Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Podróż za jeden...
#1
Takie wspomnienie oparte na faktach. Jeśli ktoś zechce spojrzeć – polecam.

Podróż za jeden…

Kobieta lat – „no nie, ta informacja nie przejdzie mi przez klawiaturę”.
– Ogłoszenie matrymonialne piszesz? – zapytało dziecię, zaglądając jej przez ramię.
– Raczej nekrolog, ale nie wtykaj nosa, nie twój – odburknęła.
– „Co powinna zrobić ze swoim życiem, by nie uronić z niego ani jednej minuty?” – rozmyślała. – „Książki i muzyka towarzyszyły jej od zawsze. Praca? – Interesująca, tyle że po latach to i skoki spadochronowe, i najlepszy seks się znudzi. No z tym seksem, to może trochę przesada”.
– „A może by tak w świat wyruszyć?” – Zasiana myśl kiełkowała w głowie, ewoluowała, nabierała siły.
W końcu podjęła wielkie wyzwanie. Parę miesięcy odmawiania sobie prawie wszystkiego i zebrała się odpowiednia kwota, by zacząć podróż w nieznane.
Za namową przyjaciela, oblatanego dosłownie i w przenośni, zarezerwowała wycieczkę do Egiptu z rejsem po Nilu. Przejrzała fora, chwytając jak powietrze wszelkie porady mądrzejszych, doświadczonych, obeznanych w temacie. Uzbrojona w cenne info, leki na klątwę faraona, elegancką walizeczkę oraz dwie latorośle rodzaju męskiego – jedną własną, a drugą brata – wyruszyła w drogę.
W pierwszej kolejności, rzecz jasna, na lotnisko. Nie było to wcale takie proste dla nielota – odprawa, bagaże, nerwy, ale koniec końców znaleźli się w samolocie. Parę godzin lotu, widok czerwonego lądu z góry, pustynia i lądowanie. Jeszcze tylko wypełnić świstki wizowe, odebrać bagaż i rzucić się w wir przygody. Młody otworzył drzwi lotniska.
– O, ja pierdzielę! – Walnęło takim żarem, że każdy jęknął. – Oż ku…!
Odwagi, trochę odwagi, łyczek wody, szybka lekcja oddychania i w drogę.
Ledwo przekroczyli próg, a tu bach, bach, bach, różowiutkie walizki leciały wprost pod nogi. Co tam walizki, największe walizy, jakie w życiu widziała. Pani w matuzalemowym wieku usiłowała wpakować je na wózek. Załadowała jedną, potem drugą, a przy próbie dołożenia trzeciej wszystkie leciały na ziemię. Chłopcy dżentelmeni rzucili się z pomocą i wkrótce holowali wózek, jego właścicielkę oraz swoje walizki do oddalonego o trzysta metrów autokaru. Pani nadawała na bezdechu – organizacja do dupy, upał do dupy, lotnisko do dupy, no jednym słowem czarna dupa.
Dalsza część podróży minęła jednak gładko: przejazd, hotel, kolacyjka i lulu. Droga do hotelu, to jedno wielkie zadziwienie. Obrazki migały jak w kalejdoskopie, pokazując syf, hotele, ogrody z bajki, syf, palmy i znowu syf.
Wczesnym świtem pobudka i w drogę do Luxoru. Po drodze postój i nieustający, wielki handel.
– One dollar, one dollar – wrzeszczeli namolni handlarze i wciskali chustkę albo szaliczek za dziesięć dolców.
Pełen spokój i profesjonalizm – fora przygotowały ją na wszystko, na to też.
Targowała się więc niczym handlara ze stadionu i poszło całkiem nieźle. Za trzy dolce zakupiła cały plik papirusów. Prawdziwe papirusy, prawie starożytne, za dziewięć zeta.
Radość uleciała jak bańka mydlana zaraz po wejściu do autokaru, bo okazało się, że papirusy ani prawdziwe, ani starożytne, ani nawet papirusowe.
Po kilku godzinach jazdy w wojskowym konwoju dotarli na miejsce. Statek „Laube de Nile” okazał się być mini „Titanickiem”. Rezydent poprosił o przejście do restauracji i zajęcie stolików. Wypchnęła chłopców, by jakieś dobre miejsca wybrali. Próbowali i zdobyli wspólny stolik z panią od różowych walizek.
– „No nieźle jak na początek” – pomyślała.
Trochę opadły skrzydełka, choć nie do końca słusznie. Pani Ela, bo tak miała na imię, okazała się emerytowanym wykładowcą historii, a przy okazji skarbnicą wiedzy o kulturze starożytnej i bardzo miłą osobą, taką do szabli i do szklanki.
W końcu zaczęło się spełniać odwieczne marzenie o Egipcie, świątyniach, obeliskach, hieroglifach. To, co znała z książek i filmów, mogła dotknąć własnymi rękami. Miała dreszcze, czując więź z tymi, którzy przemierzali te miejsca tysiące lat temu. Luxor, Karnak, świątynia Hatszepsut, jednym słowem cuda, cuda, cuda. Sielanka trwała. Pewnego dnia leżeli sobie na górnym pokładzie z książką w ręku albo drinkiem. Tak, częściej z drinkiem. Cichutko, błogo, gorąco. Nagle rozległ się wrzask:
– Leżycie sobie, kurwa, a oni wszyscy zginęli. Ja pierdolę, wszyscy zginęli! – Facet biegał po pokładzie, trzymając się za głowę, płacząc i bluzgając.
– Kto zginął, gdzie? – padały zewsząd pytania. – Człowieku, mówże do rzeczy!
– Prezydent i cała świta. Samolot, kurwa, spadł w Smoleńsku. Nikt nie przeżył.
Zapadła cisza, niektórzy stukali się w głowę, wskazując na zrozpaczonego turystę.
– Sam się puknij pojebie! Jeszcze raz mówię, leżycie sobie, a oni tam… – Wściekł się jeszcze bardziej.
Młody zerwał się z leżaka i ruszył pod pokład, a reszta tuż za nim. Nie wiedzieć czemu, ale wszyscy załadowali się do ich maleńkiej kajuty, jakby chcieli być razem w takim momencie. Młody uruchomił TV – CNN o katastrofie, BBC o katastrofie, Al Jazeera też, czyli to musiała być prawda.
Rozsiedli się na łóżkach i milczeli, gapiąc się w ten cholerny telewizor. Włączyła malutki czajniczek, proponując kawę. Wyciągnęła ciasteczka i czekoladę wedlowską i było jak na stypie. W milczeniu wypili kawę, zjedli ciasteczka, powoli się zebrali i wyszli, bo duchota nie dała żyć. Wrócili na pokład, a tam załoga zaczęła składać kondolencje i wszyscy płakali. Mijały godziny, coraz więcej szczegółów i coraz mniej emocji, cóż, takie życie.
Kolejne miejsca, kolejne świątynie: Edfu, Kom-Ombo, Abu Simbel. Dotykając starożytnych kolumn, niemal słysząc przechadzających się kapłanów, niemal uczestnicząc w wielkich bitwach, zaczynała dostrzegać ulotność życia, bo cóż ono znaczyło wobec tych tysięcy lat, a jednocześnie znaczyło wszystko. Każdy, najmniejszy znak na tych kolumnach powstawał w głowie i w dłoniach człowieka. Tego jednego architekta, kamieniarza, rzeźbiarza, malarza. Tu pracowały jedne ręce, a tam inne.
Jednak nie samym zwiedzaniem żyje człowiek, to był przecież czas lenistwa. Należało coś wypić, potańczyć, pohandlować. Niestety, jak wszystko co dobre, rejs dobiegł końca.
Powrót był dość smutny – zżyło się towarzystwo, polubiło na tyle, by obgadywać się nawzajem i co? Rozrzucili wszystkich po różnych hotelach, no smutek wielki. Tydzień na plaży minął szybko i sympatycznie, choć nie tak sympatycznie jak na statku. Hotel, choć piękny, przytłaczał swoją wielkością i ją, i chłopców.
W końcu nadszedł dzień powrotu. Jak zwykle w takich przypadkach, rozdwojenie jaźni. Już chciałoby się do domu i jeszcze chciałoby się zostać. Zebrali walizy i zeszli do recepcji. Oczekiwanie na autokar, pożegnania, potem kurs na lotnisko i cóż, ostatnie spojrzenie z góry na czerwoną ziemię. Taki był scenariusz.
– „To była niezwykła podróż” – pomyślała. – „Ten rejs, katastrofa. Zapamięta to wszystko do końca życia”. Mimo wszystko dobry czas, wart zapamiętania.
Czekali na podwózkę, a czas mijał. Dreptali z miejsca na miejsce. Niektórzy próbowali nawiązać kontakt z biurem podróży.
– No, co jest, do kurwy nędzy? – Ktoś rzucił pytanie.
W tym momencie rozbrzęczały się wszystkie telefony, leciały sms-y. Zabrzmiało to tak, jakby orkiestra stroiła instrumenty.
– „Proszę się nie denerwować, lot odwołany. Będę w ciągu godziny – rezydent”
– What? Żarty jakieś?
Minęło pół godziny. Wpadł młody człowiek: zziajany, spocony, zdenerwowany.
– Proszę państwa. Dziś nie polecimy, a z tego, co wiem, jutro też nie. Wybuchł wulkan na Islandii i wszystkie loty do Europy odwołane. Przewieziemy państwa do innego hotelu, oczywiście na koszt biura. Co dalej? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. – Rezydent obiecał wkrótce wrócić i pognał do innych hoteli.
Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie, we wrodzonego pecha albo szczęście, jak kto woli. Pierwsza, wielka podróż w jej życiu. Była w szoku, bo to nie mogło się zdarzyć, nie podczas jednego pobytu. Była – w – pieprzonym – szoku?!
Parę godzin później dostarczyli wszystkich do hotelu „Perła” – tfu z taką perłą. Na pocieszenie w recepcji spotkali się z panią od walizek i innymi. Rzucili się sobie w objęcia. Jak to nieszczęście zbliża ludzi.
Dzień w nowym hotelu zaczęli od sprzątania. Gdyby ktoś koniecznie chciał sklasyfikować ten hotel, to brak odpowiedniej skali, to obraz zwijającego się świata.
Jakoś udało się przetrwać noc w towarzystwie karaluchów i innych przyjaznych stworzonek. Przy śniadaniu walka o stolik, o talerz, o widelec, o jedzenie. Należałoby dodać, walka z góry przegrana, bo z Rosjanami szanse równały się zeru. Desperacja, to jednak wielki motywator, bo kiedy chłopcom udało się złapać stolik i kilka elementów zastawy, ona usiłowała zdobyć coś do picia. Kelner wystawił kilka filiżanek i już, już miała je w rękach, kiedy zza pleców pojawiły się wielkie łapy, wielkiego chłopa i wyrwały naczynia z jej drobnych dłoni. Odwróciła się, spojrzała z nienawiścią w oczach w wielką, czerwoną gębę i ryknęła:
– Zabierz te łapska i paszoł won!
O dziwo, odstawił wszystkie filiżanki, a ponieważ napełniła trzy, pomógł zanieść do stolika. Jej wiara we własne siły wzrosła na całe życie. Już nigdy nie pozwoli sobie nic wydrzeć, chyba że razem z dłonią.
Następnego dnia przerzucili ich do kolejnego hotelu, świetnego, nawiasem mówiąc. Kolejny tydzień spędzili już w godnych warunkach, w godnym towarzystwie i, nie ma co ukrywać, szczęśliwi. Cokolwiek by nie mówić, otrzymali dodatkowy tydzień słońca, rafy koralowej i luksusu. Niedrogo – za jeden wulkan.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(21-03-2014, 00:50)Nawka napisał(a):
Podróż za jeden…

Praca? – Interesująca, tyle że po latach, (zbędny przecinek) to i skoki spadochronowe (przecinek) i najlepszy seks się znudzi.

Uzbrojona w cenne info (w pierwszym momencie nie podobała mi się ta potoczność, ale po przeczytaniu całości zrozumiałem celowość takiego stylu :) ), leki na klątwę faraona, elegancką walizeczkę oraz dwie latorośle rodzaju męskiego, (raczej myślnik) jedną własną (przecinek) a drugą brata, (i tu też myślnik) wyruszyła w drogę.

Ledwo przekroczyli próg (przecinek) a tu bach, bach, bach, różowiutkie walizki leciały wprost pod nogi.

Targowała się więc, (zbędny przecinek) niczym handlara ze stadionu i poszło całkiem nieźle.

Pani Ela, bo tak miała na imię, okazała się emerytowanym wykładowcą historii (przecinek) a przy okazji skarbnicą wiedzy o kulturze starożytnej i bardzo miłą osobą, taką do szabli i do szklanki.

To, co znała z książek i filmów (przecinek) mogła dotknąć własnymi rękami.

Jeszcze raz mówię, leżycie sobie (przecinek) a oni tam… – Wściekł się jeszcze bardziej.

Następnego dnia przerzucili ich do kolejnego hotelu, świetnego (przecinek) nawiasem mówiąc.

Fajne, zabawne miejscami opowiadanie. Swoisty styl – z jaką łatwością przychodzi ci właśnie ta zmiana stylu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
To dla mnie wielkie wyróżnienie, Stu. Dziękuję:).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#4
Nie bardzo wiem jak skomentować, bo o ile lubię krótkie, zwięzłe, wakacyjne historie tu mam mętlik w głowie.
Pomijając przekleństwa, które mnie osobiście denerwują, ale rozumiem – taki styl, to z początku można odnieść wrażenie, że jest to antyreklama Egiptu. Chwilę potem Smoleńsk – kurcze, człowiek uciekł z kraju, by nie słuchać tych wszystkich historii Marcinkiewicza (czy jak on się tam zowie), a tu zonk – nawet w opowiadaniu. I ta reakcja – pamiętam ten dzień doskonale – byliśmy wtedy na uczelni i nikt nie rozpaczał, nikt nie przeklinał, a już na pewno nie reagował w podobny sposób. No ale nic, każdy reaguje inaczej.
Ogólnie rzecz ujmując można stwierdzić, że raczej do najlepszych wakacji te nie należały.
Pozdrawiam.
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
#5
To jest relacja, dość wiernie oddane wydarzenia i zachowania. Nie mogłam nic upiększać, bo byłoby to kłamstwem ;).
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Mówiąc szczerze, jak przeczytałam, że to relacja byłam słabo nastawiona do tekstu. Ale cieszę się, że jednak się za niego zabrałam, podobał mi się. Pisany w bardzo przyjemny, lekki sposób. Może tym lepiej go odbieram, że i mi przypomniały się upalne wakacje i piękna, czyściutka woda.
Wracając do samej relacji, bardzo przyjemnie napisana. Podoba mi się fakt, że katastrofa została opisana, ale zeszła na drugi plan, nie przytłoczyła całości – w końcu nie o nią chodzi, a z doświadczenia własnego wiem, że trudno osiągnąć taki efekt. Ludzie zbyt łatwo lgną do tragedii.
I muszę przyznać – niezła przygoda Ci się trafiła :D Tyle emocji na jedną podróż!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Bardzo miło się czyta (prócz nieszczęsnego Smoleńska...), nienachalny humor, (duży plus) lekkość prowadzenia fabuły dialogi. Podoba mi się.
Jedno "ale". Chyba jedynym mankamentem było dla mnie zbyt szybkie przeskakiwanie z sytuacji na sytuację, kapkę męczące. Może konstrukcja relacji i opowiadań różnią się?
Odpowiedz
#8
Oj tak, skąd ja znam te popadanie z jednej skrajności w skrajność na wakacjach w innym kraju :] Dobrze się to czyta, ciekawie, luźno napisane i co najważniejsze tragedia nie przytłoczyła opisu wakacji, a wydaje mi się, że właśnie o to chodziło, o ukazanie tego że mimo takiego wydarzenia to każdy z nas ma swoje małe sprawy, którymi żyje ( jedni mają wykupione wakacje, inni mają deadline w robocie itp). Tempo według mnie jest ok, z tego względu, że oddaje dość dobrze charakter intensywnego urlopu, który mija z dnia na dzień coraz szybciej i człowiek jednocześnie chce powrotu do domu, ale i pozostaniem na kilka dodatkowych dni to by nie pogardził.
Odpowiedz
#9
styl przyjemny, łagodny, wspomnienia całkiem sympatyczne. tylko tak, jakby, moim zdaniem, troszkę akcja pędzi. tak o, trzy tygodnie jak z bicza strzelił, tu samolot, tu autokar, a tu już jesteśmy na promie. co nie zmienia faktu, że jednak ogarniałam, co się dzieje, i czytało mi się naprawdę dobrze : )
Say farewell to this predestined world.
Odpowiedz
#10
O kurczę, jakie to fajne. :D Szczerze mówiąc, coraz bardziej lubię i doceniam Twój styl. Jest taki... nie wiem, jaki, ale mi się podoba i czyta się świetnie. Dawno nie wpadłam na opowiadanie, które dosłownie połknęłabym na jeden raz i w rekordowym tempie. Relacja z podróży – bardzo ładnie poprowadzona, humorystyczna, lekka, ale jednocześnie życiowa, z poważnymi nutami. Zdecydowanie udany tekst. :)
Konwencja jest po to, by ją łamać.
A jak się komuś nie podoba, niech spada na drzewo i wróci, gdy zrozumie swoje zachowanie.
~Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Obyczajowe Podróż Nawka 19 7,133 19-09-2015, 15:06
Ostatni post: Artur

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości