Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Inne Falk McGane – zaginiony chłopiec
#1
Przepraszam z góry za wcześniejszy temat, złamałem regulamin ale już poczytałem trochę prac, oceniłem i myślę, że mogę wstawić coś swojego. Na razie będzie to prolog, nie bardzo związany z fabułą, ale pozwala poznać trochę bohaterów i wprowadza w klimat. Także, miłego czytania.


Prolog

Rok 1694 (bądź coś koło tego)

Czy zdarzyło ci się kiedyś zabić człowieka? To tylko… proste pytanie. Każdy z nas zna odpowiedź, choć czasami ciężko o tym myśleć. A teraz, zadam ci jeszcze jedno pytanie. A gdybyś musiał zabić człowieka? Nie musisz odpowiadać. Proszę, usiądź tylko i wysłuchaj mojej krótkiej historii.
Ten dzień mieliśmy spędzić w porcie, ludzie byli wyczerpani, i głodni. Każdy, kto dowodził, bądź dowodzi załogą groźnych i bezwzględnych piratów gotowych na wszystko, doskonale wie, że to niebezpieczne połączenie. Ale w tamtym okresie byłem tylko dzieckiem, niewiele wiedziałem o życiu i obyczajach tych ludzi. Wspominam te czasy jak przez mgłę. Kapitanem był Gordon, a dokładniej Gordon Montrose. Umiał zadbać o potrzeby załogi, przewodził już długie lata, znał się na swoim rzemiośle jak nikt inny. W każdym razie, nasz pobyt w tym małym, portowym miasteczku, którego zresztą nazwy i tak nie pamiętam, nie trwał zbyt długo. Jak już wspomniałem, gdy przewodzisz takiej bandzie, musisz być gotowy na wszystko. Pamiętam tylko krzyki, wystrzały z pistoletów, a następnie szczęk kordelasów, który mnożył się ze wszystkich stron. Ktoś mnie złapał od tyłu przez ramię, poczułem ogromną dłoń która ścisnęła moją klatkę piersiową. W pierwszej chwili zawładnęło mną przerażenie, tłum walczących ze sobą ludzi, krew i jęki rannych sparaliżowały mnie kompletnie, nigdy wcześniej nie widziałem takiej jatki. Dopiero po kilku sekundach spostrzegłem, że to Gordon mnie chwycił. Do dzisiaj jestem pod wrażeniem jego siły. W jednej ręce trzymał zniszczony już miecz, a w drugiej mnie. Pędziliśmy ile sił w kierunku statku, nie było łatwo. Droga była wąska, fale obijały się o kamienne ścianki, zalewając wszystko wodą. A w dodatku trupów przybywało z każdą sekundą, niektórzy próbowali o resztkach sił uciekać, czołgając się jak robaki. Inni wpadali do wody, wydając z siebie ostatni oddech, oraz krzyk przerażenia. Wielu konało na miejscu od śmiertelnych ciosów, które zadawały zatapiające się w ich ciałach śmiercionośne ostrza. Gdy tak biegliśmy, wydawało mi się, że mija wieczność. Mogłem doskonale obserwować przebieg walki, wtedy byłem jeszcze drobnej postury, mój wzrost nie przekraczał nawet metra dwadzieścia. Dlatego też chwyciłem mocno Gordona za szyje oburącz, i kątem oka spoglądałem na rozwój wydarzeń. Akurat ten widok, utkwił mi w pamięci bardzo dobrze. Nikt do dzisiaj mi nie wmówi, że broń używana przez piratów jest słaba i niedopracowana. Nie słyszałem większej bzdury. Ale myślę, że najlepiej przekonał się o tym jeden z marynarzy, który z odrąbaną nogą leżał teraz na ziemi i mierzył niebo swoim przygasłym już spojrzeniem. Widok był straszny, dlatego też zamknąłem oczy i jeszcze bardziej wtuliłem się w kapitana. Ten natomiast gnał dalej na oślep. Po drodze mijając kilku dowódców wydawał im krótkie rozkazy. Moich uszu dobiegł także krzyk kobiet, jednakże najbardziej strasznym i przenikliwym dźwiękiem był płacz ich dzieci. Nie wiem skąd one się tam wzięły, nie chciałem o tym myśleć.

– Odwrót! Na pokład łajzy! – Rozległy się krzyki.

Pole walki zaczęło się zmieniać, front przesuwał się coraz bardziej w stronę statku, tak jakby wrogowie chcieli nas zepchnąć w stronę morza. Ich przewaga liczebna rosła z każdą chwilą. Na szczęście byliśmy już na miejscu, tak jak połowa załogi. Kolejna połowa dalej prowadziła walkę i opóźniała nieprzyjaciół. Wszyscy dobyli muszkiety, ja natomiast spoglądałem teraz przez burtę. Poszła pierwsza salwa, około piętnaście muszkietów wystrzeliło jak jeden. Gordon przygotowywał statek do odpłynięcia, natomiast rozkazy strzelcom wydawał kto inny. Wtedy jeszcze byłem tutaj nowy, w końcu jako dziecko nie mogłem wiedzieć za wiele. Kolejna salwa rozbrzmiała w moich uszach, a ja z coraz większym zaciekawieniem przyglądałem się walczącym, którzy byli coraz bliżej naszego statku. Pirat ubrany w długi, czerwony żupan i trójkątny kapelusz, wymachiwał kordelasem na znak kolejnego ostrzału. Jeśli chodzi o niego, kompletnie nie przypominał pirata. Był ubrany elegancko, wymachiwał szablą z wielką gracją, jakby był zaprawionym oficerem od wielu lat. Ale nie on teraz przyciągał moją uwagę. W tłumie dojrzałem kobiety z dziećmi, prowadzone przez kilku piratów. Opierały się jak mogły, ale to na nic. Ich oprawcy byli brutalni, ciągali za włosy, zastraszali, grozili dzieciom. Resztka naszej załogi osłaniała ich, jakby eskortowała jakiś konwój. W końcu kobiety zostały wprowadzone na statek, reszta załogi także się na nim schowała. Z gardeł towarzyszy wydał się gromki okrzyk zwycięstwa, gdy statek w końcu oderwał się od brzegu. W naszą stronę poleciało wiele kamieni i bluzg, jednakże było już po wszystkim. Wszyscy świętowali, tylko Gordonowi nie było do śmiechu. A ja? Ja jak zawsze nie wiedziałem o co chodzi. W końcu, nie wiele jeszcze rozumiałem. Kobiety zostały związane, gwarzenie piratów przerywał przenikliwy płacz dzieci, a statek oddalał się coraz bardziej. Miasteczko znikało powoli za horyzontem. Zazwyczaj nikt nie zwracał na mnie uwagi, wszyscy byli zajęci sobą, dlatego też żeby nie przeszkadzać wchodziłem na maszt i obserwowałem życie na łajbie. Tym razem jednak nie było tak wesoło, na całym okręcie rozległ się krzyk kapitana.

– Cisza do jasnej cholery! Wy kurwie syny. – W głosie Gordona było słychać niebywałą złość.

Na statku zapadła cisza. Kapitan zszedł niżej, splótł swoje ogromne dłonie za plecami, a następnie podszedł do związanych kobiet. Które teraz w gromadzie siedziały na środku statku, ze spuszczonymi głowami. Wiele z nich potajemnie płakało, aby nikt nie zauważył, wiele było przerażonych, ale żadnej nie przyszło na myśl aby się odezwać.

– Kto jest za to odpowiedzialny, niech wystąpi. – Montrose wskazał palcem na dziewki.
– A no ja, panie kapitanie – w jego głosie było słychać taką drwinę, że aż się uśmiechnąłem. – Coś się nie podoba?

W tym momencie ujrzałem niskiego pirata, o drobnej posturze. Jego brzuch przepasał pas, z różnymi nożami. Włosy miał długie, opadające mu aż do oczu. Odgarnął je jednym, ale za to zwinnym ruchem ręki. Nie miał butów. Jego nogi były brudne, zaniedbane, ale poruszał się z niebywałą śmiałością. Źle mu z oczu patrzyło, miał twarz łotrzyka, przebiegłą, oraz najbardziej zapadł mi w pamięci, ten szyderczy uśmiech…

– Gadaj, skąd one się tu wzięły? – zapytał spokojnym głosem Gordon, zbliżając się powoli do pirata.
– Każdy chce się zabawić, nieprawdaż, chłopcy? – Ten nawet nie drgnął, tylko jeszcze bardziej się uśmiechnął, gdy załoga zawtórowała mu.
– Uprowadziliście ich kobiety, z ich miasta, bez mojej zgody. Wiesz czym to grozi? – kapitan zbliżył się do niego. Ostatnie pytanie powiedział szeptem, nachylając mu się nad uchem. Tak, żeby nikt nie usłyszał.
– Wiem, panie kapitanie, ale ja po swojej stronie mam załogę, a pan jest sam. Panie, Gordon. – także odpowiedział szeptem.

Po tych słowach kapitan odsunął się na kilka kroków, rozejrzał się, spojrzał kilka razy na załogę która teraz go otaczała. Na jego twarzy widać było niepokój, nie był już tak poważany jak kiedyś. To pewnie przeze mnie, w końcu jaki kapitan piratów przygarnia dzieciaka. Ale wtedy jeszcze nic nie rozumiałem ani nikt nie potrafił zrozumieć Gordona.

– Dobrze, zgodzę się, kobiety mogą zostać. A co z dziećmi? – spytał dowódca statku.
– Zabić! Zabić! – rozległy się krzyki załogi. – wyrzucić za burtę! – krzyczeli inni.
– Zróbcie co chcecie. – powiedział to tak chłodnym tonem, że przez chwilę poczułem niepokój.

Przyglądałem się temu wszystkiemu z masztu. Siedziałem wystarczająco nisko, by widzieć co się tam działo. Z gardeł piratów wydobyły się niskie okrzyki, rzucili się na dzieci, wyrywali je z rąk kobiet. Wyrzucali przez burtę, mordowali. Czułem, czułem, że muszę coś zrobić. Ale nie mogłem. Musiałem, ale nie mogłem. Szybko było po wszystkim, plamy krwi zabrudziły cały pokład. Kapitan tylko się przyglądał, zresztą tak jak ja. Dzisiaj już wiem, chciał coś zrobić, musiał, ale nie mógł.

– To już wszystkie? – Głos mu się załamał lekko.
– Chyba tak, teraz panowie! Bierzemy kobitki! – Wszyscy wydarli się ile sił.

Tę chwile pamiętam, jakby zdarzyła się pięć sekund temu. Gdy radość mężczyzn, przerwał płacz, płacz kilku miesięcznego dziecka. Kapitan wziął je na ręce. Wszyscy zmierzyli go wzrokiem. Pirat bez butów wyszczerzył zęby, a następnie zawołał ochoczo.

– No, no, no, to chyba robota dla Falka! – Załoga wpadła w gromki śmiech.

Kapitan przemilczał, wiedział, że tak musi się stać. Dzisiaj to on był niewolnikiem. Spojrzał na mnie, widziałem to jego politowanie w oczach. Tak bardzo nie chciał tego widzieć, ale musiał. Dzisiaj każdy robił, to co musiał. Piraci przywołali mnie na dół. Wspominałem, byłem dzieckiem, niewiele mogłem wiedzieć. Bez świadomości chwyciłem dany mi nóż. Zrobiłem to jednym ruchem. To już nie jest mgła, to nie jest złudzenie. Pamiętam to, jakby zdarzyło się dzisiaj.
Dlatego zadam ci pytanie, czy zdarzyło ci się kiedyś zabić człowieka? To tylko… proste pytanie. Każdy z nas zna odpowiedź, choć czasami ciężko o tym myśleć. A teraz, zadam ci jeszcze jedno pytanie. A gdybyś musiał zabić człowieka? Nazywam się Falk McGane, i ja, to zrobiłem.

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Przy dialogach również stosuje się akapity ;)
Take my mind and take my pain
And heal




Odpowiedz
#3
Hej! Widzę, że postów masz wreszcie wystarczającą ilość, więc na legalu można skomentować. Pojedziemy standardowym systemem, najpierw poprawki, potem uwagi.

Poprawki:
Spoiler: „Prolog”

Uwagi:
Spoiler: „Prolog”

Ostatecznie dzieło oceniam na mocne 4,5/10 :] Weny życzę!
Odpowiedz
#4
Po przeczytaniu twojej całej opinii, uświadomiłem dopiero sobie, jak wiele oczywistych błędów popełniłem. O niektórych rzeczach wiedziałem, a mimo to takie błędy wkradły się bez mojej świadomości. W najbliższym czasie poprawie to wszystko co wymieniłeś.

Co do tego kapitana, ona właśnie taki ma być. To ma wyglądać, jakby stąpał po cienkiej nitce, a pod sobą miał wielki kanion. Poza tym, fabuła rozwinie się trochę inaczej. To tylko urywek.

Dzięki za opinie ;p

PS. przy niektórych błędach i twoich opisach aż zacząłem się śmiać :D
Odpowiedz
#5
No ja mam nadzieję, że się rozwinie :P

I nadal te błędy robisz w odpowiedzi na komentarz też ^^. No ale się wyrobisz.
Odpowiedz
#6
Ja mam chyba jakiś problem ze sobą. Wiem jakie błędy popełniam, ale widzę je dopiero jak ktoś mi je wypomni albo już wstawię jakiś tekst bądź krótką wypowiedź. Nawet jak przeczytam coś dwa razy :D


PS. Oh my god, miałem naniesione poprawki. Niestety źle skopiowałem tekst i wszystko przepadło. Brawa dla mnie :D
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
To czytaj kilkanaście :P Wyrobisz sobie dzięki temu nawyk. No i sprawdzaj innych, to też ci się przyda
Odpowiedz
#8
Cytat:Na razie będzie to prolog, nie bardzo związany z fabułą, ale pozwala poznać trochę bohaterów i wprowadza w klimat. Także ( "Tak że", bo także = też, tak że = a więc ), miłego czytania.


Ten dzień mieliśmy spędzić w porcie, ludzie byli wyczerpani, ( zbędny przecinek ) i głodni. Każdy ( przecinek ) kto dowodził, bądź dowodzi załogą groźnych i bezwzględnych piratów gotowych na wszystko, doskonale wie, że to niebezpieczne połączenie.

Umiał zadbać o potrzeby załogi, przewodził ( dowodził, bo przewodził im ) nimi już długie lata, znał się na swoim rzemiośle jak nikt inny.

W każdym bądź ( bądź – zbędne ) razie, nasz pobyt w tym małym, portowym miasteczku, którego z resztą ( "zresztą", bo zresztą=tak poza tym, natomiast z resztą=z pozostałą częścią: pieniędzy, towarzystwa ) nazwy i tak nie pamiętam, nie trwał zbyt długo.

Jak już wspomniałem, gdy przewodzisz taką bandą ( takiej bandzie ), musisz być gotowy na wszystko.

Ktoś mnie złapał od tyłu, poczułem ogromną dłoń ( przecinek ) która ścisnęła moją klatkę piersiową.

Pędziliśmy ile sił w kierunku statku, ( ale ) nie było łatwo.

Droga była wąska, fale obijały się o kamienne ścianki ( przecinek ) zalewając wszystko wodą. A ( spójnik "a" jest tu zbędny ) w dodatku trupów przybywało z każdą sekundą, niektórzy próbowali o resztkach sił uciekać ( szyk – próbowali uciekać resztkami sił ), czołgając się jak robaki.

Jeszcze niektórzy ( inni ) wpadali do wody, wydając z siebie ostatni oddech, ( zbędny przecinek ) oraz krzyk przerażenia.

A niektórzy jeszcze, ( w trzecim zdaniu powtarzasz ten zwrot, możesz napisać "Wielu skonało na miejscu" ) konali na miejscu od śmiertelnych ciosów, które zadawały zatapiające się w ich ciałach śmiercionośne ostrza.

Dlatego też chwyciłem mocno Gordona za szyje oburącz ( szyk – oburącz za szyję ) , ( zbędny przecinek ) i kątem oka spoglądałem na rozwój wydarzeń.

Akurat ten widok, ( zbędny przecinek ) utkwił mi w pamięci bardzo dobrze.

Po drodze mijając kilku dowódców ( potraktuj to jako wtrącenie, oddzielając przecinkami albo zmień szyk "Mijając po drodze kilku dowódców, w biegu wydawał im krótkie rozkazy" ) wydawał im krótkie rozkazy.

– Odwrót! Na pokład ( przecinek ) łajzy! – rozległy się krzyki.

Był ubrany elegancko, wymachiwał szablą z wielką gracją, jakby był zaprawionym dowódca ( ą ) od wielu lat.

W naszą stronę poleciało wiele kamieni i bluzg ( jeśli już, to raczej bluzgów ) , jednakże było już po wszystkim.

W końcu, nie wiele ( niewiele ) jeszcze rozumiałem.

Zazwyczaj nikt nie zwracał na mnie uwagi, wszyscy byli zajęci sobą, ( tu nie stawiałabym przecinka ) dlatego też żeby nie przeszkadzać ( wtrącenie oddziel przecinkami ) wchodziłem na maszt i obserwowałem życie na statku.


Które teraz w gromadzie siedziały na środku statku ( nie zaczynaj zdanie od "które" chyba że zadajesz pytanie ), ( zbędny przecinek ) ze spuszczonymi głowami do dołu.

Wiele z nich potajemnie płakało, wiele było przerażonych, ale żadnej nie przyszło na myśl ( przecinek ) aby się odezwać.

– Kto jest za to odpowiedzialny, ( zbędny przecinek ) niech wyjdzie. – Montrose wskazał palcem na dziewki.

W tym momencie ujrzałem niskiego pirata, ( zbędny przecinek ) o drobnej posturze. Jego brzuch przepasał pas ( nie wiem, jak można by to zmienić ) z różnej maści nożami.

Włosy miał długie, opadały mu ( opadające ) aż do oczu, ( tu raczej kropka i nowe zdanie ) odgarnął je jednym ale za to zwinnym ruchem ręki.

Źle mu z oczu patrzyło, miał twarz łotrzyka, przebiegłą, oraz najbardziej zapadły mi w pamięci ten szyderczy uśmiech… ( całe zdanie do przebudowania )

– Każdy chce się zabawić, ( zbędny przecinek ) nieprawdaż ( przecinek ) chłopcy? – ten nawet nie drgnął, tylko jeszcze bardziej się uśmiechnął, gdy załoga zawtórowała mu.

– Uprowadziliście ich kobiety, ( zbędny przecinek ) z ich miasta, bez mojej zgody.

– Wiem, panie kapitanie, ale ja po swojej stronie mam załogę, a pan jest sam. Panie, Gordon. – także ( "także" jest zbędne ) odpowiedział szeptem.

Po tych słowach kapitan odsunął się na kilka kroków, rozejrzał się, spojrzał kilka razy na załogę która teraz go otaczała.

Na jego twarzy widać było niepokój, nie był już tak poważany jak kiedyś. To pewnie przeze mnie, w końcu jaki kapitan piratów, ( zbędny przecinek ) przygarnia dzieciaka. Ale wtedy, ( zbędny przecinek ) jeszcze nic nie rozumiałem, ( zbędny przecinek ) ani nikt nie potrafił zrozumieć Gordona.

– Zróbcie ( przecinek ) co chcecie. – powiedział to tak chłodnym tonem, że przez chwilę poczułem niepokój.

Przyglądałem się temu wszystkiemu z masztu. Siedziałem dość wysoko, ale wystarczająco nisko na tyle ( zbędne ), by widzieć ( przecinek ) co się tam działo.

Czułem, czułem ( przecinek ) że muszę coś zrobić. Ale nie mogłem. Musiałem, ale nie mogłem. Szybko było po wszystkim, plamy krwi zabrudziły cały pokład. Kapitan tylko się przyglądał, z resztą ( zresztą ) tak jak ja.

Gdy radość mężczyzn, ( zbędny przecinek ) przerwał płacz, płacz kilku miesięcznego ( razem ) dziecka.

Kapitan przemilczał, ( "wiedząc" albo dodaj spójnik; bo, gdyż ) wiedział, że tak musi się stać.

Napracowałam się w cholerę, jakby rzekł klasyk ( Ep ;) ). To spłata długu wobec Vet, Stu, epoNa, Hella i innych, którzy tak samo ślęczeli nad moimi tekstami. Nic nie powiem na temat fabuły, bo nie miałam czasu na niej się skupić. Poprawisz, przeczytam jeszcze raz:P.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
Dzięki ogromne za poprawki, dzisiaj usiądę późnym wieczorem i wszystko poprawię.
Odpowiedz
#10
Błędy poprawione, pierwszy rozdział.

Rozdział I – „Nowa krew”

Rok 1693

Wojna szybko pochłonęła kraj. Irlandia w mgnieniu oka stanęła w płomieniach, po zamachu na króla wszystko się zmieniło, baronowie skierowali przeciw sobie swe ostrza i rzucili się sobie do gardeł. Rodzina McGane’ów zamieszkała te ziemie jeszcze na długo przed dziadkiem, ojcem jak i samym Falkiem. Góry północy zawsze zachwycały swym pięknem, teraz nadszedł czas, aby je opuścić.
Podróżowali od dłuższego czasu. Wszystkie ważniejsze bagaże zapakowali na konia i wyruszyli czym prędzej się dało. Skutki wojny domowej były widoczne wszędzie, na każdym kroku. Mijali spalone wioski, miasta, maszerujące armie oraz rzeki pełne trupów. Towarzyszył im przewodnik Bennen. Wychowywał się podróżując z miasta do miasta, dlatego też znał te ziemię jak własną kieszeń. Razem z Dollanem, ojcem Falka, jechali na przedzie i rozmawiali na przeróżne tematy. A wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że zdecydowanie było o czym rozmawiać. Falk jechał swobodnie na koniu bagażowym prowadzonym przez jego matkę, rozglądał się to tu, to tam, podziwiając piękne lasy i łąki. W górach nie widywał takich krajobrazów. Bardzo często lubił przysłuchiwać się rozmowom swojego ojca, choć nie rozumiał zbyt wiele, to ubóstwiał gdy starsi wymieniają się poglądami, czy chociażby dyskutują na kompletnie błahe tematy. Tak było też teraz.

– W porcie będzie czekał na was mój znajomy Sam, pochodzi z Wielkiej Brytanii, jest kupcem. Pływa szlakiem handlowym między wyspami, przemyci was na statek, wszystko jest umówione. Wrócicie, kiedy sytuacja w kraju się uspokoi. – Powiedział Bennen, spoglądając kątem oka na Dollana.
– To ty z nami nie płyniesz? – w głosie Dollana było słychać rozczarowanie.
– Zaufaj mi przyjacielu, lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli tu zostanę. Sam to dobry kompan, nie zawiódł mnie jeszcze nigdy. – odparł.
– Dziękuje ci za wszystko, nie wiem co byśmy bez ciebie zrobili. – Spojrzał na Falka, który w tym momencie nasłuchiwał ich rozmowy. – Mam nadzieje, że mojemu synowi nic się nie stanie. I tak widział dużo, aż zbyt dużo. – Dokończył.
– Spokojnie, wszystko pójdzie zgodnie z planem. Gdy już dopłyniecie na miejsce, udajcie się do Londynu. Spotkacie tam dużo naszych, Irlandczycy ciągną tam jak świnie do chlewa. Nie wiem co ludzie widzą w tym mieście, ale gdybyście już tam zawitali, to na pewno znajdziecie bratnie dusze. – Kontynuował Bennen.
– Nie wiem, nie mam pojęcia co zrobimy. Obyśmy się wyrwali stąd jak najdalej. – odpowiedział.
– Racja, przyjacielu, racja. – tym samym przewodnik zakończył rozmowę.

Bennen i Dollan jechali obok siebie ramie w ramie, widać było jak ich wyglądy bardzo kontrastują ze sobą. Przewodnik sprawiał wrażenie masywnego mężczyzny, choć był bardzo niski. Widać było, że jazda konna nie jest dla niego nowością. Poruszał się z niebywałą gracją, natomiast każdy jego ruch dopełniał rytmiczny dźwięk, które wydawały kopyta konia uderzając głucho o ziemie. Dollan także był niski, jednak zamiast dopełniającej tą niedoskonałość masy mięśniowej, posiadał niewielki, wystający brzuch. Jedyne owłosienie jakie posiadał, to była krótko przystrzyżona siwa broda, okalająca jego usta. Jego niezdarne ruchy za każdym razem sprawiały, że na buzi Falka pojawiał się uśmiech, który spoglądał czasami na jeźdźców. Nawet najmniejsza przeszkoda sprawiała ojcu trudności, co było doskonale widoczne gdy o mały włos nie zleciał z grzbietu wierzchowca.

Młodzieniec nie mógł narzekać na nudę. Zdarzyło im się raz minąć powracającą armie, Falk nigdy nie widział tylu żołnierzy. Było ich słychać z promienia pięciuset metrów, jak nie kilometra. Ogromne bębny wyznaczały rytm marszu, a kolumna była tak szeroka, że konieczne było zejść na bok aby nie kolidować z formacją. Falk naliczył około trzydziestu chorągwi, próbował też oszacować liczebność wojsk, jednakże to wydawało mu się nierealne, więc odpuścił. Skala wojny była ogromna. Mimo wszystko po twarzach żołnierzy nie było widać ani woli walki, ani zadowolenia. Nie było także widać hartu ducha. Ci ludzie zostali wyznaczeni, aby z biało, zielono, pomarańczowym sztandarem wyruszyć mordować swoich rodaków. Ta myśl przyprawiała Falka o dreszcze. Wcześniej wojna była znana mu z opowieści, teraz był jej biernym obserwatorem. Ale to co zobaczył wystarczyło, aby wątpić w to czy dożyją dnia kolejnego.

*****

W końcu dotarli do celu, ich oczom ukazały się bramy niewielkiego miasta, którego większą część stanowił port. Jechali właśnie na niewielkim wzniesieniu z którego doskonale było widać cumujące okręty, niektóre z nich były ogromne. Wielkie żagle w przeróżnych barwach zachwycały swoim pięknem. Wojna to nie tylko pożoga i śmierć, wielu kupców, przemytników, czy nawet handlarzy niewolników dostrzegło w niej możliwości zarobku.
Widać było, że przed wejściem panuje straszny tłok. Każdy chciał się dostać do środka, oczywiście wartownicy wpuszczali bez opłat, jednakże ludzi było zbyt wielu, a czas topniał z każdą sekundą. Bram strzegli żołnierze, wyposażeni w karabiny z zamkiem skałkowym oraz mocno wygięte szable. Strój ich był prosty, zwykłe ubrania w barwach biało-pomarańczowych, z zielonymi paskami przecinającymi klatkę piersiową. Głowę przykrywały im szerokie kapelusze z wcięciem po środku oraz zagięciami na krawędziach. Było ich może kilku, maksymalnie kilkunastu. Bennen i Dollan jako pierwsi podjechali do bramy, jako jedyni siedzieli na koniach, więc szybko zwrócili na siebie uwagę.

– Cholera jasna, niech to czort… – Zaklął pod nosem Bennen.

Zaraz dołączyli do niego matka i Falk. Młodzieniec przyglądał się wszystkiemu z zaciekawieniem, wpatrywał w ich swoje niebieskie oczy, na które opadały mu gęste blond włosy. Usta miał lekko otwarte, jakby chciał coś powiedzieć, jednakże to był tylko efekt zainteresowania całą sytuacją, która zaczęła się zaostrzać. Duży tłum ludzi napierał bez wytchnienia.

– Proszę się cofnąć! Wpuścimy wszystkich! Proszę się cofnąć! – krzyczał oficer garnizonu.

Jednak na nic mu to było. Nikt go nie słyszał, a raczej nie chciał słyszeć. Coraz bardziej to napierający ludzie nawet nie zareagowali na trzy wystrzały z muszkietów. Nagle tłum się poruszył, a w tym całym harmiderze i hałasie słychać było głosy zdumienia. Jeden z żołnierzy padł głucho na ziemie, jakby go ktoś w potylicę pistoletem uderzył. Zaraz dobiegło do niego dwóch kolejnych, próbując go obudzić. Zainteresowani ludzie przyglądali się, wymieniali spojrzenia, nadal panował nieznośny hałas. To nie trwało długo. Dziki tłum ruszył jak szalony, gdy któryś z gapiów dostrzegł niepilnowaną bramę. Wartowników było zdecydowanie za mało, szyk został przerwany momentalnie. Wszyscy ruszyli jak wataha wilków, taranując wszystkich po drodze. Oficer garnizonu, który wcześniej starał się opanować sytuacje, teraz nie wytrzymał. Wykorzystał jedną z najbardziej ostatecznych możliwości. Kilku pozostałych żołnierzy na murach nabiło swoje karabiny, na znak oficera zaczęli celować w tłum, który teraz rozproszył się na wszystkie strony i gnał gdzie popadnie, chowając się w wąskich uliczkach między drewnianymi domkami. Niektórzy pędzili wprost do portu i to właśnie oni stali się pierwszym celem. W jednym momencie zahuczało, jakby ktoś strzelił z armaty. Trzy osoby padły trupem, rozpierzchnięty tłum zareagował strachem. Wszyscy kryli się gdzie popadnie.

– Szybko do jasnej cholery, Dollan, bierz żonę, syna i ruszaj do portu, nim wystrzelają nas jak kaczki! – krzyczał ile sił Bennen.

Dollan nie miał zamiaru dłużej czekać. Chwycił Falka sadzając go na przedzie konia, żona usiadła zaraz za jego plecami. Rumak zachwiał się, parsknął, lecz na znak ruszył ile sił. Wjechali przez bramę taranując kilku chłopów, kolejna salwa zagłuszyła tętent końskich kopyt. Bennen jechał zaraz za nimi, pędzili jak wiatr. Jazda w tych warunkach była ciężka, wąskie, brukowane uliczki sprawiały, że konie nie czuły się najlepiej. Do tego wrzeszczący ludzie i ciągle wystrzały z muszkietów. Wierzchowce były przerażone, nie reagowały już nawet na proste polecenia, pędziły jak najdalej stąd. Kolejna salwa nadeszła jak topór kata. Z daleka, niespodziewanie, gdy już myśleli, że nic im nie grozi. Wręcz przeciwnie. Po niej słychać było tylko jęk. Bennen odruchowo złapał się za plecy, tkanina zaczęła powoli przesiąkać czerwono-ciemną posoką. Koń z przerażenia aż stanął dębą, zrzucając rannego na ziemie. Upadł łamiąc sobie kilka żeber, uderzył z wielkim gruchotem o ziemie. Dollan chciał powstrzymać konia, jednakże to na nic, pędził nadal taranując wszystko na swojej drodze. Minęli właśnie część mieszkalną oddalając się od murów, teraz wjechali na bardziej otwartą przestrzeń zostawiając za sobą rannego przewodnika. Ojciec Falka zastanawiał się, czy jeszcze jest to możliwe, aby żył. Ale jego obowiązkiem było to sprawdzić. Nareszcie koń się uspokoił, po czym zatrzymał kręcąc się w kółko. Pierwszy zsiadł Falk z matką, następnie Dollan.

– Czekaj tu na mnie skarbie, wrócę po niego i ruszymy dalej. – powiedział do żony, po czym ile sił w nogach ruszył do rannego.

Bieg sprawiał mu trudności, szybko się zmęczył, tym bardziej, że orientacja w terenie przychodziła mu z trudem. Pędzili z ogromną prędkością, ledwo pamiętał gdzie skręcali przemierzając masę wąskich uliczek i domków. W końcu ujrzał Bennena. Podbiegł do niego najszybciej jak potrafił, przy czym ukląkł i z przerażeniem w oczach próbował go ocucić. Nie wykazywał żadnych oznak życia. Krew powoli zaczęła spływać na brukowaną drogę. Dollan rozejrzał się, kompletnie nie wiedząc co zrobić. Ludzie przechodzili obojętnie patrząc na nich jak na dziwaków, albo patrzyli tylko przez chwilę, po czym zbywali ich machnięciem ręki i kontynuowali podróż. Śmierć nie była tu nowością, ginęło wielu ludzi.
Dollan chwycił go mocno, po czym przeciągnął aż do miejsca gdzie zatrzymał się ich koń. Wyjęli duży koc z bagażu, a następnie owinęli nim ciało Bennena. Ojciec Falka przeżegnał się, po czym wymamrotał coś pod nosem. Z trudem wpakowali ciało na wierzchowca i ruszyli zagłębiając się coraz to bardziej w dzielnice portową. Dollan był wstrząśnięty, Falk kompletnie nie wiedział co robić, szedł teraz spokojnie i wpatrywał swoje ciekawskie oczy w ciało zwisające i podskakujące z każdym ruchem konia. Przyprawiało go to o mdłości. Jednakże teraz ich największym zmartwieniem było dotarcie do Sama. W końcu, muszą zadbać o siebie, bo o Bennena nikt już dbać nie musi.

– Oby trafił do lepszego miejsca… – wymamrotał pod nosem Dollan, a łzy ciskały mu się do oczu.

Trafili na do celu, roiło się tu od ludzi. Mimo ciężkich czasów, które nastały, handel kwitł tutaj w zaskakującym tempie. Kupcy przekrzykiwali się ze swoimi ofertami, a zaraz za nimi ludzie płacili ogromne pieniądze za przewozy do Wielkiej Brytanii. Dollan chodził, wypytywał, szukał handlarza o imieniu Sam, jednak to na nic. Nikt nic nie wiedział, nikt nawet nie słyszał o takim człowieku.
Ktoś szarpnął Dollana za ramię, był to dzieciak może w wieku czternastu, piętnastu lat. Śmierdziało od niego rybami, gdy ojciec Falka spojrzał na niego, dostrzegł że jest bardzo skąpo ubrany. Ledwo ukrywał swoją nagość, gdy porywisty wiatr targał jego ubraniami. Nie miał także butów, a stopy brudne i pokaleczone. Ale podszedł do niego z dużą pewnością siebie, uśmiechnął się, rozejrzał na prawo i lewo.

– To ty szukasz Sama? Nieprawdaż? – spytał, garbiąc się lekko przy tym.
– Tak, szukam, szukam… Znasz go młodzieńcze? – odpowiedział Dollan po chwili milczenia.
– Głupie pytanie... – wymamrotał w odpowiedzi.
– Słucham?
– Nic, nic. Zabiorę cię do niego. A gdzie Bennen? Sam go wyczekuje od dłuższego czasu, mamy interes. – spojrzał na niego przenikliwym wzrokiem, a na dźwięk słowa interes, wyszczerzył zęby w iście szyderskim uśmiechu.
– Niestety. Nie przeżył. – spuścił głowę.
– A co go zabiło? – spojrzał na Falka i matkę, a następnie ponownie na ojca. – Choroba!? Czy niedźwiedź was napadł w lesie? Może to jedna z dziewek, z którymi tak chętnie sypiał. Pewnie się czymś zaraził, biedaczyna. – młodzieniec wybuchnął śmiechem. – Dobra, koniec żartów, chodźmy.

Dollan stał chwilę osłupiony tym co się stało, zamyślił się, przypominając sobie wszystkie chwilę spędzone z Bennenem. Głos młodzieniaszka wyrwał go z tego stanu i ponaglił, aby za nim podążali. Tak też zrobił, nie miał innego wyjścia. Szli szybkim marszem, mijali wiele stoisk oraz okrętów aż w końcu dotarli na sam koniec portu. Galera którą ujrzeli wprawiła ich w zdumienie. Ogromny okręt dryfował spokojnie przywiązany do kilku drewnianych bali. Jedyne wejście na statek stanowiła solidna, szeroka deska oparta o kamienny chodnik. Dziub łajby skracał się pod bardzo małym kątem, gdzie jedną nogą opierał się właśnie kapitan. Rodzina McGane’ów stanęła przed nim, dzieliła ich tylko woda. Dowódca spojrzał na nich spod ukosa, zaciągnął jeszcze kilka razy fajkę którą trzymał w ustach, po czym pogładził się po długiej, czarnej brodzie i rzekł.

– To wy? Przybyliście z Benenem? – spytał niskim tonem.
– Tak, to my. Niestety, tylko my przeżyliśmy. – odparł Dollan.
– Widzę, widzę. To nic, pakujcie się na pokład. Porozmawiamy na okręcie. – machnięciem ręki wskazał im wejście.
– A co z ciałem? – spytał ojciec Falka.

Jednak odpowiedzi żadnej nie otrzymał, kapitan zaśmiał się tylko na głos i ruszył w głąb statku, znikając powoli za burtą.

– A co ty żeś sobie myślał? Trupa targać będziemy? – spojrzał na niego pytająco. – Do wody go, tam mu będzie dobrze. – ponownie zaśmiał się szyderczo.
– Oszaleliście!? Nie zostawię go. Był moim… – próbował dokończyć.
W pół wypowiedzi przerwało mu dwóch członków załogi, też o bosych stopach zeszli z pokładu. Dollan mógł się tylko przyglądać. Chwycili ciało jego przyjaciela, rozbujali i wrzucili do wody. Pozostał po nim tylko głośny plusk oraz czerwona plama krwi unosząca się na powierzchni. Następnie bez słowa i pośpiechu wrócili na pokład, a zaraz za nimi poszedł młodzieniec. Rodzina McGane’ów przyglądała się temu z niedowierzaniem.

– Tato, na pewno dobrze postępujemy? – spytał młody Falk.
– Synu… Spokojnie… Będzie dobrze… – ojciec sam nie wierzył w to co mówi.

Ponaglił ich głos kapitana.

– Długo mam czekać? Zaraz odpływamy! – wyjrzał za nimi.

Chwilę tak jeszcze stali, ale w końcu nie mieli wyjścia. Zdjęli bagaże, Falk i jego matka weszli na pokład. Dollan próbował jeszcze wprowadzić konia, jednak ten bardziej przypominał osła, uparty za nic nie chciał ruszyć. Najzwyczajniej się bał. Cały pokład kołysał się i chwiał, tym bardziej, że koń jeszcze nie zdążył ochłonąć po wydarzeniach spod muru.

– Zostaw tą szkapę! Tam ci nie będzie potrzebna. – powiedział poważnym tonem kapitan, jakby chciał mu rozkazać.

Wszyscy już znaleźli się na pokładzie, a ten odbił od portu kierując się na otwarte morze. Spod pokładu wyszło wielu marynarzy, o ile tak ich można było nazwać. Niewielu różniło się wyglądem od młodzieńca, z którym wcześniej miał przyjemność rozmawiać ojciec Falka. Jedynie kapitan, był ubrany ze splendorem. Na palcach jego dłoni nie brakło złotych pierścieni, na długim, fioletowym płaszczu z żółtymi guzikami, zwisały mu dwa krótkie pistolety. A u boku nosił francuską szpadę. Statek napędzany był wiosłami, a nad głowami załogi górowały trzy ogromne żagle w kolorze Wielkiej Brytanii.
Dollan razem z rodziną i bagażami zajął miejsce zaraz pod sterem, który znajdował się na podwyższeniu względem całego okrętu. Prowadziły tam dwa wejścia, schody po lewej i prawe stronie. Miasteczko zaczęło znikać za horyzontem, a słońce grzało coraz mocniej. Mimo porywistego wiatru, który panował na otwartym morzu niezależnie od pory roku, słońce dokuczało każdemu na pokładzie co było widać i słychać po ciągłych narzekaniach.

– Siedzieć cicho łajzy! Wiosłować! I raz! I dwa! I raz! I dwa! – krzyczał kapitan.

Dollanowi łajba wydawała się co najmniej podejrzana. Ani śladu towaru, jedyne rzeczy jakie przewozili to ich bagaże oraz poukrywane w skrzyniach materiały. Wątpliwości i złe przeczucia narastały z każdą sekundą, aż nastał punkt kulminacyjny.

– Dobra, szczury lądowe! Zmieniać żagle! – rozkazał mężczyzna stojący na maszcie.

Płótna z Brytyjską flagą zniknęły w mgnieniu oka. Na ich miejsce zostały wstawione wszystkim znane i budzące strach żagle, czarne jak smoła z białą czaszką na przedzie. Teraz to one górowały nad załogą. Gdy wszyscy je ujrzeli, rozpoczęli śpiewać donośnym głosem, jak jeden mąż. Gdy wiatr z pełną siłą poruszył żaglami, wiosła zostały schowane, a na ich miejsce wytoczono armaty. Dollanow’i aż się słabo zrobiło. Objął Falka i przyciągnął do siebie, rozglądając się z przerażeniem. Po chwili usłyszeli powolne stukanie na górnym pokładzie, aż w końcu ujrzeli kapitana, którzy trzymając teraz ręce za plecami skierował się powolnym krokiem do swoich pasażerów.

– Jak ci się podoba mój okręt młody człowieku? – skierował to pytanie do Falka.

Ten oczywiście nie odpowiedział. Wszystko działo się zbyt szybko, a w dodatku kapitan wzbudzał w nim niepokój. Był bardzo pewny siebie, wyprostowany, spoglądał na nich z pewną dumą w oczach, jakby chciał się czymś pochwalić.

– Rozumiem. Możecie być spokojni, nic wam się nie stanie. Ja mam was tylko dostarczyć. – tym razem spojrzał na Dollana.

Milczeli chwilę. Ojciec Falka nie chciał odpowiadać, spuścił tylko wzrok i milczał. Ciszę przerwał krzyk jednego z masztowych.

– O w mordę! Piraci! Piraci! Wytoczyć działa! Panie kapitanie, co robimy? – spojrzał na dowódcę.

– No cóż, w zaistniałej sytuacji, nie mogę niczego obiecać. – zaśmiał się na głos. – Wszyscy do broni! Wytoczyć działa! Na prawo! – żwawo wydawał rozkazy.

Kapitan szybko jak lis znów złapał za ster, chwycił lunetę i mierzył wzrokiem bezkresne morze. Naprzeciw nim płynął kolejny okręt, z tak samo wyglądającymi żaglami. Wszyscy na pokładzie dobyli już broni, a statek powoli odbijał w prawą stronę, równolegle do łajby oddalonej o nie więcej niż kilometr. Wiatr był mocny, porywisty, zbliżali się do siebie w zabójczym tempie, byli już na tyle blisko, że obie załogi słyszały się nawzajem. Śpiewali, krzyczeli, zagrzewali się do walki, oddawali pojedyncze strzały, ale każdy czekał na jeden rozkaz. Nagle okręty stanęły jak wryte, kotwice zahaczyły o dno szarpiąc całym pokładem. Dollan wraz z rodziną schował się w kącie pod sterem, tylko Falk jednym okiem nadzorował co się dzieje. Zapadła cisza. Słychać było tylko dwa głosy oraz dwa takie same słowa, wypowiedziane w podobnym czasie.

– Ognia! – rozległy się niczym huk.

Nie minęło kilka sekund, a wszystkie armaty wystrzeliły śląc czarną śmierć w szeregi wroga. Kule rozbijały dosłownie wszystko, przelatywały na wylot, niszczyły skrzynie. Trafiały nawet w załoge, niosąc ze sobą ludzi wprost do morza.
W szeregach obu załóg aż zawrzało. Nad głowami zawisły liny, wróg był liczniejszy i lepiej uzbrojony, więc kapitan rozkazał aby bronić pokładu. Wkrótce pojawili się na nim wrogowie. Prowadzili walkę w tak szybkim tempie, że nie można było rozróżnić przyjaciela od wroga. Ale to nie było to istotnie, Dollan nie powinien się tutaj znaleźć, a tym bardziej jego rodzina. Chwycił kawałek deski i ukryli się w kącie, patrząc na rozwój wydarzeń.
Piraci siekali się jak mogli, skąd mogli i kiedy mogli. Jedyny dźwięk jaki teraz można było usłyszeć, to fale oraz szczęk stali. Oczom Dollana ukazał się kapitan, zeskoczył z wzniesienia trzymając pistolet w jednej i szpadę z drugiej. Natychmiast doskoczyło do niego trzech przeciwników. Pierwszy z nich, o wątłej postawie próbował powalić kapitana jednym prostym cięciem od góry, jednakże ten się uchylił a następnie posłał kulę w brzuch przeciwnika. Następnie zwinnym ruchem sparował kolejne uderzenie, aż stal zadźwięczała piskliwie. Nie czekając ani chwili dłużej, kopnął swojego oponenta i jednym zwinnym ruchem ciął go od dołu w górę, rozcinając mu gardło. Fontanna krwi trysnęła na kapitana, ale nawet to go nie powstrzymało przed powaleniem trzeciego przeciwnika. Najpierw wybronił cios z góry, potem z prawej, zwinnym piruetem zaszedł pirata od tyłu i ciął mocnym uderzeniem z lewej. Słychać było tylko jęk i głuche uderzenie o deski, miecz który trzymał ostatni z wrogów kapitana, zatoczył się i wypadł koło Dollana. Ten chwycił go, a następnie powrócił na swoje miejsce. Walka trwała, coraz więcej trupów znajdowało się na pokładzie.
Nagle coś zaświszczało w powietrzu, lina załopotała unosząc się nad głowami, a na okręt wskoczył jeszcze jeden wróg. Inny niż pozostali. W ogromnych dłoniach trzymał lekko pordzewiały miecz, stał teraz tak na środku i się rozglądał. Kapitan „Sam” też go dostrzegł i ruszył mu na spotkanie. Tym razem to on wyprowadził pierwsze uderzenie, jednakże wróg obronił się bez trudu. Szybkim ruchem przeniósł ciężar na prawą nogę i ciął od dołu w łydki, wykonując przy tym przewrót w bok. Dollan przyglądał się wszystkiemu, będąc pod wrażeniem lekkości z jaką to wykonuję. Widowisko przerwał mu jeden z piratów. Bez koszuli, w samych spodniach, z długim płowym wąsem i łysą głową stanął przed Dollanem, wyszczerzając zęby. Widząc jego żonę, oblizał się kilka razy, jakby widział smakowity kąsek. Mężczyzna wstał niezdarnie, trzymając miecz. Pirat natomiast, miał prosty młotek. Nie starał się za bardzo, ponieważ dostrzegł, że ojciec Falka nigdy nie trzymał broni, o ile kiedyś ją widział na oczy. Spokojnie podszedł, strasząc go, markując raz za razem to cios z prawej lub lewej. Dollanowi puściły nerwy, ruszył na przeciwnika z furią godną podziwy, próbując atakować jego tors. Jednak to na nic. Jednym lekkim kopnięciem, pirat powalił mężczyznę na ziemie.

– No wstawaj! – drwił z przeciwnika.

Falk schował się w objęciach matki, jednakże coś nimi szarpnęło. To dwaj kolejni piraci, chwycili ich od dołu i wciągnęli na górę. Jeden zajął rozbieraniem kobiety, drugi natomiast trzymał Falka najmocniej jak potrafił. Ten rwał się, starał się uciec, kiwał głową byleby nic nie widzieć, jednak w końcu utonął w uścisku ogromnego bandyty i nic już nie mógł zrobić.

– Zostaw ją! – Dollan próbował wstać.

Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdołał. Silny cios jego oponenta rozłupał mu czaszkę. Ojciec Falka padł bezwładnie, a z jego głowy zaczęła się sączyć czerwona posoka. Wszyscy spojrzeli na to zdarzenie. Falk korzystając z chwili nieuwagi, wyrwał się z rąk oprawcy i popędził ile sił w nogach. Słysząc za plecami szlochanie i nawoływanie matki, aby uciekał, nie zamierzał się nawet oglądać. Gonili go dwaj piraci. Szybkim susem wskoczył na maszt bez lin, objął go i wszedł na górę. Był wystarczająco wysoko aby go nie dosięgli. Przyglądał się teraz, co robią z jego matką. Jednakże nie było już na co patrzeć. Leżała martwa, oparta brzuchem o burte kiwała się na lewo i prawo, aż w końcu jej bezwładne ciało wpadło do wody. Falkowi napłynęły łzy do oczu. To wszystko działo się szybko, za szybko. Nie myślał teraz o niebezpieczeństwie, tylko płakał, trzymał się najmocniej jak umiał, choć sił mu nie wystarczyło. Płakał i przyglądał się wszystkiemu wokół. Bitwa się zakończyła wielką rzezią, Falk dostrzegł jak nieznany pirat wykańcza kapitana Sama, a następnie chowa swoją pordzewiałą szable do pochwy. Ze stanu zamyślenia wyrwała go rozmowa piratów.

– Dobra! Wyciągaj pistolet i strzelaj! – zawołał jeden z nich.
– Niech wisi! Będziemy mieli ubaw. Potem go zabijemy. – wtrącił kolejny.
– Zamknąć się! – rozkazał kapitan wrogiego statku, który przed chwilą powalił ich przewoźnika a zarazem pirata.

Podszedł do niego spokojnym krokiem, a wokół nich zapadła cisza. Falk patrzył mu teraz w oczy, nie było w nich gniewu, czy niepohamowanej złości. Widział w nich spokój, błogi spokój, jakby nic się nie stało. Jego szklane źrenice były przepełnione strachem, który kapitan zauważył i zwrócił się do niego pierwszy, wyciągając ręke.

– Mam na imię Gordon, Gordon Montrose. A ty jak się nazywasz chłopcze? – spytał z serdecznym uśmiechem na twarzy, szczerym, uśmiechem.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Zaid: Magiczny chłopiec CrasheR 33 8,698 01-07-2015, 13:45
Ostatni post: Vetala
  Fantasy Zaid: Magiczny Chłopiec CrasheR 21 8,510 08-08-2013, 19:34
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości