Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Inne Rose – Większe Zło
#1
Wstęp:
Spoiler:

Spis treści:
Spoiler:


Rose


Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.

*
Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem...
...i jeszcze mi smutniej.

Cyprian Kamil Norwid – Moja piosnka I



Rok 1956


Will

Ciemność za szybą samochodu falowała w rytm deszczowych kropel. Siedział bez ruchu i wsparty na łokciu wpatrywał się w mijane drzewa, które mrocznej, ulewnej nocy ukazywały się tylko jako szare kłęby z niewidocznymi konturami. Umysł znużony burym krajobrazem zaczynał podsuwać mu przed oczy różnorakie obrazy. Wizję mężczyzny stojącego tak, jak Will go zapamiętał, z rękami splecionymi na piersi i nikłym, nieobecnym uśmiechem. Owacje publiczności, rój twarzy i gwar głosów, oraz jego, samotnie stojącego na scenie, po ukłonie zbierającego jeszcze głośniejsze brawa. Znalezione w zakurzonym dębowym biurku bilety z wyblakłym napisem Hornveil.
Z zamyślenia wyrwał go głos kierowcy:
– Dojechaliśmy, panie Will. A nawet jeśli chciałby pan podróżować dalej, to nie dałoby rady. Takiej ulewy dawno nie widziałem, zaraz całkowicie zaleje drogę.
Strugi wody za oknem rzeczywiście spadały z wielkim impetem, uderzając o dach i szyby pojazdu z miarowym hukiem. Samochód potoczył się jeszcze trochę i zatrzymał u boku drogi w kręgu światła rzucanego przez lampę wiszącą nad wejściem do Pensjonatu u Rose, jak informowała zdobiona tabliczka. Budynek był okazały. Nie wyglądał na wiekowy, jednak wykonano go z wyraźną pieczołowitością na wzór starszych drewnianych konstrukcji. Rzeźbione na podobieństwo kolumn podpory, stojące u wejścia do przedsionka, gdzie indziej wydawałyby się nie na miejscu, tu jednak wyjątkowo pasowały do otoczenia, dodając mu nawet smaku. Smaku tak bardzo potrzebnego, aby podróżni zatrzymali się w nim na noc.
Will wyszedł ze swojego Forda, ufając, że jego kierowca Henry sam odpowiednio się nim zajmie, po czym podbiegł do wejścia. Mimo ledwie chwili spędzonej w szalonej ulewie jego płaszcz i kapelusz napęczniały do granic możliwości i teraz ociekały wodą, która spadała wielkimi kroplami na podłogę.
Wnętrze przywitało go na szczęście suchym ciepłem charakterystycznym dla drewnianych domów, gdzie w kominku nieprzerwanie huczy ogień. Will zostawił zamoknięte okrycie w przedsionku i wkroczył do sali wspólnej. Przy drewnianych stołach siedziało kilka osób, głównie zmęczonych dniem robotników z pobliskich gospodarstw, jako że pensjonat pełnił zapewne również rolę swoistego baru. Rozejrzał się spokojnie po obecnych i zbadał wzrokiem stojące pod ścianą stare, ale wyglądające na bardzo cenne pianino. Instrument był zadbany, widać jednak było, że czas odbił na nim swe piętno. Uwagę zwracał również fakt, że jego położenie było swego rodzaju uroczyste, na pewno nie służyło tylko jako mebel. Mężczyzna przeczesał palcami siwe włosy po czym podszedł do baru, za którym stała czterdziestoparoletnia zadbana kobieta z kasztanowymi włosami spiętymi z tyłu w kok. Ich spojrzenia się spotkały.
Są takie chwile, kiedy patrząc na inną osobę intuicyjnie odczuwa się jej emocje. Nie jest tu mowa o mimice czy tonie głosu, a raczej o niedostrzegalnych drgnięciach warg i maleńkich błyskach w oczach. Człowiek potrafi dostrzec czasem rzeczy, których mózg by nie ogarnął samym racjonalnym rozumowaniem. Często jednak później dochodzą wątpliwości, logika próbuje zawładnąć intuicją i stłamsić ją. Może to, co się zobaczyło, nie było wcale pogardą, a znudzeniem? Może ogromna radość, którą zdało się widzieć w oczach drugiej osoby, była tylko ich reakcją na otaczające światło?
On jednak już dawno temu nauczył się ufać swojej intuicji, temu szóstemu zmysłowi, w który wyposażony jest każdy bez wyjątku człowiek. Miał pewność, że przebłysk jakiejś bardzo silnej emocji, szybko ukrytej pod obojętną maską, nie był wcale złudzeniem. Nie dał po sobie jednak niczego poznać.
– Dobry wieczór – powiedział z uśmiechem, siadając na jednym z wysokich krzeseł przy barze. – Nazywam się William Strauss. Czy ma pani wolne pokoje? Razem z moim kierowcą jesteśmy bardzo znużeni podróżą, wręcz marzymy o ciepłej kolacji i wygodnych łóżkach.
– Witam pana – odrzekła z pewną dozą profesjonalnej surowości. – Jestem Rose Stillton, właścicielka niniejszego pensjonatu. Rozgrzewająca strawa znajdzie się bez wątpliwości. Wolne pokoje także, jednak tylko jednoosobowe, gdyż tą deszczową porą przybyło dużo gości. Mam też przyzwoite posłania w dobudówce.
Zauważył, że wyraża się bardzo starannie, z uwagą dobierając słowa, lecz też trochę staromodnie. Ten specyficzny sposób wysławiania się pasował mu bardziej do sędziwej arystokratki, niż do kobiety, którą miał przed sobą. Wyjęła spod lady gruby, zdobiony notes i otworzyła go na zaznaczonej zakładką stronie.
– Henry nie będzie miał nic przeciwko spaniu w dobudówce – orzekł Will. – Ja wezmę jeden z tych jednoosobowych.
Drzwi do przedsionka rozwarły się gwałtownie, wpuszczając do środka zimny wiatr i strugi deszczu. Ogień w kominku zatańczył pod wpływem podmuchów, wydając pokrzepiające trzaski. Do środka wkroczył mężczyzna w sile wieku. Po jego ruchach widać było jednak żwawość, odpowiednią ludziom niegodzącym się na starcze niedoskonałości i całą siłą sprzeciwiającym się upływającemu czasowi. Gdy wkroczył w krąg światła ukazała się nieznana Straussowi wesoła, brodata twarz i wprost tryskające iskierkami żywe, piwne oczy.
– Will! – krzyknął z zaskoczeniem staruszek. – Stary druhu, wieki cię tutaj nie widziałem. Gdzieś ty się podziewał!
Po chwili przedłużającego się milczenia na ustach Straussa wykwitł szeroki, zagadkowy uśmiech.


Peter

Gwałtowny huk wody uderzającej o dach samochodu wyrwał go ze snu. Świat za oknem pojazdu w swojej szarości był błogosławienie jednostajny. Stres, w którym musiał żyć przez cztery ostatnie lata, miał się już ku końcowi. Nareszcie czas na odpoczynek, tak bardzo zasłużony. Myśl o tym napawała go dawno niezaznanym spokojem ducha, radość spełnienia swojej powinności spływała na jego umysł i napawała optymizmem. Musiał jednak koniecznie pamiętać, że optymizm to broń obosieczna i to z niezwykle niebezpiecznymi ostrzami. Całkowite zaangażowanie i związane z nim poczucie spełnienia ukierunkowywały w drodze do celu i motywowały do jego osiągnięcia, jednak również zamykały na inne ścieżki oraz ograniczały możliwość dostrzeżenia grożących niebezpieczeństw.
Miał się za człowieka spokojnego, opanowanego. Człowieka, który nie ekscytował się małymi sukcesami, ale i nie przejmował nikłymi porażkami. To, do czego się zbliżał, każdego by jednak pobudziło i zmusiło do emocjonalnych reakcji. On powinien jednak zachować, jak to mówili, pokerową twarz. Musiał założyć kolejną z masek, aby osiągnąć długo wyczekiwany sukces.
Wydawało się, że powoli docierają do celu. Światła pobliskiego miasta, Hornveil, majaczyły po prawej stronie. "Myśli pan, że będzie już oczekiwał?", spytał go wcześniej jego kierowca i długoletni przyjaciel – Ewan. "Powinien", odpowiedział wtedy Peter. Nie był wcale pewien, jednak wizja konieczności dalszego oczekiwania napełniała go znużeniem, którego miał serdecznie dosyć. Chciał odpocząć w realnym świecie, a nie w rzeczywistości kłamstw i ciągłego udawania.
Zjechali z drogi i zatrzymali w pobliżu przydrożnego pensjonatu o zachęcającym, zadbanym wyglądzie. Peter wysiadł i poczuł, jak cała wściekłość ulewy ląduje na jego ramionach. Tak okropnej pogody nie widział od dawna. Doszedłszy szybko do wejścia, zdjął płaszcz, mając nadzieję że reszta ubrania nie zamokła. Niestety, marynarka ociekała wodą, a wilgotna koszula przylgnęła do ciała. Wnętrze pensjonatu było równie okazałe co sam budynek, dwie długie dębowe ławy i kilka mniejszych stołów wykonano z pieczołowitością. Na pewno pochodziły od utalentowanego cieśli, a nie z okropnych fabryk, które od długiego czasu nieubłaganie wypierały rzemieślników i ich wyroby – pomyślał.
Rozejrzał się po gościach. Przy ławie siedziało kilku robotników, przy jednym ze stołów zasiadał postawny brunet, który obrzucił go ponurym wzrokiem. Na końcu drugiej ławy jakiś szczupły blondyn starał się zwrócić na siebie uwagę bogato odzianej dziewczyny, która po chwili wyraźnie znudzona wstała ze swojego krzesła i udała się na górę, zapewne do swojego pokoju. Za to w kącie, przy najmniejszym stole, trwał bez ruchu Indianin, jeden z tych w trakcie asymilacji. Widać po nim było jednak jeszcze stare zwyczaje – koszula i marynarka kontrastowały z naszyjnikiem z zębów dzikiego zwierzęcia i piórami wplecionymi w długie włosy.
Peter podszedł do baru, za którym stała dojrzała kobieta o kasztanowych włosach. Uśmiechnęła się lekko i zaczęła:
– Witam pana serdecznie. Nazywam się Rose Stillton i mam przyjemność być właścicielką tego pięknego pensjonatu. Ma pan ochotę na gorącą strawę, czy wpierw chciałby pan się odświeżyć?
– Dobry wieczór. Z chęcią najpierw bym się przebrał. Wynajmę pokój dwuosobowy, póki co na jedną noc.
– Oczywiście – odparła, wyciągając spod lady ciężki, zdobiony notes. Po jego otwarciu zastygła z wiecznym piórem nad kartką. – Pana godność?
– Peter Wright. Zapłacę z góry.

***

Kiedy po pół godzinie zszedł na dół, w sali przybyło kilkoro gości. Do grona robotników dołączyło dwoje stałych bywalców, bardzo charakterystycznych dla barów na całym świecie. Dziewczyna w rogowych okularach i krótkich włosach zebranych w kucyki jadła parującą zupę, nie odrywając oczu od czytanej książki. Przy ladzie zasiadał również bogato wyglądający mężczyzna, który, sądząc po ociekającej z niego wodzie, dopiero co wszedł do środka. Z założonymi na piersi rękoma prowadził rozmowę z Rose. Konwersacja nie należała chyba do najmilszych, gdyż twarz kobiety stężała, kontrastując z bardzo dobrym wrażeniem, które wywarła wcześniej na Peterze.
Usiadł przy jednym ze stołów, gdzie czekał na niego Ewan, który zamówił już dla obu kolację.
– Rozpoznał go pan już? – spytał kierowca, łypiąc bystrymi oczami spod czarnych, krzaczastych brwi.
– Jeszcze nie – odparł cicho. – I nie wiem, czy będzie to takie proste. Dopuszczam także możliwość napotkania pewnych trudności, udziału osób trzecich. Wydaje mi się, że czas rozpocząć kolejną grę.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat: Znalezione w zakurzonym dębowym biurku bilety z wyblakłym napisem Hornveil.
To zdanie bardzo mi nie pasuje i wybija mnie z rytmu. Warto byłoby wpleść je w nieco inny sposób, tak, żeby nie przeszkadzało.

Cytat:Strugi wody za oknem rzeczywiście spadały z wielkim impetem, uderzając o dach i szyby pojazdu z miarowym hukiem.
Jeszcze nigdy nie słyszałam miarowo padającego deszczu.

Cytat:Samochód potoczył się jeszcze trochę i zatrzymał u boku drogi w kręgu światła rzucanego przez lampę, znajdującą się nad wejściem do Pensjonatu u Rose, jak informowała zdobiona tabliczka.
Bardzo długie i zagmatwane zdanie, po każdym przecinku prowadzasz nową informację i robi się taki wężyk:
samochód zatrzymał się –> u boku drogi –> w kręgu światła –> rzucanego przez lampę –> znajdującą się nad wejściem do pensjonatu –> a jeszcze tam była tabliczka co informowała.
Poza tym, jeśli ta lampa wisiała nad drzwiami i jeszcze rzucała światło na ulicę, to chyba był to jakiś gigantyczny reflektor. A takie wyobrażenie psuje klimat, który tworzysz.

Z kolei opis budynku zrobiłabym od nowego akapitu.

Cytat:Rzeźbione na podobieństwo kolumn podpory, stojące u wejścia do przedsionka, gdzie indziej wydawałyby się nie na miejscu, tu jednak wyjątkowo pasowały do otoczenia, dodając mu nawet smaku.
Zdanie wężyk. Byłoby nawet ok, gdybyś wywalił to co przekreśliłam.

Cytat:Will wyszedł ze swojego Forda...
Od nowego akapitu.

Cytat:...jego płaszcz i kapelusz napęczniały do granic możliwości i teraz ociekały wodą, która spadała wielkimi kroplami na podłogę.
Zbędny moim zdaniem opis, poza tym podłoga to jest w domu, raczej nie nazwałabym podłogą chodnika, ulicy, czy trawnika, a sugerujesz, że bohater znajduje się na zewnątrz.

Cytat:Rozejrzał się spokojnie po obecnych i zbadał wzrokiem stojące pod ścianą stare, ale wyglądające na bardzo cenne pianino. Instrument był zadbany, widać jednak było, że czas odbił na nim swe piętno. Uwagę zwracał również fakt, że jego położenie było swego rodzaju uroczyste, na pewno nie służyło ono tylko jako mebel.
Zbędny opis, bo co mnie obchodzi jakieś pianino, o którym później nie ma ani słowa? Jeśli chciałeś oddać klimat pomieszczenia, było opisać je całe. Od nowego akapitu rzecz jasna.

Cytat:Nie jest tu mowa o mimice czy tonie głosu, a raczej o niedostrzegalnych drgnięciach warg i maleńkich błyskach w oczach.
To zdanie bardzo mi się podoba.

Cytat: Człowiek potrafi dostrzec czasem rzeczy, których mózg by nie ogarnął samym racjonalnym rozumowaniem.
Szyk. Nie ogarnąłby samym racjonalnym rozumowaniem.

Cytat:Może ogromna radość, którą zdało się widzieć w oczach drugiej osoby, jest tylko reakcją na otaczające światło?
Wat? o.O Chyba grą świateł. Chyba, że ktoś się cieszył z otaczającego go światła. Wtedy to wciąż jednak radość.

Dialog wydał mi się bardzo nienaturalny. Nie wiem czy tak miało być, ale mam wrażenie, że rozmawiają dwa roboty. Poza tym nie wiem, może jestem dziwna, ale jak ja wchodzę do hotelu i pytam się o pokoje, to nie widzę potrzeby podawania od razu imienia i nazwiska, tylko czekam, aż zostanę o to poproszona. Nawet jak mam rezerwację, bo wtedy to jest:
– Dzień dobry, mam u państwa zarezerwowany pokój dwuosobowy.
– Dzień dobry, już sprawdzam. Pani godność?

Cytat:Zauważył, że wyraża się bardzo starannie, z uwagą dobierając słowa, chociaż też trochę staromodnie, trochę jak w starych, bogatych rodzinach, żyjących w odosobnieniu.
Nie mam pojęcia o co tu chodzi... Bardzo źle skonstruowane zdanie.

Cytat:Po jego ruchach widać było jednak żwawość, odpowiednią ludziom nie godzącym się na starcze niedoskonałości i całą siłą sprzeciwiającym się upływającemu czasowi
A to mi się podoba.
Jednak w tym akapicie znajduje się powtórzenie słowa "wkroczył".

Cytat:Gdy wkroczył w krąg światła ukazała się nie znana(razem) Straussowi wesoła, brodata twarz i tryskające wprost iskierkami żywe, piwne oczy.
– Will! – krzyknął z zaskoczeniem staruszek. – Stary druhu, wieki cię tutaj nie widziałem. Gdzieś ty się podziewał!
Po chwili przedłużającego się milczenia na ustach Straussa wykwitł szeroki, zagadkowy uśmiech.
To znał go, czy nie, bo już nie wiem? Albo znał, albo nie znał. Jeśli nie poznał go na początku, to ok, ale nie pisz, że twarz była mu nieznana.
Poza tym w pierwszym zdaniu jest za dużo przymiotników.

O, zapomniałabym.
Cytat:Z zamyślenia wyrwał go głos kierowcy:
– Dojechaliśmy, panie Will.
Myślałam, że on nazywa się Will. Później jednak okazało się, że nazywa się Strauss. Wobec tego to zdanie jest do bani. Po pierwsze, brzmi mniej więcej tak: Dojechaliśmy, panie Krzysztof.
Po drugie, szoferzy raczej nie zwracają się do tych, dla których pracują po imieniu, tylko raczej po nazwisku.


Przeczytałam tą pierwszą część, dalej spasuję. Ten fragment nie jest długi, a znalazło się w nim bardzo dużo błędów jak widzisz. Fabuła być może nie jest najgorsza, bo już coś się zaczyna dziać, pojawia się jakiś znany-nieznany dziadek, ale nie udało ci się tego przedstawić porządnie w ten techniczny sposób. Moim zdaniem twój styl pozostawia wiele do życzenia. Wtrącasz niepotrzebne opisy, niektóre kwestie są nie logiczne. Pojawiają się męczące zdania-wężyki, które utrudniają odbiór tekstu i zaburzają kompozycję. Opowiadanie jest niedopracowane. Masz bogaty zasób słownictwa, widać, że masz smykałkę do pisania, ale musisz popracować i to sporo. Dla mnie w skali od 1 do 6 to takie 3-–. Ratuje cię piękny wiersz na początku i w miarę ciekawa fabuła.
Odpowiedz
#3
Dzięki za bardzo wyczerpujące uwagi :). Jutro zabiorę się za poprawianie, szczególnie tych zdań-wężyków oraz kilku niefortunnych sformułowań, gdyż rzeczywiście brzmią one dość nienaturalnie.

Co do innych błędów:
– miarowy nie był deszcz, miarowy był huk wywoływany deszczem padającym z wielkim impetem o dach samochodu
– w chwili gdy krople wody padają na podłogę, Will znajduje się już w środku, rzeczywiście mógłbym dodać "wszedł do środka" jednak wydawało mi się to zbędne

Zaś wszystko to, co według Ciebie jest "nie logiczne" ( chciałaś zapewne napisać nielogiczne, prawda? :) ), jak również opis owego pianina i inne "dziwne" rzeczy (jak chociażby sztuczność dialogu) – zaufaj mi, to wszystko jest w pełni zamierzone :).

P.S. Wiersz Norwida. Polecam cały, jest naprawdę wspaniały.
Odpowiedz
#4
Skoro Norwida, to powinieneś napisać, że jego :)
Ups, strzeliłam gafę xd tak, chciałam napisać nielogiczne ^^
Jeśli było zamierzone, to nie wyszło.
Odpowiedz
#5
Cytat: Wizję mężczyzny, ( zbędny przecinek ) stojącego tak, jakim ( jak ) Will go zapamiętał, ( tu zamiast przecinka dałabym myślnik ) z rękami splecionymi na piersi i nikłym, nieobecnym uśmiechem. Owacje publiczności, rój twarzy i ( podwójna spacja ) gwar głosów, oraz jego, samotnie stojącego na scenie, po ukłonie zbierając ( i zbierającego po każdym ukłonie ) jeszcze głośniejsze brawa.

– Dojechaliśmy, panie Will. A nawet jeśli chciałby pan podróżować dalej, to nie byłoby siły ( dziwny ten zwrot, może lepiej "to nie da rady" ).

Strugi wody za oknem rzeczywiście spadały ( podwójna spacja ) z wielkim impetem, uderzając o dach i szyby pojazdu z miarowym hukiem.

Samochód potoczył się jeszcze trochę i zatrzymał u boku drogi w kręgu światła rzucanego przez lampę, ( zbędny przecinek ) znajdującą się ( wiszącą – to uprości zdanie ) nad wejściem do Pensjonatu u Rose, jak informowała zdobiona tabliczka.

Will wyszedł ze swojego Forda, ( podwójna spacja ) ufając, że jego kierowca Henry, ( zbędny przecinek ) sam odpowiednio się nim zajmie, po czym podbiegł do wejścia.

Mimo ledwie chwili spędzonej będąc narażonym na szalejącą ulewę ( w szalejącej ulewie ), jego płaszcz i kapelusz napęczniały do granic możliwości i teraz ociekały wodą, która spadała wielkimi kroplami na podłogę.
Wnętrze przywitało go na szczęście suchym ciepłem, ( zbędny przecinek ) charakterystycznym dla drewnianych domów, w których na kominku nieprzerwanie huczy ogień.

Przy drewnianych stołach siedziało kilka osób, ( podwójna spacja ) głównie zmęczonych dniem robotników z pobliskich gospodarstw, jako że pensjonat pełnił zapewne również rolę swoistego baru.

Uwagę zwracał również fakt, że jego położenie było swego rodzaju uroczyste, ( podwójna spacja ) na pewno nie służyło ono ( zbędne ) tylko jako mebel.

Mężczyzna przeczesał palcami siwe włosy po czym podszedł do baru ( przecinek ) za którym stała czterdziestoparoletnia zadbana kobieta z kasztanowymi włosami spiętymi z tyłu w kok.

Ich spojrzenia spotkały się ( "się spotkały", bo lepiej brzmi i raczej nie zostawiamy "się" na końcu zdania ).

Człowiek potrafi ( podwójna spacja ) dostrzec czasem rzeczy, których mózg by nie ogarnął samym racjonalnym rozumowaniem.

Często jednak później dochodzą wątpliwości, logika próbuje zawładnąć nad ( zbędne ) intuicją i stłamsić ją.

Może to ( przecinek ) co się zobaczyło nie było wcale pogardą, a znudzeniem?

Może ogromna radość, którą zdało się widzieć w oczach drugiej osoby, jest ( była ) tylko reakcją na otaczające światło? ( poprawiłam na "była" żeby uniknąć zmiany czasu w obrębie jednego zdania )

On jednak już dawno temu nauczył się ufać swojej intuicji, temu szóstemu zmysłowi, w który ( podwójna spacja ) wyposażony jest każdy bez wyjątku człowiek.

– Witam – powiedział z uśmiechem ( przecinek ) siadając na jednym z wysokich krzeseł przy barze.

( spacja ) Jestem Rose Stillton, właścicielka niniejszego pensjonatu.

Zauważył, że wyraża się bardzo starannie, z uwagą dobierając słowa, chociaż też trochę staromodnie, trochę ( to drugie usuń, unikniesz powtórzenia, a zdanie zyska ) jak w starych, bogatych rodzinach, ( zbędny przecinek ) żyjących w odosobnieniu.

– Henry nie będzie miał nic przeciwko spaniu w dobudówce – orzekł Will. – ( spacja ) Ja wezmę jeden z tych jednoosobowych.

Gdy wkroczył w krąg światła ukazała się nie znana ( nieznana ) Straussowi ( podwójna spacja ) wesoła, brodata twarz i tryskające wprost ( szyk – wprost tryskające ) iskierkami żywe, piwne oczy.

Stres ( przecinek ) w którym musiał żyć przez cztery ostatnie lata ( szyk – przez ostatnie cztery lata ) ( moim zdaniem przecinek ) miał się już ku końcowi.

Myśl o tym napawała go dawno nie zaznawanym ( niezaznanym – niepotrzebnie komplikujesz, co utrudnia czytanie ) spokojem ducha, ( kropka i nowe zdanie ) radość spełnienia swojej powinności spływała na jego umysł i napawała optymizmem.

Miał się za człowieka spokojnego, opanowanego. Człowieka, który nie rozochoca ( ekscytował – chyba lepiej ) się małymi sukcesami, ale i nie przejmuje ( przejmował – zmiana czasu ) nikłymi porażkami.

Myśli pan, że będzie już oczekiwał?, spytał go wcześniej jego kierowca i długoletni przyjaciel – Ewan. Powinien, odpowiedział wtedy Peter. ( to potraktowałabym jednak jako dialogi )

Peter wysiadł i poczuł ( przecinek ) jak cała wściekłość ulewy ląduje na jego ramionach.

Doszedłszy szybko do wejścia zdjął płaszcz, mając nadzieję ( przecinek ) że reszta ubrania nie zamokła.

Na pewno pochodziły od utalentowanego cieśli, a nie z okropnych fabryk, które od długiego czasu nieubłaganie wypierały rzemieślników i ich wyroby, ( myślnik zamiast przecinka ) pomyślał. ( myśl dobrze byłoby ująć w cudzysłów )

Peter podszedł do baru ( przecinek ) za którym stała dojrzała kobieta o kasztanowych włosach.

Po jego otwarciu zamarła ( "zastygła", bo "zamarła" oznacza stan mocnego zdziwienia albo przerażenia ) z wiecznym piórem nad kartką. – ( spacja ) Pana godność?

Kiedy po pół godzinie zszedł na dół, w sali przybyło kilkoro gości. Do grona robotników dołączyło dwoje stałych bywalców, ( zbędny przecinek ) bardzo charakterystycznych dla barów na całym świecie.

Dziewczyna w rogowych okularach i krótkich włosach zebranych w kucyki, zatopiona w lekturze, jadła parującą zupę. ( nieładne zdanie, nawet nie mam pomysłu, jak go zmienić )

Usiadł przy jednym ze stołów gdzie czekał na niego Ewan, który już dla nich ( zbędne ) obu zamówił kolację.

– Rozpoznał go pan już? – spytał kierowca ( przecinek ) łypiąc bystrymi oczami spod czarnych, krzaczastych brwi.

– Jeszcze nie – odparł cicho. – I nie wiem ( przecinek ) czy będzie to takie proste.

Jeszcze raz przeczytam tekst po poprawkach i wtedy wypowiem się na temat fabuły. Trudno się czyta takie skomplikowane zdania :P.

Obiecany komentarz. Mimo poprawek nadal w tekście jest sporo długich zdań ( wężyków, o których ktoś już wspomniał ). Budowa zdań jest zbyt skomplikowana. Prost przekaz nie musi być pozbawiony emocji, a zbyt skomplikowany raczej drażni. Nie za bardzo też rozumiem fabułę. Przedstawiłeś dwie postacie i chyba trzeba poczekać na ciąg dalszy, by czegoś się dowiedzieć. Opisy są w miarę dobre, co ułatwia wyobrażenie sobie miejsc, wyposażenia pomieszczeń, a także poczuć klimat. Poczekamy na więcej i zobaczymy jak to poprowadzisz :).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Dokonałem poprawek. Nie zawsze tak, jak napisaliście, ale mam nadzieję, że tak wygląda lepiej :).


(22-04-2014, 23:38)paleblue napisał(a): Jeśli było zamierzone, to nie wyszło.

Wydaje mi się, że jeśli napisałeś przeszło kilkanaście linijek o tym, że czegoś nie rozumiesz, że coś wydaje Ci się dziwne, że opis jest nie na miejscu – udało mi się uzyskać to, co chciałem, zatem jednak "wyszło" :). Nie wiem, jak uważasz, ale według mnie nie wszystko czytelnikowi powinno podawać się na talerzu, nie napiszę przecież "przeczytaj uważnie opis tego pianina, jeszcze coś o nim będzie", albo "zauważ, że Will zdaje się nie poznawać tego mężczyzny" prawda :P ?
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Masz rację, ale z drugiej strony czytelnik nie jest duchem świętym :)
Odpowiedz
#8
Kolejna porcja opowiadania. Mam nadzieję, że się spodoba. Serdecznie proszę o opinie :).



Will

– Staruch Smith coś ostatnio często tutaj przychodzi. – To cicho wypowiedziane zdanie padło od którejś z ław, gdy wstawał do przywitania.
– Witaj, przyjacielu! – zawołał Will. – Tak dawno się nie widzieliśmy!
Kiedy wpadł w mocny uścisk nowo przybyłego, kątem oka próbował dojrzeć reakcję Rose, jednak ta zdążyła się gdzieś ulotnić. Ramiona mężczyzny były mocne, a woda kolońska, sądząc po zapachu, dość kosztowna. Strzaskana wiatrem twarz, powycierane, wojskowe spodnie i ciężkie buty dopełniły Willowi obrazu weterana wojennego i to najpewniej o wysokim stanowisku.
– Stary, dobry Smith – zaczął, gdy już usiedli. – Widzę, że osiedliłeś się tutaj na dobre.
– Wiek niestety odciska swe piętno. Okrzepłem, Will. Już nie jestem taki skory do podróży i awanturnictwa jak kiedyś. Ale co słychać u ciebie? Słyszałem, że stajesz się coraz bardziej popularny tam, na wschodnim brzegu. Myślałem już, że zapomniałeś o tych stronach.
– Przyjacielu, sam dobrze wiesz, jak ciężko jest zapomnieć o przeszłości. Cholernie mi tam czegoś brakowało, musiałem tu przyjechać. A zwlekałem, bo byłem okropnie zabiegany. Sukces jest mocno wyidealizowany w publicznej opinii. Gdyby każdy mógł go na kilka dni zasmakować, ludzie bardziej cieszyliby się z tego, co mają, a nie zajmowali tym, co mogliby mieć.
– Dalej lubisz bawić się w filozofa, Will. Nic się nie zmieniłeś – rzekł z uśmiechem wojskowy. – Napijmy się razem. Napijmy się i powspominajmy stare czasy. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi to potrzebne.
Skinął głową, zastanawiając się, jak wybrnąć z ciężkiej sytuacji. Jednak kiedy Rose z kamienną twarzą nalała im whisky odkrył, że wystarczy trochę powzdychać i uczuciowo przytakiwać, a sprawa rozwiąże się sama, wraz z postępującą czerwonością nosa i policzków Smitha. Słuchając jednym uchem wspomnień z wojennych czasów, myślał, jak najlepiej by było poprowadzić rozmowę, aby dowiedzieć się czegoś pomocnego. Zastanawiał się, czy warto podjąć ryzyko, czy może jest na to jeszcze za wcześnie.
– …on mi mówi: "storpedują nas pułkowniku, zostało im jeszcze co najmniej osiem!". Ja na to: "jak mówię, że nie storpedują, to nas, do cholery, nie storpedują!". I, ja ci mówię, nie storpedowali. A wszyscy tam myśleli, że ja jakieś czary odprawiam, a to nasz wywiad poinformował, rozumiesz, że Niemcom w tych łodziach tylko połowę pocisków dali! Oszczędzali na sukinsynach! Myśleli, że na amerykańskie statki starczy tyle, rozumiesz, mocy ognia. A nie starczyło! I im ta oszczędność w dupy poszła!
Wybuchnął głośno śmiechem, a Will równie serdecznie mu zawtórował. Po chwili, ocierając oczy, powiedział:
– Przednia historia. Lepsza nawet od tej, którą opowiadałem ci, będąc tu ostatnim razem, o generale, który zmoczył się podczas przemówienia. Pamiętasz?
Smith przeniósł oczy ze szklanki na jego twarz, na chwilę milknąc.
– Jesteś pewien, Will, że mi ją opowiadałeś? Nie przypominam sobie takiej.
Postanowił jeszcze trochę nacisnąć.
– Opowiadałem ci ją na pewno. Wydawało mi się, że takie coś zapadnie ci w pamięć.
Jego rozmówca patrzył się przez chwilę w dno szklanki, jakby szukając tam pomocy. Po momencie jednak pokręcił głową.
– Niestety. Sądzę, że mogę zrzucić to na karb wieku i starczej demencji. Will, w końcu minęło już pięć lat!
Pokiwał ze zrozumieniem głową, po czym wstał, próbując opanować targające nim emocje.
– Zostawię cię tu na chwilę samego, muszę zaczerpnąć świeżego powietrza – powiedział tylko trochę drżącym głosem.
Wychodząc, rozglądnął się za Rose, jednak ta, tym razem dzięki Bogu, znów gdzieś zniknęła. Zatrzymał się zaraz za drzwiami, uważając, aby nie narazić się na szare strugi padającego deszczu. Oparł się wygodnie o framugę, po czym zaczął nabijać podróżną fajkę. Odetchnął, rozładowując trzymające go od dawna napięcie i lekko się uśmiechnął. Z dymiącą fajką w zębach i ramionach skrzyżowanych na piersi zapatrzył się w dal. Wszystko się zgadzało. Nie sądził, że pierwsza część jego poszukiwań tak szybko zakończy się sukcesem. Jednak w swej radości nie mógł być zbyt pochopny. Teraz nadchodziło, całkiem możliwie, najtrudniejsze.

Peter

Co robią ludzie, którzy chcą za wszelką cenę być zauważeni? Czy jowialnie zagadują wszystkich naokoło, czy raczej ekscentrycznie siedzą na boku z tajemniczą miną? Czy większą uwagę zwraca elegancki mężczyzna pachnący drogimi perfumami, czy cuchnący fekaliami bezdomny, głośno żebrzący na skraju ulicy? W takim razie, co robić, by pozostać niezauważonym? Czy pewną cechę, którą niektórzy ludzie posiadają od urodzenia, a która pozwala na robienie czegokolwiek zapragną bez przyciągania niepotrzebnych spojrzeń, można wyćwiczyć? W niektórych sytuacjach bowiem nawet największe wady stają się atutami.
– Witam pana – powiedział Peter do dobrze zbudowanego bruneta, który, prócz Indianina, jako jedyny sam zasiadał przy stole. Zawahał się na krótką chwilę. – Czy można się dołączyć? Mój kierowca jest niezawodny w swym fachu, jednak towarzysz rozmowy z niego raczej nijaki.
Wskazał lekkim ruchem Ewana, który podparłszy głowę, zdawał się drzemać nad pustymi talerzami. Brunet obrzucił go wzrokiem lekko przekrwionych oczu, po czym zaprosił gestem dłoni.
– Jestem Peter – przedstawił się, siadając.
– Johnny. Może dobrze mi zrobi rozmowa w ten nieprzyjemny czas.
– To prawda, na zewnątrz jest paskudnie. Może trochę alkoholu na poprawę humoru? Z chęcią napiłbym się troszeczkę tequili – powiedział trochę głośniej niż powinien i skinął głową Rose, która akurat przechodziła obok.
– Nie, dziękuję. Pozostanę przy whisky.
Rozmawiali przez dłuższą chwilę, podczas której Peter stwierdził, że brunet nie jest aż tak nieprzyjemny, na jakiego wyglądał. Okazało się, że był tu przejazdem. Pracował jako kurier, jednak potworna ulewa zmusiła go do postoju w tym pensjonacie. Kiedy zapytał go o powód jego wyraźnej markotności, oczy Johnny'ego posmutniały jeszcze bardziej.
– Czasem kogoś się traci. Ale nie rozmawiajmy o tym.
Szary wieczór począł chylić się ku mrocznej nocy. Ludzie w pensjonacie zbierali się powoli do własnych domów, bądź pokoi na górze. Robotnicy ociężale popodnosili się, po czym razem ze starym wojskowym, którego twarz była już mocno czerwona, opuścili budynek. Dziewczyna w okularach, nie odrywając wzroku od trzymanej kurczowo książki, zniknęła na górze schodów. Także Johnny, który wyglądał teraz, jakby nie spał od co najmniej dwóch nocy, udał się na spoczynek. W głównej sali pozostał tylko mężczyzna o podsiwiałych włosach, przedstawiający się jako Will, jeden ze starych bywalców, który postanowił chyba tutaj przenocować, Ewan, Rose i oczywiście długowłosy Indianin, który z uporem trwał w bezruchu pod ścianą.
Ten pierwszy wstał właśnie i zbliżył się do pianina. Powoli odchylił lekko zakurzoną pokrywę, patrząc przy tym pytająco na Rose, która ze ściągniętymi ustami lekko kiwnęła głową, po czym szybkim krokiem wyszła z głównej sali. Will zasiadł na zydlu, a następnie lekko przejechał palcem po zakurzonych klawiszach. Peter miał się za dość wybrednego słuchacza i chociaż kanon muzyki poważnej nie był mu obcy, tylko nieliczni kompozytorzy wzbudzali w nim naprawdę pozytywne emocje. Jednak kiedy Will zaczął grać, z zaskoczeniem odkrył, że oklepany mozartowski motyw nabiera nagle nowych, fascynujących kolorów. Palce pianisty tańczyły, a on zafascynowany słuchał, tak samo zresztą jak Ewan, który niespodziewanie się rozbudził. Nawet Indianin porzucił swoje odrętwienie i zmrużonymi oczyma przypatrywał się artyście. Spokojny zrazu utwór powoli stawał się gwałtowny, ostro wybijane akordy poczęły zwiększać muzyczne napięcie, raptownie zabrzmiała kanonada pasaży. Crescendo nabierało mocy, przejścia stawały się coraz dynamiczniejsze, dążąc bez wątpliwości do końcowego uderzenia.
Uderzenia, które wybrzmiało wraz z rozdzierającym kobiecym krzykiem. Peter ocknąwszy się z zasłuchania, rozglądnął wokół zdezorientowany. Jeden fakt od razu rzucił mu się w oczy.
Indianin zniknął.
Odpowiedz
#9
Cytat:Kiedy wpadł w mocny uścisk nowoprzybyłego ( nowo przybyłego ) , kątem oka próbował dojrzeć reakcję Rose, jednak ta zdążyła się gdzieś ulotnić.
Strzaskana ( jakoś nie pasuje mi to słowo, zbyt dosłowne ) wiatrem twarz, powycierane wojskowe spodnie i ciężkie buty dopełniły Willowi obrazu weterana wojennego, i to najpewniej o wysokim stanowisku.

– Stary dobry Smith – zaczął ( przecinek ) gdy już usiedli. – Widzę, że osiedliłeś się tutaj na dobre.

Gdyby każdy mógł go na kilka dni zasmakować, ludzie bardziej cieszyli by ( cieszyliby ) się z tego ( przecinek ) co mają, a nie zajmowali tym, co mogliby mieć.

Nawet nie wiesz ( przecinek ) jak bardzo mi to potrzebne.

Jednak, ( zbędny przecinek ) kiedy Rose z kamienną twarzą nalała im whisky odkrył, że wystarczy trochę powzdychać i uczuciowo przytakiwać, a sprawa rozwiąże się sama, wraz z postępującą czerwonością nosa i policzków Smitha.

Słuchając jednym uchem wspomnień z wojennych czasów ( przecinek ) myślał ( przecinek ) jak najlepiej by było poprowadzić rozmowę, aby dowiedzieć się czegoś pomocnego.

Ja na to, jak mówię, że nie storpedują, to nas, do cholery, nie storpedują! ( można to wziąć w cudzysłów albo oddzielić myślnikiem, ponieważ bohater wtrąca tę wypowiedź )

Po chwili, ocierając oczy ( przecinek ) powiedział:
– Przednia historia. Lepsza nawet od tej, którą opowiadałem ci będąc tu ostatnim razem, o generale ( przecinek ) co ( "który" zamiast "co" ) zmoczył się podczas przemówienia.

Jego rozmówca patrzył się ( zbędne ) przez chwilę w dno szklanki, jakby szukając tam pomocy.

Wychodząc ( przecinek ) rozglądnął się za Rose, jednak ta, tym razem dzięki Bogu, znów gdzieś zniknęła.

Zatrzymał się zaraz za drzwiami, uważając, aby nie narazić się na szare strugi padającego kawałek dalej ( zbędne, bo brzmi, jakby deszcz padał kawałkami, wybiórczo ) deszczu.

Czy większą uwagę zwraca elegancki mężczyzna pachnący drogimi perfumami, czy cuchnący fekaliami bezdomny, głośno żebrzący na boku ( na skraju ) ulicy?

W takim razie, co robić ( przecinek ) by pozostać niezauważonym?

Czy pewną cechę, którą niektórzy ludzie posiadają od urodzenia, a która pozwala na robienie czegokolwiek zapragną, ( zbędny przecinek ) bez przyciągania niepotrzebnych spojrzeń, można wyćwiczyć?

– Jestem Peter – przedstawił się ( przecinek ) siadając.

Z chęcią napił bym ( napiłbym ) się troszeczkę tequili – powiedział trochę głośniej niż powinien i skinął głową Rose, która akurat przechodziła obok.

Kiedy zapytał go o powód jego wyraźnej markotności, jego oczy posmutniały jeszcze bardziej. ( powtórzenie )

W głównej sali pozostał tylko mężczyzna o podsiwiałych włosach, przedstawiający się jako Will, jeden ze starych bywalców, który postanowił chyba tutaj przenocować, ( tu dałabym kropkę i nowe zdanie "Ponadto był jeszcze" ) Ewan, Rose i oczywiście długowłosy Indianin, który z uporem trwał w bezruchu pod ścianą.

Pojawiła się jakaś tajemnica, to dobrze, bo zachęcasz do czekania na ciąg dalszy.
W tym fragmencie znów było sporo długich, skomplikowanych zdań. Ładne opisy, klimatyczne, ale chwilami nużące. Trzeba wziąć pod uwagę czytelnika i nie pozwolić mu się nudzić ani przez chwilę. Te długie zdania trochę męczą. Gdybyś je podzielił na krótsze i prostsze, tekst nabrałby dynamiki. To takie moje odczucie.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#10
Błędy interpunkcyjne i powtórzenia poprawione. A co do długim zdań, zastanawiam się, Nawka, czy rzeczywiście powinienem je skrócić. Wydaje mi się, że póki nic szybkiego czy dynamicznego się nie dzieje, to tekst nie musi za wszelką cenę jak najszybciej biec naprzód. A idąc dalej, zastanawiam się, na ile autor powinien starać się swój tekst uczynić takim, aby jak najłatwiej się go czytało i żeby broń Boże nikt się nim w żadnym momencie nie znudził. Może nie mam do końca racji, ale mam trochę takie odczucie, że zalatywałoby to wtedy swoistym literackim populizmem, nie sądzisz :P ?
Jeszcze jedna rzecz – który opis i w jakim miejscu Cię znużył? To postaram się go jakoś poprawić.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości