Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantastyka Córka karczmarza cz.1
#1
Część pierwsza, w której przekonacie się, pieniędzy pozbyć się łatwiej, niż kłopotów.

– Chciałeś, bym zapewnił bezpieczeństwo twojej barce, Mariusie. Życzyłeś sobie także, bym dowiedział się, kto z twoich ludzi dogadał się z rzecznymi korsarzami. Po to mnie zatrudniłeś, prawda? – Przyglądałem się swoim poniszczonym dłoniom i tylko kątem oka obserwowałem zmiany zachodzące na twarzy Mariusa Gladbacha, podrzędnego kupca oraz mojego zleceniodawcy. Jego szczurze rysy zastygły w nieokreślonym grymasie, zaś złoty monokl omal nie upadł na stół.
– Zgadza się – syknął. Jego kościste dłonie zaciskały się powoli w pięści.
– No dobrze – kontynuowałem spokojnie. – Barka stoi na przystani, a prawie cały ładunek dotarł do celu. Zarobisz niezłą sumkę na południowych winach i przyprawach – zawiesiłem na chwilę głos, po czym nieco ciszej dodałem – a za te ciężkie kusze ukryte w beczkach będziesz mógł przez pół roku nie wychodzić z burdelu. – Mrugnąłem porozumiewawczo i uśmiechnąłem się.
– Ty! Ty… najemny zbirze! – ryknął Marius. Jego głos był skrzeczący, przypominał wrzask skubanej żywcem wrony albo mojej byłej kobiety, gdy wracałem do niej pijany. Tak czy inaczej – niemiłosiernie drażnił moje ucho.
– Ciszej nieco, jeśli łaska. Łeb mi pęka – zwróciłem grzecznie uwagę. Uznałem za mało ważny fakt, że ból głowy wynikał z braku umiaru w piciu win składowanych na barce kupca.
– Część ładunku została skradziona, mój zaufany człowiek zginął z twojej ręki, a córka straciła dziewictwo, gdyż wpadła w łapy rzecznych korsarzy! – Kupiec nabrał powietrza. – I ty, von Tyrau, chcesz… masz czelność domagać się dwustu koron cesarskich? Ty obesrańcu! – Słowa "von Tyrau" wypowiedział takim tonem, jakby była to największa obelga.
– Drogi Mariusie – odparłem spokojnie, choć cierpliwość moja była na wyczerpaniu. – Barka, jak wspomniałem, stoi przycumowana na przystani z prawie całym ładunkiem. To, że pokład zachlapany jest krwią twojego pomocnika, to skutek skrupulatnego wykonania twojego polecenia. Chciałeś wszak, bym zdrajcę, który wydaje twoje łodzie korsarzom, zarżnął jak wieprza. Twoja córka również wróciła cała i zdrowa – odrzekłem nadal spokojnym głosem. Postanowiłem przemilczeć też fakt, że panna Gladbach nie była dziewicą już w chwili wypłynięcia z portu w Isynii, o czym miałem okazję się przekonać. A sądząc z jej niebagatelnych umiejętności, nie byłem ani drugim, ani trzecim, ani nawet piątym mężczyzną między jej jędrnymi udami. – Jednak rozumiem twoje roszczenia. Sto osiemdziesiąt koron. Nieoberżniętych.
– Gówno dostaniesz, a nie pieniądze! – wykrzyknął i skinął dłonią na brzuchatego osiłka z nalaną twarzą obarczoną nieprzeciętnie tępym wyrazem twarzy. Druga dłoń uderzyła z hukiem o stół. Drab chwycił solidną pałkę i powoli ruszył w moim kierunku. Nim jednak Marius cofnął dłoń z blatu stołu, przybiłem ją do drewnianej powierzchni nożem. Kupiec zawył z bólu, zaś ja wyszarpnąłem zza pasa sztylet i przystawiłem ostrze do jego gardła. Skóra delikatnie uginała się pod naporem metalu.
– Małpolud wraca pod ścianę albo zarżnę cię jak świnię – warknąłem.
Kupiec nieznacznie kiwnął głową, a ochroniarz posłusznie cofnął się pod ścianę izby.
– Bardzo dobrze. A teraz wyciągniesz sakiewkę i wypłacisz mi dokładnie sto osiemdziesiąt koron. Ani mniej, ani więcej.
Zdrowa dłoń Mariusa powędrowała do pasa i po chwili na stole pojawił się ciężki mieszek wypełniony złotem. Wyciągnął z niego kilkanaście monet.
– Zrozum pan, panie Gladbach, że nawet najemne zbiry mają swój honor, który jest bardzo ważny. Nie mogę pozwolić, by w świat poszła plotka, że oszukuję swoich zleceniodawców. Jednak nie mogę też pokazać, że można mnie wykiwać jak pierwszego lepszego chłopca na posyłki. Uczciwość i zaufanie to w moim fachu podstawa. – Chwyciłem wolną dłonią mieszek. – A teraz żegnam chłodno. Aha, byłbym zapomniał: nim ta góra mięsa do mnie doskoczy, zdołam posłać nóż prosto w pana szyję. Mam dobre oko i pewną rękę – skłamałem, gdyż z moim „wprawnym okiem” byłbym najmarniejszym łucznikiem w Imperium, a i rzucać nożami nie potrafię. Jednak kupiec tego nie wiedział.

Marius wraz ze swym ochroniarzem patrzyli w milczeniu, jak wychodzę. Szybko skierowałem się do wyjścia i w pośpiechu opuściłem zacną karczmę „Pod Bawolim Ogonem”. Swoją drogą – co za pocieszna nazwa dla karczmy. Wystarczy sobie wyobrazić, co też można znaleźć pod bawolim ogonem, by szybko nabrać pewnych podejrzeń co do jakości oferowanych w gospodzie potraw i usług. Wszak jakość mogła być, nie przymierzając, gówniana.

Skierowałem się czym prędzej do gospody, w której wynająłem pokój na czas wykonania zlecenia dla Gladbacha. Spakowałem się prędko, ponieważ miałem przeczucie, że nagle Helmsberg stał się dla mnie wyjątkowo niegościnnym miejscem. Gladbach był wpływowy i dość majętny. Mogłem się więc spodziewać, że opłaci zbirów, których zadaniem będzie odzyskać jego sto osiemdziesiąt koron, a mnie nauczyć szacunku i pokory.
Na dole czekał już koń, gdyż wchodząc do gospody, wydałem dyspozycję, by go przygotowano. Właściwie to biedna szkapa, która nosiła mnie na swoim grzbiecie, ledwo przypominała konia. No ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi, na co człowieka stać. W drodze do południowej bramy zahaczyłem jeszcze o przybytek „U złotoustej Loli”. Byłem jej winien sporą sumkę za wyświadczone usługi. Gdybym kiedyś jeszcze odwiedził Lolę, chciałbym przypomnieć sobie, dlaczego nosi przydomek "złotousta". A niespłacony dług byłby niczym cierń – przypominałby o sobie i psuł zabawę. Pech chciał, że spotkałem tam Hansa Petze – karciarza i oszusta. Niestety jemu również byłem dłużny trochę złota. Szczerze mówiąc, tego długu nie chciałem spłacać, ale nie miałem czasu na wykręty i sztuczki – ludzie Mariusa mogli być na moim tropie.

I tak oto opuściłem Helmsberg z kilkunastoma koronami, jakie mi pozostały. Zatrzymałem się na rozstaju dróg, nie bardzo wiedząc, dokąd się udać. Trochę kusiło mnie, by skierować wierzchowca na zachód. Szybko jednak przypomniałem sobie o obietnicy, jaką złożyłem, opuszczając rodzinne strony: nie wrócę, dopóki nie będę w stanie odzyskać dobrego imienia rodu. Do granicy Imperium nie było daleko, a po drodze nie znajdowała się żadna mieścina, wieś czy gospoda godna tego, by Franz von Tyrau zaszczycił ją swoim przybyciem. Zastanawiałem się, w którą stronę skierować konia. Spojrzałem na trakt biegnący na północ i dostrzegłem w przydrożnych krzakach chłopa załatwiającego fizjologiczne potrzeby. A musiały być one spore, sądząc z odgłosu stęknięć i sapnięć, które do mnie dobiegały.
– A więc decyzja podjęta: na wschód – mruknąłem pod nosem i ponagliłem szkapę. Za nic nie chciałem, by doścignął mnie smród, jaki musiał rozchodzić się z krzaków.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(26-04-2014, 18:06)-13- napisał(a): (...) Przyglądałem się swoim poniszczonym dłoniom i tylko kontem ["kątem"] oka obserwowałem zmiany zachodzące na twarzy Mariusa Gladbacha – [osobiście dałbym tutaj przecinek, żeby nie mieszało się z kontynuacją dialogu] podrzędnego kupca oraz mojego zleceniodawcy.

(...)a za te ciężkie kusze ukryte w beczkach[to można chyba potraktować jako wtrącenie i oddzielić przecinkami, poczekałbym na opinię sprawdzających] będziesz mógł przez pół roku nie wychodzić z burdelu.

[akapit]Kupiec nieznacznie kiwnął głową, a ochroniarz posłusznie cofnął się pod ścianę izby.

Jednak nie mogę też pokazać, że można mnie wykiwać, [bez przecinka] jak pierwszego lepszego chłopca na posyłki.

Szybko jednak przypomniałem sobie o obietnicy, jaką złożyłem, opuszczając rodzinne strony: nie wrócę, dopuki ["dopóki"] nie będę w stanie odzyskać dobrego imienia rodu.


Już chyba mówiłem, że piszesz całkiem nieźle, nie? Good, nie muszę się powtarzać. akurat zastanawiałem się, kiedy wrzucić jakiś kolejny tekst i, muszę przyznać, wcale się nie rozczarowałem.

Widzę, że wprowadziłeś sporo rzeczy do tekstu, czyli samo opowiadanie zapowiada się na trochę dłuższe. Rozbroiła mnie szczególnie ostatnia scena, może to efekt mojego skrzywionego poczucia humoru, kto tam wie ^^ W każdym razie czekam na więcej ; )
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#3
Uwielbiam opowiadania z nutką ironii :) Co prawda humor nie zwalił mnie z krzesła, ale banan na mordzie był. Tak trzymać.
Odpowiedz
#4
Bardzo przyjemnie i lekko się czytało. W kilku ładnych zdaniach udało Ci się nakreślić całą sytuację – gratuluję. Świetnie wprowadzona retrospekcja, może dasz mi parę rad na ten temat, bo mi nigdy nie wychodzi, co?
Szybko polubiłam głównego bohatera, cięty język, spryt, a przy tym nie małe umiejętności. Jak na razie postać nie wydaje się przesadzona, a to dobrze.
Rozwaliło mnie, że prawie cała "wypłata" poszła na długi.
Końcówka ciekawa, szczególnie wzmianka o domu rodzinnym. Będę czekać na ciąg dalszy.
Odpowiedz
#5
(26-04-2014, 18:06)-13- napisał(a): (...) – Jednak rozumiem twoje roszczenia. Sto osiemdziesiąt koron. Nie oberżniętych(Nieoberżniętych – przymiotnik).

Druga dłoń uderzyła o stół z hukiem. (Lepiej "z hukiem uderzyła o stół")

– Małpolud wraca pod ścianę, (bez przecinka) albo zarżnę cię jak świnię – warknąłem.

Marius wraz ze swym ochroniarzem patrzyli w milczeniu, jak opuszczam izbę. Szybko skierowałem się do wyjścia i w pośpiechu opuściłem zacną karczmę „Pod Bawolim Ogonem”.

Na dole czekał już koń, gdyż wchodząc do gospody (przecinek)wydałem dyspozycję, by go przygotowano.

A niespłacony(a nie brakuje tu słowa "dług"?) byłby niczym cierń – przypominałby o sobie i psuł zabawę (zbędna spacja).

O, kolejne Twoje opowiadanie, 13. :D Lubię je, a to zapowiada się nie mniej dobrze niż poprzednie. Z chęcią więc przeczytam kolejne.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
Cieszę się, że się podoba. Kolejne części będą pojawiały się w nieco większych niż zwykle odstępach czasowych, gdyż jestem jeszcze w trakcie pisania i chcę zachować bezpieczny dystans pomiędzy pisanym fragmentem a publikowanym. Ciągle jeszcze wpadają mi do głowy elementy ubarwiające historię.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Część druga, w której wierny jestem zasadzie, by nie stawać między niedźwiedziem a miodem.

Wieczorem dotarłem do małego zajazdu. Nad drzwiami wisiał zniszczony szyld przywiązany do belki lichym sznurem. Nie zwiastowało to luksusów i wygód, jednak od południa lało jak z cebra i dałbym wiele za jakikolwiek suchy kąt i cokolwiek ciepłego do jedzenia, co nie starałoby się uciec z talerza. Miałem dość błota, kałuż i wody lejącej się z nieba. Nie miałem też ochoty, by spać w taką pogodę pod gołym niebem.
Zdziwiłem się nieco, gdyż gospoda, mimo że wyglądała na marną, była zapełniona. Chłopak stajenny uwijał się już przy kilku koniach, próbując znaleźć dla nich trochę miejsca. Zeskoczyłem z mojego dumnego wierzchowca, którego złośliwi nazywali marną szkapą lub kostuchą na czterech kopytach i skinąłem na stajennego.
– Szanowny panie, nie ma już miejsca – oznajmił.
– Nie przesadzaj chłopcze. Taki macie ruch w tej zapomnianej przez Boga ruderze, że aż nie możecie pomieścić koni waszych gości? – spytałem zaskoczony, choć kątem oka widziałem, że stajnia jest pełna. Z karczmy dobiegały też pijackie śpiewy.
– Normalnie nie, jaśnie panie, ale zatrzymał się u nas sam Herman z Doenitz ze zbrojnymi. Ledwo ich konie pomieściliśmy, a rumak bojowy to nawet zajął izbę karczmarza, bo już miejsca nie było.
– Herman z Doenitz… – mruknąłem pod nosem.
Znałem ze słyszenia tą osobistość. Jeden z bardziej znanych rycerzy Imperium. I mam tu na myśli nie lalusiów w zdobionych zbrojach, co to oblewają się co rano wiadrami wody o zapachu kwiatów, a potem śmierdzą tym paskudztwem, aż człowieka mdli, zaś na wojnie nigdy nie byli. Herman z Doenitz to był żołnierz pełną gębą. Podczas turniejów takich wymuskanych paniczów wysadzał z siodeł samym wzrokiem, nie opuszczając kopii.
Po chwili wyrwałem się z zamyślenia.
– Masz tu miedziaka i znajdź dla mojego konia jakikolwiek kawałek suchego kąta. I daj mu trochę owsa. Tyle chyba zdołasz zrobić?
– Nie wiem, jaśnie panie. Naprawdę nie ma miejsca.
– Co za czasy, psia mać. Nawet stajenny się targuje. Imperium schodzi na psy – mruknąłem i rzuciłem chłopakowi drugiego miedziaka.
– Coś się znajdzie dla szkapy jaśnie dobrodzieja – odrzekł i odprowadził zwierzę, gdy tylko zabrałem zza siodła miecz. Miałem wielką ochotę zdzielić gamonia za nazwanie mojego konia „szkapą”.

Swoją drogą to zabawne, że chłopak tytułował mnie „jaśnie panie” czy „jaśnie dobrodzieju”. Wprawdzie takie tytułowanie mile łechtało moje malutkie ego, jednak nie byłem rycerzem, a mój wygląd pasował raczej do rabusia lub wędrowca bez grosza przy duszy. To drugie właściwie się zgadzało, gdyż życie miecza do wynajęcia sprowadzało się do wędrówki, spania w karczmach, stajniach, rowach, picia za zarobione pieniądze ( lub na kredyt ) oraz chędożenia za zarobione pieniądze ( a zdecydowanie rzadziej na kredyt – niestety ). Tak czy inaczej – nie wyglądałem na "pana", a tym bardziej na "jaśnie pana". Chłopak widać wolał przesadzić niż oberwać za brak grzeczności.

Wszedłem do karczmy. Tak jak myślałem, brudne pomieszczenie nie zachęcało specjalnie gości. Jednak było ich sporo. Ludzie pana na Doenitz, co wywnioskowałem po czerwonych opończach z czarnym orlim łbem, zestawili stoły na środku sali i biesiadowali na całego, nie zważając na deszczówkę kapiącą miejscami z dziurawego dachu czy wymiotujących kompanów. Karczmarz, chudy starzec o białych jak mleko włosach, uwijał się w pocie czoła, nosząc dzbany wina i tace z jedzeniem. Biedak namęczy się pewnie tej nocy za wszystkie czasy, ale i zarobi jak nigdy. Wszak Herman z Doenitz na pewno nie poskąpi grosza. Nie ma też obawy, by on i jego ludzie opuścili karczmę bez płacenia – taki uczynek nie przystoił rycerzowi.
Zająłem miejsce w ciemnym kącie sali przy małym, poszczerbionym i chwiejącym się nieco stole, który jako jedyny został na swoim miejscu. Mokry płaszcz przewiesiłem przez oparcie krzesła i poluźniłem nieco skórzany kaftan. Nie skinąłem na karczmarza. Starzec sam mnie dostrzegł, więc byłem pewny, że gdy tylko znajdzie chwilę, podejdzie po zamówienie. A przecież nigdzie się nie spieszyłem. Byłem wdzięczny za chwilę wytchnienia w miejscu, gdzie zimny deszcz nie lał się na mą łysą głowę. Rozsiadłem się wygodnie i dyskretnie przyglądałem biesiadnikom, starając się nie rzucać w oczy.
Po chwili stanęła przede mną młodziutka, zgrabna dziewczyna o czarnych włosach. Z reguły dziewki w gospodach mają wielkie, wylewające się spod bluzki piersi. Ot, taka dodatkowa atrakcja dla klientów. Ta była pod tym względem skromnie obdarzona przez naturę. Jednak nie uważałem tego za mankament. Raz, że wydatny biust nie pasowałby do jej fizjonomii, a dwa: tak się składa, że zawsze wolałem małe piersi. Wprawdzie mówiono, że dziewięciu na dziesięciu mężczyzn lubi cyce jak donice, a ten dziesiąty woli tamtych dziewięciu, lecz uważałem to powiedzenie za bzdurę.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie.
– Widzę, że masa dziś roboty? – zagadnąłem.
– Oj tak. Ojciec ledwo dycha, tyle trzeba jadła nosić. Dlatego mnie przysłał, bo inaczej byście się panie nie doczekali – uśmiechnęła się ponownie.
Muszę przyznać, że dziewczyna wpadła mi w oko. No ale nie dla mnie były takie młódki. Chyba żaden medyk czy szarlatan nie sprawiłby, bym zaspokoił apetyt tak młodej bestyjki. Dla takich jak ja były stateczne damy, matrony tak spragnione jakichkolwiek rozkoszy, że przymykające oko na drobne mankamenty kochanków. Jednak roześmiałem się na samą myśl o igraszkach. Wszak nikt nie zabrania marzyć, prawda?
– Nie chcę zabierać czasu. Będę wdzięczny za miskę kaszy ze skwarkami i kufel piwa. Więcej mi do szczęścia nie potrzeba – odrzekłem, unikając wzroku dziewki niczym jakiś młokos.
Córka karczmarza zniknęła odprowadzana pożądliwym wzrokiem kilku zbrojnych. Swoją drogą siedziałem przy stole już kilka chwil, a nadal nie dostrzegłem nikogo, kto by wyglądał na znamienitego rycerza. A przecież Herman z Doenitz musiał gdzieś tu być. Miałem nadzieję, że przyjrzę się temu niemal mitycznemu wojownikowi, który siał postrach na turniejach. Wprawdzie niektórzy mawiali, że tajemnica sukcesu pana na zamku w Doenitz tkwiła w odpowiednim doborze rywali oraz nie zawsze czystych sztuczkach, jednak mogła to być tak samo prawda, jak i oszczerstwa rozpowiadane przez poniżonych przeciwników.
Rozmyślania przerwała mi cudnie pachnąca kasza, która pojawiła się w towarzystwie kufla spienionego, gęstego piwa. Nim się wyrwałem z zamyślenia, dziewka odwróciła się i ruszyła do kuchni. Nie podążyłem za nią wzrokiem, gdyż gorący posiłek kusił odrobinę bardziej, niż zgrabne pośladki rysujące się pod nieco ciasną spódnicą. Zabrałem się do jedzenia i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak głodny byłem.

Ze smutkiem dostrzegłem drewniane dno miski, gdy od posiłku odciągnął mnie hałas biegnący z drugiego końca sali. Posilając się, przestałem obserwować otoczenie. Ba, zapomniałem o bożym świecie. Godne potępienia. Taka nieostrożność czasem mogła kosztować kilka zębów, a czasem życie.
Z kuchni wyłonił się wysoki, choć dość szczupły mężczyzna o siwych włosach spływających na ramiona i nieogolonej, pomarszczonej twarzy. Sądząc po bogato zdobionej tunice i grubym złotym łańcuchu, był to sam Herman z Doenitz. Mężczyzna wynosił z kuchni przerzuconą przez ramię niczym worek ziemniaków córkę karczmarza. Stary wybiegł za nim, lecz Herman obrócił się i wolną ręką trzasnął starca z taką siłą, że tamten runął na ziemię.
– Wiedziałem, że tu gdzieś muszą być jakieś dziewki! – ryknął Herman, a zbrojni odpowiedzieli radosnym okrzykiem.
Rycerz podciągnął wolną ręką suknię dziewczyny, obnażając jej pośladki.
– Nie będziemy musieli dupczyć owiec! Zróbcie miejsce na stole! Zabawimy się!
Jak na komendę zbrojni zgarnęli ze stołu wszystkie misy i kufle. Dziewczyna biła, drapała, próbowała kopać, lecz było jasne, że nie wyrwie się napastnikowi. Herman rzucił ją na stół i szybkim ruchem rozerwał koszulę, odsłaniając małe piersi. Dwóch drabów chwyciło ją mocno za ręce, aby nie mogła się bronić. Herman tymczasem rozpiął pas i opuścił skórzane spodnie. Potem bezceremonialnie wepchnął się pomiędzy nogi dziewczyny.
Przez moment przyglądałem się wszystkiemu osłupiały. Szybko jednak chwyciłem płaszcz i spokojnym krokiem ruszyłem do wyjścia, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Stanąłem w progu i spojrzałem za siebie. Herman sapał i stękał przy każdym ruchu, reszta mężczyzn kibicowała mu i zagrzewała do większego wysiłku, a dziewczyna leżała z zaciśniętymi ustami i… wbijała we mnie wzrok.
Wyszedłem szybko i skierowałem się do stajni. Chciałem odjechać jak najdalej, nie zważając na zapadający mrok i siekący niemiłosiernie deszcz. Miałem nadzieję, że Herman nie rozkaże biedaczki po wszystkim zabić. Pocieszałem się też, że wielu zbrojnych było zbyt pijanych, by silić się na gwałt na dziewczynie, a tych pięciu czy sześciu to jeszcze nie taka tragedia. W końcu to młoda dziewka i niejednego mężczyznę w życiu obsłuży. A mnie życie nauczyło, by nie stawać między niedźwiedziem a miodem.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#8
Cytat:Część pierwsza, w której przekonacie się, pieniędzy pozbyć się łatwiej, niż kłopotów.

Mrugnąłem porozumiewawczo okiem i uśmiechnąłem się. ( nie musiałeś wyjaśniać, mrugnąć czymkolwiek innym byłoby trudno )

Mogłem się więc spodziewać, że opłaci zbirów, którzy będą mieli ( których zadaniem będzie ) odzyskać jego sto osiemdziesiąt koron, a mnie nauczyć szacunku i pokory.

Trochę kusiło mnie ( "Trochę mnie kusiło" czyta się bardziej płynnie ), by skierować wierzchowca na zachód.

Kilka drobnych uwag. Całość zabawna. Lubię takich nonszalanckich gości. Lecę do następnej części ;).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
Cytat:Część druga, w której wierny jestem zasadzie, by nie stawać między niedźwiedziem a miodem.

I mam tu na myśli nie lalusiów w zdobionych zbrojach, co to oblewają się co rano wiadrami wody o zapachu kwiatów ( przecinek ) a potem śmierdzą tym paskudztwem, aż człowieka mdli, zaś na wojnie nigdy nie byli.

Podczas turniejów, ( bez przecinka ) takich wymuskanych paniczów wysadzał z siodeł samym wzrokiem, nie opuszczając kopii.

– Coś się znajdzie, ( bez przecinka ) dla szkapy jaśnie dobrodzieja – odrzekł i odprowadził zwierzę, gdy tylko zabrałem zza siodła miecz.

Swoją drogą bawiło mnie, że chłopak tytułował mnie „jaśnie panie” czy „jaśnie dobrodzieju”.

Byłem wdzięczny za chwilę wytchnienia w miejscu, gdzie zimny deszcz nie leje się ( nie lał się ) na mą łysą głowę.

– Widzę, że masa roboty dziś ( że masa dziś roboty )? – zagadnąłem.

Dla takich jak ja, ( bez przecinka ) były stateczne damy, matrony tak spragnione jakichkolwiek rozkoszy, że przymykające oko na drobne mankamenty kochanków.

Więcej mi do szczęścia nie potrzeba – odrzekłem ( przecinek ) unikając wzroku dziewki niczym jakiś młokos.

Wprawdzie niektórzy mawiali, że tajemnica sukcesu pana na zamku w Doenitz tkwiła w odpowiednim doborze rywali oraz na ( zbędne, ponieważ na początku zdania jest czasownik tkwiła, więc druga część brzmiałaby "tkwiła w nie zawsze czystych sztuczkach" ) nie zawsze czystych sztuczkach, jednak mogła to być tak samo prawda, jak i oszczerstwa rozpowiadane przez poniżonych przeciwników.

Rycerz podciągnął wolną ręką suknię dziewczyny, obnażając jej nagie pośladki. ( obnażyć nagie? – obnażyć pośladki albo ukazać, odkryć nagie pośladki )

Chciałem odjechać jak najdalej, nie zważając ( na ) zapadający mrok i siekący niemiłosiernie deszcz.

Puenta okrutna, ale prawdziwa niestety.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#10
Dzięki, Nawka. Szczególnie jestem wdzięczny za wyłapanie stylistycznych niezgrabności, z którymi staram się walczyć ( mruganie okiem, obnażanie nagich pośladków itp ).

Puenta okrutna, lecz cała historia również jest tak samo zabawna, co okrutna. Przyłapuję się nawet na celowym wplataniu zabawnych fragmentów, by nieco złagodzić treść.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości