach północnego Roreat'h, Czidarowi Goozd. Choć szła pogłoska, że został odwołany ze swojego stanowiska, kolejna plotka głosiła, iż następny Sztylet ma równie lekceważące podejście do swej misji, skupiając się jedynie na pogłębianiu wpływów. W związku z tym okolica była prawdziwą wylęgarnią Gerfunów, o czym Girdar Faasae – największy autorytet i głowa Ostrza Natury – doskonale wiedział.
Wszystkie te czynniki złożyły się w efekcie na jedno konkretne wydarzenie, które było głównym ogniwem intrygi Derdera. Dowiedział się bowiem z rzetelnego źródła, iż Girdar Faasae planuje złożyć nieoficjalną wizytę w tych terenach. Podróż incognito oznaczała brak większej eskorty, co mogło być jedyną taką okazją na odegranie się na wrogach Mocy. Charyzma i plan Derdera pozwoliły mu na niemal natychmiastowe zorganizowanie swojej drużyny. Nie posiadał nikogo o znaczniejszej sile, jednak dzięki wykorzystaniu ukształtowania terenu i odpowiedniej taktyce mógł zdziałać wiele. Nie wykluczał poświęceń. Dla Derdera liczył się efekt, nie sposób.

***

Zawed, osiadający na stałe w Czerhifdondcie, mający już swe lata kosa, z niepokojem wodził oczyma za chodzącym po jego mieszkaniu Rdzą. Ubrany na czarno, rosły mężczyzna w pelerynie stawiał wolne, miarowe kroki, wyraźnie dudniąc o drewnianą podłogę swymi wysokimi buciskami z podeszwami najeżonymi krótkimi, tępymi, żelaznymi kolcami. Zaweda momentalnie ogarnęły myśli o kompletnej niepraktyczności takich podeszew w błotnistym terenie, gdyż z pewnością skutecznie zbierały brudy wszelkiego rodzaju. Pomijając to, były dość efektowne i na pewno nie chciałby się pod nimi znaleźć. Rdza przystanął w miejscu i nie odwracając się nawet, rzekł grubym, nieludzkim głosem:
– Do zadań w terenie mam inne buty, jeśli cię to ciekawi. Bo wiem, że tak. Każdego.
Zawed miał w zamyśle odburknąć coś nieznacznego, jednakże w tym właśnie momencie tajemniczy sierp odwrócił się ku niemu, ukazując mu po raz wtóry swą służbową maskę. Maskę, której zawdzięczał swój przydomek. Każdy licencjonowany członek Resteh'r Vord był zobligowany do noszenia tego specjalnego przykrycia twarzy stanowiącego symbol wyrzeczenia się doczesnego życia dla dobra Misji. Wedle tego wszyscy wojownicy Ostrza Natury stanowili jedność o jednym tylko obliczu – tej właśnie masce zwanej Fuer. Na pięknej ideologii zasadniczo się kończyło, gdyż w praktyce ich wariantów było wiele.
Wykonywano je z różnych materiałów, zawsze jednak zachowując specjalną technikę wyrobu, która sprawiała, że gdy założone – kompletnie odmieniały głos ich właściciela. Maska wizytatora była na swój sposób unikalna, gdyż niemalże całą jej powierzchnię pokrywała rdza i rdzawe zacieki. Choć przepisowym kolorem była czerń, jedynymi czarnymi jej elementami były tradycyjne koła naznaczone pod dziurami na oczy oraz prosty rysunek sierpa w miejscu ust. Zawed, jako kosa, też posiadał podobną maskę, jednak będącą w dużo lepszym stanie.
"No właśnie, jako kosa" – pomyślał, gdyż znaczyło to, że jest stopień wyżej w hierarchii Resteh'r Vord. Generalnie rzecz biorąc, sierp, jeżeli mówić o licencjonowanych członkach, był rangą najniższą. Z reguły każda Kosa mogła mieć nawet kilkunastu takich pod swą komendą. Kosy zaś podlegać mogły różnym osobom o różnym stopniu, w zależności od okręgu w którym się znajdowały. Rangami wyższymi były: sztylet, szabla oraz najwyższa (nie licząc głowy, czyli Girdara Fassae) – miecz. I o ile nie było częstym, by miecz miał bezpośrednio pod swoimi rozkazami sztyletów, rangi te różniły się znacząco względem posiadanego autorytetu i strefy wpływów. Jedynym wyjątkiem był okręg Telineru, stolicy. Dozer Vezg'he, Miecz tych terenów, miał do bezpośredniej pomocy szablę Furrla Seocze i sztylet Vidię Junfe – jedną z nielicznych kobiet w szeregach Ostrza Natury, postać dość kontrowersyjną. Innym, wartym wspomnienia ewenementem był Pio Terlid – jedyny w historii człowiek, któremu przysługiwała ranga topora. Ciężko dokonywać porównań do pozostałych pozycji, gdyż strefa wpływów Pio była kompletnie unikalna, jako że nadzorował on jedynym zagranicznym oddziałem Resteh'r Vord, znajdującym się nieopodal słynnego Dor'h, w Gureandzie.
Jego maska była hipnotyzująca. Wpatrując się w nią odpowiednio długo, wszystkie plamy zaczynały wydawać się żywe. Wszelakie odcienie rdzy zaczynały się ze sobą mieszać, falowały niczym tafla wody podczas deszczu. Nim się obejrzał, zacieki zaczęły przypominać wijące się niespokojnie robactwo, sprawiając wrażenie kota, który wierci się w miejscu tuż przed skokiem na swą ofiarę. Zawed niemalże wyskoczył z krzesła, na którym siedział, choć nie robaki wyleciały z maski, a zwyczajne słowa:
– Wiesz, jak mówimy na wasze tereny? – zapytał spokojnym, odrażająco nieludzkim głosem Rdza. Zawed wiedział, jednakże irytowało go to, więc tylko ze znudzeniem przewrócił oczyma.
– Wylęgarnia szkodników – odpowiedział sobie Sierp–wizytator. Okoliczny Kosa spodziewał się tych słów, jednak nijak nie oczekiwał, że poprzedzi je potężny płaski wyprowadzony wprost w jego lewy, wciąż nie zagojony od ostatniej misji, polik. – A na moje pytania się odpowiada – rzucił jeszcze Rdza. Zawed zachwiał się i spadł z krzesła, po czym momentalnie zerwał się z podłogi i począł wrzeszczeć:
– Ożesz ty ssskurwysynu! – wyjęczał, lewą ręką ujmując bolące miejsce, a prawą podpierając się do wstania. Rdza cofnął się o krok, zachowując pełen spokój. – Zasrany Sierp! Wizytator, kurwa jego mać. Naruszasz Kodeks! Wy! Reszta! – Machnął ręką na biernie stojących z tyłu, podlegających mu Sierpów. – Brać mi tu tego gównojada! Migiem!
Rdza oszczędnym ruchem dłoni powstrzymał Sierpów, którzy zdążyli już dobyć broni i znaleźć się tuż przy ich celu. Ku niezmierzonemu zdziwieniu Zaweda, to właśnie on był celem. Sierp o skorodowanej masce podszedł do niego swym powolnym, acz głośnym krokiem, po czym wręczył kawałek papieru. Podczas jego czytania Kosie oczy niemalże wypadły z orbit. Dokument był podpisany przez samego Girdara Fassae i nadawał Rdzy pełne prawa nadzoru nad tymi terenami, wliczając uprawnienia do brania Kos pod swoją komendę.
– Nie wiedziałem... – niemalże krzyknął niesamowicie żałosnym oraz przepraszającym tonem. – Pojęcia nie miałem! Raczcie wybaczyć! Pokornie oddaję się do waszej dyspozycji. – Skłonił się na tyle głęboko, na ile pozwalał mu jego obolały kręgosłup, i czekał na reakcję Rdzy.
– Taaak, to dobrze. Wybacz, mogłem od tego zacząć naszą znajomość – westchnął w sposób zupełnie niepasujący do jego barwy głosu. – Ale nic to, wszystko uzgodnione, więc nie zostaje nam nic innego, jak tylko zacząć poprawiać ten kawałek świata. – Odwrócił się ku jednemu ze stojących obok Sierpów. – Wnieście tu tego śmiecia. Chcę wiedzieć wszystko, co jest w stanie sobie przypomnieć, a nawet więcej. Migiem.
Zawed ze zdumieniem przyglądał się, jak Rdza zrzuca wszystko z jego stołu, niedbale tłukąc o podłogę pełną butelkę wina, bynajmniej nie byle szczyn, i jak jego ludzie kładą na tymże stole przed chwilą wniesionego, ledwo przytomnego młodziaka. Skrzywił się, widząc jego okropnie rozgnieciony nos. Na zakrwawionej twarzy dopatrzył się śladów wielu silnie odciśniętych na niej kolców. Rdza schylił się nad rannym mężczyzną, poklepał lekko po poliku i zapytał:
– No, Nerpon. Masz mi coś do powiedzenia?

***

Nocne niebo zaczął z wolna oblewać poranny szkarłat. Słabo podskakujący płomień ogniska dusiła nasilająca się, tnąca mżawka. Mimo tego, że byli w lesie, zimny wiatr był mocno odczuwalny, zmuszając ich do zmiany pozycji na lepiej utrzymującą ciepło. Dzień zapowiadał się nawet chłodniej niż noc, co nie zwiastowało poprawy humorów, zwłaszcza iż czekali na prowiant znacznie dłużej, niż było planowane. Domyślali się, że Nerpon widocznie napotkał jakieś problemy, które i tak pewnie zbledną przy kłopotach, jakie będzie miał, gdy wróci do grupy złych i wygłodniałych mocodzierżców. Nie potrafili skutecznie polować za pomocą broni, a rezerwy ich Mocy się wyczerpywały. Te cztery zające, które udało im się wczoraj zdobyć, były jak kiepski żart. Marnie się jawił los Gerfunów.

***

Derderowi było głupio, że nie zareagował jako pierwszy. O zbliżającym się obcym człowieku poinformował drużynę Hons Baraua. Był jeszcze stosunkowo daleko, jednak sztuka Honsa szła fioletową ścieżką Sen'haadu, która obdarzała jego zmysły szczególną ostrością. Potrafił też wykrywać pewne rzeczy. Grupa zrazu przyszykowała się do ewentualnej potyczki, jednak po chwili Hons uspokoił kamratów.
– Jakiś człek o dziwnym chodzie. Czuć nieco Mocy, widać zna ścieżki Verloru, jednak nikt specjalny. Obok niego coś żywego, parska. Koń. Idzie dziwnie, wolno – relacjonował Hons, skupiwszy resztki swej Energii. – Ach! Pokazuje nasz znak, lewa dłoń na karku, prawa przy sercu. Gerfun, swój, znaczy się.
Odetchnęli nieco, choć przez moment liczyli na to, iż okaże się, że to tak naprawdę jedynie Nerpon. Wciąż jednak zachowywali odpowiednią dozę czujności. Po chwili tajemniczy przybysz stał przed nimi. Był dość wysoki, a po jego kościstych, wyzierających z rękawów dłoniach można było domniemać, że przy tym dość chudy. Miał na sobie zwyczajny, czarny płaszcz z kapturem. Choć strój z lekka brudny, to o głębokiej barwie i bez żadnych dziur czy przetarć – wyglądał umiarkowanie schludnie. Drużyna zdziwiła się nieco, gdy przybysz ściągnął kaptur, odsłaniając nienaturalnie bladą twarz z oczyma i czołem obwiązanymi dość mocno starym, pokrwawionym strzępkiem materiału. Jak on mógł cokolwiek dostrzegać? Przez chwilę stał w kłopotliwym milczeniu, po czym zwrócił swą twarz ku Derderowi i skłonił się głęboko.
– Mistrzu Szolendi, jestem wielce rad, iż nareszcie dane mi jest cię spotkać.
– Ja niezbyt. Ktoś ty?
– Zwą mnie Roeen – przedstawił się i po raz kolejny ukłonił, po czym wskazał na swojego ciężko objuczonego konia. – Przybywam ze wsparciem. Przyniosłem nieco strawy i napitku, starając się dopełnić zadanie powierzone Nerponowi.
– A co z nim? – zapytał niespokojnym głosem Viczi Werduk. Nastała dłuższa chwila milczenia, która zdawała się być odpowiedzią samą w sobie.
– Nie żyje. Osobiście go otrułem – wyrzekł, a jego głos nawet nie drgnął.
Wszyscy, jak na komendę, otworzyli usta w niedowierzaniu. Hoseft niemalże rzucił się na Roeena, jednakże Derder powstrzymał go w porę, zachowując nieco zimnej krwi. Hoseft rzucił mu spojrzenie pełne wyrzutu.
– Czekaj, Ferlik. Nie wydaje mi się, żeby ten oto Roeen był do tego stopnia zidiociały, by zabić jednego z naszych, a potem tak po prostu przyjść z pomocą jak gdyby nigdy nic. – Zwrócił się do przybysza. – Mów, co dokładnie zaszło.
– Resteh'r Vord, ot, co! – wykrzyknął pretensjonalnym tonem. Zatrzymał się na chwilę, by ujrzeć, jak na twarzy każdego z Gerfunów maluje się grymas gniewu. – Wpadli na jego trop. Powierzył mi swoje zadanie, gdy zrozumiał, że nie jest już w stanie uciec. Muszę przyznać, że był to człowiek o niebywałym poświęceniu. Wiedział, że może nie przetrwać tortur bez zdrady, więc poprosił mnie o przysługę. Wiecie jaką.
Kamraci wymienili się spojrzeniami, które wyrażały najróżniejsze emocje: złość, żal, ból, strach, ale przede wszystkim dominowało ogromne zaskoczenie i szok.
– Ale... Tutaj? – Nie krył zdumienia Derder. – Przecież wszyscy wiedzą, że Zawed i jego banda to partacze, obiekt kpin nawet wśród samego Ostrza Natury. Więc jak oni...
– Nie oni – wtargnął w słowo Roeen. – Wizytatorzy. To ich sprawka.
Zdumienie kompanii Gerfunów, choć do tej pory ogromne, teraz przeskoczyło na kompletnie nowy poziom dezorientacji.
– Wi... Wizytatorzy? – próbował się upewnić któryś z nich.
– Zgadza się. I nie mówimy tu o zwykłej wizycie.
– Fassae – wyszeptał do siebie Derder. Tym razem to Roeen się zdziwił.
– Nie – rzekł niepewnym, cichym głosem. Derder momentalnie zganił się za nieuwagę. Nie raz obiło mu się o uszy, że osoby pozbawione wzroku cieszą się niesamowitym wręcz słuchem.
– Wizytatorem jest nie kto inny jak Rdza – wyjaśnił przybysz.
– Rdza? – zapytali chórem.
– Nie słyszeliście nigdy o nim? Zatem wasze szczęście. Kawał skurwiela, co tu dużo mówić. Niby jest jedynie nowym, niedoświadczonym sierpem, jednakże mówią, że przyszedł on z werbunku samego Girdara Fassae. Ludzie się go boją, nie dziwota zresztą, podczas gdy on ponoć i wśród samych Resteh'r Vord rzeźnie urządza. Nikt go nie lubi, ale każdy szanuje, głównie z troski o własną dupę. Tak czy inaczej, należy opuścić te okolice, przynajmniej na pewien czas.
Uwaga całego zgromadzenia skupiła się teraz na jednej osobie – Derderze Szolendi. Mlasnął kilka razy, szykując się do wypowiedzenia dość istotnych słów, jednakże Roeen go uprzedził.
– Zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję, mistrzu Szolendi, muszę zaznaczyć, iż sprawa z biednym Nerponem, jak tylko źle by to nie zabrzmiało, nie jest najważniejszym powodem, dla którego się tu zjawiłem. Przynoszę też bowiem bardzo ważne wieści, jednakowoż przykazano mi, by dotarły one do uszu jedynie mistrza Szolendiego, przynajmniej z moich ust.
Derder patrzył przez dłuższą chwilę w pozbawioną wyrazu twarz Roeena, po czym rozejrzał się po swojej grupie.
– Czego tu jeszcze stoicie? Nie rozumieją, że wieść poufna? Wypierdalać stąd, ale już! – przegnał resztę, po czym rozejrzał się w jukach za bukłakiem z winem. Gdy już go dostał, polecił Roeenowi, by usiadł koło ogniska. Na pstryknięcie jego palców ogień niemalże wystrzelił z kupki dogasającego popiołu. Dorzucił kilka kawałków drewna, pociągnął solidny łyk i usiadł nieopodal ślepego przybysza.
– No więc? Opowiadaj, panie posłańcu.
Traktowanie powyższej wypowiedzi na serio nie jest zalecane. Autor się zwyczajnie nie zna.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(07-06-2014, 20:24)zeitgeist napisał(a): Firlik Hoseft z niesmakiem splunął za ramię. (Zastanowiłabym się, czy lepiej nie pasowałoby "przez ramię".)

Przez chwilę wszyscy patrzyli się (zbędne)na Burrta Aeske, od pewnego czasu silnie skupiającego Moc nad wiadrem z deszczówką, próbując uczynić ją zdatną do wypicia.

– (...)Nie dość(przecinek) że leń i obibok, to idiota zarazem.

Na nic mu to jednak teraz było, jak że(jako że?) się społeczeństwa wyparł.

W praktyce jednak, (bez przecinka)znaczyło to jedynie bycie na usługach zamożnych, wpływowych ludzi.

Wyjątek stawili sztukmistrzowie sami będący zamożnymi, (bez przecinka)lub posiadający odpowiednie wpływy.

Kulty zbyt mocno traciły wpływy na rzecz Verlorańskich (Z małej litery – przymiotnik) cudotwórców, by zostawić sprawy samym sobie.

(...) iż Girdar Faasae planuje złożyć nieoficjalną wizytację(Złożyć można jak dla mnie "wizytę", nie "wizytację") w tych terenach.

Zawed miał w zamyśle odburknąć coś nieznacznego, jednakże w tym właśnie momencie tajemniczy Sierp odwrócił się ku niemu, ukazując mu po wtóry(A nie "po raz wtóry"?) swą służbową maskę.

Każdy licencjonowany członek Resteh'r Vord był zobligowany do noszenia tego specjalnego przykrycia twarzy, (bez przecinka)stanowiącego symbol wyrzeczenia się doczesnego życia dla dobra Misji.

Wedle tego, wszyscy wojownicy Ostrza Natury stanowili jedność,(bez przecinka) o jednym tylko obliczu – tej właśnie masce, (bez przecinka)zwanej Fuer.

Wykonywano je z różnych materiałów, zawsze jednak zachowując specjalną technikę wyrobu, która sprawiała, że gdy założone (Według mnie albo "gdy były założone" albo bez "gdy")(Myślnik bym usunęła) kompletnie odmieniały głos ich właściciela.

Maska wizytatora była na swój sposób unikalna, gdyż niemalże cała pokryta była rdzą i rdzawymi zaciekami.

Choć przepisowym kolorem była czerń, jedynymi czarnymi jej elementami były tradycyjne koła naznaczone pod dziurami na oczy,(bez przecinka) oraz prosty rysunek sierpa na(w) miejscu ust.

Kosy zaś podlegać mogły różnym osobom o różnym stopniu, w zależności od okręgu (przecinek)w którym się znajdowały.

Wszelakie odcienie rdzy zaczynały się ze sobą mieszać, falowały nim(niczym) tafla wody podczas deszczu.

Nim się obejrzał, zacieki zaczęły przypominać wijące się niespokojnie robactwo, sprawiając wrażenie kota, który wierci się w miejscu,(bez przecinka) tuż przed skokiem na swą ofiarę.

– Ożesz ty ssskurwysynu! – wyjęczał, lewą ręką ujmując bolące miejsce, a prawą podpierając się po(do) wstania.

Rdza cofnął się o krok, zachowując pełen spokój. – Zasrany Sierp! Wizytator, kurwa jego mać. Naruszasz Kodeks! Wy! Reszta! – m(M)achnął ręką na biernie stojących z tyłu, podlegających mu Sierpów.


– (...)Pokornie oddaje(ę) się do waszej dyspozycji. – Skłonił się na tyle głęboko, na ile pozwalał mu jego obolały kręgosłup, i czekał na reakcję Rdzy.

Na zakrwawionej twarzy dopatrzył się śladu(Skoro "wielu kolców" to dałabym "śladów") wielu silnie odciśniętych na niej kolców.

Nie potrafili skutecznie polować za pomocą broni, a ich Moc była słaba. Te cztery zające, które udało im się wczoraj zdobyć, były jak kiepski żart. Marny był los Gerfunów.

O zbliżającym się, (bez przecinka)obcym człowieku poinformował drużynę Hons Baraua.

Był dość wysoki, a po jego kościstych, wyzierających z rękawów dłoniach można było domniemać, że przy tym dość chudy. Ubrany był w zwyczajny, czarny płaszcz z kapturem. Choć strój był z lekka ubrudzony, to o głębokiej barwie i bez żadnych dziur czy przetarć – wyglądał umiarkowanie schludnie. Drużyna zdziwiła się nieco, gdy ściągnął kaptur (Wcześniej jest o stroju, więc w tym zdaniu przydałoby się zaakcentować, że to ów człowiek, nie jego strój, ściągnął kaptur :).), odsłaniając nienaturalnie bladą twarz, (bez przecinka)z oczyma i czołem obwiązanymi dość mocno starym, pokrwawionym strzępkiem materiału.

– Czekaj, Ferlik. Nie wydaje mi się, żeby ten oto Roeen był do tego stopnia zidiociały, by zabić jednego z naszych, a potem tak po prostu przyjść z pomocą, (bez przecinka)jak gdyby nigdy nic. – Zwrócił się do przybysza.

Zatrzymał się na chwilę, by ujrzeć(przecinek) jak na twarzy każdego z Gerfunów maluje się grymas gniewu.

Kamraci wymienili się spojrzeniami, które wyrażały najróżniejsze ich (zbędne) emocje: złość, żal, ból, strach, ale przede wszystkim dominowało ogromne zaskoczenie i szok.

– Wizytatorem jest nie kto inny,(bez przecinka) jak Rdza – wyjaśnił przybysz.

Uwaga całego zgromadzenia skupiła się teraz na jednej osobie – Derderowi (Skupiła się na kim? – Derderze) Szolendi.

Derder patrzył się (zbędne – zwłaszcza że potem znowu jest "się") przez dłuższą chwilę w pozbawioną wyrazu twarz Roeena, po czym rozejrzał się po swojej grupie.

Czytałoby mi się znacznie lepiej, gdyby nie taka masa imion, które ciężko mi przypisać do postaci, oraz nazw i szczegółów. Mnie taka masa informacji naraz (zwłaszcza w pierwszym fragmencie) jedynie zniechęca i przytłacza, zamiast interesować i ukazywać bogactwo stworzonego przez Ciebie świata.

A tak poza tym, to zapowiada się naprawdę nieźle. Widać, że uniwersum dopracowane (może aż z dbałością o najmniejsze szczegóły), więc tylko czekać, aż akcja się rozwinie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Dziękuję, mnóstwo trafnych uwag, nie omieszkam ich zaraz użyć. :D

Ta początkowa lawina informacji była stworzona niejako świadomie, sam nie jestem zbytnim entuzjastą takiego nawału danych, ale postanowiłem dać czytelnikowi nieco informacji o świecie. Raz, że celem pewnego wprowadzenia, dwa, że chciałem utworzyć nieco chaosu, który potem stopniowo będzie się coraz lepiej układał. Ale nie ma się co martwić, w następnych fragmentach przejdę do konkretniejszych spraw, zbyt wiele danych jest strasznie nudne.
Traktowanie powyższej wypowiedzi na serio nie jest zalecane. Autor się zwyczajnie nie zna.
Odpowiedz
#4
(07-06-2014, 20:24)zeitgeist napisał(a): "Rdzawy Sierp" – cz. I

Niestety, otworzenie ust tak szeroko, jak tylko potrafił, nie poskutkowało w dodatkowych kroplach (dodatkowymi kroplami) wina w pustym już bukłaku. Przełknął natomiast, z wielkim pechem, (zbędne – jak można coś przełknąć 'z wielkim pechem') nadto wścibskiego robaka, który postanowił poznać bliżej jego przełyk. (oba zdania to przykład przerostu formy nad treścią – pierwsze musiał mi ktoś wyjaśniać, o co w nim chodzi, bo ja nie ogarniałem)

Odkaszlnął jeszcze kilka razy z głębi płuc, po czym cisnął bukłakiem nad dogasającym już nieco ogniskiem, (zbędny przecinek) prosto pod nogi Derdera Szolendi.

Przez chwilę wszyscy patrzyli na Burrta Aeske, (zbędny przecinek) od pewnego czasu silnie skupiającego Moc (mała literą) nad wiadrem z deszczówką, próbując uczynić ją zdatną do wypicia.
– Wychlał wino, zeżarł, co było, a teraz się jeszcze za co (powtórzenie) dorodniejsze robactwo bierze – skomentował Reunert Dalak, uśmiechając się paskudnie ku Firlikowi.

Nie spotkał się z aprobatą (nie wiedziałem, że wrzucanie drew do dogasającego ogniska wymaga zezwolenia) Derdera – ten, będący myślami gdzieś daleko, nawet tego nie zauważył.

Derder tylko (szyk – Tylko Derder), choć również brudny, posiadał odzież świadczącą o wyższej pozycji w społeczeństwie (...)

Na nic mu to jednak teraz było, jako że się społeczeństwa wyparł (Po jakiemu to jest? Szyk!). Derder był bowiem kiedyś jednym z nielicznych uprzywilejowanych użytkowników Mocy (małą literą), których nie próbowano na każdym kroku pozbawić życia. Posiadał on (zbędne) Święcenie Balansu – opinię osoby światłej, która nie będzie swymi umiejętnościami nieodpowiedzialnie burzyć równowagi sił w naturze.

Wyjątek stawili (stanowili) sztukmistrzowie sami będący zamożnymi, (zbędny przecinek) lub posiadający odpowiednie wpływy.

Dlatego, jak tłumaczył, porzucił swe doczesne (dotychczasowe – chyba że umarł) życie i przyłączył się do konspiracji przeciwko służalczym Verloranom.

Mieli oni jednak niejakie poparcie w społeczeństwie (błąd następstwa podmiotów – wychodzi, że 'poparcie' 'pałało nienawiścią' – zamienić na np. "Cieszyli się jednak pewnym poparciem społeczeństwa"), które za sprawą dosadnych słów kapłanów pałało nienawiścią do Gerfunów.

W związku z tym, (zbędny przecinek) okolica była prawdziwą wylęgarnią Gerfunów, o czym Girdar Faasae – największy autorytet i głowa Ostrza Natury – doskonale wiedział.

Zawed, osiadający (osiadły) na stałe w Czerhifdondcie, mający już swe lata Kosa (co to za jeden?), z niepokojem wodził oczyma za chodzącym po jego mieszkaniu Rdzą.

Pomijając to, były dość efektowne i (, ale) na pewno nie chciałby się pod nimi znaleźć.

Zawed miał w zamyśle odburknąć coś nieznacznego, jednakże w tym właśnie momencie tajemniczy Sierp (co to za jeden?) odwrócił się ku niemu, ukazując mu po raz wtóry swą służbową maskę.

Każdy licencjonowany członek Resteh'r Vord był zobligowany do noszenia tego specjalnego przykrycia twarzy stanowiącego symbol wyrzeczenia się doczesnego życia dla dobra Misji (małą literą). Wedle tego, (zbędny przecinek) wszyscy wojownicy Ostrza Natury stanowili jedność, (zbędny przecinek) o jednym tylko obliczu – tej właśnie masce zwanej Fuer.

Wykonywano je z różnych materiałów, zawsze jednak zachowując specjalną technikę wyrobu, która sprawiała, że gdy (zbędne) założone (zbędny myślnik) kompletnie odmieniały głos ich właściciela.

Choć przepisowym kolorem była czerń, jedynymi czarnymi jej elementami były tradycyjne koła naznaczone pod dziurami na oczy, (zbędny przecinek) oraz prosty rysunek sierpa w miejscu ust. Zawed, jako Kosa (małą literą), też posiadał podobną maskę, jednak będącą w dużo lepszym stanie.

Generalnie rzecz biorąc, Sierp (mała literą), jeżeli mówić o licencjonowanych członkach, był rangą najniższą (od kiedy rangi piszemy dużymi literami?). Z reguły każda Kosa mogła mieć nawet kilkunastu takich pod swą komendą. Kosy zaś podlegać mogły różnym osobom o różnym stopniu, w zależności od okręgu (przecinek) w którym się znajdowały. Rangami wyższymi były: Sztylet, Szabla oraz najwyższa (nie licząc głowy, czyli Girdara Fassae) – Miecz. I o ile nie było częstym, by Miecz miał bezpośrednio pod swoimi rozkazami Sztyletów, rangi te różniły się znacząco względem posiadanego autorytetu i strefy wpływów.

Ku niezmierzonemu zdziwieniu Zaweda, (zbędny przecinek) to właśnie on był celem.

Skrzywił się, widząc jego okropnie rozgnieciony nos. Na zakrwawionej twarzy dopatrzył się śladów wielu silnie odciśniętych na niej kolców. Rdza schylił się nad rannym mężczyzną, poklepał lekko po poliku i zapytał:
Noo (No), Nerpon. Masz mi coś do powiedzenia?

Za dużo nazw i postaci, mnogość informacji. Nie ma siły, nikt tego nie spamięta.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
Wpadłem tutaj po poleceniu tego tekstu przez Yamiego i stwierdzam, iż moi przedmówcy mają rację. Rozumiem, że chcesz opisać świat dać mi jakieś dane, ale za dużo tego na raz. Zobacz na Painowy Pałac tam też autor tworzy cały świat, ale dawkuje go po trochu tak żeby czytelnik nie zachłysnął się nadmiarem informacji. W tym momencie masz tutaj smakowity "makowiec" i chociaż każdy lubi makowca to podaj do niego mleko, łatwiej będzie go jeść :)
Eorth znajduje się w tym miejscu gdzie śpią wszystkie smoki
Odpowiedz
#6
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko przyznać wam rację – bo choć to i tak miał być jedyny fragment tak nasiąknięty danymi, to być może faktycznie przedobrzyłem. Jako autor mam ciężej z wyłapywaniem takich rzeczy, jako że wszystko mam już ułożone w głowie.

Dzięki, następny fragment dopiszę po egzaminie może. :X
Traktowanie powyższej wypowiedzi na serio nie jest zalecane. Autor się zwyczajnie nie zna.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Kolejny fragment jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniego, więc dla złapania kontekstu można rzucić okiem na ostatnie akapity, chociaż nie jest to konieczne. Ograniczyłem się z nazwiskami i opisami świata, a terminy mogące utrudniać zrozumienie tekstu wyjaśniłem. Zapraszam do lektury. :D


"Rdzawy Sierp" – cz. II

Poprzedzona momentem milczenia opowieść Roeena ciągnęła się chwilę. Derder wysłuchał jej cierpliwie, nie przerywając ani razu, choć momentami wyraźnie miał na to ochotę. Gdy dobiegła końca, westchnął lekko, patrząc gdzieś za siebie. Opuścił głowę i bardzo powolnym ruchem przeniósł wzrok na Roeena, wbijając w niego swoje błękitne oczy niczym włócznię.
— Brednie — warknął.
Roeen zląkł się lekko, gdy poczuł, jak jego oddech mimowolnie przyśpiesza. Powietrze wokół niego stało się tak rzadkie, że zaczynało mu brakować tchu. Spowiła go lekko pomarańczowa aura.
— Dla kogo pracujesz? Jesteś szpiegiem? Marnym albo wcale — powiedział spokojnie Derder, gdy stanął nad Roeenem. — Bo dobry nie powoływałby się na trupa. — Chciał spojrzeć mu prosto w jego przerażone oczy, jednakże w tym przypadku było to niemożliwe.
"Ślepy" przybysz padł na ziemię, chrapiąc beznadziejnie w walce o dech. Był pewien, że jeszcze chwila i rozstanie się z tym światem, gdy poczuł, jak powietrze wraca do normalności. Derder ujął go za zmierzwione, czarne włosy, lecz nadal niewyobrażalnie kręciło mu się w głowie. Postawiony na kolana znów od razu runął na ziemię. Szolendi westchnął cicho. Zabicie go bez wyciągnięcia istotnych informacji byłoby głupotą.
— Mylisz się — wyjęczał Roeen drżącym głosem, pokasłując co chwilę.
— Hę? Co tam biadolisz? — zapytał, nachyliwszy się.
— Mistrz Bozendar... On żyje.
— Gówno prawda. Nie dalej jak księżyc temu dopadło go Resteh'r Vord. Poczuł się zbyt pewnie i wpadł. Niestety zginął, choć i tak lepiej dla niego, że nie został pojmany. Wiem to, bo rozumiesz, mam bardzo wiarygodnego informatora. Dużo bardziej wiarygodnego niż jakiś przybłęda.
— Nie zginął. Fakt, wdał się w walkę z oddziałem Resteh'r Vord, ale utarł im nosa. Uciekł. Zarówno informacje o jego pojmaniu, jak i śmierci, to wszystko bujdy — powiedział nieco pewniej, gdy złapał bardziej miarowy oddech. Dał sobie jeszcze chwilę na kilka głębszych wdechów, po czym wstał, nie bacząc na zirytowane oblicze Derdera. — Ale te wieści nie są szeroko znane. Powiem więcej, krążą niemalże jedynie wśród samego Ostrza Natury.
Derder nie widział jego oczu, ale poczuł spojrzenie. Twarde spojrzenie, które świadczyło o tym, że on wie o jego tajemniczym informatorze. "Spostrzegawczy skurwiel. I sam dość dobrze poinformowany" — stwierdził. Oczywiście, Roeen nie miał szansy wiedzieć, o kogo dokładnie chodzi, ale mimo wszystko — to i tak już za dużo. Szolendi był tylko ciekaw, czy on faktycznie mówi prawdę, czy jedynie blefuje. Ta pierwsza opcja była w pewnym sensie niepokojąca. Po chwili jego wątpliwości zostały rozwiane.
— Mam dowód. A nawet dowody. — Roeen zbliżył się o krok i wysunął przed siebie dłoń, w której znajdował się zwinięty w rulonik kawałek papieru.
Derder rozwinął go bez chwili wahania i poczuł. Na kartce wyrysowana była typowa pieczęć Doeg'hur — koło wpisane w kwadrat, natomiast w nim znajdował się skomplikowany kłębek niezrozumiałych szlaczków identyfikujących autora. Pieczęć tego typu mogła przenosić myśli i emocje, a ta konkretna w pełni potwierdzała słowa przybysza i była dziełem Bozendara Aaescze we własnej osobie. Derder znał tę jedną z nieverlorańskich zakazanych technik. Był gotów udawać zdziwienie przed obcą mu rzeczą, jednakże znów odczuł to wiedzące spojrzenie. Zaczynał się denerwować.
— Drugim dowodem — przerwał Derderowi gapienie się na kartkę — są moje oczy.
— Chyba były — zakpił Szolendi. Roeen wymusił nieznaczny uśmiech.
— I tak, i nie. Kunszt mistrza Bozendara bez wątpienia dorównuje teraz niezwykłym umiejętnościom jego słynnego mentora. Niestety, mistrz Vozehid zmarł przedwcześnie i nie przekazał mu pełni swej wiedzy. Dlatego zdecydował się na przeprowadzenie eksperymentu na mnie.
— Nie gadaj, że...
— Tak. Chciał stworzyć w mym ciele oczy Vaam'paha. Oczy, które potrafią dostrzec każdy, nawet najmniejszy przepływ energii. Oczy, które prześwietlają mury, które widzą dalej niż sokół i które lepiej radzą sobie z ciemnością niźli kot. Choć nie cieszyłem się wcale z tego powodu. — Skrzywił się wyraźnie. — Gdyby się powiodło, byłyby mi odebrane. Tego, co powstało, nie było nawet jak wydłubać.
— Proszę, proszę... Oczy Vaam'paha! Rzecz uważana za niemożliwą. Jak widać — Derder uśmiechnął się okropnie — całkiem słusznie.
— Przecież wiesz, iż Vozehidowi się powiodło.
— A potem zginął, mając strzępki mięsa i galarety zamiast głowy. Powiodło, powiadasz. Wsadzić sobie umerhid** do łba. Tobie też tym "kunsztem" z oczu patrzy.
— To nie wina mistrza. Moje ciało było za słabe na taką dawkę Mocy. — Roeen nie krył w sym głosie poirytowania, jednakże zachował spokój. Był pewien, że kłótnia z Derderem w takich okolicznościach znacznie skróciłaby jego nędzny żywot. — Poza tym, mimo iż normalnie widzę słabo, to właśnie dzięki temu mogłem was odnaleźć, idąc po śladach. Chociaż, jeżeli o mnie chodzi, uważam, że to dosyć nieostrożne.
— Ślady? Jakie, psiamać, ślady? Co masz na myśli? — zapytał Derder, patrząc na niego z ukosa. Roeen obdarzył go pytającym wyrazem twarzy.
— Mówię o tych energetycznych znakach w ziemi, które widocznie za sobą zostawiacie. Potrafię dostrzec Moc.
Derder mu nie odpowiedział. Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu. To mogło znaczyć tylko jedno. Wśród jego grupy był zdrajca i naprowadzał kogoś na ich trop.
Znaki? Nagła wizytacja? Po plecach Derdera przebiegł dreszcz. Zdawało mu się, że wyczuwa obecność czegoś straszliwego. Musieli ruszać.

***

Zawed przeciągnął się i ziewnął, nie bacząc na ciekawskich mieszczuchów rzucających mu badawcze spojrzenia. Przed chwilą wyszedł z domu zarządcy Czerhifdondu. Został zaproszony na długą i nudną rozmowę na temat jego działalności. Oficjalna sytuacja wymagała od niego przepisowego ubioru, co oznaczało założenie maski, do której od jakiegoś czasu czuł wstręt. Szerk, zarządca, wyłożył mu dokładnie, jak sprawa wygląda. A wyglądała tak, że Zawed jeszcze nigdy nie dorwał żadnego Gerfuna, a jego dokonania ograniczały się do ubicia kilku bestii grasujących po okolicy. A wśród mieszkańców znów krążą pogłoski o znikających zwierzętach, dzieci narzekają na nieustające koszmary, ponoć ktoś zniknął bez śladu.
Kosa westchnął. Nie miał już wyposażenia, więc nie mógł po prostu zacząć działać. Zganił się w myślach za przechlanie oszczędności przeznaczonych na niezbędne mu wyroby irlepisowe*. Niestety, po pierwszej butelce gorzałki najbardziej niezbędną rzeczą wydaje się kolejna butelka.
Pewnym rozwiązaniem mogli się okazać wizytatorzy. Wyglądali na dość zaangażowanych w Misję, więc dlaczego nie miałby ich w tym celu wykorzystać? Wystarczyłoby to tylko odpowiednio rozegrać.
Gdy doszedł do domu kupca Bermusa, w którym zatrzymał się Rdza, przystanął na chwilę przed drzwiami. Wciąż miał w głowie okropne cierpienia, jakim został poddany ten młodziak, Nerpon. "Tyle ludzkiej krwi... Nie po to zostałem Resteh'r Vord."
Przełknął ślinę i zapukał. Drzwi otworzył mu jeden z sierpów towarzyszących wizytatorowi.
— Czego? — Nie silił się na grzeczności. Najwidoczniej żył w przekonaniu, iż przybycie razem z Rdzą stawia go znacznie wyżej. Było to błędne przekonanie, co Zawed chętnie udowodniłby kilkoma celnie wymierzonymi ciosami, musiał się jednak powstrzymać. Ten młodzik wprawdzie nie miał żadnych papierów od góry, ale kosa postanowił zachować się tak grzecznie, jak tylko potrafił.
— Chciałem porozmawiać z Rdzą. Okolica wymaga przeprowadzenia akcji.
Sierp zaśmiał się swym zniekształconym przez Fuer głosem.
— Rdzy już nie ma. Wyruszył samotnie zaraz po przesłuchaniu.

***

Minęło kilka godzin, zanim w końcu zeszli z koni. Sapali, charczeli i chrapali równie żałośnie jak ich szkapy.
Gdy Derder ich zwołał, bez słowa wyjaśnienia udali się w drogę. Szybko i bez zastanowienia. Oczywiście, niesforni Gerfuni próbowali zadawać pytania, domagali się wyjaśnień, jednakże Szolendi z miejsca uciszał ich wściekłym spojrzeniem, raz niemalże zrzucając biednego Vicziego z jego smolistej klaczy.
Firlik Hoseft był bordowy ze zmęczenia i gniewu. Rozjuszył go ten szalony pęd, który nawet nie pozwolił im się porządnie posilić. Byli bardzo słabi. Spojrzał obojętnie na młodego Zibera Galacziego, który zamiast zejść ze swego konia, zjechał po siodle i runął na ziemię.
— Derder, co to ma znaczyć? — zapytał odważnie Firlik.
— Morda! — wrzasnął tak głośno, że reszta niemalże się skuliła. — To ja chcę wiedzieć! Co to ma do kurwy nędzy znaczyć? Powie mi ktoś? Hę? Może ty, Firlik? Gadaj!
Hoseft jedynie otworzył usta i bezskutecznie próbował wydusić z siebie choćby strzępek słowa. Uratował go kompan.
— Przepraszam, panie Szolendi, ale zdaje się, że potrzebujemy kontekstu, przynajmniej część z nas. Można wiedzieć, co zaszło? — zapytał przytomnie Burrt Aeske. Należał do tych bardziej rozgarniętych ludzi z grupy Derdera. Nieco przesadnie uległym tonem starał się złagodzić przywódcę. Zauważył, że jest on bardzo łasy na tego typu traktowanie. Widział w tym kompleks, zapewne mający swe podłoże w przeszłości Szolendiego — koniec końców kiedyś był sługusem w zamożnej rodzinie.
— Mmm... — mruknął ponuro Derder, choć nie zapowiadało się na dalsze krzyki. Firlik, wykorzystując moment, wycofał się nieco.
— Zdrajca — wyjaśnił Roeen, szokując wszystkich, nawet samego Derdera. Nie jemu było o tym mówić. Szolendi wykrzywił się w grymasie gniewu, ukazując swe wcale zdrowe uzębienie. Miał plany rozegrania tego inaczej, inteligentniej, ciszej, skuteczniej. Choć, szczerze powiedziawszy, sam je zaprzepaścił przesadnym pokazem agresji. Warknął jeszcze raz ku Roeenowi, wyraźnie sygnalizując mu, że nie ma w tym momencie prawa do głosu.
— Tak — przyznał. — Ktoś zostawia za nami trop, po którym jesteśmy niewątpliwie śledzeni.
— Stąd ten pęd? — chciał się upewnić Hons Baraua. Odpowiedziało mu niechętne skinienie głowy.
— Ale... — zaczął Burrt. — Skąd taki wniosek? Po czym poznałeś?
Cała gromada zwróciła wzrok na Roeena. Potem na Derdera i znów na Roeena. Tym razem to Hons był z lekka poirytowany.
— Że niby on? Ten cudak? Kim on w ogóle, cholera, jest? Wybacz, ale dlaczego obdarzyłeś tę kalekę aż takim zaufaniem?
Szolendi otworzył szerzej oczy.
No właśnie, dlaczego był tak irracjonalnie ufny wobec tego przybłędy? Jego gniew rósł, bezwiednie kumulowała się energia. Rooen wziął głęboki wdech — niepotrzebnie. Derder po raz kolejny poczuł ten złowrogi, acz o dziwo orzeźwiający dreszcz. Faktycznie wyczuwał nadciągające ku niemu niebezpieczeństwo. Niebezpiecznie bliskie. Przypomniał sobie też to uczucie, gdy dotknął pieczęci, którą przyniósł mu Roeen. Derder potrafił wyczuwać wahanie, niepewność, kłamstwo drżące w głębi duszy. Przybysz był czysty jak łza. Faktycznie, wiedział dość sporo i miał swoje tajemnice, ale nie wydawało mu się, by kłamał. Ale co do tego — przyjdzie czas, że i jemu przyłoży ostrze do gardła i dokładnie wypyta. Teraz nie było ani znaczniejszej potrzeby, ani czasu.
— Mam swoje powody. Poza tym, czas nas goni z jeszcze jednego powodu. Mamy zadanie do wykonania. Nareszcie.
— Zadanie? – zapytało kilku z nich chóralnie.
— Girdar Fassae zmierza w te strony. Ale nie do Czerhifdondu, jak myślałem, acz do Noplenlitsz. — Rzucił okiem na Roeena. Jego dusza ani drgnęła.
— Fassae? Ten zakapeluszony psi chuj? Więc w tym rzecz... — rzekł dotychczas zachowujący milczenie Ziber Galaczi.
— Hmm — zastanowił się Burrt. — Ale jakie my mamy szanse przeciwko takiemu komuś? Samojeden sprawiłby nam wszystkim niemały kłopot. A te męty same nie chadzają.
— Element zaskoczenia – wyjaśnił Derder. — Trzeba będzie się jeszcze upewnić, ale jeżeli będzie chciał się dostać do Noplenlitsz, najpewniej poprowadzi drogę przez Szary Kanion. I to będzie podróż, jak mi wiadomo, nieoficjalna. Bez większej eskorty. Rzecz bądź co bądź ryzykowna, ale okazja taka jak ta często się nie nadarza. Musimy działać.
— Myślę, że to może zwiększyć nasze szanse — wtargnął w słowo Roeen, wyjmując coś zza pazuchy. W jego dłoniach lekko jaśniały przywiązane na sznureczkach kryształy. Bez wątpienia były to kryształy energetyczne, które, jak wiadomo było każdemu adeptowi sztuki Verloru, pozwalały na znaczne poszerzenie własnych możliwości. Krótko mówiąc, miały w sobie Moc. Oczy całej grupki błysnęły na ten widok, a ich twarze wyraźnie pokraśniały.
— Jeszcze jeden prezent od mistrza Bozendara — powiedział z uśmiechem bezoki przybysz.

***

Zmierzchało. Po rzęsistym, męczącym deszczu nie było już ani śladu — chmury ustąpiły miejsca czerwieniącemu słońcu, kończącemu już dzisiejszą podróż po nieboskłonie.
Noplenlitsz nie znajdowało się zbyt daleko, jednakże nie były to już okolice, które pozwalałyby na beztroską podróż. Stawka była zbyt wysoka, a oni nie chcieli ani trochę ryzykować. Dlatego zdecydowali się na bezpieczniejszą, acz okrężną drogę. Mieli nieco czasu w zapasie, prowiantu było wystarczająco na kilka kolejnych dni. Pełniejsze niż dotychczas żołądki i energetyzująca perspektywa przeprowadzenia być może kiedyś legendarnej akcji znacznie poprawiły morale gromady.
Odpoczywali po ciężkim dniu obfitym w wydarzenia. Trochę żartowali, trochę wspominali Nerpona, jednak ogólnie wszyscy byli raczej rozpogodzeni, jak gdyby słowa o zdrajcy kompletnie nie padły. A przynajmniej tak by się mogło wydawać. Ktoś, kto przyjrzałby się im dokładniej, zauważyłby, jak każdy z nich mimo uśmiechu na twarzy co rusz nerwowo bada wzrokiem swych towarzyszy.
Wyjątek od pozornie pogodnych kompanów stanowił nieskrycie zdenerwowany Derder i nieobecny duchem Roeen. Pierwszego ciągle dręczyło nieustanne przeczucie bliskiego Zła, drugi natomiast okazał się dość mocno wyalienowaną osobą. Początkowo próbowali go zachęcić do rozmowy, jednakże po kilku niechętnych mruknięciach i wymuszonych uśmieszkach dali mu spokój. Siedział na uboczu. Być może słuchał, być może spał, ciężko było stwierdzić. W każdym razie nie drgnął nawet, aż do czasu, gdy wszyscy szykowali się do snu.
Derder postanowił, że pierwszą część nocy wartę pełnił będzie Firlik, natomiast później obejmie ją osobiście. Hoseft był tak oczywistym idiotą, że nie obawiał się zdrady z jego strony. Nie tak przemyślanej. Można powiedzieć, że w pewien specyficzny sposób mu ufał.
Roeen cichaczem wymknął się na chwilę, by odnaleźć jego unikalny zestaw ziół. Potrzebował ich. Gdy je znalazł, pociągnął jeszcze łyk wina z bukłaka, po czym położył się nieopodal reszty.

***

Burrta obudziła Cisza. Niezwykła, słyszalna. Widział jak przez mgłę, był kompletnie zdezorientowany. Zebrał nieco energii i pokrył się ledwie dostrzegalną, fioletowawą aurą sztuki Sen'haadu. Teraz dostrzegał więcej, choć nie w normalnym ludzkim postrzeganiu. Po prostu do jego głowy zaczęły napływać pewne fakty. Wszyscy, wliczając pełniącego dyżur Ferlika, spali. Ferlik w dość nietypowej pozycji. Czyżby sen go zaskoczył?
Coś było nie tak. Kogoś brakowało. Atmosfera jakby zgęstniała, czas wciąż spowalniał, aż w końcu kompletnie stanął w miejscu. Skierował swą uwagę gdzieś w nieprzemierzoną, otaczającą go zewsząd czarną pustkę. Z gąszczy błysnęła ku niemu para przejmująco ametystowych ślepi.
Mimo iż tego nie chciał, poszedł.
Nie wrócił.

_________________________________________________________________

Słowniczek:
*Irlepis – minerał o niezwykłych wartościach, używany do walki z mocodzierżcami i potworami.
**Umerhid – słynny Roreat'hański materiał wybuchowy.
Traktowanie powyższej wypowiedzi na serio nie jest zalecane. Autor się zwyczajnie nie zna.
Odpowiedz
#8
Niestety błędów ci nie sprawdzę – obecnie nie jestem do tego zdolny. No ale powiem to i owo.

Pierwsza część zdecydowanie niesie za dużo faktów. Pamiętam, że już raz podchodziłem do tego tekstu, ale właśnie odepchnął mnie natłok informacji, których de facto nie idzie spamiętać chociażby z powodu skomplikowanego nazewnictwa (a przynajmniej dla mnie). Pod tym względem drugi fragment jest znacznie lepszy, o ile ktoś zdoła do niego wytrwać pomimo natłoku, rzecz jasna ; )

Ale już pominę głębsze zagłębianie się w sprawę, którą wytknęli inni. Oh well.

Odrzucała mnie trochę długość fragmentów. Nie sądziłem, że dotrwam do końca i, szczerze mówiąc, było warto.
Całkiem zgrabnie napisane. Widać, że uniwersum masz dosyć dopracowane. W pierwszym fragmencie myślałem, że będziesz prowadził akcję z dwóch stron konfliktu na raz, ale gdzieś w drugim jakoś porzuciłem tę myśl. O tym pewnie przekonam się w następnych albo jeszcze później : P Do sposobu, w jaki prowadzisz akcję, nie mogę się przyczepić. Ładnie, gładko, nawet zmęczony ja był w stanie jakoś to wszystko ułożyć w głowie. Innymi słowy: kawał dobrej roboty.

I tak swoją drogą – ci z Ostrza Natury wydają mi się nazbyt przerysowani na takich typowych czarnych charakterów: zło, śmierć i rozterki społeczne. No i klasycznie jakiś złodupiec, który... no. Jest złodupcem^^
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#9
Dzięki za tak pochlebną opinię. :D

Co do złodupców, czarnych charakterów itd. nie ukrywam, że spełniłem swój cel, rysując ich tak a nie inaczej, co zrozumiecie w następnych fragmentach, więc na razie powstrzymam się od komentarzy.

Zwrócę tylko uwagę na to okropne Resteh'r Vord – Zawed, choć dość rozleniwiony, stary pijaczyna, wcale nie odebrał dobrze tego, co widział na przesłuchaniu. "Tyle ludzkiej krwi..." Jemu bliżej było do gnuśnego wiedźmina, niż do sadystycznego inkwizytora.

Następny fragment za parę dni, dzisiaj pasuje przed egz powtórzyć.
Traktowanie powyższej wypowiedzi na serio nie jest zalecane. Autor się zwyczajnie nie zna.
Odpowiedz
#10
(14-06-2014, 21:54)zeitgeist napisał(a): Gdy dobiegła końca, westchnął lekko, patrząc się (zbędne)gdzieś za siebie.

Opuścił głowę i bardzo powolnym ruchem przeniósł wzrok na Roeena, wbijając w niego jego (Raczej "swoje", bo gdyby wbił w niego jego – czyli rozmówcy – oczy, to widok byłby dziwny. :P) błękitne oczy niczym włócznię.

Powietrze wokół niego stało się tak rzadkie, że zaczynało mu brakować tchu. Wokół niego pojawiała się lekka pomarańczowa aura.

Był pewien, że jeszcze chwila i rozstanie się z tym światem, gdy poczuł(przecinek) jak powietrze wraca do normalności. Derder ujął go za jego (zbędne) zmierzwione, czarne włosy, lecz nadal niewyobrażalnie kręciło mu się w głowie.

— Mylisz się — wyjęczał Roeen beznadziejnym ("Beznadziejny" mi tutaj nie pasuje, zamieniłabym na "pozbawionym nadziei", jeśli określenie głosu koniecznie musi być związane z nadzieją.) głosem, pokasłując co chwilę.

Derder znał tą(tę) jedną z nieverlorańskich zakazanych technik.

— I tak, i nie. Kunszt mistrza Bozendara bez wątpienia sięga (Lepiej pasowałoby "dorównuje") teraz niezwykłym umiejętnościom jego słynnego mentora.

— Nie gadaj(przecinek) że...

— (...)Choć nie cieszyłem się wcale z tego powodu(kropka) — s(S)krzywił się wyraźnie.

— Proszę, proszę... Oczy Vaam'paha! Rzecz uważana za niemożliwą. Jak widać — uśmiechnął się okropnie Derder (Lepszy szyk byłby następujący: Derder uśmiechnął się okropnie.) — całkiem słusznie.

— To nie wina mistrza. Moje ciało było za słabe na taką dawkę Mocy. — Roeen nie krył swym tonem poirytowania, jednakże zachował spokój. (Raczej "nie krył w swym głosie".)

— Ślady? Jakie, psiamać, ślady? Co masz na myśli? — zapytał Derder, patrząc na niego z ukosa. Roeen obdarzył go pytającym wyrazem twarzy. ("Obdarzanie pytającym wyrazem twarzy" jakoś mi nie brzmi, jak już napisałabym "spojrzeniem".)

— Mówię o tych energetycznych znakach w (A nie "na"?) ziemi, które widocznie za sobą zostawiacie.

Niestety, po pierwszej butelce gorzałki,(bez przecinka) najbardziej niezbędną rzeczą wydaje się kolejna butelka.

Przełknął ślinę i zapukał. Drzwi otworzył mu jeden z sierpów (A nie "Sierpów", skoro to nazwa poziomu wtajemniczenia czy czegoś w tym stylu?) towarzyszących wizytatorowi.

Ten młodzik wprawdzie nie miał żadnych papierów od góry, ale kosa (Tutaj jak wyżej, wcześniej było "Kosa".) postanowił zachować się tak grzecznie, jak tylko potrafił.

(...) jednakże Szolendi zrazu ("Zrazu" to "z początku", a tu bardziej pasuje "z miejsca"/ "natychmiast" albo coś podobnego.) uciszał ich wściekłym spojrzeniem, raz niemalże zrzucając biednego Vicziego z jego smolistej klaczy.

Spojrzał się (zbędne) obojętnie na młodego Zibera Galacziego, który zamiast zejść ze swego konia, zjechał po siodle i runął na ziemię.

— Zdrajca — wyjaśnił Roeen (przecinek) szokując wszystkich, nawet samego Derdera.

Choć, szczerze powiedziawszy, sam je zaprzepaścił (Co zaprzepaścił?) przesadnym pokazem agresji.

— Ale... — zaczął Burrt(kropka, jeśli dalej z dużej litery) — Skąd taki wniosek? Po czym poznałeś?

— Że niby on? Ten cudak? Kim on w ogóle, cholera, jest? Wybacz, ale dlaczego obdarzyłeś tą(tę) kalekę aż takim zaufaniem?

Faktycznie wyczuwał nadciągające ku niemu niebezpieczeństwo. Niebezpiecznie bliskie.

Ale co do tego — przyjdzie czas, że i jemu podłoży ostrze pod gardło (Raczej "przyłoży ostrze do gardła") i dokładnie wypyta.

Bez wątpienia były to kryształy energetyczne, które(przecinek) jak wiadomo było każdemu adeptowi sztuki Verloru, pozwalały na znaczne poszerzenie własnych możliwości.

Dlatego zdecydowali się na nieco bezpieczniejszą, acz okrężną drogę. Mieli nieco czasu w zapasie, prowiantu było wystarczająco na kilka kolejnych dni.

Być może słuchał, być może spał, ciężko było stwierdzić. W każdym razie nie drgnął nawet, aż do czasu(przecinek) gdy wszyscy szykowali się do snu.

Derder postanowił, że pierwszą część nocy wartę stanowił (A nie lepiej "pełnił"?) będzie Firlik, natomiast później obejmie ją osobiście.

Roeen cichaczem wymsknął (wymknął, "wypsnąć, to, wg SJP, "wysunąć się/ wypaść") się na chwilę(przecinek) by odnaleźć jego unikalny zestaw ziół.

Nie mam nic do dodania – ten fragment podoba mi się znacznie bardziej niż pierwszy, głównie dlatego, że rozwija się akcja, no i nazwy tak nie przytłaczają.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości