Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantastyka Halloweenowa opowieść
#1
Słowami wstępu chciałam powiedzieć, że opowiadanie zostało napisane dawno, na potrzeby konkursu.
To podobno moje najlepsze dzieło. Teoretycznie było sprawdzone, ale przed wrzuceniem go tutaj musiałam je poprawić. Podejrzewam, że i tak mam dużo błędów, więc sprawdzający nie będą bezrobotni xd.
Nie traktujcie tekstu zbyt poważnie – miało być śmiesznie, a nie strasznie.
Opowiadanie jest kompletne, kontynuacji nie będzie.
Miłej lektury.


***

Leżałam na łóżku w zabłoconych butach, z potarganymi włosami, zastanawiając się, czy wspomnienie z minionej nocy miało miejsce naprawdę, czy tylko mi się przyśniło. Oddech wciąż miałam nierówny, bałam się spojrzeć na zegarek, żeby obok godziny nie zobaczyć daty, która powiedziałaby mi, że nadal mamy 31 października. W końcu jednak zdobyłam się na odwagę: na kolorowym wyświetlaczu ukazał się 1 listopada.
Zdecydowałam się wstać, mój pokój wyglądał jak pobojowisko. Nie żeby zazwyczaj było w nim czysto, ale normalnie staram się nie rozwijać nowych form życia na dywanie. Minęłam ropuchę i wyszłam na korytarz. Drzwi do pokoju Luny były otwarte, spała zwinięta w kłębek z błogim uśmiechem na twarzy.
Wczorajszy dzień zapowiadał się jak każdy inny – może pomijając fakt, że dzięki mojej kochanej siostrzyczce do szkoły poszłam z pajęczyną we włosach. Nie potrzebuję święta czarownic, Halloween, mam trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku z Luną – mała, wredna wiedźma z piekła rodem.
Nasza kochająca mama, która normalnie nie poświęca swoim dzieciom więcej niż pięć minut dziennie, wykazała się nadzwyczajnym zaangażowaniem w sprawę. Zadbała, żeby Luna – zaznaczę na wstępie – że ten mały demon w spódnicy ma siedem lat, miała najlepszy możliwy kostium czarownicy. Nie rozumiem jednak idei przebierania tego dziecka, bo jestem pewna, że wystarczyłoby dać jej zwykłą miotłę, a ona bez problemu by na niej odleciała.
Tak czy inaczej ja zostałam zmuszona, pod groźbą kary, do pilnowania naszej małej czarownicy. Nie wiem, co ona zrobiła ze swoimi włosami, ale nawet Hermiona Granger w pierwszej części Harry'ego Pottera nie miała takiej burzy loków.
Ostatnia noc października była ciepła, zanim zaczęłyśmy zabawę w "Trick or Treat", zaszłyśmy po Robina. Dzieciak z sąsiedztwa w wieku Luny. Miły, uroczy chłopiec, którego moja siostra wykorzystywała na wszystkie możliwe sposoby, po za tymi, na które była jeszcze za młoda. Luna zbierała słodycze do kociołka, a Robin, przebrany za elfa, do kołczanu na strzały. Wszędzie były sztuczne pajęczyny, rozkopane groby, dynie i małe dzieci poprzebierane za potworki, zwierzątka i oczywiście księżniczki.
Kiedy doszliśmy do końca ulicy, ze zdziwieniem zauważyłam, że w starej, opuszczonej chacie, w której nikt od lat nie mieszkał, pali się wątłe światło. Według okolicznych doniesień dom był nawiedzony, wprawdzie "świadkowie" nigdy nic nie widzieli, ale podobno co pełnię dało się słyszeć przerażające wycie. Remus?
Ktoś chyba uznał, że to będzie idealne miejsce na dom strachów i postanowił je udekorować, roboty przy tym swoją drogą dużo być nie mogło. Luna podbiegła do mnie i chwyciła za rękę.
– Wchodzimy? – zapytałam, uśmiechając się przymilnie.
Doskonale wiedziałam, że mała bała się tego miejsca. Codziennie wracając ze szkoły, szła przeciwną stroną ulicy, byle jak najdalej od domu z numerem trzynaście.
– Po co? – zapytała. – Tam nikogo nie ma, nie będzie cukierków.
– Chyba się nie boisz? – Nie mogłam zetrzeć uśmiechu z twarzy.
Teraz nie mogła odmówić – duma siedmiolatki jej na to nie pozwalała. Obiecała mi zemstę i dziarskim krokiem pomaszerowała zarośniętą żwirową ścieżką, wciąż jednak kurczowo ściskając mnie za rękę.
Kołatka była w kształcie głowy nietoperza. Chciałam zapukać, ale wtedy drzwi otworzyły się przed moją wyciągniętą ręką.
– Jak to zrobiłaś? – zapytała Luna, wytrzeszczając na mnie swoje małe ślepia.
– To wiatr, drzwi były otwarte – powiedziałam, choć sama w to nie wierzyłam. Mogłabym przysiąc, że były zamknięte...
W pomieszczeniu panował dziwny, zielonkawy półmrok, weszliśmy do środka, a wtedy któreś z nas musiało uruchomić zapadnię, bo podłoga pod naszymi stopami dosłownie zniknęła i spadliśmy z krzykiem w dziurę nieznanego pochodzenia. Jak Alicja w krainie czarów – pomyślałam, wypluwając grudki ziemi.
– Jesteście cali? – zapytałam gramolących się niezdarnie z ziemi czarownicę i elfa.
Spojrzałam w górę, żeby zobaczyć, z jakiej wysokości upadliśmy i czy można się jakoś wydostać z tej dziury. Ze zdziwieniem odkryłam jednak, że gapię się na nocne niebo. Chyba zaczynałam tracić rozum. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, naprawdę wyglądało jak kraina czarów, brakowało tylko tego upiornego kota z Cheshire.
– Gdzie my jesteśmy? – zapytała Luna, rozglądając się ciekawie dookoła.
Widać strach ją opuścił – mówiłam już, że to niestabilne emocjonalnie dziecko.
– W krzakach – warknęłam, bo istotnie staliśmy po kolana w zaroślach.
– Przepraszam. – Gdzieś z tyłu rozległ się cichy, męski głos, brzmiący jak gruchot łamanych kości.
Odwróciłam się i ujrzałam gadający szkielet, a właściwie dwa gadające szkielety. Jeden z nich ubrany w garnitur, a przynajmniej w białą koszulę i czarną kamizelkę z cylindrem na łysej, wypolerowanej czaszce, a drugi w suknię balową. No, teraz to już z całą pewnością zwariowałam!
– Usłyszeliśmy krzyki – odezwał się ten w garniturze – i pomyśleliśmy, że może stało się coś złego.
– I mówi mi to ożywiony kościotrup? – zapytałam, nie mogąc uwierzyć, że gadam z chodzącymi resztkami czegoś, co kiedyś mogło się nazywać człowiekiem.
– Jesteście prawdziwymi szkieletami? – zapytał Robin z iskrą w oczach, podchodząc nieco bliżej.
– Ależ oczywiście – odezwały się resztki kobiety. – A czym innym moglibyśmy być?
– Zombie? – zasugerowałam.
Spojrzeli na mnie pustkami w oczodołach.
– Musicie być ze świata na górze.
– Więc mam rozumieć, że TO jest świat na dole, tak?
– Dokładnie.
Miałam ochotę walić głową w mur, ta konwersacja zdecydowanie mnie przerastała.
– Chodźcie, ludzkie dzieci, oprowadzimy was po naszym mieście – odezwała się sterta kości, która kiedyś zapewne była kobietą.
Z braku lepszego pomysłu zgodziłam się iść za tą dziwaczną parą. Luna i Robin byli oczywiście zachwyceni. Rozmawiali ze szkieletami tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Dowiedziałam się, że kości mężczyzny nazywają się Gustaw, a kości kobiety Linda. Byli bardzo zainteresowani, jak żyją ludzie ze "świata na górze". Moja mała czarownica z przyjemnością odpowiadała na wszystkie ich pytania, a ja zastanawiałam się, co mnie podkusiło, żeby włazić do tego nawiedzonego domu. Teraz mam za swoje – jak ludzie mówią, że jakieś miejsce jest przeklęte, to zapewne tak jest i nie idzie się tego sprawdzać.
– Już dawno nikt nie przekroczył granicy – odezwała się Linda. – Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz mieliśmy gości takich jak wy. To było chyba dziesięć lat temu, nie mylę się?
– Wcale nie planowaliśmy was odwiedzać – wtrąciłam. – Znaleźliśmy się tu przez przypadek.
– To nie jest do końca prawda – odezwał się Gustaw. – Granica sama wybiera, kogo wpuścić.
– Chcesz mi powiedzieć, że zostałam wybrana przez jakąś magiczną dziurę, która najwidoczniej ma do tego własny rozum? – sarknęłam. – Myślisz, że jestem głupia czy jak?
– A jak inaczej chcesz wyjaśnić fakt, że tu teraz jesteś? – zapytała mnie łysa czaszka mężczyzny.
– Walnęłam się w głowę, straciłam przytomność i teraz mam jakieś zwidy.
– Oczywiście – nie uwierzył mi.
Sama sobie nie wierzyłam.
Szliśmy zwykłą brukowaną ulicą, mijając niezwykłych mieszkańców – prawdziwe czarownice, jeszcze więcej gadających szkieletów, wilkołaki, nawet niedźwiedzie (zdawały się jednak być przetrzymywane w charakterze domowych zwierzątek), wampiry, krasnoludki – słowem wszystkie potwory, jakie można sobie wyobrazić. Brakowało chyba tylko różowego jednorożca, bo minęliśmy nawet legendarnego jeźdźca bez głowy.
Rozglądałam się dookoła, bo moja dziwaczna wizja była w gruncie rzeczy nawet ciekawa. Przyglądałam się właśnie mijanej wystawie cynowych kociołków, kiedy wpadłam na kogoś z impetem i upadłam na ziemię. Miałam tylko nadzieję, że nie był to kolejny szkielet. Odgarnęłam włosy z oczu i ujrzałam wpatrujące się we mnie jaskrawe, niebieskie tęczówki. Na szczęście w zestawie z oczami była też reszta twarzy i normalne ciało. Odetchnęłam niemal z ulgą. Miałam przed sobą wysokiego, czarnowłosego chłopaka.
– Wybacz – odezwał się, podając mi rękę – nie zauważyłem cię.
– Nie, to ja nie patrzyłam gdzie idę – odpowiedziałam, wstając.
– Jesteś ze świata na górze, prawda? – zapytał.
– To aż tak widać?
Inaczej pachniecie – odpowiedział, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy to czasem nie była obelga.
– Chodź – uśmiechnął się – oprowadzę cię.
– Właściwie, to ja mam przewodnika – zaczęłam, bo chłopak już mnie gdzieś ciągnął.
– Naprawdę?
– Tak – rozejrzałam się, ale po moich szkieletach nie było ani śladu.
Po mojej ukochanej siostrzyczce z resztą też nie – ukatrupię tego bachora, jak tylko go dorwę w swoje żądne krwi ręce. Mamie zeznam, że to był wypadek; jeśli mi nie uwierzy zawsze pozostaje wersja, że to była zbrodnia w afekcie.
– Luna! – krzyknęłam, ale nikt nie odpowiedział – Luna, do nietoperz, gdzie ty jesteś?
Zaraz, nietoperz? Chciałam powiedzieć coś innego.
Nietoperz, co jest? – Spojrzałam na tajemniczego bruneta. – Co ty mi zrobiłeś? – Zapytałam, chwytając go za kołnierz koszuli. – To nie jest śmieszne ty nietoperz.
Nietoperz, znowu.
– Przepraszam – odezwał się, chociaż na ustach nadal miał ten paskudny uśmiech. – To po prostu takie zabawne, kiedy ludzie odkrywają, że nie mogą tutaj przeklinać.
– Że co? Jak to nie mogę tutaj przeklinać? Co to za nietoperz nietoperzowate miejsce?! – wydarłam się na niego, a on był bliski popłakania się ze śmiechu.
Wymruczałam pod nosem jeszcze kilka nietoperzy i poczekałam, aż chłopak się uspokoi.
– Przepraszam – powtórzył. – Kim jest ta Luna? Nigdy o niej nie słyszałem.
– To moja młodsza siostra, wpadłyśmy obie – wyjaśniłam.
– Aha! – uśmiechnął się. – Kto was prowadził?
– Nazywali się Gustaw i Linda, gadające ludzkie szkielety.
– Znam ich, zresztą wszyscy ich tu znają. Nie martw się, piękna, wiem gdzie jest twoja mała siostrzyczka.
– Piękna? – zapytałam, unosząc lekko brwi. – A ty co, bestia?
Najpierw nie skojarzył, o co mi chodzi, ale po chwili roześmiał się serdecznie ze zrozumieniem. Ciekawe tylko, jak wygląda jego wersja bajki.
– Może – odezwał się enigmatycznie. – A tymczasem chodź ze mną. – Chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.
Z pobliskiego drzewa zerwały się z piskiem nietoperze i poleciały za nami. Chyba je przyzwałam tymi swoimi wrzaskami.
Wyszliśmy na okrągły plac, w którego centrum stało ogromne, dwudziestometrowe akwarium, rozświetlone od wewnątrz jakimiś radioaktywnymi algami. Pływały w nim syreny – na ten widok zaparło mi dech z zachwytu.
– To najpiękniejsze miejsce w całym mieście – powiedział.
Patrzył na to chyba z równym zachwytem co ja, chociaż musi mijać te akwarium codziennie. Przez chwilę pomyślałam, że fajnie byłoby mieszkać w miejscu takim jak to.
Wdrapaliśmy się na okalający plac murek z białego kamienia. Oczywiście Sebastian, bo tak chłopak miał na imię, musiał mi w tym pomóc.
– Głodna? – zapytał.
– A macie tu normalne jedzenie?
– Jasne – powiedział, wyjmując z kieszeni telefon komórkowy.
Przyjmujący zamówienie był chyba jego kolegą.
– Nie wiedziałam, że serwujecie tutaj pizze – powiedziałam, gdy skończył rozmowę.
– A czego się spodziewałaś? Ludzkich mózgów?
– Ohyda – skwitowałam.
– Od razu ohyda, jadłaś kiedyś?
Zamarłam. Czy on mówi poważnie? Ta rozmowa zmierzała w zdecydowanie złym kierunku.
– Nie patrz tak na mnie, żartowałem.
Odetchnęłam z ulgą.
– Ludzie – mruknął.
– Bliżej mi nieznane kreatury – odwarknęłam, udając obrażoną.
Popatrzył tylko na mnie, ale nie powiedział mi, czym jest, a ja uznałam, że pytanie byłoby niegrzeczne. "Bardzo nam się miło rozmawia, ale przepraszam, czym ty właściwie jesteś?" Na pewno go o to nie zapytam.
– A w ogóle, to jak dostarczą te jedzenie, teleportują je czy jak? Przecież nawet nie podałeś adresu.
– Nie będą szukać nas, tylko mojego aparatu – powiedział machając mi telefonem przed nosem.
– Dobra, dobra. – Udałam, że rozumiem, jak to działa.
Dostawcą pizzy była czarownica na miotle, ale zapłatę odebrał kot i wcale nie był czarny. Mimowolnie wyobraziłam sobie Lunę w tej roli, zaczęłam się śmiać.
– Coś nie tak? – zapytał Sebastian.
– Nie, wszystko w porządku – odpowiedziałam, nadal chichocząc.
Jeden z nietoperzy usiadł mi na ramieniu, a reszta rozsiadła się dookoła jak gołębie czyhające na spadające okruszki.
– Czy to normalne? – zapytałam wskazując na małych krwiopijców.
– Nie, normalnie są wredne i lubią wpadać ci na twarz w akompaniamencie dzikich pisków.
– Aha, chcesz kawałek pizzy? – zapytałam siedzące na mnie stworzenie, bo zaczynało mi gryźć ucho.
Powąchał z zainteresowaniem, po czym ze smakiem wyssał sos pomidorowy. W każdym razie miałam nadzieję, że ta czerwona maź to był sos pomidorowy.
Miło spędziliśmy czas na rozmowie i wygłupianiu się, nietoperze też się dobrze bawiły. Doszłam do wniosku, że są urocze, podczas gdy Sebastian był zdania, że raczej przerażające, ale co on tam wie.
– Muszę już wracać – odezwałam się w końcu.
– Szkoda – stwierdził ze smutkiem w oczach.
Tak naprawdę nie chciałam nigdzie iść, ale trzeba było w końcu odnaleźć moją małą potworzycę i zaprowadzić do domu.
– Chodź – ponagliłam go, zeskakując z murku, bo jeszcze by mu wpadło do głowy przekonywać mnie, żebym została.
– Eee... dobra, ale to nie w tę stronę – uśmiechnął się.
Słysząc to zakręciłam się w miejscu i wpatrzyłam w czubki butów, jakbym nagle dostrzegła w nich coś ciekawego.
Usłyszałam śmiech, a potem jakieś dziwne klekotanie. Kątem oka dostrzegłam coś białego i kanciastego pełznącego po brukowanej uliczce w moją stronę i gdyby oderwana w łokciu ręka, pozbawiona wszystkich tkanek, nie była obrzydliwa, uznałabym to za fascynujące. Ruszała się dość sprawnie, paliczki palców zwinnie przemieszczały się w moją stronę. Przynajmniej do momentu, w którym nie zgniotłam ich glanem.
– Och. – Rozległ się charakterystyczny trzask łamanych kości.
Znowu wezwałam nietoperze, mogłam się domyślić, że ręka będzie mieć właściciela. Ciekawe, czy deptanie czyichś palców jest tutaj karalne? Jedyne czego mi brakuje, to spędzenia reszty nocy w areszcie.
– Dziękuję, że ją dla mnie zatrzymałaś – odezwał się bliżej mi nierozpoznawalny szkielet .
– Nie ma za co – wymamrotałam zdejmując stopę z jego, nazwijmy to, dłoni.
Podniósł ją jak gdyby nigdy nic z uśmiechem na trzewioczaszce, to znaczy o ile czaszka może się uśmiechać.
– Ciągle mi ucieka – poskarżył się. – bądź przeklęta! – wydarł się na własną rękę, machając mi nią przed nosem.
– Jasne – cofnęłam się i wpadłam na Sebastiana.
– Chodź – wyszeptał mi do ucha i pociągnął w przeciwnym kierunku.
Poza miastem rozciągała się całkiem urokliwa okolica – bagna, trzęsawiska, gęsty las i cierniste pnącza na przemian z trującym bluszczem. Sceneria rodem z "Vampire Hunter", a ja idę z dziwnym nieznajomym, który nawet nie jest człowiekiem, w jakieś podejrzane krzaki. Mądrze, Arabel, mądrze.
– Widzisz tę ścieżkę? – zapytał.
– Nie.
Popatrzył na mnie, nie wiedząc czy żartuję, czy naprawdę nic tam nie widzę.
– Po prostu idź za mną – powiedział.
– Aye, kapitanie bestia.
Litościwie nie skomentował mojego dowcipu i poszedł w las. Było w nim jakoś podejrzanie cicho, niezbyt mi się to podobało, ale moje pole do manewru było w zasadzie żadne. Już po pierwszych dziesięciu krokach doszłam do wniosku, że nie udałoby mi się samej wrócić. Poślizgnęłam się na mokrych liściach i upadłam w błoto.
Sebastian pomógł mi wstać i nawet się nie zaśmiał, chociaż cała byłam w lepkiej, mazistej ziemi. Najwidoczniej bestia instynktownie wyczuła, że denerwowanie mnie w takim momencie mogło się dla niej źle skończyć. Z godnością pawia, któremu wyrwano pióra, doszłam wreszcie do osobliwego dworku w samym sercu mokradeł.
Weszliśmy zapowiedziani przez okropny zgrzyt starych, dębowych drzwi. Byłam ubłocona, podrapana przez jakiś dziko rosnący chwast i mokra, a moja mała siostrzyczka siedziała przy stoliku w towarzystwie Gustawa i Lindy, i popijała sobie herbatkę niczym prawdziwa arystokratka.
– No, mała czarownico, wracamy do domu – powiedziałam takim tonem, jakbym wiedział jak to zrobić. – gdzie Robin?
– Tutaj! – zawołał chłopiec, podbiegając do mnie.
Linda wstała i nic nie mówiąc, gestem dała mi do zrozumienia, bym za nią poszła. Wzięłam dzieciaki za ręce i spojrzałam na Sebastiana, ale nie wiedziałam, jak się pożegnać.
W pokoju obok znajdowały się zwykłe, stare drzwi po środku magicznego kręgu. Podłoga, ściany, a nawet sufit wymalowane były w jakieś tajemnicze starożytne wzory, które chyba nazywano runami.
– Wystarczy, że przejdziecie przez te drzwi – wyjaśnił uprzejmie Gustaw, obejmując swoją kościstą partnerkę
Luna i Robin pobiegli do wyjścia.
– Dziękuję wam – uśmiechnęłam się i już miałam odejść, ale Sebastian złapał mnie za rękę.
– Czekaj, mam coś dla ciebie – powiedział, zdejmując z szyi naszyjnik i przewieszając mi go przez głowę. – Dzięki temu zawsze będziesz mogła wrócić. – Nie czekając na odpowiedź, popchnął mnie w stronę drzwi.
Resztę znacie. Następne, co zobaczyłam to widok, który mam przed oczami każdego ranka, a teraz stałam w progu pokoju mojej młodszej siostry, obserwując, jak śpi. Sięgnęłam ręką ku szyi i zacisnęłam palce na miniaturce metalowego miecza, uśmiechając się mimowolnie.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(25-04-2014, 16:21)Angelika napisał(a): Leżałam na łóżku w zabłoconych butach, z potarganymi włosami, zastanawiając się(przecinek) czy wspomnienie z minionej nocy miało miejsce naprawdę (przecinek) czy tylko mi się przyśniło.

Nie potrzebuję święta czarownic, Halloween(przecinek) mam 365(słownie) dni w roku z Luną – mała, wredna wiedźma z piekła rodem.

Nasza kochająca mama, która normalnie nie poświęca swoim dzieciom więcej niż 5(słownie) minut dziennie, wykazała się nadzwyczajnym zaangażowaniem w sprawę.

Zadbała(przecinek) żeby Luna – zaznaczę na wstępie – że ten mały demon w spódnicy ma siedem lat, miała najlepszy możliwy kostium czarownicy.

Ostatnia noc października była ciepła, zanim zaczęłyśmy zabawę w "Trick or Treat" (przecinek) zaszłyśmy po Robina.

Kiedy doszliśmy do końca ulicy(przecinek) ze zdziwieniem zauważyłam, że w starej(przecinek) opuszczonej chacie, w której nikt od lat nie mieszkał, pali się wątłe światło.

– Wchodzimy? – zapytałam (przecinek) uśmiechając się przymilnie.

Doskonale wiedziałam, że mała bała("mała bała" brzmi brzydko) się tego miejsca.

Codziennie wracając ze szkoły(przecinek) szła przeciwną stroną ulicy, byle jak najdalej od domu z numerem 13(słownie).

– Po co? – zapytała(kropka) – Tam nikogo nie ma, nie będzie cukierków.

– Chyba się nie boisz? – nie(Nie) mogłam zetrzeć uśmiechu z twarzy.

Jak Alicja w krainie czarów(przecinek) pomyślałam (przecinek) wypluwając grudki ziemi.

Miejsce(przecinek) w którym się znaleźliśmy (przecinek) naprawdę wyglądało jak kraina czarów, brakowało tylko tego upiornego kota z Cheshire.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytała Luna(przecinek) rozglądając się ciekawie dookoła.

– Przepraszam(kropka) – Gdzieś z tyłu rozległ się cichy, męski głos, (bez przecinka) brzmiący jak gruchot łamanych kości.(Hm, gruchot łamanych kości raczej żadnego głosu nie przypomina. :))

– I mówi mi to ożywiony kościotrup? – zapytałam (przecinek) nie mogąc uwierzyć, że gadam z chodzącymi resztkami czegoś, co kiedyś mogło się nazywać człowiekiem.

– Ależ oczywiście – odezwały się resztki kobiety.(A czym szkielet kobiety różni się od szkieletu mężczyzny? :D) – a(A) czym innym moglibyśmy być?

Spojrzeli na mnie pustkami w oczodołach.(Lepiej "pustymi oczodołami")

– Więc, (bez przecinka)mam rozumieć, że TO jest świat na dole, tak?

– Chodźcie (przecinek) ludzkie dzieci, oprowadzimy was po naszym mieście – odezwała się sterta kości, która kiedyś zapewne była kobietą.

Byli bardzo zainteresowani(przecinek) jak żyją ludzie ze "świata na górze".

Moja mała czarownica z przyjemnością odpowiadała na wszystkie ich pytania, a ja zastanawiałam się, co mnie podkusiło(przecinek) żeby włazić do tego nawiedzonego domu.

Teraz mam za swoje – jak ludzie mówią, że jakieś miejsce jest przeklęte, to zapewne tak jest i nie idzie się tego("i nie powinno/nie można tego sprawdzać") sprawdzać.

– Już dawno nikt nie przekroczył granicy.(bez kropki) – odezwała się Linda(kropka) – Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz mieliśmy gości takich jak wy.

– Wcale nie planowaliśmy was odwiedzać – wtrąciłam(kropka) – z(Z)naleźliśmy się tu przez przypadek.

– To nie jest do końca prawda – odezwał się Gustaw(kropka) – g(G)ranica sama wybiera, kogo wpuścić.

– Chcesz mi powiedzieć, że zostałam wybrana przez jakąś magiczną dziurę, która najwidoczniej ma do tego własny rozum? – sarknęłam(kropka) – Myślisz, że jestem głupia,(raczej bez przecinka) czy jak?

– A jak inaczej chcesz wyjaśnić fakt, że tu teraz jesteś? – Zapytała (zapytała)mnie łysa czaszka mężczyzny.

– Oczywiście (kropka)– nie(Nie) uwierzył mi.

Rozglądałam się ciekawie dookoła, bo moja dziwaczna wizja była w gruncie rzeczy nawet ciekawa.

– Wybacz – odezwał się(przecinek) podając mi rękę – nie zauważyłem cię.

– Nie, to ja nie patrzyłam gdzie idę – odpowiedziałam(przecinek) wstając.

Mamie zeznam, że to był wypadek; jak(jeśli) mi nie uwierzy (przecinek) zawsze pozostaje wersja, że to była zbrodnia w afekcie.

– Luna! – krzyknęłam, ale nikt nie odpowiedział(kropka) – Luna, do nietoperz, gdzie ty jesteś?

– Co ty mi zrobiłeś? – Zapytałam (przecinek) chwytając go za kołnierz koszuli. – To nie jest śmieszne (przecinek) ty nietoperz.

– Przepraszam – odezwał się, chociaż na ustach nadal miał ten paskudny uśmiech. – to(To) po prostu takie zabawne, kiedy ludzie odkrywają, że nie mogą tutaj przeklinać.

– Przepraszam – powtórzył(kropka) – kim(Kim) jest ta Luna?

– Aha! – uśmiechnął się(kropka) – Kto was prowadził?

– Znam ich, zresztą wszyscy ich tu znają. Nie martw się(przecinek) piękna, wiem (przecinek) gdzie jest twoja mała siostrzyczka.

Ciekawe tylko(przecinek) jak wygląda jego wersja bajki.

– Może – odezwał się enigmatycznie(kropka) – a(A) tym czasem(tymczasem) chodź ze mną(kropka) – c©hwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.

Patrzył na to chyba z równym zachwytem, (bez przecinka)co ja, chociaż musi mijać te akwarium codziennie.

– Jasne – powiedział (przecinek) wyjmując z kieszeni telefon komórkowy.

– Nie wiedziałam, że serwujecie tutaj pizze(ę) – powiedziałam, gdy skończył rozmowę.

Zamarłam, (To po prawej jako nowe zdanie powinno być) czy on mówi poważnie?

– Bliżej mi nieznane kreatury – odwarknęłam (przecinek) udając obrażoną.

Popatrzył tylko na mnie, ale nie powiedział mi (przecinek) czym jest, a ja uznałam, że pytanie byłoby niegrzeczne.

– Nie będą szukać nas, tylko mój aparat(mojego aparatu) – powiedział (przecinek) machając mi telefonem przed nosem.

– Dobra, dobra (kropka)– udałam(Udałam), że rozumiem (przecinek) jak to działa.

Dostawcą pizzy była czarownica na miotle, ale zapłatę odebrał kot i wcale nie był czarny. Mimowolnie wyobraziłam sobie Lunę w tej roli i zaczęłam się śmiać.

– Nie, wszystko w porządku – odpowiedziałam (przecinek) nadal chichocząc.

Jeden z nietoperzy usiadł mi na ramieniu, a reszta rozsiadła się dookoła jak gołębie, (bez przecinka) czyhające na spadające okruszki.

– Czy to normalne? – zapytałam (przecinek) wskazując na małych krwiopijców.

– Och(kropka) – r®ozległ się charakterystyczny trzask łamanych kości.

Jedyne czego mi brakuje (przecinek) to spędzenia reszty nocy w areszcie.

– Dziękuję, że ją dla mnie zatrzymałaś – odezwał się bliżej mi nierozpoznawalny szkielet(zbędna spacja) .

– Nie ma za co – wymamrotałam(przecinek) zdejmując stopę z jego, nazwijmy to, dłoni.

– Ciągle mi ucieka – poskarżył się. – b(B)ądź przeklęta! – W(w)ydarł się na własną rękę (przecinek) machając mi ją(nią) przed nosem.

– Jasne – cofnęłam się na(w stronę/w kierunku) Sebastiana.

Mądrze (przecinek) Arabel, mądrze.

Popatrzył na mnie (przecinek) nie wiedząc czy żartuję, czy naprawdę nic tam nie widzę.

(...)manewru było w zasadzie żadne. Już po pierwszych dziesięciu krokach byłam pewna, że nie udałoby mi się samej wrócić.

Najwidoczniej bestia instynktownie wyczuła, że denerwowanie mnie w takim momencie mogło się dla niego(niej – bestii) źle skończyć.

Byłam ubłocona, podrapana przez jakiś dziko-(bez dywizu – osobno)rosnący chwast i mokra, a moja mała siostrzyczka siedziała przy stoliku w towarzystwie Gustawa i Lindy, (przecinek) i popijała sobie herbatkę niczym prawdziwa arystokratka.

– No, mała czarownico, wracamy do domu – powiedziałam takim tonem, jakbym wiedział(a)(przecinek) jak to zrobić. – g(G)dzie Robin?

Linda wstała i nic nie mówiąc (przecinek) gestem dała mi do zrozumienia (przecinek) bym za nią poszła.

Wzięłam dzieciaki za ręce i spojrzałam na Sebastiana, ale nie wiedziałam(przecinek) jak się pożegnać.

W pokoju obok znajdowały się zwykłe, stare drzwi po środku(pośrodku) magicznego kręgu.

– Wystarczy, że przejdziecie przez te drzwi – wyjaśnił uprzejmie Gustaw, obejmując swoją kościstą partnerkę(kropka)

– Czekaj, mam coś dla ciebie. (bez kropki)– powiedział(przecinek) zdejmując z szyi naszyjnik i przewieszając mi go przez głowę.

(...)a teraz stałam w progu pokoju mojej młodszej siostry, obserwując(przecinek) jak śpi. [/align]

Jakoś mnie ani nie rozbawił, ani nie zaskoczył ten tekst. Aż do końca oczekiwałam jakiegoś zwrotu akcji, a tu ni ma, wyszli bez żadnego problemu. :P
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Takie to bez celu, wpadli do niezwykłej krainy, pochodzili, pogadali i... koniec. Żadnej akcji, żadnej historii. Nie wiem nawet jak na to spojrzeć. Fajnie się czyta, zgrabnie operujesz słowami, ale w opowiadaniu najważniejsza jest fabuła której tu nie ma. Nic się nie dzieje, mierzi mnie to strasznie. Musisz pisać coś, co wciągnie czytelnika.
Odpowiedz
#4
"zastanawiając się czy wspomnienie z minionej nocy miało miejsce naprawdę"

Whatever that means... Innymi słowy – wspomnienie miało miejsce naprawdę? Czyli co? Wspomnienie to wspomnienie – o czymś CO MIAŁO miejsce. Dziwnie mi to brzmi.

"Zadbała żeby Luna – zaznaczę na wstępie – że ten mały demon w spódnicy ma siedem lat" – napisałabym tak: Zadbała żeby Luna – zaznaczę na wstępie, że ten mały demon w spódnicy ma siedem lat – [...].

"Jak Alicja w krainie czarów pomyślałam wypluwając grudki ziemi. Napisałabym: Jak Alicja w krainie czarów – pomyślałam, wypluwając grudki ziemi.

"Rozglądałam się ciekawie dookoła, bo moja dziwaczna wizja była w gruncie rzeczy nawet ciekawa." – powtórzenie: ciekawie/ciekawa.

"– Piękna? – zapytałam, unosząc lekko brwi. – A ty co, bestia?"
Haha, dobre...:D

"Patrzył na to chyba z równym zachwytem, co ja, chociaż musi mijać te akwarium codziennie" – to akwarium chyba

"– Och – rozległ się charakterystyczny trzask łamanych kości." – to och to dźwięk kości? Czy ona wydała ten odgłos?

"Wydarł się na własną rękę machając mi ją przed nosem" – machając nią

"– Jasne – cofnęłam się na Sebastiana." – co to znaczy? Cofnąć się na kogoś? Można cofnąć się do kogoś i wpaść na kogoś.

"Następne, co zobaczyłam to widok, który mam przed oczami każdego ranka" – dziwne zdanie, doprawdy.


Oki doki, a teraz o treści.
Szalenie podoba mi się nawiązanie aż w dwóch momentach do Pottera! – plus za to.
Zamienienie przekleństw na "nietoperze" – drugi plus.


O samej treści – interpunkcja – nasze skaranie!:)
Trochę nie łapię środka historii – pomijając fakt, że wpada do innego świata i jak nic idzie sobie z dziećmi i SZKIELETEM pooglądać miasto, zamiast szukać drogi ucieczki, to potem mówi chłopakowi, że musi znaleźć Lunę, a ten stawia jej kolację i nieprzejęta wdaje się z nim w rozmowę, zapominając o siostrze...:)
I końcówka – reszte znacie.
No niby znamy, ale piszesz na początku, że boi się, że znów obudzi się w Halloween. Nie obudziła się, idzie do siostry, sięga ręką do wisiorka. Ok, ale co wiemy poza tym? No nic nie wiemy, więc to zdanie chyba powinno zniknąć.

Sama historia mi się podoba. Rozbudowałabym ją o jakieś magiczne randki z Sebastianem – ciekawy typ się wydaje. Co mnie ciekawi – to to ich jedzenie. Piszesz, że żyją tam wampiry, kościotrupy, niedźwiedzie! I można zamówić pizzę...:D Mają ograniczoną listę klientów chyba, ze tez im się to opłaca ;P
Taki tam joke;)

Pozytywnie jestem zaskoczona. Może nie ma ta historia jakiegoś tam morału, czy fabuły nad wyraz rozwiniętej, ale jest ciekawa, fajnie napisana.
A jak się uprzeć to płynie z niej mądrość – nie oceniaj książki po okładce, bo kościotrup może okazać się przyjemniejszy od człowieka, a dom, w którym straszy, może być ciekawą windą do lepszej rzeczywistości :P Ot co!


PS. Dziś i ja nadużywam słowa ciekawa/e/i:)
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
#5
Vetala
No cóż... ja też nie wiem jak "to coś" wygrało w kategorii komedia.
Dziękuję za poprawki.
Cytat:– Jasne – cofnęłam się na(w stronę/w kierunku) Sebastiana.
Kiedy nasza bohaterka gadała z kościotrupem, to on do niej podszedł i za nią stanął, więc jak się cofnęła to na niego wpadła. Zgaduję jednak, że jest to niejasne, bo Sm00k też zwróciła na to uwagę, więc zmienię zdanie w taki sposób, żeby czytelnik wiedział, co się dzieje.
Cytat:Spojrzeli na mnie pustkami w oczodołach.(Lepiej "pustymi oczodołami")
Używając słowa "pustkami" chciałam podkreślić, że oni tym widzieli. Po za tym chciałam zachować taką odmianę, jaką użyłabym do "oczu".

Sm00k
Pierwsze zdanie było z góry narzucone przez organizatorów konkursu, więc zostanie.
Arabel "zapomniała" o swojej siostrzyczce, bo wymogiem w konkursie było opisanie sceny związanej z zamawianiem jedzenia. Przepraszam, ale nic bardziej twórczego nie przyszło mi do głowy. Najwyraźniej zabiłam tym gospodarkę, ale to problem tych ze świata na "dole" ;)

Bogus
Jak już mówiłam, praca była pisana na konkurs, ona nie miała mieć fabuły xd. ale dziękuję za komentarz i uwagi.
Odpowiedz
#6
Ang, to mogłaś napisać, że cofnęła się o krok i wpadła na niego. Byłoby logiczniej:)
Natomiast co do "zapomnienia" o siostrze, można było wcisnąć w dialog coś na zasadzie.
– Mam pomysł, zjedzmy coś, bo jestem strasznie głodny, a potem pomogę ci szukać siostry – Sebastian.
– Ale szybko, bo naprawdę się martwię – ona.

No nie wiem, coś co nie wskazywałoby, że jak pojawił się przystojniak (zakładam z opisu i jej reakcji) to zapomina o swojej siostrze w dziwnym świecie.

:)
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
Reklama AdSense
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Przygodowe Gorzka opowieść BeziteX 7 1,792 26-04-2014, 10:57
Ostatni post: Angelika

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości