Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Chwytając Przeznaczenie
#1
Ok, więc teraz coś na poważnie. Coś dla mnie ważnego, niedokończonego po dziś dzień, choć ma już trzy części i, o zgrozo, męczę się z tym już cztery lata [przy czym męczę nie jest tu przypadkowo użyte].

Na razie tylko prolog i pierwszy rozdział, dla wprowadzenia. Później się zobaczy;)

Enjoy!

–-–

„Gdyby świat miał drugi wymiar, byłby on pełen miłości i szczęścia – wprost proporcjonalnie do tego, w którym przyszło mi żyć”

–-–

~PROLOG~

Walka o istnienie stała się jedynym celem w moim życiu. Nie chodziło już o władzę – nigdy mi na tym nie zależało. Chciałam przeżyć. Chciałam, by moi przyjaciele nie ucierpieli na tym, co się wydarzyło. Ale czy tak można było? Przecież nigdy – jako małe dziecko czy jako już prawie dorosła kobieta – nie myślałam o tym, że będę musiała wybierać między sobą, a nimi. Ba. Nie myślałam, że poznam te wszystkie tajemnice. Że będę kimś, kogo zabić chce wielu ludzi i kimś, komu pomóc chcą nieliczni.
Znalazłam się w takim miejscu, w którym radykalnie zmieniło się wszystko. Całe moje życie, myślenie, postrzeganie świata, a nawet ludzi i rodziny. Czy gdybym nie znalazła się tam, potrafiłabym docenić podmuch wiatru, zapach wody, śpiew ptaków? Mogłabym rozróżnić przyjaźń od miłości, wrogość od nienawiści? Czy byłabym zwykłym człowieczkiem, wciąż maszerując szarymi ulicami?

~SEN~
ROZDZIAŁ I

Życie w York różniło się trochę od życia w dużym brytyjskim mieście. Głównie dlatego, że ludzie nie przyjeżdżali tu, by oglądać zabytki czy poznawać historię Anglii.
Rzadko też zwiedzający przejeżdżali ulicą Park Ave – na typowym osiedlu domków jednorodzinnych – położoną bardzo daleko od centrum. Tam właśnie mieszkałam.
Moje życie było dość burzliwe jak na siedemnastolatkę. Uczestniczyłam z rodzicami w wypadku, miałam wtedy pięć, może sześć lat i pamiętałam z tamtego zdarzenia tylko palący się samochód oraz krzyk mamy. Przez pół roku byłam w domu dziecka, ale w końcu znaleziono mi rodzinę zastępczą. Mieszkałam z nimi w bliźniaku. Nie miałam na co narzekać. Dostałam swój pokój, miałam w co się ubrać, gdzie spać i co jeść. Doczekałam się nawet braciszka – takiego przyrodniego. Bo gdy miałam dziesięć lat, moi zastępczy rodzice powiedzieli, że zdarzył się cud i będą mieli dziecko. Od tamtego momentu – pomimo wielkiej miłości do chłopca – czułam się jak wyrzutek. Przecież to było ich prawdziwe dziecko – a ja? Ja byłam tylko adoptowaną dziewczyną nie wiadomo skąd. Swoich prawdziwych rodziców nie pamiętałam. Ani jak wyglądali, ani jak się nazywali. Przywykłam już do myśli, że jestem na tym świecie sama.
Od momentu, w którym pojawił się Mike, zaczęłam sprawiać problemy wychowawcze. Nie słuchałam rodziców, nie uczyłam się. Miałam coraz większe trudności nie tylko z nauką, ale i z rówieśnikami w szkole. Co jakiś czas, dość regularnie, wdawałam się
w bójki. W takich sytuacjach ojciec jeździł do szkoły, słuchał dyrektorki w ciszy, cały czerwony na twarzy, i nie odzywając się do mnie, zabierał mnie do domu. Tam – w zaciszu domowym – robił mi awanturę o wszystko. Wtedy nazywał mnie wyrzutkiem społeczeństwa. Na samym początku takich kłótni te słowa mnie bolały i w pokoju, gdy nikt nie widział, płakałam. Ale teraz nie robiło to na mnie już żadnego wrażenia. On mówił, a ja myślałam o czymś zupełnie innym.
Tak samo było tym razem. Siedziałam w samochodzie z słuchawkami na uszach. Ojciec pukał nerwowo w kierownicę, ale się nie odzywał. Nawet jakby coś powiedział, to ja i tak bym nie usłyszała. Muzyka była za głośna, ale to właśnie ona w takiej chwili potrafiła mnie odstresować.
Weszłam do domu powolnym krokiem, czekając na ojca, aż zaparkuje samochód. Siadając w kuchni i wyczekując kolejnej awantury, ściągnęłam słuchawki z uszu. Nie czułam już łomoczącego serca, piekących oczu czy ściśniętego żołądka z nerwów, jak było na początku. Przywykłam do tych sytuacji.
Siedziałam na krześle przy stole. Przypatrywałam się garnkom stojącym na kuchence. W jednym z nich coś bulgotało, a w powietrzu unosił się słodki, intensywny zapach. Matka spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, jednak nie odezwała się. Wiedziałam, że wolała to zostawić mężowi. Moja ignorancja bardzo ją raniła, zresztą tak samo jak całe moje zachowanie. Ale taka właśnie byłam. Nie robiłam tego specjalnie – miałabym celowo okładać się pięściami z dziewczynami z klasy?
W końcu zobaczyłam, jak wchodzi wysoki, dość chudy brunet. Nigdy nie pytałam ich o wiek, ale mogłam śmiało powiedzieć, że miał dopiero czterdzieści lat. Matka z kolei była drobna przed ciążą, teraz ciemne włosy opadały na okrągłą twarz i szerokie ramiona.
Ojciec spojrzał na mnie, po czym westchnął, wziął piwo i wyszedł z kuchni. Mamę zaskoczyło to tak samo jak mnie. Szybko wybiegła za nim do salonu, szepcząc coś do niego.
Ogólnie byli bardzo dobranym, udanym małżeństwem. Nigdy się ze sobą nie kłócili, a przynajmniej nie w naszej obecności. Zgodnie podejmowali wszelkie decyzje dotyczące domu, nas czy nawet wakacji. Nie pamiętam też, by kiedykolwiek zabrakło im pieniędzy i by nam czegoś odmówili. I to właśnie oni byliby dla mnie wzorem dobrego związku.
Wstałam i ruszyłam do siebie, uznając, że skoro nie chcą ze mną rozmawiać, to nie muszę siedzieć i wyczekiwać niewiadomo czego.
Pokój miałam na piętrze. Był jasny, czysty i przestronny. Meble, mimo sporego już wieku, nadal nie nosiły widocznych śladów użycia, a na biurku przy oknie stał całkiem nowy komputer, który dostałam rok wcześniej.
Z okna natomiast mogłam obserwować rozciągającą się Park Eve, która urzekała jesienią pokryta żółtymi liśćmi.
Usiadłam na łóżku, zastanawiając się, czy to byłoby takie złe, gdybym się zmieniła? Gdybym nie sprawiała tych problemów? Z drugiej jednak strony czemu miałabym to robić? Dzieciaki w szkole mi dokuczały. Miałam przechodzić koło tego obojętnie? Parsknęłam.
– Nie ma mowy – powiedziałam sama do siebie.
Zazwyczaj o tej porze dnia wałęsałam się po ulicach, szukając zajęcia. Nie miałam przyjaciół, a w domu czułam się jak intruz. Wychodzenie do miasta i wracanie późnymi wieczorami było moją jedyną odskocznią, choć nie robiłam wówczas nic wyjątkowego ani zajmującego. Tym razem obawiałam się, że nie wypuszczą mnie z domu – w ramach kary. Wyjęłam więc moją ulubioną książkę, „P.S. Kocham Cię”, i poczęłam czytać, mimo iż znałam ją prawie na pamięć. Jak ja zazdrościłam głównej bohaterce. Nie, nie śmierci najbliższej jej osoby, ale tego, co z nim przeżyła. Tej miłości i wyjątkowego pożegnania. Często zastanawiałam się, co ja bym zrobiła na jej miejscu.
Dopiero koło siódmej odłożyłam książkę i spojrzałam za okno. Było już prawie ciemno, a mnie roznosiła energia.
Ubrałam buty, bluzę i zeszłam na dół. Matka siedziała w salonie na kanapie, patrząc pusto w wyłączony telewizor. Spojrzała na mnie, jakby obojętnie, ale po chwili oprzytomniała i wstała zdenerwowana.
– Gdzie idziesz? – spojrzała na zegarek.
Nie odpowiedziałam.
Gdy wychodziłam z domu słyszałam jak mówiła coś do ojca. Była zdezorientowana i zdawałam sobie sprawę, że nie wiedzą co mają ze mną począć.
Czasem wyobrażałam sobie, jak dyskutują o mnie przed snem. Ojciec mówi wówczas, że muszą się mnie pozbyć, a matka, prawie płacząc, odpowiada, by zaczekali do moich osiemnastych urodzin. Mężczyzna godzi się, nie chcąc ranić swojej ukochanej żony, choć najchętniej wyrzuciłby mnie w mgnieniu oka. Takie sceny mogę sobie jedynie wyobrażać, gdyż nigdy nie udało mi się nic podsłuchać.
Szłam opustoszałymi ulicami, aż do samej rzeki. Po drodze nie minęłam nawet żywej duszy.
Usiadłam na brzegu i w spokoju oddawałam się swoim przemyśleniom.
Zdecydowanie różniłam się od wszystkich swoich rówieśniczek. Nie ciuchy i torebki były mi w głowie. Nawet nie myślałam o chłopakach. Chciałam po prosu przeżyć. Chciałam skończyć szkołę i odejść daleko. Żyć swoim życiem i nie oglądać się na nikogo i na nic.
Być może właśnie wtedy mogłabym zacząć myśleć o prawdziwej, niemalże filmowej miłości. I o sobie – o tym, że jestem coś warta, i że komuś może na mnie zależeć.
Nagle poczułam się nieswojo. Uwielbiałam to miejsce, szum wody, piękne niebo – nawet z chmurami, ale dziś coś mi nie pasowało.
Rozejrzałam się, ale nikogo nie dostrzegłam, jednak uczucie niepokoju mnie nie opuszczało. Gdy pomyślałam co mogłoby mi się stać niespełna trzy mile od domu, przeszły mnie dreszcze. Mało ludzi zapuszczało się na tę stronę rzeki, gdzie brzegi często podmywała woda.
Ponownie omiotłam okolicę wzrokiem. Moje spojrzenie zatrzymało się na sporych rozmiarów cieniu. Za drzewem jakieś pięćdziesiąt stóp ode mnie ktoś stał i mnie obserwował. Przestraszyłam się.
Czułam, jak serce podchodzi mi do gardła, a ręce zaczynają się trząść. Wstałam powoli, ostrożnie, wciąż patrząc na nieznajomego. Teren znałam jak własny ogród i dobrze wiedziałam dokąd biec, ale w tym stanie nie mogłam sobie przypomnieć.
Wolno ruszyłam drogą w stronę domu, a gdy obejrzałam się za siebie, cień zniknął. Z niepokojem przyspieszyłam kroku, nie wiedząc kim był, czego chciał i gdzie jest ten człowiek.
Do domu niemal wbiegłam. Zamknęłam drzwi na klucz, minęłam mamę i ruszyłam szybko do góry. Mówiła do mnie, ale strach, który zawładnął mną wówczas nie pozwolił mi na skupienie się.
Dopiero po kilkunastu minutach uspokoiłam myśli. Wmówiłam sobie, że nikogo nie widziałam, a to co mnie przestraszyło było jedynie wybrykiem mojej wyobraźni.
Przeczytałam jeszcze kilka stron książki – byle tylko zapomnieć o tym wieczorze – i gdy mi się to udało, zgasiłam światło. Położyłam się bez kąpieli. Byłam zbyt zmęczona, by zawracać sobie głowę takimi przyziemnymi drobiazgami. Wolałam śnić o swoim Gerry’m.
Zawsze, gdy starałam się śnić o swojej miłości – platonicznej rzecz jasna, bo w nikim się nie kochałam – nie widziałam jego twarzy. Tak jakby był nieodgadniony. I gdy siedziałam z nim w kawiarni, rozmawiałam niewiadomo o czym, spojrzałam na drzwi. Stanął tam wysoki blondyn o bladoniebieskich oczach. Zwróciłam na niego uwagę, ponieważ żadna z osób przebywająca w tym pomieszczeniu – poza nim – nie miała twarzy. Uśmiechnął się do mnie lekko i wyszedł. Sama nie wiedziałam co, ale coś kazało mi wstać, zostawić Gerry’ego i ruszyć za nieznajomym.
Biegłam za nim ulicą kilka minut. To było dziwne, bo on tylko szedł, a mimo to trzymał się na dystans – niczym w tanim horrorze – ale przecież we śnie wszystko jest możliwe.
– Kim jesteś? – zapytałam w końcu, zatrzymując się.
I on się zatrzymał. Odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął. Był przystojny. A gdy uniósł kąciki ust, wokół oczu zrobiły mu się kurze łapki.
– No? Może odpowiesz? – nalegałam.
Ale on tylko skinął głową i znów ruszył przed siebie, zostawiając mnie samą. Już biegłam za nim, wyciągnęłam rękę, by go złapać, gdy nagle się przebudziłam.
Rozejrzałam się po pokoju i z niedowierzaniem poruszyłam głową. Zaśmiałam się do siebie, po czym ujrzawszy godzinę na zegarku, wybiegłam z łóżka. Już byłam spóźniona, a musiałam jeszcze dojść do szkoły. Uznając więc, że nie pojawię się na pierwszej lekcji na czas, wykąpałam się i powolnym krokiem zeszłam na dół.
Mama stała nad synkiem i wmuszała mu szklankę mleka. Obdarzyła mnie szybkim spojrzeniem, nie komentując mojego spóźnienia.
– Śniadanie masz w lodówce – powiedziała cicho. Jej głos brzmiał dziwnie. Był mi obcy, jakbym słyszała ją pierwszy raz w życiu. Nie przejęłam się specjalnie.
– Nie, dzięki. Zjem coś w szkole. – I chwytając bluzę, którą zostawiłam w kuchni zeszłego popołudnia, wyszłam z domu.
Byłam w szkole na długo przed dzwonkiem zwiastującym koniec pierwszej lekcji. Musiałam schować się na wyższym piętrze, bo nie mogłam pozwolić, by zauważyła mnie nauczycielka angielskiego.
Siedziałam pod klasą, plując sobie w brodę, że zamiast tak marnować czas, mogłam pójść do mojej ulubionej kawiarenki. Wypić kawę, zjeść kanapkę. Cokolwiek.
– O… proszę, proszę. Kogo to ja widzę. – Ten szyderczy głos należał do jednej z tych dziewczyn, których po prostu nie znosiłam. Tylko tipsy, włosy i pstro w głowie.
– Czego chcesz? – zapytałam, wstając.
– Od ciebie? A czego ja mogę chcieć od takiego prostaka jak ty? – zapytała Lucy, posługując się ironią. Chodziłyśmy do jednej klasy, ale nigdy nie zamieniłyśmy ze sobą porządnego słowa. Zresztą kiedyś jej brat włamał się do kartoteki szkolnej i dopisał mi kilka drobnych przestępstw, z których musiałam się gęsto tłumaczyć. I nigdy nie zgadłabym, że to ona go do tego namówiła, gdyby sama się głupio do tego nie przyznała. – Co? Rodzice wyrzucili z domu? – dodała.
Z natury byłam porywczą osobą. Te kilka słów wystarczyło, bym rzuciła się na blondynkę jak zwierzę na świeże mięso. Dziewczyna krzyknęła, gdy wpadłam na nią całym ciałem, przewracając ją. Obie wylądowałyśmy na podłodze. Zamachnęłam się i uderzyłam prowokatorkę w twarz, nie bacząc na konsekwencje. Na swojej bluzce zobaczyłam plamę krwi. W pierwszym momencie pomyślałam, że Lucy mnie czymś uderzyła, ale jeszcze nie poczułam bólu. A wtedy spojrzałam na nią. Usiadła obok, w oczach miała łzy, a krew leciała jej z nosa i wargi. Więc na bluzce miałam jej krew.
Krzyki i płacz usłyszeli nauczyciele z klas, bo zaraz wybiegli zobaczyć co się stało. Nim mnie zauważyli, postanowiłam wyjść ze szkoły, by uniknąć kary. Wolałam odłożyć to do jutra, jak już blond kukła na mnie naskarży. Nie sądziłam bowiem, by miała powiedzieć, że się przewróciła na posadzkę i złamała sobie nos.
Zbiegłam po schodach – i pech chciał, że wpadłam na nauczycielkę angielskiego. Ta spojrzała na mnie zdziwiona, lecz nim zebrała myśli i się odezwała, ja pchnęłam ogromne, wejściowe drzwi i wybiegłam na boisko. Nie zatrzymywałam się póki nie przemierzyłam terenu szkoły i nie znalazłam się na ulicy.
Wtedy wzięłam głębszy oddech i oglądając się na gmach szkolny, poczułam przerażenie. Teraz na pewno rodzice nie zostawią tego bez komentarza. Może wyślą mnie do internatu dla trudnej młodzieży albo po prostu oddadzą mnie do domu dziecka, gdzie do osiemnastych urodzin będę znosić rozwydrzone bachory?
Idąc w stronę miasta – nie mogłam przecież wrócić do domu tak szybko – próbowałam zatuszować plamę. Usiadłam w swojej ulubionej kawiarence, kupiłam wodę niegazowaną i nadal usiłując zmyć krew, rozglądałam się, czy przypadkiem nie idzie jakiś znajomy rodziców.
Lokal ten znajdował się trzydzieści minut piechotą od domu – jeśli znało się odpowiedni skrót. Znalazłam się w starszej części miasta, jednak budynki były zadbane, a ulice świeżo wyremontowane.
Każdy mnie tu znał. Byłam częstym bywalcem w tej kawiarence. Nie różniła się ona niczym od tych, które były w centrum, ale z jakiegoś powodu to właśnie do niej mnie ciągnęło. Miałam nawet swój ulubiony stolik.
Zrezygnowana odłożyłam butelkę wody, starając się nie myśleć o konsekwencjach szkolnego wydarzenia, zawiesiłam wzrok na dłużej na sklepie po przeciwnej stronie ulicy. A dokładniej na jednym z jego klientów.
Jako drugi w kolejce stał młody mężczyzna. Przyglądałam mu się dłuższą chwilę, gdy ten to spostrzegł. Uśmiechnął się lekko i odchodząc z kolejki bez zakupu, ruszył w stronę kawiarni, wciąż na mnie patrząc. Dopiero gdy był pod samą witryną poznałam go. Widziałam go we śnie! Podekscytowana wstałam, rozlewając wodę. Szybko podniosłam butelkę, a gdy znów spojrzałam na ulicę, jego już nie było. Zapłaciwszy kelnerce wyszłam na ulicę, zapinając plecak i przewiązując przez biodra bluzę. Stał na samym końcu ulicy przy małym zaułku. Patrzył to na mnie, to na ślepą uliczkę. Znałam to miejsce. Kiedyś biłam się tam z chłopakiem, który chciał mi zabrać telefon. Szybko dałam mu w kość.
Biegłam ile sił w nogach, a gdy byłam już blisko, mężczyzna skręcił między budynki.
– Mam cię – ucieszyłam się. Wbiegłam jak opętana, zatrzymując się na koszu na śmieci.
Mężczyzna – tak jak się spodziewałam – stał tam. Nie spuszczał ze mnie wzroku, a jego mina nie wyrażała żadnych emocji.
– Kim jesteś? – zapytałam, z trudem łapiąc oddech.
– To ty mi się przyglądałaś i mnie goniłaś – spostrzegł. Mówił tak cicho, że musiałam wytężyć ucho, by zrozumieć, choć za moimi plecami ruch uliczny był znikomy o tej porze.
– Widziałam cię już – dodałam, nie bacząc, że będzie brzmiało to głupio.
– Jestem tu pierwszy raz – odpowiadał spokojnie. Przyglądając mi się bacznie, ruszył bardzo powoli w moją stronę. Nie cofnęłam się jednak, choć mój instynkt podpowiadał mi, że dzieje się coś dziwnego.
– Widziałam cię we śnie – dodałam. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że pewnie wziął mnie za wariatkę. Zaśmiał się cicho, co tylko potwierdzało moją teorię.
A może ja znów śniłam – pomyślałam. Cały ten szkolny koszmar okazałby się tylko snem, a ten mężczyzna zniknąłby tak samo, jak pojawił się zeszłej nocy.
Po chwili on spojrzał gdzieś ponad moim ramieniem. Odwróciłam się na pięcie. W naszą stronę skręcił chłopak – mógł mieć może z dwadzieścia lat, ubrany był w dres. Zaśmiał się głośno, patrząc na nas.
Nieznajomy ze snu przeszedł koło mnie stając naprzeciw przechodnia. Nie rozumiałam całej tej sytuacji, ale coraz mniej mi się to wszystko podobało.
– Czego chcesz? – zapytał cicho mój obrońca. Przeszło mi przez myśl, że może on nie potrafi krzyczeć. Może ja powinnam zacząć?
Odepchnął mnie lekko, a ja wpadłam na kosz, czując piekący ból w nadgarstku. Nie obudziłam się – odkryłam z przerażeniem. Ten koszmar się nie skończył, więc w panice rozglądałam się po zaułku. Nie było żadnych drzwi, nawet jednego otwartego okna, bym mogła bezpiecznie wrócić do domu. Dom – w tym właśnie momencie myślałam o mamie, o Mike’u. Chciałabym ich zobaczyć jeszcze raz, przeprosić i podziękować.
Masowałam nadgarstek, odsuwając od siebie te myśli i patrząc na starcie. Nie wiedziałam nawet, kiedy chłopak ubrany w dres rzucił się na blondyna. Przez chwilę rozważałam opcję ucieczki obok nich – przytulona do ściany, ale nogi wyraźnie odmówiły mi posłuszeństwa. A gdy już zebrałam się na odwagę, by podejść, nie patrząc na to, kto ma przewagę, przy krawężniku stanął ciemny van. Wysiadło z niego trzech osiłków ubranych w ciemne mundury. Bijący się mężczyźni zamarli i patrzyli, jak jeden z mundurowych zabiera mnie do samochodu. Krzyczałam i wyrywałam się, ale napastnik był za silny. Złapał moje ramiona tak mocno, że wręcz czułam, jak robią mi się siniaki.
Jedyne co zdążyłam zauważyć to to, że w vanie ktoś jeszcze siedział, ale wtedy ktoś nałożył mi na głowę ciemny worek.
– To jakaś pomyłka! – krzyczałam, ale nikt nie reagował. Poczułam, że samochód się kołysze, a później usłyszałam, jak drzwi zatrzaskują się z hukiem. Dopiero po chwili ktoś zdjął mi worek z głowy. Musiałam odczekać kilka sekund, nim wzrok przyzwyczaił się do warunków panujących w samochodzie.
– Czego chcecie? Ja nic nie zrobiłam. To oni. – Wskazałam na dwóch siedzących obok mnie mężczyzn. Jeden z nich, ten ubrany w dres, wstał. Na tyle na ile mógł wyprostował się i spojrzał na naszych porywaczy. Uśmiechnął się nagle i zdjął z siebie górę dresu.
– Nie lubię tego świństwa – powiedział cicho.
– Czego chcecie? Nie jesteście z policji? – pytałam naiwnie.
Mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie uśmiechnął się tylko sarkastycznie. Miał dużo zmarszczek na czole, jakby wciąż o czymś myślał. Nosił też przeciwsłoneczne okulary. Utkwiłam spojrzenie w nieznajomym ze snu. On tylko przyglądał się swoim dłoniom, które były skute kajdankami – podobnie jak moje.
– Może coś powiesz? – nalegałam.
– A co ty taka nerwowa jesteś? Uspokój się – powiedział mężczyzna w okularach. – Złość piękności szkodzi – zażartował. Zaśmiali się wszyscy w vanie, łącznie z chłopakiem, który na nas napadł. Kątem oka ujrzałam, jak również drugi więzień uniósł kąciki ust.
– Jestem Boo – zaczął żartowniś – To jest Mauro. – Wskazał na wciąż stojącego mężczyznę. – A to Ean. – Siedzący obok mnie zakuty w kajdanki mężczyzna uśmiechnął się do mnie, po czym nachylił się do Boo, by ten uwolnił jego dłonie.



Wiem też, że tekst jest przydługi, ale nie chciałam wrzucać samego prologu, a podzielenie rozdziału (jakkolwiek głupio brzmi) nie wchodzi w grę, bo jest ich za dużo w całości;))
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(03-04-2014, 19:15)Sm00k napisał(a): Nie chodziło już o władze(ę) – nigdy mi na tym nie zależało. Chciałam przeżyć. Chciałam, by moi przyjaciele nie ucierpieli na tym (przecinek)co się wydarzyło.Ale czy tak można było? (Rym, a fe. :P)

Przecież nigdy – jako małe dziecko,(bez przecinka) czy jako już prawie dorosła kobieta(myślnik) nie myślałam o tym, że będę musiała wybierać między sobą,(bez przecinka) a nimi.

Że będę kimś(przecinek) kogo zabić chce wielu ludzi,(raczej bez przecinka) i kimś(przecinek) komu pomóc chcą nieliczni.

Czy byłabym zwykłym człowieczkiem (przecinek)wciąż maszerując szarymi ulicami?

(...) pamiętałam z tamtego zdarzenia tylko palący się samochód –(zbędny myślnik) oraz krzyk mamy.

Bo gdy miałam dziesięć lat(przecinek) moi zastępczy rodzice powiedzieli, że zdarzył się cud i będą mieli dziecko.

Ja byłam tylko adoptowaną dziewczyną –(zbędny myślnik) niewiadomo(nie wiadomo) skąd.

Od momentu, w którym pojawił się Mike(przecinek) zaczęłam sprawiać problemy wychowawcze.

Nawet jakby coś powiedział (przecinek)to ja (po co ten odstęp?)
i tak bym nie usłyszała.

Weszłam do domu powolnym krokiem(przecinek) czekając na ojca, aż zaparkuje samochód. (... czekając, aż ojciec zaparkuje samochód – lepiej brzmi)

Matka spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, jednak nie odezwała się. (Nie zostawiamy "się" na końcu)Wiedziałam, że wolała to zostawić mężowi.

(...)– miałabym celowo pokładać(okładać) się pięściami z dziewczynami z klasy?

W końcu zobaczyłam(przecinek) jak wchodzi wysoki, dość chudy brunet.

Wstałam i ruszyłam do siebie, uznając, że skoro nie chcą ze mną rozmawiać, to nie muszę siedzieć i wyczekiwać niewiadomo(nie wiadomo) czego.

Mój pokój był na piętrze. Był jasny, czysty i przestronny.

Z okna natomiast mogłam obserwować rozciągającą się Park Eve, która urzekała jesienią,(bez przecinka) pokryta żółtymi liśćmi.

Usiadłam na łóżku(przecinek) zastanawiając się(przecinek)czy to byłoby takie złe, gdybym się zmieniła?

Zazwyczaj o tej porze dnia wałęsałam się po ulicach (przecinek)szukając zajęcia.

Wyjęłam więc moją ulubioną książkę (przecinek)„P.S. Kocham Cię”(przecinek) i poczęłam czytać, mimo,(bez przecinka) iż znałam ją prawie na pamięć.

Jak ja zazdrościłam głównej bohaterce. Nie, nie śmierci najbliższej jej osoby, ale tego (przecinek)co z nim przeżyła. Tej miłości i wyjątkowego pożegnania. Często zastanawiałam się (przecinek)co ja bym zrobiła na jej miejscu.

Matka siedziała w salonie na kanapie (przecinek)patrząc pusto w wyłączony telewizor.

Gdy wychodziłam z domu (przecinek)słyszałam (przecinek)jak mówiła coś do ojca. Była zdezorientowana(znowu odstęp)
i zdawałam sobie sprawę, że nie wiedzą co mają ze mną począć.

Czasem wyobrażałam sobie (przecinek)jak dyskutują o mnie przed snem. Ojciec mówi wówczas, że muszą się mnie pozbyć, a matka (przecinek)prawie płacząc (przecinek)odpowiada, by zaczekali do moich osiemnastych urodzin. Mężczyzna godzi się(przecinek) nie chcąc ranić swojej ukochanej żony, choć najchętniej wyrzuciłby mnie w mgnieniu oka.

Szłam opustoszałymi ulicami,(bez przecinka) aż do samej rzeki. Na ulicy nie minęłam nawet żywej duszy.

Gdy pomyślałam(przecinek) co mogłoby mi się stać niespełna trzy mile od domu, przeszły mnie dreszcze.

Ponownie omiotłam okolicę wzorkiem(wzrokiem).

Czułam(przecinek) jak serce podchodzi mi do żołądka(raczej "do gardła", do żołądka może co najwyżej opaść, o ile się nie mylę :)), a ręce zaczynają się trząść.

Teren znałam jak własny ogród i dobrze wiedziałam gdzie(lepiej "dokąd") biec, ale w tym stanie nie mogłam sobie przypomnieć.

Wolno ruszyłam drogą w stronę domu, a gdy obejrzałam się za siebie, cienia już nie było. Z niepokojem przyspieszyłam kroku, nie wiedząc kim był, czego chciał i gdzie jest ten człowiek.

Do domu niemal wbiegłam. Zamknęłam drzwi na klucz, minęłam mamę i wbiegłam do góry. Mówiła do mnie, ale strach, który zawładnął mną wówczas (przecinek)nie pozwolił mi na skupienie się.

– Kim jesteś? – zapytałam w końcu (przecinek)zatrzymując się.

A gdy uniósł kąciki ust (przecinek)wokół oczu zrobiły mu się kurze łapki.

Zaśmiałam się do siebie, po czym ujrzawszy godzinę na zegarku(przecinek) wybiegłam z łóżka.(Coś często ona biega, wbiega do domu, po schodach, wybiega z łóżka... :P A tak poważniej, to nie pasuje mi wybieganie z łóżka)

Nie przejęłam się za specjalnie(kropka i usunęłabym "za")

– Nie, dzięki. Zjem coś w szkole(kropka) – i (I)chwytając bluzę, którą zostawiłam w kuchni zeszłego popołudnia, wyszłam z domu.

Byłam w szkole na długo przed dzwonkiem,(bez przecinka) zwiastującym koniec pierwszej lekcji.

Siedziałam pod klasą(przecinek) plując sobie w brodę, że zamiast tak marnować czas(przecinek) mogłam pójść do mojej ulubionej kawiarenki.

– O…(spacja)proszę, proszę. Kogo to ja widzę(kropka) – ten(Ten) szyderczy głos należał do jednej z tych dziewczyn, których po prostu nie znosiłam.

– Czego chcesz? – zapytałam (przecinek)wstając.

– Od ciebie? A czego ja mogę chcieć od takiego prostaka jak ty? – zapytała Lucy(przecinek) posługując się ironią. (Posługiwanie się ironią dziwnie brzmi, nie wystarczy "zapytała ironicznie"?)

Zresztą kiedyś jej brat, zapewne na jej życzenie, włamał się do kartoteki szkolnej i dopisał mi kilka drobnych przestępstw, z których musiałam się gęsto tłumaczyć.

Zamachnęłam się i uderzyłam prowokatorkę w twarz (przecinek)nie bacząc na konsekwencje.

Nim mnie zauważyli (przecinek)postanowiłam wyjść ze szkoły, by uniknąć kary.

Wtedy wzięłam głębszy oddech i oglądając się na gmach szkolny(przecinek) poczułam przerażenie.

Może wyślą mnie do internatu dla trudnej młodzieży, (bez przecinka)albo po prostu oddadzą mnie do domu dziecka, gdzie do osiemnastych urodzin będę znosić rozwydrzone bachory?

Usiadłam w swojej ulubionej kawiarence, kupiłam wodę niegazowaną i nadal usiłując zmyć krew(przecinek) rozglądałam się (przecinek)czy przypadkiem nie idzie jakiś znajomy rodziców.

Była to starsza część miasta, jednak budynki były zadbane, a ulice świeżo wyremontowane.

Nie różniła się ona niczym od tych, które były w centrum, ale z jakiegoś powodu to właśnie do(a nie "do niej"?) mnie ciągnęło.

(...) wzrok na dłużej na sklepie po przeciwnej stronie ulicy.
A dokładniej na jednym z jego klientów.(To zdanie połączyłabym z poprzednim za pomocą przecinka, zdecydowanie nie powinno być ono początkiem nowego akapitu)

Uśmiechnął się lekko i odchodząc z kolejki bez zakupu, ruszył w stronę kawiarni (przecinek)wciąż na mnie patrząc.

Podekscytowana wstałam(przecinek) rozlewając wodę.
Płacąc kelnerce (przecinek)wyszłam na ulicę, zapinając plecak i przewiązując przez biodra bluzę.(Płaciła kelnerce i w tym samym czasie wychodziła na ulicę, zapinała plecak i przewiązywała bluzę? Wielofunkcyjna babka :D Powinno być "zapłaciwszy kelnerce".)

Stał na samym końcu ulicy, (bez przecinka)przy małym zaułku.

Kiedyś tam biłam się(biłam się tam) z chłopakiem, który chciał mi zabrać telefon.

Biegłam ile sił w nogach, a gdy byłam już blisko(przecinek) mężczyzna skręcił między budynki.

Wbiegłam jak opętana (przecinek)zatrzymując się na koszu na śmieci.

– Kim jesteś? – zapytałam(przecinek) z trudem łapiąc oddech.

– Widziałam cię już – dodałam (przecinek)nie bacząc, że będzie brzmiało to głupio.

(spacja)Widziałam cię we śnie – dodałam.

Zaśmiał się głośno(przecinek) patrząc na nas.

Nieznajomy ze snu przeszedł koło mnie(przecinek) stając naprzeciw przechodniu.(przechodnia, to nie wołacz)

(spacja)Czego chcesz? – zapytał mój obrońca cicho.(zapytał cicho mój obrońca – ale chwila, przecież jeszcze jej nie obronił.)

Odepchnął mnie lekko, a ja wpadłam na kosz (przecinek)czując piekący ból w nadgarstku.

Nie wiedziałam nawet(przecinek) kiedy chłopak ubrany w dres rzucił się na blondyna.

A gdy już zebrałam się na odwagę, by podejść, nie patrząc na to(przecinek) kto ma przewagę siłową(zbędne, wiadomo jaką przewagę), przy krawężniku stanął ciemny van.

Wysiadło z niego trzech osiłków, (bez przecinka)ubranych w ciemne mundury.

Bijący się mężczyźni uspokoili się i patrzyli(przecinek) jak jeden z mundurowych zabiera mnie do samochodu. Krzyczałam i wyrywałam się, ale mężczyzna był za silny. Złapał moje ramiona tak mocno, że wręcz czułam(przecinek) jak robią mi się siniaki.


– To jakaś pomyłka! – krzyczałam. Ale nikt nie reagował. (Połączyłabym to w jedno zdanie)

Poczułam, że samochód się kołysze, a później usłyszałam(przecinek) jak drzwi zatrzaskują się z hukiem. Dopiero po chwili ktoś zdjął mi worek z głowy. Musiałam odczekać kilka sekund(przecinek) nim wzrok przyzwyczaił się do warunków panujących w samochodzie.

– Czego chcecie? Ja nic nie zrobiłam. To oni(kropka) – wskazałam(Wskazałam) na dwóch siedzących obok mnie mężczyzn. Jeden z nich, ten ubrany w dres, wstał. Na tyle na ile mógł wyprostował się (znowu ten odstęp)
i spojrzał na naszych porywaczy.

– Nie lubię tego świństwa – powiedział po chwili po cichu.

– A co ty taka nerwowa jesteś? Uspokój się – Powiedział(powiedział) mężczyzna w okularach(kropka) – Złość piękności szkodzi(spacja)– zażartował. (...)Kątem oka ujrzałam(przecinek) jak również drugi więzień uniósł kąciki ust.

(...) – Siedzący obok mnie,(bez przecinka) zakuty w kajdanki,(bez przecinka) mężczyzna uśmiechnął się do mnie, po czym nachylił się do Boo, by ten uwolnił jego dłonie.

Przede wszystkim dodaj akapity przed każdym dialogiem.

Jakoś niezbyt mi się to podoba. Opisy średnie, zwłaszcza pod koniec. Nie ma opisu walki między tym jakże cudnym blondynem a dresem, przez co nie ma tam żadnych emocji ani napięcia. Nie widać dynamiki sytuacji. Poza tym dialogi według mnie dość sztywne, zwłaszcza u tych porywaczy w vanie.

Samej fabuły jeszcze nie oceniam. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Ehem...
Nie przepadam za narracją pierwszoosobową, głownie dlatego, że naczytałam się mnóstwa chłamu z tego typu narracją, więc jest jeszcze dla Ciebie nadzieja xd. Większość dziewczyn które dostają zaszczytną rolę głównej bohaterki niesamowicie mnie denerwuje, zobaczymy jak będzie tutaj. Pierwsze wrażenie niezbyt pozytywne.
Podobnie jak w poprzednim przypadku (mam na myśli Twój "Wywiad") naczytałam się już do znudzenia podobnych opowiadań. Mam nadzieję, że w dalszej części pozytywnie mnie czymś zaskoczysz i że Twoje opowiadanie nie będzie trzymać się schematów.
Dalej o fabule: cytując Yamiego – co Ci zrobili ci biedni rodzice? Przedstawiony model głównej bohaterki już mi się przejadł – sierota, jak rodzice nie zginęli w wypadku (koniecznie samochodowym) to nie ma co się brać za pisanie (ironia). Najlepiej jak będzie odstawać od społeczeństwa i się alienować, słowem masz zrobić emo. NIE MOŻE mieć przyjaciół, to niedopuszczalne, ewentualnie może mieć jednego ale nie więcej. Nie zrozum mnie źle, po prostu tego było dużo, baaaardzo dużo.
Sen też jest stałym elementem takich opowiadań, ale tu już się nie czepiam, bo ten motyw jest całkowicie nieśmiertelny i zawsze lubię czytać te fragmenty.
Mówiłeś, że pracujesz nad tym od czterech lat więc taki układ wcale mnie nie dziwi.
W przeciwieństwie do Vetali, mi bardzo podobała się rozmowa w samochodzie. Zaskoczył mnie taki obrót sprawy. Spodobało mi się, że blondyn też był w to zamieszany. Chociaż jak Boo powiedział, że złość piękności szkodzi, to mogła go kopnąć xd. Nie lubię tego tekstu i bardzo by mnie to ucieszyło, ale właśnie takie momenty – w których bohaterowie robią coś innego niż JA chciałbym, żeby zrobili są najpiękniejsze. Budują całe opowiadanie, pokazują odmienny sposób myślenia osoby która pisała ten tekst i nadają opowiadaniu swój własny charakter. Zakończeniu daję duży plus.
Niestety opis walki, tak jak powiedziała Vetala nie wyszedł Ci. Ja wiem, że to trudne, ale po prostu za dużo wydarzyło się po sobie na raz, i nie opisałeś tego.
Moment w którym ona chciała wrócić do domu, w którym zaczęła żałować, był świetny. Właśnie tak powinna zareagować normalna dziewczyna. Problem polegał na tym, że brakowało opisu sytuacji i nie wszyscy zrozumieją jej reakcję. Wiem, że to trudne, ale warto nad tym popracować. Wiem to z doświadczenia, bo moje opisy też są słabe xd.
Muszę przeczytać coś, co napisałeś niedawno. Bo jak na razie wytykam Ci stare błędy, które być może już poprawiłeś.
Rozumiem, że mogę liczyć na kontynuację, więc będę niecierpliwie czekać.
Odpowiedz
#4
(05-04-2014, 20:31)Angelika napisał(a): Dalej o fabule: cytując Yamiego – co Ci zrobili ci biedni rodzice? Przedstawiony model głównej bohaterki już mi się przejadł – sierota, jak rodzice nie zginęli w wypadku (koniecznie samochodowym) to nie ma co się brać za pisanie (ironia). Najlepiej jak będzie odstawać od społeczeństwa i się alienować, słowem masz zrobić emo. NIE MOŻE mieć przyjaciół, to niedopuszczalne, ewentualnie może mieć jednego ale nie więcej. Nie zrozum mnie źle, po prostu tego było dużo, baaaardzo dużo.

[Obrazek: famouskony.jpg]

:la:

Co do tekstu. Wyglądasz na osobę ogarniętą, więc też tak cię potraktuję i zamiast ograniczyć się do poprawek kosmetycznych, wezmę na warsztat narrację i zajmę się niedociągnięciami.

Cytat:Nie robiłam tego specjalnie – miałabym celowo okładać się pięściami z dziewczynami z klasy?

Tu wisi pewna niekonsekwencja, zarówno logiczna jak i psychologiczna. Zazwyczaj to jest tak, że, mówiąc prosto, dajesz komuś w mordę, to nie dlatego, bo twoja pieść zagubiła się gdzieś w czasie i przestrzeni, przypadkowo zgrała się z kopniakiem, kolejnym ciosem, powaleniem i wybiciem siekacza. Faktycznie, bójka to rzecz, która czasem po prostu "się zdarza", aczkolwiek nieodzowną jej częścią jest konflikt interesów. I tutaj sprawa jest diabolo plastyczna, bo możesz komuś dać w pysk za kobietę, a możesz to zrobić za głupi uśmieszek, fryzurę albo ot – bo ktoś ci nie podpasywał, co często ludzie niższych sfer popierają niedefiniowalnym dla człowieka wykształconego "za frajerstwo". Ale albo dajesz komuś w ryj, albo nie dajesz. Półśrodków nie ma.

Cytat:Ogólnie byli bardzo dobranym, udanym małżeństwem. Nigdy się ze sobą nie kłócili, a przynajmniej nie w naszej obecności. Zgodnie podejmowali wszelkie decyzje dotyczące domu, nas czy nawet wakacji. Nie pamiętam też, by kiedykolwiek zabrakło im pieniędzy i by nam czegoś odmówili. I to właśnie oni byliby dla mnie wzorem dobrego związku.

A tu brakuje głębi. Należałoby się wysilić, pokazać ich miłosc, przywiązanie do siebie, wszystkie drobne, piękne gesty osób kochających się. Same umiejętności gospodarowania budżetem nie przesądzają o udanym małżeństwie. Możesz mieć miliony i zaliczyć rozwód, a możesz żyć jak dziad, ale razem na całe życie.

Cytat:Moje spojrzenie zatrzymało się na sporych rozmiarów cieniu. Za drzewem jakieś pięćdziesiąt stóp ode mnie ktoś stał i mnie obserwował. Przestraszyłam się.
Czułam, jak serce podchodzi mi do gardła, a ręce zaczynają się trząść. Wstałam powoli, ostrożnie, wciąż patrząc na nieznajomego. Teren znałam jak własny ogród i dobrze wiedziałam dokąd biec, ale w tym stanie nie mogłam sobie przypomnieć.

To podchodzi pod manię prześladowczą. :P Reakcja nieadekwatna do zagrożenia.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#5
Dobra, ryzykuję, a co mi tam...

Zanim jednak wstawię tekst napiszę dwie (ważne dla mnie) rzeczy:

1. Przeczytałam wszystkie rady dotyczące interpunkcji i zapisów dialogu i... czuję się jeszcze głupsza niż byłam i mam wrażenie, że poprawiając narobiłam więcej błędów.. Z góry za to przepraszam..

2. Ja wiem, że na razie wszystko wydaje się takie "przewidywalne", oklepane i co tam jeszcze, ale musicie mi wierzyć, że będzie się takie wydawać przez jakiś czas, a potem wszystko się wyjaśnia. Z tym, że nie wiem czy dodam całość, bo to naprawdę dłuugaśny tekst i wątpię, byście chcieli czytać i czekać na złamanie oklepania tak długo:) Zobaczymy.
Ogólnie sądzę (i nie tylko ja), że cała historia Tary jest łamaniem tendencji o porzuconych, biednych nieletnich, uczących się nowego życia, walczących z przeznaczeniem i zakochujących się w "pięknisiach". Ale niestety, żeby to udowodnić – Wy musicie być cierpliwi, a ja muszę wstawiać kolejne części.

Wracając do dzisiejszego fragmentu:
Wstawiam połowę rozdziału, gdyż w oryginale ma on 8 stron, a nie chcę Was zanudzać:P

Enjoy!

~MADANIA~
ROZDZIAŁ II

Patrzyłam na nich zszokowana. Nie wiedziałam co myśleć. Jeśli to był żart, to naprawdę głupi i nieśmieszny. Jednak nic nie zapowiadało, by mogło się to skończyć dobrze.
– Co to za szopka? – zapytałam po chwili. W głowie miałam tysiące myśli, ale każda zdawała się być bardziej nierealna od poprzedniej.
– Wszystko wyjaśnię ci na miejscu – powiedział Ean.
– Na jakim miejscu?! – Złość wzbierała we mnie z każdą chwilą. Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Posłuchaj – Boo też tracił cierpliwość. – Albo się uspokoisz, albo założymy ci worek na resztę drogi.
– Ale ja nie mogę nigdzie jechać. Matka mnie zabije, jak… – rzuciłam, zastanawiając się, czy ona w ogóle się przejmie, gdy nie wrócę do domu.
– Ona wszystko już wie... – wtrącił Ean. – Nie martw się, tam gdzie jedziesz nie będziesz potrzebowała swojej rodziny zastępczej.
– Skąd wiesz…?
– On wie o tobie więcej niż myślisz – odparł Mauro. – Może nawet więcej niż ty sama – zaśmiał się.
Nie spoglądałam już na nich. Każdy punkt na suficie czy podłodze był ciekawszy niż oni. Miałam ochotę płakać. Nie wiedziałam, co się teraz będzie ze mną działo. A jeśli coś mi zrobią? Przecież tyle się słyszy o tych, co porywają dziewczyny, by na nich zarabiać. Wysyłają za granicę. Wręcz sprzedają. „Zasłużyłaś na to” – pomyślałam. – „Masz to na co zapracowałaś”. Ale czy to, że żałowałam po czasie swojego zachowania miało jakieś znaczenie?
– Zabijecie mnie? – zapytałam w końcu. Musiałam się odezwać, bo im dłużej myślałam o tym wszystkim, tym bardziej piekły mnie oczy.
– Zabić cię? A jaki byśmy mieli w tym interes? – odparł Boo, bawiąc się czymś, co wyglądało jak telefon bez wyświetlacza.
– Więc chcecie okupu, tak? Moi rodzice nic nie zapłacą – powiedziałam chłodno, poruszając się nerwowo na siedzeniu.
– Niepotrzebne nam pieniądze – dorzucił Mauro, pukając w przednią ścianę. Z kabiny dobiegła mnie cicha odpowiedź:
– Zaraz...
– Więc chcecie mnie sprzedać, tak? Żywy towar, a oni albo mnie zabiją, albo zrobią ze mnie prostytutkę, tak? – Popuściłam wodze fantazji, rozglądając się nerwowo.
Ean, siedzący koło drzwi, spojrzał na mnie wzrokiem pełnym współczucia. W każdej innej sytuacji zaśmiałabym się z tej miny.
– Nie zamierzamy cię skrzywdzić, nie chcemy też cię sprzedać. Ani ciebie – zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów – ani twojego ciała. Ja wiem, że w zaistniałej sytuacji to trudne, ale musisz mi zaufać, że nic ci się nie stanie i poczekać, aż dojedziemy na miejsce. Tam wszystko ci wyjaśnię.
– Ty?
– Tak, ja – odparł. Jego cichy głos był pełen cierpliwości i zrozumienia.
– Jesteście sektą? Chcecie mnie w coś wplątać, tak?
– Może po prostu ją uśpijmy do końca podróży? A żeby nauczyła się posłuszeństwa, proponuję raz przez głowę – zaproponował Boo i wyjął spod siedzenia łom.
Odsunęłam się, wydając z siebie zduszony okrzyk.
Ean machnął na niego ręką i wszyscy prócz niego – i mnie – zaśmiali się głośno.
Jeśli miał to być żart podziałał na mnie paraliżująco i nie odezwałam się już.
Znów przyglądałam się butom swoich towarzyszy, szukając w głowie pomysłu na ucieczkę. Gdybym tylko potrafiła poruszyć ich sznurowadła – pomyślałam – związałabym ich buty razem, a gdy samochód by się zatrzymał, uciekłabym gdzie pieprz rośnie.
Nagle auto zwolniło, więc spojrzałam ponownie na sznurówki i ze smutkiem przyznałam, że brakuje mi supermocy. Nim jednak obejrzałam się na otwierane drzwi, Boo narzucił mi worek na głowę.
– Nie szarp się – usłyszałam cichy głos Eana. Starałam się przez chwilę być posłuszną. Naprawdę. Ale worek śmierdział i do tego się dusiłam. Musiałam się wydostać. Nie mogli mnie traktować jak zwierzaka. Ciężko mi było poruszać się po omacku, to też nie obeszło się bez uderzenia w coś wysokiego i metalowego. Poczułam jak ktoś ciągnie mnie na bok. Po chwili zwolniliśmy, by za moment znów przyspieszyć.
Moje serce waliło jak oszalałe, oczy piekły, a uszy wydawały się wychwytywać każdy najmniejszy dźwięk.
Gdziekolwiek jestem, czemu nikt nie reaguje? – myślałam. – Przecież ktoś musi tam być.
– Otwórz – usłyszałam przed sobą Boo.
– Uważaj – dotarł do mnie głos Eana z prawej strony. Więc to on mnie trzymał.
Poczułam, jak potykam się o coś, czego nie mogłam zidentyfikować. A gdy spodziewałam się bólu w okolicach kolan i dłoni, ktoś chwycił mnie pod ramię.
– Schody – dodał mężczyzna ze snu.
– Po co ta cała szopka? – dopytywałam. Odpowiedziało mi tylko echo dudniących kroków. Widać mieli dość moich pytań.
Szliśmy jakimś tunelem, ale nie wiedziałam gdzie był nasz cel. Jak daleko mieliśmy iść? Gdy miałam zapytać, czy zamierzają mnie przeprawić piechotą przez kanał, usłyszałam, jak ktoś idący z przodu otwiera drzwi. Natychmiast poczułam jakiś słodki zapach, którego nie znałam.
Po chwili Mauro zdjął mi okrycie z głowy. Złapałam tyle świeżego powietrza, ile tylko mogłam, na wypadek gdyby znów chcieli założyć mi to świństwo.
Pomieszczenie, w którym się znalazłam, było duże i białe – przypominało trochę salę w szpitalu psychiatrycznym. W każdym rogu była kamera, co przyprawiało mnie o dreszcze, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Byłam przekonana, że znalazłam się w dziwnym, acz ważnym miejscu.
Ean wskazał na białą kanapę – jedyną normalną rzecz w tym pomieszczeniu. Usiadłam niepewnie, mężczyzna zaś chodził od ściany do ściany, co jakiś czas spoglądając na drzwi. Mauro i Boo wycofali się z pomieszczenia i zniknęli za drzwiami, których wcześniej nie dostrzegłam, a które były kilka stóp od kanapy. To przez nie musieliśmy wejść – pomyślałam.
– Na co czekamy? – rzuciłam, starając się opanować emocje.
– Na spotkanie – odparł. Jego głos był wciąż cichy i tym samym owiewał go tajemnicą.
Sama nie mogłam się zdecydować, czy bardziej mnie intryguje jego osoba, czy denerwuje fakt, że mnie porwał i nic nie chce wyjaśnić.
Każda normalna osoba najpewniej byłaby teraz zdenerwowana tym wszystkim, płakała, żałowała, wspominała. Ale w momencie, w którym weszliśmy do tego budynku, zalała mnie fala spokoju – nie wiem, co ją spowodowało. Uznałam jednak, że pierwszy atak paniki mam za sobą, a ten największy dopiero nastąpi.
– Więc jesteśmy w jakimś pałacu i chcecie mnie wydać za księcia, tak?
– Twoje teorie mnie przerażają – zaśmiał się. Udałam, że nie słyszałam odpowiedzi.
Przez kolejne pięć minut żadne z nas się nie odzywało. Dopiero gdy Ean poruszył się gwałtownie, a potem zamarł, i ja zaczęłam nasłuchiwać. Zza drzwi, które były naprzeciw mnie, dochodziły odgłosy kroków. Do pokoju wszedł bardzo chudy, młody mężczyzna. Miał na sobie intensywnie czerwony mundur, do którego były dopasowane buty.
– Czekają – ogłosił cicho.
Już chciałam zapytać, czy wszyscy w tym dziwnym miejscu mówią tak przytłumionym głosem, gdy Ean wyprowadził mnie na długi, ciemny korytarz. Na ścianach zamiast bocznych lamp powieszono świeczniki – co drugi został zapalony – bowiem na całej długości tego wąskiego pomieszczenia nie było okna. Środkiem biegł czerwono-czarny dywan, pozostawiając tylko odsłonięte pobocza. Ściany były obłożone kaflami w tym samym kolorze. Od razu na myśl przyszedł mi jakiś horror, gdzie prowadzono ludzi takimi korytarzami – tylko nie tak czystymi – na pewną śmierć.
– Spokojnie – powiedział Ean, gdy zaczęłam zwalniać, analizując co widzę i jakie mam szanse ucieczki.
Mężczyzna zatrzymał się przed wysokimi na dwadzieścia stóp, zdobionymi drzwiami i czekał, aż go dogonię. W końcu pociągnął za klamkę i puścił mnie przodem.
Weszliśmy do pomieszczenia, w którym dominował kolor zielony, poczynając od podłogi, kończąc na lampach. „Co za różnica” – pomyślałam. Dopiero gdy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku, zauważyłam, że pod przeciwległą ścianą stoi biurko, a za nim siedzi – ledwie widoczny – niski, łysy mężczyzna. Podeszłam bliżej i przyjrzałam się owemu człowieczkowi i mogłam spokojnie oszacować, że miał około sześćdziesięciu lat.
– Witam – rzekł w naszą stronę. – Jestem Marcus. Usiądź, proszę – zwrócił się do mnie, po czym spojrzał na mojego towarzysza. – Dziękuję Ean. Możesz odejść. – Mężczyzna skinął głową i posyłając mi uśmiech, ruszył w stronę drzwi. W międzyczasie rozejrzałam się jeszcze po pomieszczeniu. Na wielkiej ścianie po prawej stronie nie było obrazów ani tapety – na niej ktoś wyrysował wielkie drzewo genealogiczne. Moje przemyślenia przerwał odgłos zamykanych drzwi. Wtedy właśnie Marcus westchnął i spojrzał na mnie.
– Więc zostaliśmy sami – uśmiechnął się serdecznie.
– Gdzie jestem? – zapytałam.
– Spodziewałem się tego pytania – przyznał. Miał strasznie wyblakłe oczy. Mogłabym przysiąc, że kiedyś były intensywnie niebieskie. Marcus splótł dłonie, opierając o nie brodę.
– Znalazłaś się w Madanii.
– Pierwsze słyszę. Jakieś nowe państwo? Należy do Wielkiej Brytanii?
– Nie. – Ponownie posłał mi uśmiech. – Madania to świat istniejący dłużej niż niektóre z państw, które znasz – dodał. Mimo radosnych iskierek w jego oczach biła od niego powaga. – Nie opowiem tobie nic na ten temat, ponieważ jestem zajęty. Chciałem cię tylko zobaczyć. Wyglądasz tak, jak powinnaś.
– Nie rozumiem? – poruszyłam się nerwowo na krześle.
– Wszystko wyjaśni ci Ean, on będzie twoim mentorem. Moim obowiązkiem było tylko poinformować cię, że do York nie ma powrotu. Twoja rodzina nigdy nie miała córki o imieniu Tara, a ty nigdy nie chodziłaś do żadnej z tamtejszych szkół. Bójki i złe oceny nie mają wpływu na życie tutaj – dodał, odkładając stos dokumentów. Westchnął, po czym dopowiedział: – A teraz już idź. I nie bój się. Ean czeka tuż za drzwiami.
Wstałam powoli, czując, jak nogi uginają się pode mną i niepewnym krokiem ruszyłam do wyjścia. Szok, którego doznałam, nie pozwolił mi iść szybciej. Gdzie właściwie byłam? Czy mogłam powiedzieć „nie”? No i czemu właśnie ja? Miało to coś wspólnego z moim zachowaniem? A może mnie wylosowali? Co mam tu robić? – to tylko kilka z pytań, które krążyły mi po głowie i przyprawiały w tym momencie o upiorny ból.
Ean faktycznie stał na korytarzu. Rozmawiał z jakąś wysoką, szczupłą blondynką. Gdy mnie spostrzegł, pożegnał się ze swoją rozmówczynią i ruszył w moją stronę.
– Już? – zapytał i nie czekając na moją odpowiedź, kontynuował: – To dobrze. Myślałem, że będę tu dłużej czekał – uśmiechnął się. – No chodź. Pokażę ci twój nowy dom.
Szliśmy w ciszy jakimś dziwnym korytarzem. Niczym nie przypominał czarno-czerwonego holu, który tu widziałam. Był trzy, a może cztery razy dłuższy, pokryty kremowym kolorem. Co kilka stóp były małe okna zasłonięte od zewnątrz. Na przeciwległej ścianie natomiast dostrzegłam kilka drzwi, a przy niektórych z nich stali strażnicy ubrani w te same, czerwone mundury. Eanowi chyba przeszkadzała cisza, bo co jakiś czas odzywał się, mówiąc coś o ludziach, których portrety mijaliśmy, ale nie zapamiętałam nic z jego monologu. Tuż przed ostatnimi drzwiami zatrzymał się, spoglądając na mnie.
– Masz. Załóż. – Podał mi przyciemniane narciarskie gogle. – Myślałem, że będziesz miała więcej pytań – przyznał. Gdy zaprzeczyłam, pchnął mocno drzwi. Zrobił dwa kroki do przodu i odwrócił się w moją stronę, jakby wiedział, że będę potrzebowała chwili, by oswoić się z tym, co zobaczyłam.
Uderzyło mnie tak intensywne światło, że nawet w okularach miałam problem, by patrzeć na ulicę, na którą prowadziły drzwi. Mimo tego słońca poczułam chłodny wiatr. Mając na sobie tylko bluzkę z krótkim rękawkiem – bluzę gdzieś zapodziałam – przeszły mnie dreszcze.
– Nic nie widzę – przyznałam w końcu.
Ean cofnął się po mnie i chwytając mnie pod ramię, ruszył powoli do przodu.
– Noga trochę wyżej. Krawężnik – powiedział.
– Daleko jeszcze?
– Jakieś sto jardów. Spokojnie, nie pozwolę ci upaść. Po to tu jestem – odparł. Właśnie po to miał być? – pomyślałam. By być moim przewodnikiem, jak u niewidomego?
– Po co tyle zachodu? Mam żyć jak ślepa kura?
– Nie – zachichotał. – Uwierz mi, że za jakiś czas twoje oczy przywykną do tych intensywniejszych kolorów.
Nie odpowiedziałam na jego stwierdzenie. Wolałam skupiać się na tym, by nie upaść. Jednak nie dawała mi spokoju fraza „za jakiś czas”. Ile ten czas miał trwać? I czy naprawdę nie dało się zrobić nic, bym wróciła do domu?
W końcu otworzył mi drzwi do jakiegoś budynku. Zdjęłam powoli okulary i otworzyłam oczy. Wnętrze korytarza, w którym się znaleźliśmy, było ciemne i drewniane. Na całej długości były nieco jaśniejsze drzwi z numerkami.
– Co to jest?
– Tu będziesz mieszkała przez najbliższy czas. Tutaj mieszkają ci, którzy uczą się jeszcze naszego świata.
– Super. A co chcecie w zamian? – zapytałam. Dopiero po chwili zrozumiałam, że powiedziałam to zbyt oschle. I Ean to wyczuł, bo nic nie odpowiedział. – Przepraszam – dodałam, idąc za nim po schodach. – Po prostu nic nie rozumiem.
– Wiem – odparł. Stanął przy drzwiach numer trzynaście. – Wszystko zrozumiesz w swoim czasie. Jutro zacznę ci o wszystkim opowiadać. Póki co powinnaś się przespać. Dobrze ci to zrobi. Wpadnę po ciebie koło południa – zapowiedział i odszedł, pozostawiając mnie samą pod drzwiami.
Weszłam do niewielkiego pomieszczenia. Naprzeciwko drzwi były dwa zasłonięte okna – wolałam jednak nie odsłaniać rolet. Z prawej strony stała duża szafa ścienna oraz jedno łóżko, z prawej zaś komoda i druga kanapa. Przy drzwiach znajdowało się wejście do łazienki.
Rozejrzałam się raz jeszcze, po czym usiadłam na łóżku po prawej stronie.
– Zasnąć? – zapytałam samą siebie. – A to możliwe w ogóle?
Przez chwilę leżałam, zastanawiając się, czy może jednak to nie sen. Przecież miałam różne sny, w których wydawało mi się, że mijają miesiące. Tak, z pewnością to jest zły sen, koszmar, ale zaraz się obudzę – powtarzałam sobie, zaciskając mocniej powieki.
– O, jesteś. Jestem Sheila. – Drobna, ruda dziewczyna wyciągnęła do mnie rękę, wychodząc z łazienki. Niepewnie odpowiedziałam tym samym gestem.
– Tara – przetarłam oczy.
– Wiem. Wiem o tobie wszystko to, co muszę. – Dziewczyna usiadła na drugim łóżku. – Będziemy razem mieszkać – dodała. – Jestem taka podekscytowana. Nigdy nie miałam współlokatorki.
– Oł.. długo tu jesteś? – Uniosłam głowę, podpierając się na łokciach.
– Jakieś dwa miesiące. Nie wiem w sumie, straciłam rachubę. Pierwszy miesiąc był dla mnie na tyle trudny, że nawet nie jestem pewna, czy był to miesiąc. – Dziewczyna ciągle się uśmiechała i gapiła na mnie, jakby była nie do końca normalna.
– To rodzaj jakiegoś więzienia? – zapytałam cicho. Pytanie to wywołało u mojej współlokatorki paniczny rechot.
– Więzienie?! Tu jest bombowo! Uczą cię świata od nowa. Zupełnie zapominasz o tym, co znaczyło poprzednie życie. Korzystasz z tego, co oferuje ci ziemia bez technologii, uczysz się z nią współpracować, no i walczyć też cię nauczą.
– Walczyć? – zapytałam i poczułam, że głos mi drży.
– Nie martw się, to tylko tak brzmi. Nie jest źle. Naprawdę.
Opadłam na łóżko i spojrzałam w sufit. „Gdzie ja trafiłam?” – Poczułam, że oczy mnie szczypią. Nie mogłam pozwolić sobie na płacz. Przecież nie miałam za czym tęsknić. Choć może chodziło o to, że tam wiedziałam, co mnie czeka. Tutaj byłam zupełnie nowa i obca. I zdana całkowicie sama na siebie.
Sheila skończyła mówić, gdy zobaczyła, że nie reaguję. A ja odpływałam już gdzieś daleko – jak najdalej od Madanii.
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
#6
(19-04-2014, 00:46)Sm00k napisał(a): Jeśli to był żart (przecinek) to naprawdę głupi i nieśmieszny.

– Posłuchaj(kropka) – Boo też tracił cierpliwość. – Albo się uspokoisz (przecinek)albo założymy ci worek na resztę drogi.

– (...) Matka mnie zabije (przecinek)jak… – rzuciłam, zastanawiając się(przecinek) czy ona w ogóle się przejmie, gdy nie wrócę do domu.

Nie wiedziałam(przecinek) co się teraz będzie ze mną działo.

Przecież tyle się słyszy o tych(przecinek) co porywają dziewczyny, by na nich zarabiać.

„Zasłużyłaś na to” – pomyślałam(kropka) – „masz(Masz) to(przecinek) na co zapracowałaś”.

– Więc chcecie okupu (przecinek)tak? Moi rodzice nic nie zapłacą – naburmuszyłam się, poruszając się nerwowo na siedzeniu.

– Więc chcecie mnie sprzedać tak? Żywy towar, a oni albo mnie zabiją (przecinek)albo zrobią ze mnie prostytutkę, tak? – popuściłam(Puściłam) wodze fantazji, rozglądając się nerwowo.

– Nie zamierzamy cię skrzywdzić, nie chcemy też cię sprzedać. Ani ciebie – zmierzył mnie (Jeśli nie zmierzył jej miarką, to trzeba dodać "wzrokiem") od stóp do głowy(głów) – ani twojego ciała.

– Może po prostu ją uśpijmy do końca podróży? A żeby nauczyła się posłuszeństwa(przecinek) proponuję raz przez głowę – zaproponował Boo i wyjął spod siedzenia łom.

Jeśli miał to być żart (przecinek)podziałał na mnie paraliżująco i nie odezwałam się już.

Ciężko mi było poruszać się po omacku, to też(toteż) nie obeszło się bez uderzenia w coś wysokiego i metalowego. Poczułam(przecinek) jak ktoś ciągnie mnie na bok.

Poczułam (przecinek)jak potykam się o coś (przecinek)czego nie mogłam zidentyfikować. A gdy spodziewałam się bólu w okolicach kolan i dłoni, poczułam(przecinek) jak ktoś chwyta mnie pod ramię.

Gdy miałam zapytać (przecinek)czy zamierzają mnie przeprawić piechotą przez kanał, usłyszałam (przecinek)jak ktoś idący z przodu otwiera drzwi.

Po chwili Mauro zdjął mi okrycie z głowy. Złapałam tyle świeżego powietrza, ile tylko mogłam, na wypadek gdyby znów chcieli założyć mi to świństwo na głowę.

Pomieszczenie, w którym się znalazłam (przecinek)było duże i białe – przypominało trochę salę w szpitalu psychiatrycznym.

Sama nie mogłam się zdecydować (przecinek)czy bardziej mnie intryguje jego osoba (przecinek)czy denerwuje fakt, że mnie porwał i nic nie chce wyjaśnić.

Ale w momencie, w którym weszliśmy do tego budynku, zalała mnie fala spokoju – nie wiem(przecinek) co ją spowodowało.

Dopiero, (bez przecinka)gdy Ean poruszył się gwałtownie, a potem zamarł (przecinek)i ja zaczęłam nasłuchiwać. Zza drzwi, które były naprzeciw mnie (przecinek)dochodziły odgłosy kroków.

Już chciałam zapytać (przecinek)czy wszyscy w tym dziwnym miejscu mówią tak przytłumionym głosem, gdy Ean wyprowadził mnie na długi, ciemny korytarz.

Na ścianach zamiast bocznych lamp były świeczniki – co drugi został zapalony – bowiem na całej długości tego wąskiego pomieszczenia nie było okna.

Ściany były obłożone kaflami –(zbędny myślnik) w tym samym kolorze.

Weszliśmy do pomieszczenia, w którym dominował kolor zielony, poczynając od podłogi (przecinek)kończąc na lampach.

Dopiero,(bez przecinka) gdy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku, zauważyłam, że pod przeciwległą ścianą stoi biurko, a za nim siedzi – ledwie widoczny – niski, łysy mężczyzna. Gdy podeszłam bliżej (przecinek)przyjrzałam się owemu człowieczkowi i mogłam spokojnie oszacować, że miał około sześćdziesięciu lat.

– Witam – rzekł w naszą stronę. – Jestem Marcus. Usiądź(przecinek) proszę – zwrócił się do mnie, po czym spojrzał na mojego towarzysza.

– Dziękuję Ean. Możesz odejść. – Mężczyzna skinął głową i posyłając mi uśmiech(przecinek) ruszył w stronę drzwi.

Marcus splótł dłonie (przecinek)opierając o nie brodę.

– Nie(kropka) – ponownie(Ponownie) posłał mi uśmiech. – Madania to świat, (bez przecinka) istniejący dłużej niż niektóre z państw, które znasz – dodał.

– (...) Wyglądasz tak(przecinek) jak powinnaś.

Wstałam powoli, czując(przecinek) jak nogi uginają się pode mną, acz (Trochę mi tutaj to "acz" nie pasuje, lepsze byłoby "po czym" albo nawet "i") niepewnym krokiem ruszyłam do wyjścia.

Szok, którego doznałam(przecinek) nie pozwolił mi iść szybciej.

Był trzy, a może cztery razy dłuższy i był cały kremowy. Co kilka stóp były małe okna zasłonięte od zewnątrz. Na przeciwległej ścianie było kilka drzwi, a przy niektórych z nich stali strażnicy,(bez przecinka) ubrani w te same, czerwone mundury.

– Masz. Załóż(kropka) – podał(Podał) mi przyciemniane narciarskie gogle.

Mając na sobie tylko bluzkę z krótkim rękawkiem – bluzę gdzieś zapodziałam – miałam gęsią skórkę.

Ean cofnął się po mnie i chwytając mnie pod ramię(przecinek) ruszył powoli do przodu.

Zdjęłam powoli okulary i otworzyłam oczy. Wnętrze korytarza, w którym się znaleźliśmy(przecinek) było ciemne i drewniane. Na całej długości były nieco jaśniejsze drzwi z numerkami.

I Ean to wyczuł, bo nic nie odpowiedział. – Przepraszam – dodałam(przecinek) idąc za nim po schodach.

– Wiem – odparł. Stanął przy drzwiach numer 13(słownie).

Naprzeciwko drzwi były dwa zasłonięte okna – wolałam jednak nie odsłaniać rolet. Z prawej strony była duża szafa ścienna oraz jedno łóżko, z prawej zaś komoda i druga kanapa. Przy drzwiach była łazienka.

Przez chwilę leżałam(przecinek) zastanawiając się (przecinek)czy może jednak to nie sen.

– Wiem. Wiem o tobie wszystko to(przecinek) co muszę. – Dziewczyna usiadła na drugim łóżku.

– Oł.. długo tu jesteś? – uniosłam(Uniosłam) głowę, podpierając się na łokciach.

– Jakieś dwa miesiące. Nie wiem w sumie, straciłam rachubę. Pierwszy miesiąc był dla mnie na tyle trudny, że nawet nie jestem pewna (przecinek)czy był to miesiąc. – Dziewczyna ciągle się uśmiechała i gapiła na mnie, jakby była nie do końca normalna.

Pytanie to wywołało u mojej współlokatorki paniczny rechot. .(zbędna kropka)

– (...)Zupełnie zapominasz o tym, co znaczyło poprzednie życie. Korzystasz z tego(przecinek) co oferuje ci ziemia bez technologii, uczysz się z nią współpracować, no i walczyć też cię nauczą.

Opadłam na łóżko i spojrzałam w sufit. „Gdzie ja trafiłam?” – poczułam(Poczułam), że oczy mnie szczypią.

Choć może chodziło o to, że tam wiedziałam (przecinek)co mnie czeka.

Zauważyłam, że w opisach nadużywasz słów "była/ było" itd. Możesz łatwo użyć innych określeń, żeby uniknąć powtórzeń, jak choćby "znajdowało się", albo "stało", "leżało" albo "wisiało".
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cytat:– Twoje teorie mnie przerażają – zaśmiał się. Udałam, że nie słyszałam odpowiedzi.
Padłam, jak to przeczytałam nie mogłam przestać się śmiać. Nie wiem co mnie w tym zdaniu tak rozbroiło, ale jest genialne.

No Smoczku (Mogę tak do Ciebie mówić?), nieźle ;)
Wydaje mi się, że w kilku momentach nasza bohaterka mogłaby zareagować trochę inaczej, ale pewnie jak zwykle się czepiam xd.
Mówią jej, że jest w innym świecie, a ta nic. Serio? Coś za szybko to zaakceptowała... (przyganiał kocioł garnkowi, jak ja bym to pisała, to pewnie pół drogi patrzyłaby na nich z wyższością udając, że doskonale wie, gdzie jedzie, a po wyjściu z samochodu dałaby w długą <autor komentarza sugeruje, że podobną sytuację opisałby w sposób co najmniej głupi> xd.)
Pomijając moje osobiste wtrącenia i wracając do TWOJEGO tekstu...
Jestem naprawdę ciekawa co będzie dalej, schemat opowiadania, jak już wspominałam, jest mi dobrze znany, ale przypomniałam sobie dzisiaj, że go uwielbiam... więc szybko wstawiaj nowy rozdział.
Czekam też na opisy :)
Odpowiedz
#8
"No Smoczku (Mogę tak do Ciebie mówić?), nieźle ;)"

No możesz no, jak musisz;P

"Mówią jej, że jest w innym świecie, a ta nic. Serio? Coś za szybko to zaakceptowała... "

Nie, nie zaakceptowała. To stres. Zejdzie z niej wszystko drugiego dnia:) Ale w tym celu musiałabym wstawić nowy rozdział, a żeby to zrobić muszę poprawić poprzedni, a jakoś czasu brak, nawet na czytanie:P [tłumaczenia napisów zajmują mi całe dnie ostatnio:P]

"(przyganiał kocioł garnkowi, jak ja bym to pisała, to pewnie pół drogi patrzyłaby na nich z wyższością udając, że doskonale wie, gdzie jedzie, a po wyjściu z samochodu dałaby w długą <autor komentarza sugeruje, że podobną sytuację opisałby w sposób co najmniej głupi> xd.)"

Ee...musiałam trzy razy przeczytać, by zrozumieć xD

Nie jestem pewna kiedy zaczyna się łamać znany Tobie schemat, a najchętniej opisałabym Wam w skrócie pierwszą część i wstawiła od razu drugą i trzecią, bo jestem z nich cholernie dumna i w ogóle...:D
Dobra, koniec błaznowania:)
Dzięki za miłe słowa;)

Vetala – dziękuję za poprawki, naniosę jak znajdę więcej czasu, niż pięć minut na wstawienie komentarza. Obiecuję!:)

Pozdrowienia.
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
#9
No cóż, przebrnęliście póki co przez dwa rozdziały – to druga część poprzedniego.
Jeszcze długa droga przed Wami i co najważniejsze – pamiętajcie, że nic nie dzieje się przypadkiem:)

Enjoy!

__________

~MADANIA~
ROZDZIAŁ II
Część II

Obudziłam się już jakiś czas temu, ale nie mogłam otworzyć oczu. Bałam się, że jak to zrobię, ciągle będę w tym dziwnym miejscu.
– Wstawaj. Kuchnia jest na końcu korytarza. Stołówka naprzeciwko. Zwykle jadam tam, bo nie chce mi się przygotowywać jedzenia – zaśmiała się moja współlokatorka. Wydała się być wypoczęta i zadowolona. Ja natomiast czułam się ociężała i zdecydowanie nie chciałam wychodzić z łóżka. – Najedz się, bo wrócisz tu dopiero za kilka godzin – oznajmiła, po czym wyszła z pokoju.
Powoli wyciągnęłam się, starając opanować szargające mną emocje i już chciałam iść do łazienki, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam uśmiechniętemu Eanowi.
– Dzień dobry – powiedział, po czym spojrzał na mnie niepewnie. – Wszystko w porządku?
– Powiedzmy – odparłam. Skinął głową na znak zrozumienia, po czym spojrzał na mnie wyczekująco. – Wejdź. Muszę się tylko przebrać – zreflektowałam się.
– Spałaś w tych ciuchach? – spytał, siadając na mojej kanapie. Spojrzałam na swoją poplamioną krwią bluzkę i jeansy.
– A w czym miałam spać? – zadrwiłam.
– Myślałem, że Sheila ci coś da – przyznał. – Masz. – Wyciągnął w moją stronę worek.
– Co to?
– Dla ciebie – powiedział. Zajrzałam do środka. Znalazłam w nim parę spodni i trzy bluzki
w ciemnych kolorach. – A tu masz swoją bluzę. Zgubiłaś w zaułku. – Rzucił w moją stronę granatowy materiał.
– Dzięki – powiedziałam, odkładając polar na łóżko koleżanki. – Dasz mi chwilę?
– Jasne.
Poszłam do łazienki, biorąc jedną z bluzek. Spojrzałam w lustro. Miałam podkrążone oczy i rozczochrane włosy – nic więc dziwnego, że Ean zapytał, czy wszystko w porządku.
Wzięłam szybki prysznic, wytarłam włosy w ręcznik z dziwnego materiału – który być może należał do Sheili – i ubrałam czyste ciuchy. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam do pokoju.
Ean nadal siedział na łóżku koleżanki, a w dłoni trzymał talerz z kanapkami. Zamyślił się nad czymś, bo dopiero po chwili na mnie spojrzał.
– Nic nie jadłaś – wyjaśnił.
– Dzięki – odparłam. Dokładnie w tej samej chwili zaburczało mi w brzuchu. Czułam, że się czerwienię. – To może opowiesz mi coś o Madanii, gdy będę jadła? – próbowałam wybrnąć z tej sytuacji z twarzą.
– Nie – uśmiechnął się.
– No to o sobie? – negocjowałam, siadając na swoim łóżku.
– Co chcesz wiedzieć?
– Jak długo tu jesteś? – Wzięłam kęsa.
– Od urodzenia. Moi rodzice byli Madańczykami.
– Oł… to tak można? – zapytałam. – Czyli co tu robisz?
– Coś mi się wydaje, że próbujesz ze mnie wyciągnąć nie tylko informacje o mnie – zaśmiał się. Moje policzki znów lekko poczerwieniały.
– Uczę wybrane osoby walczyć. A dlaczego dowiesz się później. Będziesz miała indywidualny tok nauczania. Będę wprowadzał cię w ten świat osobiście, by jak najszybciej nauczyć cię, ile się da.
– Skąd ten pośpiech? – dopytywałam.
– Później ci wyjaśnię – skwitował.
– Ile masz lat? – kontynuowałam zadawanie pytań, biorąc ostatnią kanapkę do ust.
– Dwadzieścia siedem. – Nie skomentowałam odpowiedzi, głównie dlatego, że nie wiedziałam co powiedzieć. – Wiem, wyglądam młodziej – zachichotał. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że on nadal mówi strasznie cicho, ale tym razem nie musiałam wytężać słuchu, by coś zrozumieć.
Uśmiechnęłam się do niego po chwili.
– Gotowa? – spytał Ean, wstając, gdy odłożyłam talerzyk. Jego postawa nie dała mi wyboru.
Musiałam pójść za jego przykładem.
– Dokąd idziemy? – zapytałam, schodząc za nim do wyjścia.
– Zobaczysz. Masz. – Znów podał mi gogle.
– Myślisz, że to konieczne? – zapytałam, wskazując na nie.
– Musisz się przyzwyczajać – odparł z uśmiechem. – Poza tym ponoć kilkanaście lat temu jakiś chojrak uznał, że nie potrzebuje ochrony i wypaliło mu oczy.
Nabrałam do płuc więcej powietrza, co tylko zdradzało, jak bardzo przeraziły mnie jego słowa.
– Spokojnie. To tylko legenda. – Był wyraźnie rozbawiony.
Dojście na miejsce zajęło nam dobre pięć minut, głównie dlatego, że nadal nic nie wiedziałam. Wreszcie znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu przypominającym bibliotekę. Od podłogi aż do sufitu ciągnęły się regały pełne książek, a po środku stały trzy kanapy i stoliki.
Usiadłam zła na to nadzwyczajne światło. Czułam się co najmniej głupio, że znów musiał mnie prowadzić.
Ean zajął miejsce naprzeciwko mnie.
– Opowiem tobie wszystko tak, jak powinnaś się dowiadywać. Nie zadawaj mi pytań. I najważniejsze nie przerywaj mi.
– Ale…
– Tara… Postaram się wyjaśnić wszystko tak, byś zrozumiała.
– Masz mnie za … – urwałam, gdy napotkałam jego wzrok. – Przepraszam.
Ean rozsiadł się wygodnie i spojrzał na mnie.
– Madania jest alternatywnym światem, jakby innym wymiarem tego który już poznałaś. Jak już zauważyłaś mamy podobne rzeczy – nosimy ubrania przypominające te wasze, budynki – wyglądają podobnie, choć zbudowane są zwykle z samego drewna i rzeźbione ręcznie. Jemy i pijemy to samo. My jednak żyjemy w zgodzie z przyrodą. Do tworzenia poszczególnych przedmiotów takich jak okna, naczynia, krzesła mamy odpowiednich ludzi oraz miejsca, w których hodujemy przeznaczone na to drzewa. W naszym świecie nie używamy samochodów, komputerów i innych tego typu wynalazków. Tylko niektórzy mają dostęp do najnowszej technologii – oszczędniejszej niż ta, której używają ludzie. Nie zanieczyszczamy środowiska, żyjemy z nim w harmonii na tyle, na ile pozwalają nam nasze potrzeby. – Co jakiś czas kiwałam głową, by przypadkiem nie pomyślał, że go nie słucham. – Madania powstała i rozwijała się równolegle do swojego odpowiednika. Jak też pewnie widziałaś odczuwamy intensywniej naturę. Wiatr pachnie tu słodyczą, wodę płynącą w rzece czujesz jeszcze zanim się do niej zbliżysz, ba, nawet zanim ją zobaczysz i usłyszysz. Jak wieczorem otacza cię cisza, możesz usłyszeć las. Można odnieść wrażenie, że on ma duszę i mówi do ciebie. – Zrobił chwilową przerwę. – Ludzie na Ziemi zniszczyli zależność, która nadal u nas się sprawdza. My nie niszczymy natury, a ona oszczędza nas przed klęskami. Madańczycy, a przynajmniej ci, którzy się tu urodzili, mają wyostrzone zmysły. Dostrzegają rzeczy, których wy, ludzie, nie widzicie na pierwszy rzut oka. Słyszą rzeczy, które dla was nie istnieją. Rozumiesz? – Skinęłam głową. – Mamy na tyle rozwinięte zmysły, że wasze kolory wydają nam się blade, wręcz szare. Dlatego tutaj są takie intensywne. – Uśmiechnęłam się. – Do tego też się przyzwyczaisz, tak samo jak do słońca czy naszego sposobu mówienia. – Faktycznie, im dłużej go słuchałam, tym łatwiej mi było oswoić się z niskim natężeniem jego głosu. – Sposób, w jaki mówimy też wynika z tego, o czym powiedziałem przed chwilą. Mam na myśli to, że nikt nie musi krzyczeć, bo i tak wie, że go usłyszymy – zamyślił się. Bałam się jednak odezwać, bo nic nie wskazywało na to, by na tym miał poprzestać w swoim monologu. – Nie używamy tutaj pieniędzy. Żywność hodujemy lub uprawiamy – bydło czy warzywa. I wszystko jest dla wszystkich. Nie próbujemy się przegonić w poszukiwaniu pieniędzy, nie rywalizujemy ze sobą. To uczucia nam prawie zupełnie obce.
Ean zmienił pozycję na kanapie.
– Teraz trochę o zasadach bycia tutaj. To nie jest tak, że każdego możemy tu przyprowadzić. Jeżeli kogoś wciągamy z tamtego świata, to tylko dlatego, że albo ktoś z nas zakochał się w zwykłym człowieku, albo z jakiegoś powodu znalazł się po tamtej stronie, mimo że jego przeznaczenie to Madania. – Spojrzał na mnie i przez chwilę nic nie mówił. – Ty jesteś tym drugim przypadkiem. Twoi rodzice, Lea i Logan, zginęli w wypadku po drugiej stronie. Uciekając – dojrzał w moich oczach zdziwienie. – Uciekali przed swoim… przed twoim przeznaczeniem. Więcej na ten temat opowiem ci później. Teraz muszę na chwilę wyjść. – Wstał, spoglądając za okno.
– Ale czekaj, dlaczego uciekali? – I ja się podniosłam.
– Tara, uwierz mi, nie mogę ci powiedzieć wszystkiego naraz. Pewnie i tak jesteś już w szoku. Poza tym zaraz będzie południe. Naprawdę muszę iść – westchnął. – Chodź. Odprowadzę cię do pokoju.
– Nie… nie, ja tu posiedzę trochę, jeśli mogę. Poczekam na ciebie i… poczytam. – Wskazałam niepewnie na książki. Mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony. Dopiero po chwili odpuścił sobie świdrowanie mnie wzrokiem.
– Wrócę po ciebie najpóźniej za pół godziny, dobrze?
– Ok – rzuciłam, zapuszczając się gdzieś między półki pełne wielkich, starych, skórzanych ksiąg.
Gładziłam ich grzbiety palcami, wpatrując się w lśniące, złote litery. Nie wiem jak długo tam stałam, odczytując nieznane mi słowa, nim zalała mnie kolejna fala paniki, a głowę przeszyły setki różnych pytań i myśli.
Moi rodzice… – pomyślałam. Lea i Logan, takie mieli imiona. Byli Madańczykami. Jak to się stało, że trafiłam do York? Do tej rodziny? Czyżby mieli coś wspólnego z Madanią? Dzierżyli mnie tylko dlatego, że wiedzieli, iż pewnego dnia zniknę? Moje całe życie było zaplanowane? I przed czym uciekali moi rodzice? Skoro oni próbowali mnie przed czymś chronić – czy nie powinnam teraz uciekać? Moje serce przyspieszyło, oddech zrobił się cięższy, a głowę wypełniła wizja uciekinierki wyjętej spod prawa.
Tak! Muszę uciekać. Wybiegłam zza regałów i podbiegłam do drzwi. Światło… – przypomniałam sobie. Założyłam gogle, ale to nie pomogło. Ledwie otworzyłam drzwi, oczy odmówiły mi posłuszeństwa. Otaczała mnie taka jasność, że była denerwująca nawet mimo okularów i zamkniętych powiek. Wycofałam się po minucie, wracając do biblioteki.
Usiadłam na podłodze, opierając się o regał. Łzy napłynęły mi do oczu, mimo że próbowałam je powstrzymać. Nie chciałam płakać, pokazać swojej słabości. Jednak szok, którego doznałam, był silniejszy. Moją głowę rozsadzały myśli, a emocje kumulowane od wczorajszego dnia przeważyły szalę rozgoryczenia.
Siedziałam tak dobre dziesięć minut, próbując się uspokoić, ale nic nie pomagało. Odsuwanie od siebie jednej myśli rodziło kolejną – jeszcze bardziej niedorzeczną.
– Chcesz uciec? – Otworzyłam oczy i spojrzałam na bruneta o piwnych oczach, który siedział na kanapie. Jego kwadratową szczękę zdobił kilkudniowy zarost, a na sobie miał brązową kurtkę i ciemne jeansy. Patrzył przed siebie, a mimo to wiedziałam, że mówi do mnie.
Zamarłam, patrząc, jak wstaje i rusza w moim kierunku.
– Szukasz wyjścia? – kontynuował.
Skinęłam niepewnie głową.
– Tak jak przypuszczał Marcus. Od razu cię przejrzał. Wiedział, że będziesz chciała uciec. Powiedział to Eanowi, ale on nie wierzył – mówił, jakby był w transie. Wreszcie spojrzał na mnie, a wzrok ten był pełen pogardy. – On jednak twierdził, że jesteś dzielna, po rodzicach. A tu taka niespodzianka – zaśmiał się szyderczo.
– Nie rozumiem.
– Naturalnie, że nie rozumiesz. A iść chciałaś do swojego pokoju, prawda? – Patrzył na mnie tymi piwnymi oczami i miałam wrażenie, że całe moje dotychczasowe szczęście, jakiego kiedykolwiek doznałam, zamienia się w strach. Z każdym jego słowem i krokiem. W końcu stanął obok mnie i przyglądał mi się z góry. Był bardzo wysoki. – Nie oszukasz nas, Tara. Nie takie przypadki tu były. Żeby uciec musiałabyś przejść całe szkolenie, a to zajmie długi czas. – Obszedł mnie dookoła. – A może w ogóle go nie zaczniesz. – Ukucnął obok. – Marcus chciałby wiedzieć, czy dałaś się pokonać pokusie. Nie będzie zadowolony. – Zacmokał. – To co? Idziemy na przedstawienie? – Chwycił mój nadgarstek.
– To boli – zawołałam, wstając.
– Doprawdy? – Nigdy nie słyszałam tyle niechęci w czyimś głosie. Lucy przy nim była aniołkiem.
– Kim jesteś? – wydyszałam, gdy ciągnął mnie już w stronę drzwi. Faktycznie, jakby jego imię miało być dla mnie wybawieniem z tej beznadziejnej sytuacji!
– Maidon! – W drzwiach stanął Ean. Patrzył wyzywającym wzrokiem na chłopaka, który się ze mną szarpał. – Zostaw ją.
– Chciała uciec – odparł. – Myślisz, że nie mam co robić, tylko pilnować twojej podopiecznej? – Zaśmiał się, puszczając mnie. – Wiesz, że Marcusowi to się nie spodoba. Będzie zły, że jej bronisz.
– Więc mu nie powiesz – powiedział Ean i spojrzał na mnie. – Zostań tu, wrócę za pięć minut. Maidon… – zawołał go, wychodząc.
– Do zobaczenia niedługo, słonko – dorzucił na odchodnym chłopak.
Cały czas się trzęsłam. Nie wiedziałam, co Ean zamierzał powiedzieć temu całemu Maidonowi. I kto to u licha był? Czemu mnie tak traktował? Co ja takiego zrobiłam? Skoro nie można stąd uciec, to powinni mnie od razu zabić. Albo dać mi święty spokój! – Moja głowa pękała od pytań, narzekań i złości.
Nawet nie wiem kiedy usiadłam w kącie i podkulając kolana, usilnie powstrzymywałam płacz. Nie chcę tu być – powtarzałam sobie w myślach. A skoro nie mam dokąd wracać, nie chcę w ogóle żyć.
Czuliście kiedyś bezradność tak wielką, że aż rozrywało wam serce z żalu? Ja właśnie tak się czułam. Mogłam żyć inaczej, być inna. Mogłam uciec z domu, gdy rok temu nadarzyła się okazja. Teraz by mnie nie znaleźli. Ale kto by przypuszczał, że życie może się tak potoczyć? Że jednego dnia prowadzisz w miarę normalne życie, a następnego wszystko zmienia się diametralnie, odbierając chęć do życia. Jeżeli nigdy tego nie czuliście, to nie zrozumiecie, o czym teraz mówię ani dlaczego łzy nadal próbowały wydostać się z moich zaciśniętych powiek.
Poczułam dotyk na ramieniu. Nie ruszyłam się jednak z miejsca, dając wciąż upust mojej złości i rozżaleniu. Ktoś, kto usiadł obok mnie, nie odezwał się tak długo, aż nie przestałam użalać się nad sobą i nie spojrzałam na niego.
Ean uśmiechnął się lekko.
– Tylko przez chwilę o tym pomyślałam – powiedziałam tak cichym głosem, że sama ledwie usłyszałam, co mówię.
– Wiem. Każdy z nas miał takie chwile, wierz mi. Wszystko zrozumiesz w swoim czasie.
– Powiesz Marcusowi?
– Nie – odparł, wciąż trzymając moje ramię.
– A Maidon?
– Nie – powtórzył.
Kiwnęłam głową i znów zebrało mi się na płacz.
– Tara, musisz być silna. Nie możesz poddawać się emocjom…
– Oni uciekali, więc pomyślałam, że może chcieli mnie przed czymś ochronić, i że powinnam zrobić to co oni… – mówiłam, ledwie łapiąc oddech.
– Wiem. Chodź. Zabiorę cię do pokoju.
Podałam mu rękę, nie patrząc na niego. Już wystarczająco się przed nim wygłupiłam jak na jeden dzień – pomyślałam.
– Jutro wyjaśnię ci wszystko to, czego jeszcze nie wiesz lub nie rozumiesz, dobrze? – Skinęłam głową. Nie byłam najlepszym rozmówcą.
Szliśmy w ciszy. W zasadzie czułam się jak niewidoma niemowa. Spojrzałam na niego dopiero, gdy doszliśmy na miejsce.
– Do zobaczenia jutro – powiedział i odwrócił się, zostawiając mnie samą przed drzwiami do pokoju. – A! Na łóżku masz trochę swoich ciuchów z domu – dodał i, uśmiechając się do mnie, odszedł. Postanowiłam, że jutro zapytam, jak to zrobił.
Usiadłam na łóżku i nawet nie wiem kiedy, zasnęłam. Przecież wcześniej nie czułam nawet zmęczenia i wcale nie było tak późno. Nie obudziłam się też, gdy weszła Sheila.
Spałam jak zabita.
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
#10
Cytat:Przeczytałam dwa poprzednie rozdziały. Nadal jest tam mnóstwo błędów. Chyba nie prześledziłaś zbyt uważnie poprawek Vetali. Mój sposób jest taki, że poprawki kopiuję do Worda, otwieram jedno i drugie i lecę zdanie po zdaniu, by czegoś nie przeoczyć. Przejrzyj jeszcze raz.

Bałam się, że jak to zrobię okaże się, że to ( przecinek ) co przeżyłam, nie było snem i naprawdę jestem w tym dziwnym miejscu.

– Dla ciebie – powiedział. Zajrzałam do środka. Znalazłam w nim parę spodni i trzy bluzki ( zbędny akapit )
w ciemnych kolorach ( kropka ) – A tu masz swoją bluzę.

Poszłam do łazienki, biorąc jedną z bluzek. Spojrzałam w lustro. Miałam podkrążone oczy i rozczochrane włosy – nic więc dziwnego, że Ean zapytał czy wszystko w porządku. ( zbędny akapit ) Wzięłam szybki prysznic, wytarłam włosy w ręcznik z dziwnego materiału – który być może należał do Sheili – i ubrałam czyste ciuchy. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam ( wyszłam z łazienki albo weszłam do pokoju ) do pokoju.

Czułam, że się czerwienie ( ę ).

– Dwadzieścia siedem ( kropka i z dużej litery po myślniku) – nie skomentowałam odpowiedzi, głównie dlatego, że nie wiedziałam ( przecinek ) co powiedzieć.

Nie wiem ( przecinek ) jak długo szliśmy, ( bez przecinka ) ani ( przecinek ) jak doszliśmy do dużego pomieszczenia z kanapami
i regałami z książkami
, przypominającego bibliotekę. ( podkreślony zestaw nie jest dobry , zmień to jakoś tak, może tak: "do dużego pomieszczenia przypominającego bibliotekę, pełnego regałów z książkami. Wokół rozlokowano kanapy, by..." )

– Opowiem tobie wszystko tak, jak powinnaś się dowiadywać. Nie zadawaj mi pytań. ( zbędny akapit )
I najważniejsze nie przerywaj mi.

– Tara… Postaram się wyjaśnić, ( bez przecinka ) wszystko tak, byś zrozumiała.

– Madania jest alternatywnym światem, jakby innym wymiarem, ( bez przecinka ) tego ( przecinek ) co ( "który" zamiast "co" ) już poznałaś. Jak już ( zapewne ) zauważyłaś mamy podobne rzeczy – nosimy ubrania przypominające te wasze, budynki – ( "też" zamiast myślnika ) wyglądają podobnie, choć zbudowane są zwykle z samego drewna i rzeźbione ręcznie.

Nie zanieczyszczamy środowiska, żyjemy z nim w harmonii, ( bez przecinka ) na tyle ( przecinek ) na ile pozwalają nam nasze potrzeby.

Jak też pewnie widziałaś ( przecinek ) odczuwamy intensywniej naturę.

– Sposób, w jaki mówimy też wynika z tego, co ( o czym ) powiedziałem przed chwilą.

Jeżeli kogoś wciągamy z tamtego świata ( przecinek ) to tylko dlatego, że albo ktoś z nas zakochał się w zwykłym człowieku, albo dlatego, że z jakiegoś powodu znalazł się po tamtej stronie, mimo, ( bez przecinka ) że jego przeznaczenie to Madania – spojrzał na mnie i przez chwilę nic nie mówił.

– Wrócę po ciebie najpóźniej za pół godziny, dobrze?
– Ok – rzuciłam, zapuszczając się gdzieś w półki, ( bez przecinka ) pełne wielkich, starych, skórzanych ksiąg.

Nie wiem ( przecinek ) jak długo tam stałam ( przecinek ) odczytując nieznane mi słowa, nim zalała mnie kolejna fala paniki, a głowę przeszyły setki różnych pytań i myśli.

Czy skoro oni próbowali mnie przed czymś chronić – czy nie powinnam teraz uciekać? ( może lepiej byłoby: "Czy skoro oni próbowali..., nie powinnam..." )

Poczułam ( przecinek ) jak moje serce przyspiesza, oddech zrobił się ( staje się – zachowaj jedność czasu ) cięższy, a głowę wypełniła ( wypełnia ) wizja uciekinierki wyjętej spod prawa.

Światło.. – przypomniało mi się ( się na końcu raczej nie zostawiamy ). Założyłam gogle, ale to mi ( zbędne ) nie pomogło. Ledwie otworzyłam drzwi, moje ( zbędne ) oczy odmówiły mi posłuszeństwa.

Usiadłam na podłodze, opierając się o regał. Łzy napłynęły mi do oczu, mimo, ( bez przecinka "mimo że", "chyba że" – nie rozdzielamy przecinkami partykuł, spójników i przysłówków ze spójnikami ) że próbowałam je powstrzymać.

Był strasznie ( bardzo ) wysoki.

Żeby uciec ( przecinek ) musiałabyś przejść całe szkolenie, a to zajmie długi czas.. – obszedł mnie dookoła.

Patrzył na chłopaka, który mnie ciągnął wyzywającym wzrokiem. ( wyszło, że ciągnął wyzywającym wzrokiem – Patrzył wyzywająco na chłopaka, który mnie ciągnął. ) – Zostaw ją.
– Chciała uciec – odparł. – Myślisz, że nie mam co robić ( przecinek ) tylko pilnować twojej podopiecznej? – zaśmiał się, puszczając mnie.

Co ja takiego zrobiłam? Skoro nie można stąd uciec, to powinni mnie od razu zabić. Albo dać mi święty spokój! – moja ( Moja ) głowa pękała od pytań, narzekań i złości.
Nawet nie wiem ( przecinek ) kiedy usiadłam w kącie i ( przecinek ) podkulając kolana ( przecinek ) usilnie powstrzymywałam płacz.

Nie chce ( chcę ) tu być – powtarzałam sobie w myślach. A skoro nie mam gdzie ( raczej dokąd ) wracać, nie chcę w ogóle żyć.

Czuliście kiedyś bezradność,( bez przecinka ) tak wielką, że aż rozrywało Wam serce z żalu? Ja właśnie się tak ( szyk – tak się ) czułam.

Jeżeli nigdy tego nie czuliście, to nie zrozumiecie, o czym teraz mówię, ( bez przecinka ) ani dlaczego łzy nadal próbowały wydostać się z moich zaciśniętych powiek.

– Tylko przez chwilę o tym pomyślałam – powiedziałam tak cichym głosem, że sama ledwie usłyszałam ( przecinek ) co mówię.

– Oni uciekali, więc pomyślałam, że może chcieli mnie przed czymś ochronić, i że powinnam zrobić to ( przecinek ) co oni.. – mówiłam, ledwie łapiąc oddech.

Podałam mu rękę, nie patrząc mu w oczy. Już wystarczająco się przed nim wygłupiłam, ( bez przecinka ) jak na jeden dzień – pomyślałam.

– A! Na łóżku masz trochę swoich ciuchów z domu – dodał i ( przecinek ) uśmiechając się do mnie, odszedł.

Usiadłam na łóżku i nawet nie wiem ( przecinek ) kiedy zasnęłam.

Dużo błędów interpunkcyjnych. Tworzysz tak skomplikowane konstrukcyjnie zdania, że wielokrotnie nie miałam pewności, czy poprawiam we właściwy sposób. Mam nadzieję, że zajrzy tu jeszcze Vet albo Stu.
Jeśli chodzi o fabułę, to przypomina mi znane historie o sektach, ich przywódcach i wyidealizowanych światach, które proponowali biednym, zagubionym, odrzuconym ludziom. Współdziałanie z naturą, wspólne dobra itd. Nie obraź się, ale tak to zrozumiałam :P. Dużo gadaniny, a póki co, nic się nie dzieje. Może dalej rozruszasz towarzystwo?
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Przeznaczenie Valinohtar 18 3,470 13-06-2014, 21:14
Ostatni post: Triceraton

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości