Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Opowieści z Dorlandu
#1
Rozdział pierwszy

Damir został obudzony przez kulawą, starą służkę przy użyciu wiadra z wodą, a raczej jego zawartości. Chłopak zaklął szpetnie, kiedy ciecz chlusnęła mu prosto w twarz, co rozpoczęło tyradę służącej na temat poprawnego słownictwa. Słysząc to, znów przeklął, co tylko nasiliło gdakanie starszej. Zrezygnowany odrzucił puchową kołdrę na bok i odgarnął zmoczone brązowe włosy z czoła. Tymczasem służąca nakręcała się coraz bardziej.
– Skończ już, głupio babo – powiedział zirytowany.
– Jak zaraz powiem ojcu, jak ty się wyrażasz, to ci tak dupę złoi, że zobaczysz! – wrzasnęła i skierowała się do wyjścia.
– Nie zrobił tego od jakichś pięciu lat, poza tym jestem prawie dorosły.
– I tak dla mnie zawsze będziesz gówniarzem – podsumowała, po czym wyszła, trzaskając drzwiami.
Zirytowany chłopak, ociągając się, zlazł z łóżka i ściągnął mokrą nocną koszulę. Odrzucił ją w kąt i podszedł do biurka na którym stała blaszana miska z ciepłą wodą, mydło, ręcznik oraz stare lustro z tysiącem zacieków. Spojrzał w nie i dostrzegł jasnobrązową plamę. Po co przyniosła to durne lustro? I tak nic w nim nie widać. I nie otworzyła okna, jak zwykle. Tępa baba. Damir umył twarz i ręce, po czym wytarł się w ręcznik. Ten był szorstki i nieprzyjemny w dotyku. Pod nim znalazł rzemyk. Spiął nim włosy w kucyk i podszedł do okna, aby je otworzyć. Po krótkim mocowaniu się z ryglem udało mu się to, i do środka wleciało świeże powietrze pachnące sosnowym lasem, który rósł tuż za rogiem. To okno z widokiem było jedyną rzeczą, którą lubił w swoim pokoju. Poza tym nie było w nim nic godnego uwagi. Murowane z szarego kamienia ściany, pośród których mieściło się łóżko, dwie skrzynie na ubrania i dębowe biurko. Damir nienawidził tego miejsca, ponurego i nudnego, a jeśli już tu siedział, to tylko wtedy, kiedy musiał. Zwykle można było go spotkać na zamkowych błoniach albo w bibliotece, gdzie przesiadywał cały wolny czas, czytając o wyprawach, heroicznych czynach dawnych bohaterów czy o wyprawach nieustraszonych podróżników. Zawsze chciał być taki jak oni, odważny, śmiały, żądny przygód. Marzył o tym, żeby imponować kobietom niesamowitymi historiami, wspominać przy dobrym winie wyprawy do egzotycznych krain, opowiadać innym o swoich wyczynach. Ciekawość pchała go na koniec świata. Niestety ojciec nigdy nie pozwalał mu opuszczać księstwa Dorlandu. Jedyny raz chłopak wyjechał poza rodzime ziemie koło dwunastu lat temu, jeszcze za berbecia. Pamiętał z tego jedynie podróż wyboistą drogą i ciągłe ulewy. Teraz nawet nie miał pojęcia, gdzie wtedy jechał. I tak było to bez znaczenia. Zrezygnowany założył świeżą, idealnie białą koszulę i skórzane spodnie z kilkunastoma łatami. Z zamyślenia wyrwało go delikatne pukanie do drzwi.
– Paniczu, pora już iść na śniadanie, pierwszy kogut piał już dawno. – Usłyszał głos młodej kobiety, przyjemny i melodyjny.
– Tak, wiem.
– Masz mało czasu, potem musisz iść do kapłana Pareet’a na naukę modlitw. Ojciec będzie zły, jak się spóźnisz.
– Też to wiem. Już wychodzę.

Jako najmłodszemu z dwanaściorga rodzeństwa przypadł mu los wstąpienia do zakonu zgodnie z tradycją kultywowaną w Dorlandzie. Nie był to los, o jakim marzył, aczkolwiek pogodził się już z nim. Wyszedłszy z pokoju, skierował się ku jadalni położonej na drugim końcu zamku. Po drodze spotkał zarządcę zamku, grubego kasztelana Del Rey’a, którego nie znosił z całego serca. Oczywiście musiał go pozdrowić. Oprócz niego natknął się na Banka, służącego, w tym samym co bohater wieku. Obu chłopaków łączyła szczera przyjaźń i pomagali sobie nawzajem. Byli nawet bardzo podobni z wyglądu. Różnili się jedynie kolorem oczu, który u Banka był typowy, brązowy, natomiast u Damira szary, prawie niespotykany. I fakt, służący miał w przeciwieństwie do Damira lekki brzuszek. Zamienili ze sobą kilka słów, po czym rozeszli się w swoje strony.

Kiedy znalazł się w jadalni, prostokątnej sali z wysokim sklepieniem i ogromnymi oknami od strony południowej, podana mu owsianka stygła już na stole, a większość jego rodzeństwa dawno skończyła już śniadać i zostawiła puste miski. Na sali były tylko trzy osoby: jego ojciec siedzący u końca długiego stołu wraz z kapłanem Pareetem w czerwonej, odświętnej szacie oraz jakimś doradcą w zielonej kamizelce, którego imienia nawet nie pamiętał. Damir nie lubił ich wszystkich. W szczególności tego tępego, łysego kapłana, który uczył go jedynie, jak odprawiać rytuały odpędzania demonów, które polegały na zabiciu przynajmniej kilkunastu zwierząt i upierdolenia się w ich krwi, a następnie wykrzykując dziwne, niezrozumiałe słowa, układaniu z nich, a raczej ich wnętrzności, jakichś idiotycznych wzorów. Oczywiście potem nic się nie działo, bo demonów w Dorlandzie nie było. To tylko propaganda władcy skierowana przeciw nieludziom, którzy niegdyś tu żyli. Polegała ona na zrzucaniu winy za wszystko na poprzednich mieszkańców, a nie na niekompetencję władzy. Przez te działania doprowadzono do śmierci tysięcy niczemu winnych istot i ucieczki ich niedobitków w góry. Damir uważał taką politykę za idiotyczną i nieodpowiedzialną, ale co mógł powiedzieć.
– Witam panów – ojcze, najświątobliwszy arcykapłanie...
– Znów się spóźniasz – warknął przez zaciśnięte usta Pareet, mierząc chłopaka swoimi upiornoczarnymi oczami.
– Jedz szybko tę owsiankę i idź uczyć się modlitw – rozkazał książę.
– Tak jest, panie ojcze.
Owsianka była wodnista i pozbawiona smaku. Nawet nie dolano mleka. Popatrzył z zazdrością na talerze pozostałych mężczyzn. Leżały tam resztki jajecznicy na grzybach oraz kawałki mocno przysmażonego boczku. Dawno nie jadł czegoś tak dobrego. Czasem z kuchni udało mu się wykraść ciastka albo jakieś owoce. Zanosił je wtedy potajemnie do pokoju i dzielił się nimi ze swoją najmłodszą siostrą, Luthiel, ledwie o dziesięć miesięcy odeń starszą. Też czekał ją podobny los, więc rozumieli się doskonale, stąd ta przyjaźń. Miała zostać kapłanką, a to było jeszcze gorsze od bycia ich męskim odpowiednikiem. Poza tym dwójkę tę łączyły jedyne wśród rodzeństwa szare oczy oraz jaśniejszy odcień skóry, obie cechy odziedziczone po matce, zmarłej już dawno.
Chłopak skończywszy posiłek, podziękował uprzejmie i poszedł z kapłanem Pareet’em do zamkowej kaplicy – małego, przykrytego kopułą budynku, dobudowanego od wewnętrznej strony murów między spichrzem a donżonem. W jego środku znajdował się ołtarz – spore palenisko z podtrzymywanym bez przerwy ogniem – oraz ustawione wokół niego drewniane, rzeźbione w ozdobne zwierzęta, ławy z oparciami.. Z powodu braku okien wewnątrz panował upiorny półmrok. Okropne wrażenie pogarszały tańczące na ścianach cienie.

Idąc przez dziedziniec, dostrzegł kilku kuszników trenujących strzelanie do tarczy. Wśród nich było dwóch braci chłopaka. Nawet nie zwrócili na niego uwagi; byli zajęci popijaniem wina i rechotaniem z nieudanych strzałów. Damir nie przejął się, był już przyzwyczajony do takiego traktowania.

Lekcja zaczęła się jak zwykle od powtarzania durnych próśb o wypędzenie zła ze świata. Oczywiście trzeba było wtedy klęczeć i posługiwać się prastarą mową. Gardłową, przypominającą bardziej odgłosy jakichś dzikich bestii, niż ludzi. Do tego kapłan cały czas rugał i poprawiał, co niemiłosiernie irytowało chłopaka. Dopiero po godzinie mężczyzna odpuścił i pozwolił Damirowi wstać.
– No, potrzebujesz jeszcze dużo nauki – podsumował kapłan, świdrując go spojrzeniem. Chłopak nienawidził tego. – Teraz złożymy ofiarę. W tamtej klatce, pod ścianą, jest królik. Mam nadzieję, że przestudiowałeś zapiski dotyczące oddawania czci bogowi Gwen’Hrgn?
– Tak – skłamał chłopak. Każda ofiara polegała na zabiciu i spaleniu zwłok, wiec nawet nie marnował czasu na czytanie o tym. A imienia tego boga nawet nie pamiętał.
– No, szybko – ponaglał kapłan. – Dobrze wiesz, że bóg śmierci nie znosi czekać!
Gdyby istniał – dodał w myślach Damir. Podszedł do klatki i wyciągnął zeń królika, chwytając za fałdy skóry na plecach. Popatrzył ze smutkiem na biedne zwierzę. Wybacz, króliku – przeprosił w myślach. – Gdyby kretyni nie rządzili tym światem, mógłbyś hasać po łące, a nie płonąć w imię jakichś bzdur. Gdyby przynajmniej wykorzystać twoje mięso, twoja śmierć miałaby sens.
– Co się ociągasz, żal ci króliczka? Wolisz, żeby śmierć spadła na ciebie? Dureń,
Żeby zaraz nie spadła na ciebie, stary pojebie – chciał odpowiedzieć, ale udało mu się powtrzymać.
Kapłan podał mu nóż. Chłopak zgodnie z rytuałem podciął zwierzęciu ścięgna oraz przejechał siedem razy ostrzem po grzbiecie. Królik próbował się wyrwać, nie udało mu się to jednak. Tak przygotowaną ofiarę rzucił w płomienie, wraz z kapłanem wypowiadając słowa kolejnej zdurniałej modlitwy. Półżywe zwierzę zaczęło kwilić, płonąc żywcem. Po pomieszczeniu rozniósł się okropny zapach palonej sierści i mięśni, słychać było obleśne skwierczenie. Normalny człowiek zwymiotowałby, ale nie ktoś, kto już złożył kilkaset ofiar. Tacy ludzie byli uodpornieni na ten smród i odgłosy.
– Idź się teraz pobiczuj. Za grzechy, w imię boga, czy co tam chcesz – rozkazał Pareet z wrednym uśmieszkiem. – Ja idę odpocząć, wrócę za chwilkę. Sprawdzę, czy zrobisz to należycie.

Kiedy kapłan opuścił kaplicę, chłopak zaczął kląć. Miał już tego dosyć. Bardzo dosyć. Całkiem. Za jakie niby grzechy musiał robić to, co robi? Palić żywcem króliki, biczować się, odmawiać durne modlitwy? To nie miało sensu. Bezsilny kopnął w klatkę, uszkadzając sobie mały palec. Był tak wściekły, że nawet nie zwrócił uwagi na ból. Nie, nie będzie się biczował, najwyżej za karę przez tydzień nie opuści pokoju. I tak miał tam schowaną Antyteologię Bergmanna, męczennika spalonego za herezje, dotyczące poglądów na temat istnienia, a raczej nieistnienia bogów. A że był dopiero na dziesiątej stronie, akurat doczytałby do końca. Gdyby Pareet znalazł tę zakazaną książkę, chłopak miałby ciężko. Pewnie skończyłby jako ofiara na stosie, w lepszym przypadku zostałby pozbawiony oczu i rąk, żeby nie mógł już nigdy więcej sięgać do takich obrazoburczych, według kapłana, dzieł.
Pareet wrócił po niecałej godzinie. Był jakby weselszy i bardziej czerwony na twarzy.
Chędożony alkoholik! – myślał Damir.
– Ile batów sobie dałeś? – powiedział z uśmiechem na twarzy.
– Zero.
– Jak to zero! Co ty sobie wyobrażasz! Won mi z kaplicy!
– Tak, panie kapłanie.

Oboje opuścili budynek i skierowali się w stronę donżonu. Twarz kapłana płonęła z wściekłości, ledwo co powstrzymywał się od zrobienia awantury na pół zamku. Wolał z tym poczekać, aż będą w pokoju Damira. Po drodze spotkali jedynie najmłodszą, a zarazem ulubioną siostrę chłopaka. Luthiel niosła na tacy niezliczoną ilość słoiczków i suszonych ziół. Chłopak uśmiechnął się do niej smutno, ona odpowiedziała tym samym. Wiedział, że za niedługo przyjdzie go pocieszyć. Poczytają pewnie razem Antyteologię i wypiją schowany wraz z księgą rum. Może uda się jej ukraść jakieś ciastka, byłoby miło.

Po chwili wraz z Pareet’em byli w pokoju. Ten zrobił mu tyradę na temat nieposłuszeństwa, poinformował go, iż powie o tym ojcu, po czym stwierdził, że ktoś taki nie jest godny przynależeć do tak wspaniałego rodu jak Allandarowie. Wściekły strzelił jeszcze chłopaka prosto w twarz, łamiąc nos. Chłopak nie bronił się nawet, wiedział, że to tylko pogorszy sytuację.
Czuł bezsilność i nienawiść. Wszechogarniającą nienawiść. Na koniec Pareet zakazał chłopakowi przez tydzień opuszczać pokój i wyszedł, trzaskając drzwiami. Damir dopiero po chwili spostrzegł, że cały jest brudny od krwi, która mocnym strumieniem ciekła z nosa. Zrezygnowany, obmył twarz i szyję w pozostawionej rano wodzie, a ręcznikiem próbował tamować krwawienie.
Po jakiejś godzinie siedzenia na ziemi i nienawistnego wpatrywania się w ścianę usłyszał pukanie. Miał dylemat, czy otwierać. Mogła to być jego siostra, znienawidzony kapłan czy też arcykapłan (Damir w dupie miał tytuły tych bałwanów) ewentualnie jego ojczulek, za którym też nie przepadał. Postanowił zaryzykować i otworzył drzwi.
Na szczęście to była jego ukochana siostrzyczka. Średniego wzrostu, sięgała chłopakowi czubkiem głowy do nosa. Miała piękne, złociste włosy związane w koński ogon, z którego zawsze jednak uciekało kilka niesfornych kosmyków. Policzki ciągle się jej lekko rumieniły, co w połączeniu z niezwykle jasną, jak na mieszkańców Dorlandu, cerą sprawiało, że wyglądała naprawdę słodko. Do tego miała kształtny, proporcjonalny nos i delikatne, różane usta, o których marzył niejeden na zamku. Poza piękną, wzbudzającą zaufanie twarzą jej figura też nie pozostawiała nic do zarzucenia. Była typowo kobieca. Może nie miała talii osy, ale i tak prezentowała się wspaniale, a w szczególności w białej, obcisłej, kapłańskiej szacie, którą miała teraz na sobie.
– Witaj braciszku! Co ci zrobili w nos? Kto? Kapłan? – zapytała czule, delikatnie dotykając go po twarzy.
– Kapłan…
– Nie biczowałeś się? Jak zwykle. Wiedziałam, że tak będzie. Nie martw się, mam tu dla ciebie maść. – Wyciągnęła ją spod szaty, po czym odkręciła wieczko i nałożyła trochę dziwnej zielonej mazi na palce.
– Uśmierzy ból, powstrzyma zakażenie, przyśpieszy zrastanie się. Jedyne co, to zostanie ci trochę zmieniony nos.
– A trudno. I tak mam być chędożonym kapłanem. – Westchnął. – A co tam u ciebie, Luthiel?
– Niezbyt dobrze, za trzy kwadranse muszę wrócić do naczelnej kapłanki. Przygotowujemy się do wyjazdu.
– Jakiego wyjazdu? Nic o żadnym nie słyszałem.
– Ja też, dowiedziałam się dopiero dziś. Jadę do klasztoru.
– Nie mów, że jedziesz do Gwen’hylen… – powiedział z obawą. Każdy wiedział, co to za klasztor. Jeden z czterech żeńskich w Dorlandzie. Szkolono tam fanatyczne kapłanki-wojowniczki, które rzucały się do walki naćpane dziwnymi ziołami. Wpadały wtedy w taką furię, że nikt nie był w stanie ich powstrzymać. Niestety dłuższe stosowanie tych środków odurzających niszczyło te kobiety. Uzależniało i postarzało. Mało która dożywała trzydziestki, cudem było osiągnięcie wieku czterdziestu lat.
– Jadę – powiedziała ze smutkiem.
– Czemu tam? I tylko nie mów, że to rodzinna tradycja!
– Zawsze któraś z naszego rodu musi przynależeć do kapłanek boga wojny.
– Czemu akurat ty…
– Nic nie poradzisz.
Siedli na ziemi, opierając się plecami o łóżko. Chłopak był naprawdę wściekły. Jego ukochaną siostrę skazują na taki los. Miał dość tego wszystkiego, przerastało go to.
– Kurwa. Zapierdolę ojca i Pareeta. To ich chore pomysły! Wszystkich wyrżnę na tym pierdolonym zamku! – Walnął pięścią w ziemię, zdzierając skórę z kostek. – Daj mi tylko miecz.
– Uspokój się! Głupku, to nic nie zmieni. I tak nawet miecza trzymać nie umiesz.
– Przepraszam. Zachowuję się jak dziecko. – Schował twarz w dłoniach, z trudem powstrzymując płacz.– Siostrzyczko. Muszę się stąd wyrwać. I ciebie też.
– Dokąd mielibyśmy pójść?
– Nie wiem.
– Pogódź się z naszym losem. Nic nie możemy zrobić. – Próbowała przekonać brata.
– Mam jeszcze trochę rumu, napijesz się ze mną? – Zmienił temat.
– Mam zajęcia. Dobrze wiesz, co by się stało, gdybym poszła pijana. Przepraszam.
– Nic się nie dzieje.
Siedzieli w milczeniu aż do czasu, kiedy Luthiel musiała iść. Pożegnali się, przytulając. Rozeszli się ze świadomością, że nigdy więcej się nie spotkają. Serce chłopaka wypełniło się żalem, a nienawiść wobec świata rozgorzała niczym rozpalona do czerwoności stal. Nie mógł wytrzymać, nie wiedział, co robić. Nawet nie mógł płakać. Czuł pustkę, którą musiał czymś zapełnić. Otworzył schowek i wyjął zeń wszystko. Długi jak dłoń nóż, tom Antyteologii i Prawdziwej Historii Dorlandu oraz butelkę ukradzionego ze spiżarni ciemnego rumu. Zanim ją napoczął zaryglował drzwi i zabarykadował je biurkiem.

Trunek niemiłosiernie palił w gardło, zostawiał za to przyjemny słodki posmak. Napój rozgrzewał żołądek. Już po chwili poczuł szumienie w głowie. Kontynuował picie, butelka opróżniała się szybko. Po chwili obraz zaczął mu się przemieszczać przed oczyma, a nawet rozdwajać. Rum mocno już szumiał w głowie. Damir podniósł się i lekko się chwiejąc, podszedł do okna. Potem już niczego nie pamiętał.


Będę wdzięczny za każdą opinię :)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:– Witam pana, panie ojcze i pana, panie najświętobliwszy arcykapłanie… ( "Witam, panie ojcze", bo to jest forma bardziej oficjalna niż samo "ojcze", ale nie używało się "witam pana, panie ojcze". To zdanie mogłoby brzmieć: Witam panów – ojcze, najświątobliwszy arcykapłanie. )

Nie mam dziś siły na sprawdzanie. Jeśli nikt tego nie zrobi, to może rano sprawdzę. Zwróciłam uwagę na to jedno zdanie. Ten tekst podoba mi się znacznie bardziej niż poprzedni, o nieumarłym. Jest ciekawy temat, są emocje, skrajne uczucia:). Ciekawe, co chłopak zrobi po wypiciu tego alkoholu. Trochę przeszkadzają wulgaryzmy w zbyt współczesnym wydaniu.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
(11-03-2014, 00:16)Valinohtar napisał(a):
Rozdział pierwszy

Zrezygnowany, (zbędny przecinek) odrzucił puchową kołdrę na bok i odgarnął zmoczone brązowe włosy z czoła.

– Jak zaraz powiem ojcu, jak ty się wyrażasz (przecinek) to ci tak dupę złoi, że zobaczysz! – wrzasnęła i skierowała się do wyjścia.

Spojrzał w nie i dostrzegł jasno brązową (jasnobrązową) plamę.

I tak nie (zbędne) nic w nim nie widać.

Spiął nim włosy w kucyk i podszedł do okna (przecinek) aby je otworzyć.

To okno z widokiem było jedyną rzeczą (przecinek) którą lubił w swoim pokoju.

Damir nienawidził tego miejsca, ponurego i nudnego, a jeśli już siedział tu (tu siedział), to tylko wtedy, kiedy musiał. Zwykle można było go spotkać na zamkowych błoniach, (zbędny przecinek) albo w bibliotece, gdzie przesiadywał cały wolny czas, czytając o wyprawach, heroicznych czynach dawnych bohaterów, (zbędny przecinek) czy o wyprawach nieustraszonych podróżników.

Niestety ojciec nigdy nie pozwalał mu opuszczać księstwa Dorlandu. Jedyny raz chłopak opuścił (powtórzenie) rodzime ziemie koło dwunastu lat temu, jeszcze za berbecia.

– Tak (przecinek) wiem.

Ojciec będzie zły (przecinek) jak się spóźnisz.
– Też to wiem. Już wychodzę (kropka)

Jako najmłodszemu z dwanaściorga rodzeństwa przypadł mu los wstąpienia do zakonu, (zbędny przecinek) zgodnie z tradycją kultywowaną w Dorlandzie. Nie był to los (przecinek) o jakim marzył, aczkolwiek pogodził się już z nim.

Oprócz niego natknął się na Banka, służącego, w tym samym, (zbędny przecinek) co bohater wieku. Obu chłopaków łączyła szczera przyjaźń i pomagali sobie nawzajem (kropka) Byli nawet bardzo podobni z wyglądu.

W szczególności tego tępego, łysego kapłana, który uczył go jedynie (przecinek) jak odprawiać rytuały odpędzania demonów, (...)

– Witam pana, panie ojcze (przecinek) i pana, panie najświętobliwszy arcykapłanie…

– Znów się spóźniasz. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Warknął przez zaciśnięte usta Pareet, mierząc chłopaka swoimi upiornoczarnymi oczami.
– Jedz szybko tę owsiankę i idź uczyć się modlitw. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Rozkazał książę.

Poza tym dwójkę tę łączyły, (zbędny przecinek) jedyne wśród rodzeństwa szare oczy oraz jaśniejszy odcień skóry, obie cechy odziedziczone po matce, zmarłej już dawno.

Chłopak skończywszy posiłek, podziękował uprzejmie i poszedł z kapłanem Pareet’em do zamkowej kaplicy, (myślnik zamiast przecinka) małego, przykrytego kopułą budynku, dobudowanego od wewnętrznej strony murów między spichrzem, (zbędny przecinek – jeden z wyjątków, kiedy przed 'a' nie stawiamy przecinka; "między czymś a czymś" jest równoznaczne z "między czymś i czymś") a donżonem. W jego środku znajdował się jedynie ołtarz – spore palenisko z podtrzymywanym bez przerwy ogniem oraz ustawione wokół niego drewniane, rzeźbione w ozdobne zwierzęta, ławy z oparciami. (najpierw piszesz, że był tam jedynie ołtarz, a później wymieniasz jeszcze rzeźby i ławy; coś tu nie halo) Z powodu braku okien, (zbędny przecinek) wewnątrz panował upiorny półmrok.

Idąc przez dziedziniec (przecinek) dostrzegł kilku kuszników trenujących strzelanie do tarczy.

– No, potrzebujesz jeszcze dużo nauki. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Podsumował kapłan (przecinek) świdrując go spojrzeniem. Chłopak nienawidził tego (zbędna spacja) . – Teraz złożymy ofiarę. W tamtej klatce, pod ścianą, jest królik. Mam nadzieję (przecinek) że przestudiowałeś zapiski dotyczące oddawania czci bogowi Gwen’Hrgn?
– Tak. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Skłamał chłopak.

– No, szybko. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Ponaglał kapłan. – Dobrze wiesz, ze (że) bóg śmierci nie znosi czekać!
Gdyby istniał. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Dodał w myślach Damir.

Wybacz, króliku. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Przeprosił w myślach.

Gdyby przynajmniej wykorzystać twoje mięso, twoja śmierć miała by (miałaby) sens.
– Co się ociągasz, żal ci króliczka? Wolisz, żeby śmierć spadła na ciebie? Dureń, (raczej kropka)
Żeby zaraz nie spadła na ciebie, stary pojebie. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Chciał odpowiedzieć, ale powstrzymał się (ale się powstrzymał – szyk; jeśli to możliwe, nie stawiamy 'się' na końcu zdania).

Normalny człowiek zwymiotowałby. (raczej przecinek i dalej małą literą) Ale nie ktoś (przecinek) kto już złożył kilkaset ofiar.

– Idź się teraz pobiczuj, (zbędny przecinek) za grzechy. (zamiast kropki – skoro 'rozkazał' – powinien być wykrzyknik i po myślniku małą literą) – Rozkazał Pareet z wrednym uśmieszkiem.

I tak miał tam schowaną Antyteologię Bergmanna, męczennika, (zbędny przecinek) spalonego za herezje, dotyczące poglądów na temat istnienia, a raczej nieistnienia bogów.

Luthiel niosła na tacy niezliczona (niezliczoną) ilość słoiczków i suszonych ziół.

Może uda się jej ukraść jakieś ciastka, było by (byłoby) miło.

Po chwili, (zbędny przecinek) wraz z Pareet’em byli w pokoju. Ten zrobił mu tyradę na temat nieposłuszeństwa, poinformował go, iż powie o tym ojcu, po czym stwierdził, ze (że) ktoś taki nie jest godny przynależeć do tak wspaniałego rodu jak Allandarowie. Wściekły strzelił jeszcze chłopaka prosto w twarz, łamiąc nos. Chłopak nie bronił się nawet, wiedział (przecinek) że to tylko pogorszy sytuację.

Po jakiejś godzinie siedzenia na ziemi i nienawistnego wpatrywania się w ścianę, (zbędny przecinek) usłyszał pukanie. Miał dylemat (przecinek) czy otwierać. Mogła to być jego siostra, znienawidzony kapłan, (zbędny przecinek) czy też arcykapłan(spacja)(Damir w dupie miał tytuły tych bałwanów) ewentualnie jego ojczulek, za którym też nie przepadał.

Policzki ciągle się jej lekko rumieniły, co w połączeniu z niezwykle jasną, jak na mieszkańców Dorlandu (przecinek) cerą sprawiało, że wyglądała naprawdę słodko.

Poza piękną, wzbudzającą zaufanie twarzą, (zbędny przecinek) jej figura też nie pozostawiała nic do zarzucenia. Była typowo kobieca. Może nie miała talii osy, ale i tak prezentowała się wspaniale, a w szczególności w białej, obcisłej, kapłańskiej szacie, którą miała teraz na sobie (kropka)

– Witaj braciszku! Co ci zrobili w nos? – zapytała czule, delikatnie dotykając go po twarzy.
– Kapłan… (ona nie pytała kto, lecz co)

Nie martw się. (raczej przecinek) mam tu dla ciebie maść.

Jedyne co (przecinek) to zostanie ci trochę zmieniony nos.

Wpadały wtedy w taką furię, ze (że) nikt nie był w stanie ich powstrzymać.

– Jadę. (zbędna kropka) – powiedziała ze smutkiem.
– Czemu tam? I tylko nie mów (przecinek) że to rodzinna tradycja!

Siedli na ziemi (przecinek) opierając się plecami o łóżko.

Dobrze wiesz (przecinek) co by się stało, gdybym poszła pijana.

Siedzieli w milczeniu, (zbędny przecinek) aż do czasu (przecinek) kiedy Luthiel musiała iść. Pożegnali się (przecinek) przytulając.

Nie mógł wytrzymać, nie wiedział (przecinek) co robić.

Zanim ją napoczął (przecinek) zaryglował drzwi i zabarykadował je biurkiem.

Damir podniósł się i lekko chwiejąc się (się chwiejąc), podszedł do okna.

Masa błędów. Wcięcia akapitów wstawiamy zawsze, gdy piszemy od nowej linii (czyli gdy zaczynamy nowy akapit – dotyczy więc to również dialogów).
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#4
Dzięki wielkie, Stu, za poprawki, naniosę je dziś. Przeczytałem twój poradnik o interpunkcji, ale zrobię to chyba jeszcze z pięć razy, bo dalej klepię takie błędy, że aż smutno.

Cytat:W jego środku znajdował się jedynie ołtarz – spore palenisko z podtrzymywanym bez przerwy ogniem oraz ustawione wokół niego drewniane, rzeźbione w ozdobne zwierzęta, ławy z oparciami. (najpierw piszesz, że był tam jedynie ołtarz, a później wymieniasz jeszcze rzeźby i ławy; coś tu nie halo) Z powodu braku okien, (zbędny przecinek) wewnątrz panował upiorny półmrok.

Co do tego, to dla mnie jest poprawne, ponieważ: Jedynie PALENISKO oraz ŁAWY.

Poprawione wszystko, zgodnie z radami Nawki, więc powinno być już bezbłędnie.
I dzięki wam umiem już stosować poprawny zapis dialogów.
Odpowiedz
#5
Cytat:W jego środku znajdował się jedynie ołtarz – spore palenisko z podtrzymywanym bez przerwy ogniem oraz ustawione wokół niego drewniane, rzeźbione w ozdobne zwierzęta, ławy z oparciami. (najpierw piszesz, że był tam jedynie ołtarz, a później wymieniasz jeszcze rzeźby i ławy; coś tu nie halo)

To albo coś jest nie tak z tym zdaniem, albo z twoją logiką.
Przede wszystkim w obecnej formie wynika, że ołtarzem było palenisko. Pozostałe elementy wyposażenia nie mogą stanowić wykluczają użycie słowa 'jedynie'. Według mnie to zdanie powinno wyglądać tak:
W jego środku znajdował się ołtarz – spore palenisko z podtrzymywanym bez przerwy ogniem – oraz ustawione wokół niego drewniane, rzeźbione w ozdobne zwierzęta, ławy z oparciami.

Ale to twój tekst, więc zrobisz jak zechcesz.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
Mam kilka uwag:

Rytuał:

Cytat:Mam nadzieję, że przestudiowałeś zapiski dotyczące oddawania czci bogowi Gwen’Hrgn?
– Tak – skłamał chłopak.
Koleś nie przestudiował zapisków, jak wspomniał. Okej. Później czytam, że złożył już setki ofiar, więc to musi być jakiś inny, specjalny sposób odprawiania rytuału.
Cytat:Chłopak zgodnie z rytuałem podciął zwierzęciu ścięgna oraz przejechał siedem razy ostrzem po grzbiecie.
– zastanawia mnie, skąd to wiedział, skoro nie przestudiował zapisków?
Cytat:Każda ofiara polegała na zabiciu i spaleniu zwłok, wiec nawet nie marnował czasu na czytanie o tym.
Cytat:Półżywe zwierzę zaczęło kwilić, płonąc żywcem.
– przedtem wspomniał, że w pierwszej kolejności trzeba zwierzę zabić, ale podciął tylko ścięgna (jakie, gdzie?) i wrzucił żywcem do ognia. I chyba jednak coś o tym poczytał, bo wiedział co powiedzieć (modlitwa) i co zrobić, a kapłan Pareet wygląda na wymagającego nauczyciela, więc zauważyłby chyba jego nieprzygotowanie? Wyczuwam tu trochę chaosu.

Czytało się dosyć dobrze, jeśli nie liczyć błędów interpunkcyjnych, których było sporo. Niestety, tak jak Nawka nie podobały mi się te wulgaryzmy, całkiem nie pasujące do klimatu, czasów tekstu. Jestem ciekawa, co było tym punktem zapalnym, że Damir powiedział w końcu "dosyć" środowisku w jakim się znajdywał i co zrobi teraz, kiedy nieco wypił. Czekam również na następne części, bo mam pewne podejrzenie, ale muszę przeczytać więcej, by się w tym upewnić i podzielić. A, i mam pytanie: czytałeś Pana Lodowego Ogrodu?
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Nie, nie czytałem Pana Lodowego Ogrodu. Jakie to podejrzenie?
I poprawiłem fragment z paleniskiem.
No i namieszałem z tym rytuałem, poprawię to jeszcze dziś jakoś :)
Odpowiedz
#8
Oprócz kilku błędów logicznych miło i przyjemnie się czyta :)
Odpowiedz
#9
Nie ma co wypominać grzeszków, bo to dosyć obszernie zrobili moi poprzednicy. Powiem tylko krótko o samym tekście.
Czytało się go dobrze. Jest spójny i wprowadza niepokój do duszy czytelnika, który zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę się dzieje. Jest to duży plus, gdyż (moim zdaniem) każdy DOBRY tekst powinien w jakiś sposób oddziaływać na czytelnika.
O fabule jeszcze za wiele powiedzieć nie mogę, zwłaszcza, ze nie czytałam poprzedniego tekstu, którego powyższy jest kontynuacją.

To chyba tyle. :)
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#10
(11-03-2014, 00:16)Valinohtar napisał(a): Wyszedłszy z pokoju, skierował się ku jadalni położonej na drugim końcu zamku. Po drodze spotkał zarządcę zamku, grubego kasztelana Del Rey’a, którego nie znosił z całego serca.

Niepotrzebne, według mnie, powtórzenie. To jedyne, co mi się rzuciło w oczy. Oprócz oczywiście, wymienionych już przez Trice, błędów logicznych.
Bardzo fajnie i przyjemnie się czytało. Podobał mi się początek i opis, jak wygląda wypędzanie demonów.
Jestem ciekawa, czy bogowie pozostaną tylko tłem, czy odegrają większą rolę.
Na koniec prawie się popłakałam. Przeraziłam się jak wyjął nóż. Myślałam, że spróbuje zrobić coś głupiego.
Czekam na ciąg dalszy, a "Pana Lodowego Ogrodu" gorąco polecam.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości