Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Operacja: Katharsis
#1
Witam po długiej przerwie. Tak się jakoś złożyło, że nie było jak pisać ani czytać. Mam nadzieję, że uda mi się wrócić i aktywnie uczestniczyć w życiu forum.

Co do tego tekstu, to pisany było po długim odwyku od klawiatury. Pewnie będzie sporo błędów i sporo nonsensownego humoru. Uprzedzam – fani poważnych tekstów – odmaszerować:)

Operacja: Katharsis


– Gdy byłem mały, matka mawiała często, że źle skończę. Że jestem cwanym liskiem, któremu kiedyś powinie się noga i straci swój pusty łeb. I coś mi się zdaje, że ta stara wariatka miała rację – warknął pod nosem Butch Higgins, widząc nadbiegające z drugiego końca mrocznej uliczki postacie. Rzucił się do ucieczki, przyciskając mocniej do ciała sporej wielkości kasetkę. Kaptur płaszcza zsunął mu się z głowy, odsłaniając pokaźną łysinę, którą Butch starał się zwykle ukryć, zaczesując długie kosmyki przetłuszczonych włosów z boków głowy ku górze. Mężczyzna biegł co sił w nogach, przeklinając w myślach swoją dość widoczną nadwagę. Wiedział, że napastnicy go doganiają. Oddał kilka strzałów za siebie. Na ślepo. Liczył, że jeśli nie trafi, to choć spowolni pościg.
– Co za beznadziejne ukoronowanie pełnej sukcesów kariery najemnika. Zginę w jakimś ciemnym zaułku slumsów Helmsbergu. – Kolejna myśl prysła spłoszona odgłosem wystrzałów dobiegającym zza pleców Higginsa. Kule odłupywały tynk ze ścian, odbijały się rykoszetem od asfaltu, czasem o centymetry od jego nóg.

To miało być rutynowe zlecenie. Wystarczyło wykraść kasetkę będącą w posiadaniu hrabiego Duvalla, oddać ją zleceniodawcy i nie dać się zrobić w konia przy wypłacaniu honorarium. Zamek hrabiego był marnie strzeżony, więc kradzież nie była specjalnym wyzwaniem. Jednak nikt nie uprzedził Butcha, że jeszcze ktoś chciałby położyć swe łapska na łupie. Higgins mógłby wtedy zażądać wyższej kwoty… lub odnaleźć drugą zainteresowaną stronę i się z nią dogadać, jeśli oferta byłaby zachęcająca. Jednak trzeba uczciwie przyznać, że z agentami Cesarstwa czy Omegi czasem ciężko dojść do porozumienia.

Najemnik skręcił w wąską uliczkę. Potknął się o wystający pręt, którego nie dostrzegł w mroku nocy. Upuścił kasetkę, ale szybko ją podniósł. Kątem oka zobaczył cienie rzucane na ścianę przez nadbiegających napastników. Nie dostrzegł natomiast postaci w lekkim pancerzu otulonej czarnym płaszczem, która zgięta w pół podążała za nim po dachach budynków. Przebiegł kolejne dwieście metrów. Pot zalewał mu oczy. Oddał kolejne kilka strzałów. Głuche kliknięcie oznajmiło mu, że magazynek jest pusty. Odrzucił bezużyteczną broń. Wbiegł do opuszczonego budynku. Wpadł na schody i gnał w górę, walcząc rozpaczliwie o każdy oddech, który dałby mu siły do dalszej ucieczki. Wybiegł na dach. Liczył, że zdoła z niego przeskoczyć na kolejny budynek. Przeliczył się. Życie to nie film. Było stanowczo za daleko. Przed nim znajdowała się krawędź. Kilka pięter niżej widział przejeżdżające od czasu do czasu samochody. Za sobą zobaczył sylwetki ścigających go ludzi.
– No, mości Higgins. Teraz to pozostaje już tylko pocałować się w dupę na dobranoc. I oby nie z języczkiem – wypalił najemnik, spoglądając w dół. Wiedział doskonale, że skok oznacza samobójstwo. Stanął plecami do krawędzi. Po chwili na dachu pojawiły się trzy wielkie postacie. Mężczyźni zwolnili, widząc Higginsa w potrzasku. Spokojnym krokiem zbliżali się, zachowując jednak czujność. Błysnęły ostrza noży. W świetle neonów Butch dostrzegł na policzku jednego z nieludzko napakowanych drabów ranę.
– A więc jednak trafiłem skurczybyka – pomyślał z satysfakcją.
Gdy napastnicy byli już o parę kroków od niego, Higgins wyciągnął przed siebie prawą rękę, składając dłoń w gest imitujący pistolet. Mężczyźni stanęli jak wryci. Spojrzeli jeden na drugiego w osłupieniu, po czym przenieśli wzrok na najemnika. Ten wymierzył „broń” między oczy najbliższego osiłka.
– Puff! – Higgins uniósł nieco dłoń, imitując odrzut spowodowany wystrzałem. W tym momencie rozległ się rzeczywisty huk wystrzału. Głowa „zastrzelonego” przez Higginsa draba eksplodowała niczym melon. Najemnik wytrzeszczył oczy. Pozostali dwaj zdębieli. Nagle za plecami Butcha pojawił się mały wojskowy śmigłowiec, dotychczas ukryty za jednym z budynków. Stara, zdezelowana konstrukcja zbliżała się z precyzją nawalonego menela. To, że ten wrak unosił się w powietrzu można było nazwać cudem. Jego działko wypluło kolejne pociski, które wyrwały w ciałach pozostałych drabów pokaźne dziury. Widocznie strzelec znał się na swoim fachu. Maszyna zawisła na chwilę, jakby chciała przyjrzeć się zdumionemu Higginsowi, po czym minęła go i wylądowała na dachu, czyniąc przy tym sporo hałasu. Po chwili właz otworzył się i wyszedł z niego wysoki, czarnowłosy mężczyzna w skórzanej kurtce i jeansach.
– Pietrov! Jaki ten świat mały. Muszę przyznać, że wejście miałeś pierwsza klasa. – Higgins wyjął z kieszeni płaszcza złamanego papierosa. Zaciągnął się głęboko. – Gdyby nie ty, byłoby pewnie po mnie.
– Wiem. Widziałem, jak cię gonili.
– Tak? I wrodzona skromność zabroniła ci pomóc staremu druhowi odrobinę wcześniej? Wiesz, że bieganie mnie męczy. A w ogóle to co robisz w Helmsbergu? Jak pamiętam, Imperialni mogą tu zarobić kulkę w łeb. Przecież skaczecie sobie z Unią do gardeł przy każdej okazji.
– Powiedzmy, że jestem w celach turystycznych. – Pietrov uśmiechnął się tajemniczo. Spojrzał na trupy. – Wiesz, co to za jedni?
– A cholera wie. – Higgins pogładził posiwiałą brodę. – Na agentów Omegi są za bardzo ludzcy. Nawet krwawią na czerwono. Nefrytowi nie karmią ryżem swoich ludzi aż tak, by wyrośli jak ci chłopcy tutaj. – Wskazał na trzy ciała leżące we krwi. – Tak szczerze, to obstawiałem twoich kamratów.
– Nie. To na pewno nie są Imperialni – zaprzeczył Pietrov. – A wiesz chociaż, dlaczego cię tak ścigali?
– Może ze względu na moje maniery? W przeszłości były już skargi – roześmiał się najemnik. Twarz Pietrova nawet nie drgnęła. Mężczyzna oczekiwał na odpowiedź.
– Gwizdnąłem takie tam pudełeczko. – Higgins poklepał czule kasetkę. – Małe zlecenie, łatwa kasa.
– A więc je zdobyłeś? – zainteresował się mężczyzna. – Gratuluję. Udało ci się okraść hrabiego Duvalla.
– Prosta spra… zaraz! A ty skąd wiesz, że ta kasetka była w zamku Duvalla? Nie ty dałeś mi to zlecenie! – zdziwił się Butch, a jego zdziwienie pogłębiło się jeszcze na widok pistoletu, który pojawił się w dłoni Pietrova.
– Bez urazy, Higgins, ale ta kasetka jest zbyt cenna.
Padł strzał. Butch padł na plecy. Pietrov szybko chwycił metalowe pudełko, po czym wsiadł do śmigłowca. Maszyna uniosła się i szybko zniknęła w mroku nocy.

Najemnik powoli uniósł powiekę… potem drugą. Dostrzegł jeszcze kontury maszyny na nocnym niebie. Usiadł z trudem, masując obolałą pierś i podziwiając dziurę w powycieranym płaszczu.
– Całkiem nowiusieńki, psia jego mać. Krzyk mody na kontynencie. Fakt, z dwadzieścia lat temu, ale jednak. Dobrze, że ten kretyn używał tej swojej imperialnej pukawki do straszenia much – mruknął pod nosem, wyciągając z wewnętrznej kieszeni płaszcza zabytkową piersiówkę. Było na niej wgniecenie po kuli. Butch przyjrzał jej się uważnie. Otarł pot z czoła i uśmiechnął się.
– Picie skraca życie… hahaha akurat!
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Morał na końcu świetny :D Fajnie piszesz, wciąga, ale ten fragment za krótki trochę, niedosyt odczuwam. Jestem ciekaw jak to dalej poprowadzisz. Zauważyłem tylko w jednym miejscu dwa razy Higgins obok siebie, źle to dla mnie wygląda.
Odpowiedz
#3
(17-02-2014, 15:38)-13- napisał(a): Wiedział, że napastnicy doganiają go. (lepiej "go doganiają")

– Co (za) beznadziejne ukoronowanie pełnej sukcesów kariery najemnika.(...) – Kolejna myśl prysła spłoszona odgłosem wystrzałów dobiegających(dobiegającym) zza pleców Higginsa.

Nie dostrzegł natomiast postaci w lekkim pancerzu,(bez przecinka) otulonej czarnym płaszczem, która zgięta w pół (wpół) podążała za nim po dachach budynków.

Wybiegł na dach. Liczył, że zdoła z niego przeskoczyć na dach kolejnego budynku.

(brak wcięcia)– No, mości Higgins.

(brak wcięcia)Gdy napastnicy byli już o parę kroków od niego, Higgins wyciągnął przed siebie prawą rękę, składając dłoń w gest imitujący pistolet.

– Puff! – Higgins uniósł dłoń nieco w górę (pleonazm, lepiej "uniósł nieco dłoń")(przecinek) imitując odrzut spowodowany wystrzałem.

To, że ten wrak unosił się w powietrzu,(bez przecinka) można było nazwać cudem.

Maszyna zawisła na chwilę, jakby chciała przyjrzeć się zdumionemu Higginsowi, po czym minęła go i wylądowała na dachu (przecinek) czyniąc przy tym sporo hałasu.

– Pietrov! Jaki ten świat mały. Musze(ę) przyznać, że wejście miałeś pierwsza klasa.

– Tak szczerze(przecinek) to obstawiałem twoich kamratów.

– Nie. To na pewno nie są Imperialni – zaprzeczył Pietrov. – A wiesz chociaż (przecinek) dlaczego cię tak ścigali?

(brak wcięcia) Padł strzał. Butch Higgins padł na plecy.

(brak wcięcia)– Picie skraca życie… hahaha akurat!

Bardzo przyjemny tekst, łatwy język, całkiem miły bohater i humorystyczne zakończenie. :) Nie mam żadnych uwag, cieszę się, że ktoś "zasila" dział SF. :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Dziękuję za korektę – błędy poprawiłem. To opowiadanie w chwili obecnej właśnie kończę, a że jest dość sporych rozmiarów, postanowiłem wrzucić początek :) A jeśli chodzi o dział SF – to mój ulubiony :)
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#5
Higgins siedział przy stoliku w kącie baru „Ultrafiolet” – jednej z gorszych spelun w Helmsburgu. Miejsce to było zwyczajowym punktem spotkań wszelkich typów spod ciemnej gwiazdy. Najemnik omiótł leniwym spojrzeniem zadymioną do granic możliwości salę. Po podłodze walały się butelki, puszki i pety. Tu i tam posadzkę przyozdabiały barwne wymiociny tworzące czasem artystyczne wzory. Niekiedy koło swego dzieła leżał i sam, najczęściej pijany do nieprzytomności twórca. Większość gości stanowiły napakowane bandziory, w których żyłach krążyła mieszanina alkoholu i narkotyków w przeróżnych, często zabójczych kombinacjach. Do tego należało dodać dilerów, zmęczone wykonywanym zawodem prostytutki, wszelkiej maści degeneratów.
Po chwili do Higginsa dosiadł się wysoki, ostrzyżony krótko blondyn. Już na pierwszy rzut oka można było go ocenić jako udane połączenie cowboya, modela i cwaniaczka.
– I jak? – zagadnął przybysz. Dziwny grymas przyozdobił twarz Butcha. Miał teraz minę sponiewieranego jamnika.
– Miałem to już w rękach, ale w ostatniej chwili pojawił się Pietrov i zabrał kasetkę.
– Że co? – Pięść blondyna huknęła w stół. Mężczyzna szybko jednak opanował złość. Higginsowi nawet brew nie drgnęła.
– Goniły mnie jakieś typy. Uciekłem na dach. Nagle nadleciał Pietrov gruchotem wygrzebanym z wojskowego demobilu i rozwalił tamtych. Pogadaliśmy chwilę, a on strzelił mi w klatę. Popatrz sam! Nowiuśki płaszcz, cholera jasna! – Butch pochwalił się dziurą po kuli Pietrova. – Pewnie jest już w połowie drogi do granic Imperium – dodał po chwili z przygnębieniem.
– Gdzieś mam twój płaszcz – warknął blondyn. – A Pietrov na pewno nie wieje do Imperium. Tamtejsze służby też go szukają. Wyciął im jakiś numer. Rozesłali ludzi. Chcą go żywego lub martwego… z naciskiem na to drugie. – Mężczyzna wyszczerzył zęby w złowrogim uśmiechu.
– No to możemy szukać wiatru w polu, John. – Butch spochmurniał. – Ale rozumiem, że odpalisz mi choć część honorarium? Poniosłem spore koszty. Federacja nie zbiednieje, jeśli dostanę choć kilka dolców.
– Jeśli chcesz dostać coś więcej, niż kopa w tłusty zadek, pomożesz mi odzyskać wirusa. – Rozmówca Butcha dopił drinka, zapiął starą, wojskową kurtkę – element umundurowania komandosów Zachodniej Federacji według przestarzałego wzoru.
– Jasne! Pożycz tylko parę centów, to pójdę do wróżki i dowiem się, gdzie tego łajdaka szukać – odciął się najemnik, wpychając napiwek w dekolt wyjątkowo hojnie przez naturę obdarzonej kelnerki.
– Wiem, kto go namierzył. Imperialna bezpieka jest dobra w te klocki. Poza tym dogadali się z moimi przełożonymi. W sprawie Pietrova współpracujemy na tyle, na ile się da. Rusz dupsko. Spotkamy się z agentem imperialnych.
– Ale jaja! Północne Imperium idzie za rękę z Zachodnią Federacją! – Higgins ryknął śmiechem. Po chwili się opanował. – Zaraz… jeśli chcecie współpracować z Imperium, to co za świństwo zwinął mi sprzed nosa Pietrov? I dla kogo teraz pracuje, że tak was wszystkich przycisnęło? – zapytał poważnie. – I jeszcze jedno, John! Skoro to takie ważne, to czemu zaoferowałeś mi taką niską stawkę, do jasnej cholerci?!
– Wirus niech cię nie interesuje. Odpowiedź na drugie pytanie brzmi: Omega. A na trzecie – bo masz takie długi w kasynach, że każda kwota jest ci potrzebna.
– Kurwa – przeklął najemnik. – Chciałeś mnie wydymać bez mydła! To ja dla ciebie karku nadstawiam… – przerwał, widząc, że blondyn nic sobie z słów Higginsa nie robi. Najlepszym na to dowodem było długie ziewnięcie. – A jeśli chodzi o sprawę z Pietrovem – Butch zmienił temat – to aż się boję spytać, kim jest twój kontakt ze strony Imperium.
– Irina Tymienko.
Higgins osłupiał. Gdyby ktoś mu powiedział, że jest nieślubnym dzieckiem arabskiej księżniczki i zajączka wielkanocnego, byłby mniej zdziwiony.
– Johnie Osmond! Zapomniałeś, ile razy ona chciała nas zabić? Myślisz, że jak się dobrałeś do jej majtek, to przestała cię nienawidzić? Bo ja myślę, że za to, jak ją wykorzystałeś, a potem zdradziłeś, Irina przybije ci jaja do stołu tępym nożem. A mnie przy okazji wykastruje. Tak dla przyjemności. Ja ciebie bardzo, ale to bardzo proszę – przemyśl to jeszcze.
– Mam nadzieję, że Irina bardziej nienawidzi Omegi niż mnie.

Kilka godzin później w opuszczonym magazynie na przedmieściach metropolii panowała cisza. Osmond stał przy oknie oparty o parapet. Przez brudną szybę obserwował bezdomnych zbierających złom. Higgins siedział na krześle i palił kolejnego papierosa. Po każdym kolejnym spoglądał na zegarek. Nie lubił czekać. Osmond spojrzał na kompana. Usiłował policzyć pety walające się wokół krzesła, na którym siedział najemnik.
– Wiesz, że ten nałóg cię zabije? – John odwrócił się ponownie do okna.
– Nie bądź śmieszny – odparł Higgins, wyciągając następną fajkę. – Strzelają do mnie przedstawiciele wszystkich nacji. Cesarscy regularnie próbują pozbawić mnie głowy tymi swoimi mieczykami, pieprzone cyberstwory Omegi prują do mnie jak do kaczki, a średnio raz w miesiącu ląduję w pysku jakiegoś mutanta. Jeśli więc zabiją mnie papierosy, będzie to cholerna ironia losu.
– W sumie fakt – przyznał Osmond.
W tym momencie usłyszeli kobiece kroki. Po chwili w drzwiach ukazała się ona. Czarne kozaczki na nieludzko wysokim obcasie, skórzane, doskonale opinające ciało spodnie, czarny, krótki płaszcz, spod którego wylewał się jędrny biust, i burza blond włosów. Ujmując krótko – Irina Tymienko w całej okazałości. Osmond zaniemówił na jej widok. Butch nawet nie zauważył, gdy papieros wypadł mu z ust. Jego obleśny wzrok wciskał się już między uda kobiety.
– Cześć, chłopcy. Tak dawno się nie widzieliśmy – przywitała się zalotnie. Zmierzyła wzrokiem Osmonda, potem rzuciła okiem na najemnika. – John, ty nadal zadajesz się z tym nieślubnym dzieckiem wieprza?
– Ostra kobitka z ciebie, Irina. – Butch nie zraził się ani trochę usłyszaną obelgą. – Gorąca jak zawsze! I chyba na mnie lecisz. – Uśmiechnął się w sposób jednoznacznie wskazujący, jakie myśli chodzą mu teraz po głowie. Tymienko spiorunowała go wzrokiem, lecz powstrzymała się od komentarzy. Podeszła do stojącego przy ścianie krzesła i usiadła na nim, zakładając nogę na nogę.
– Więc?
– Pietrov ma kasetkę. Butch miał ją dla nas zdobyć, lecz Pietrov ją przechwycił – zaczął Osmond, siadając na parapecie. Plecami opierał się o okno. Dla Butcha taki brak ostrożności był nie do pomyślenia. Z drugiej strony, większe niebezpieczeństwo groziło im ze strony zdradzonej i poniżonej przez Osmonda agentki Imperium, niż od płatnego zabójcy czającego się w mroku za oknem.
– Tak to jest, jak się polega na zdolnościach pana Higginsa. – Irina spojrzała w kierunku najemnika wzrokiem pełnym pogardy, po czym skupiła uwagę na starannie wypielęgnowanych paznokciach.
– Jeśli nie odzyskamy wirusa, wolę nie wyobrażać sobie, co zrobi Omega. – John zsunął się z parapetu, który okazał się wyjątkowo niewygodny.
– Pietrov był nieostrożny. Dał się wyśledzić. – Irina wyjęła z kieszeni płaszcza mały wyświetlacz holograficzny. Na środku sali ukazała się niebieskawa mapa. – Według moich informacji, zaszył się w tym rejonie. – Wskazała małe pasmo górskie na terytorium Wielkiej Rzeczypospolitej, niedaleko granicy z Północnym Imperium. – To kompletna głusza – dodała.
– Kompletna głusza z opuszczoną bazą wojskową – poprawił Higgins, spoglądając na mapę z nadąsaną miną.
– Jaką bazą? – zainteresował się Osmond.
– Te tereny całkiem niedawno należały jeszcze do Imperium. Po ostatniej wojnie WR położyła łapy na tym rejonie. Imperialni ewakuowali bazę, ale jej nie zniszczyli, zaś Słowianie uznali ją za bezwartościową. W końcu po co komu tajny ośrodek, o którym największy wróg wie nawet to, który kibel jest aktualnie zapchany?
– No popatrzcie, grubas nawet czasem myśli – rzekła z uznaniem Tymienko. – Faktycznie, tam jest nasza stara, drugorzędna… a może nawet trzeciorzędna baza.
Butch rozsiadł się wygodnie. Chrząknął głośno, skupiając na sobie uwagę pozostałych i z profesorską miną zaczął wykład.
– Pomyślcie, co by było, gdyby Pietrov miał do dyspozycji pocisk rakietowy i tego wirusa, który, jak rozumiem, jest jakąś bronią biologiczną. W pobliżu granicy są dwa spore imperialne miasta. Pocisk trafia w jedno z nich. Imperium w akcie odwetu gna swoich wojaków ku granicy Rzeczypospolitej, bo to z jej terenu dokonano ataku. Najwyższy komisarz uzna zapewne, że świeżo zawiązany sojusz między Unią i WR, a potem atak na ich miasto to nie był przypadek. Słowianie dojdą z kolei do wniosku, że to od początku była prowokacja Imperium. Poproszą o pomoc swoich świeżo upieczonych sojuszników – Unię Kontynentalną. Rozkręci się wielka zadyma, a gdy już będzie po wszystkim, niedobitki zostaną wykończone przez Omegę.
– To ma sens – przyznał Osmond. – Pocisk wystrzelono by z terytorium WR. A jeśli byłby to pocisk imperialnej konstrukcji… cóż. Nikt nie starałby się rozwiązać tej zagadki. Wszyscy by się nawzajem oskarżali. Wybuchłaby kolejna wojna.
– Ok. Więc musimy się dostać do tej bazy i odzyskać straconą przez pana Higginsa kasetkę. Przydałby się ktoś, kto załatwi nam dostęp w tamten rejon. Papiery, logistyka, wsparcie. Na terenie Rzeczypospolitej jestem bezradna – stwierdziła niechętnie agentka.
Butch chrząknął, skupiając na sobie uwagę pozostałej dwójki.
– Mam takiego kumpla. Był najemnikiem, ale mu się w głowie pomieszało. Wiecie, za dużo prochów i przemocy. Albo po prostu o raz za dużo po łbie dostał. Rzucił fach i wstąpił do Zakonu Odkupiciela. I tak się składa, że jest na misji w Rzeczypospolitej.
– I niby jakiś załamany mięczak w habicie ma nam pomóc? – spytała z powątpiewaniem w głosie Tymienko, poprawiając wylewające się z dekoltu piersi, czym wzbudziła stan przedzawałowy u obu mężczyzn.
– Myślę, że go przekonam – odparł Higgins. – Kiedyś razem walczyliśmy. Poza tym słyszałem, że już mu się znudziło bycie świętym. Załatwię też lewe papiery. – Wzrok najemnika skupiony był na guziku utrzymującym piersi Iriny pod bluzką. Tak bardzo chciał go odpruć siłą woli.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#6
(19-02-2014, 22:51)-13- napisał(a): – Miałem to już w rękach, ale w ostatniej chwili pojawił się Pietrov i zabrał kasetkę?(kropka zamiast znaku zapytania)

(...) – Rozmówca Butcha dopił drinka, zapiął starą (przecinek) wojskową kurtkę(...).

– Chciałeś mnie wydymać bez mydła! To ja dla ciebie karku nadstawiam… – przerwał (przecinek) widząc, że blondyn nic sobie z słów Higginsa nie robi.

(brak akapitu)Higgins osłupiał. Gdyby ktoś mu powiedział, że jest nieślubnym dzieckiem arabskiej księżniczki i zajączka wielkanocnego, byłby mniej zdziwiony.

(...) doskonale opinające ciało spodnie, czarny, krótki płaszcz, spod którego wylewał się biust(przecinek) i burza blond włosów.

– Ostra kobitka z ciebie, Irina(kropka) – Butch nie zraził się ani trochę usłyszaną obelgą.

– Gorąca jak zawsze! I chyba na mnie lecisz(kropka) – uśmiechnął (Uśmiechnął) się w sposób jednoznacznie wskazujący, jakie myśli chodzą mu teraz po głowie.

– (...)W końcu po co komu tajny ośrodek, o którym największy wróg wie nawet to, który kibel jest aktualnie zapchany.(znak zapytania zamiast kropki)

– Pomyślcie, co by było, gdyby Pietrov miał do dyspozycji pocisk rakietowy i tego wirusa, który (przecinek)jak rozumiem, jest jakąś bronią biologiczną.


Hm, jakoś nie podoba mi się schemat idealnie pięknej kobiety o ciętym języku, ale dopiero się zaczęło, więc nie będę za dużo marudzić w tej kwestii. :D
Póki co nie mam nic do powiedzenia, napisane w ciekawym, momentami humorystycznym stylu, czyta się bardzo dobrze. Chętnie zerknę na kolejne części. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cytat:– Mam nadzieję, że Irina bardziej nienawidzi Omegi, [bez przecinka] niż mnie.
To ja jeszcze dorzucę od siebie to ^^ Poza tym nie mam nic do dodania. Wyczuwam coraz silniejszą nutkę cyberpunku, na który ostatnio mam cholerną ochotę ;D
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#8
Tego samego wieczora do baru „Ultrafiolet” wszedł łysy, postawny mężczyzna. Oczy skrywał za przyciemnionymi goglami. Usta osłaniała maska oczyszczająca powietrze z toksyn. Jego lekki pancerz pozbawiony był jakichkolwiek oznaczeń. Pistolet wiszący w kaburze na prawym udzie i staromodna katana na plecach przykuwały uwagę gości. Jeden z lokalnych zakapiorów wstał od stolika i zastąpił nieznajomemu drogę, szczerząc zęby w karykaturze uśmiechu. Dwaj jego koledzy stanęli tuż obok. W ich rękach błysnęły noże.
– Tyle broni na tym świecie, a tak mało rozumu – mruknął z politowaniem przybysz, po czym dodał: – Siadajcie i pijcie w spokoju. – Maska modulowała jego głos, nadając mu sztuczną, metaliczną barwę.
– A jeśli nie chce nam się już pić? – spytał z wrednym uśmiechem jeden z drabów.
– Nudno tu, dziwki kiepskie, wóda chrzczona. Trzeba sobie co wieczór rozrywki szukać – dodał drugi.
– No to zabawię się we wróżkę i powiem wam, co się zaraz stanie. – Nieznajomy przyjrzał się napastnikom. – Tobie rozkwaszę gębę, twojego kumpla postrzelę, a u tamtego głowa straci łączność z karkiem. Potem wrócę do ciebie i odstrzelę ci jaja.
Następne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Szybki cios rozkwasił nos pierwszego z drabów. W czasie gdy lewa ręka wędrowała już za plecy w poszukiwaniu katany, prawa wyciągnęła broń i niemal równocześnie drugi napastnik padł, trzymając się za krwawiące udo. Ostatni z drabów wyprowadził cios, lecz nóż ześlizgnął się po czarnym pancerzu. Chwilę później błyszczące ostrze katany świsnęło w powietrzu i ścięta głowa mężczyzny spadła na ziemię. Drab z krwawiącym nosem oprzytomniał. Rozpaczliwymi ruchami próbował wyszarpnąć pistolet z kabury na biodrze. Nie zdążył. Poczuł lufę naciskającą na rozporek. Padł strzał.
Goście przez moment gapili się w osłupieniu na egzekucję, bo trzeba przyznać, że nie sposób było nazwać całego zajścia walką. Jednak gdy tylko przybysz schował broń i zrobił pierwszy krok, wszyscy równocześnie, niczym tancerze synchroniczni, wrócili do rozmów i gry w karty, nie zwracając uwagi na trupy czy jęczącego zakapiora z obficie krwawiącą nogą.
Przybysz zaś podszedł do baru i skinął na zgrabną kelnerkę z dużymi piersiami.
– Warszawa. – Słowa zniknęły w gwarze rozmów.
– Marszałek – odpowiedziała dziewczyna. – Witam, agencie Rosomak. Muszę przyznać, że wejście robiło wrażenie. Szkoda tylko, że nijak miało się to do zachowania dyskrecji.
– Wręcz przeciwnie. Jutro będzie się tu mówiło o szurniętym Azjacie, który zaszlachtował bogobojnych obywateli – odparł mężczyzna. – Przyznaj, ilu z kontynentu włada tak sprawnie kataną?
Kelnerka skinęła przytakująco głową. Musiała przyznać, że azjatycki miecz był rzadkością w tej części świata.
– Mów, co wiesz – ponaglił mężczyzna.
– Niewiele. Higgins spotkał się z Osmondem. Pracuje dla niego. Przesyłkę przechwycił Pietrov – były imperialny agent. Z tego, co zrozumiałam, teraz pracuje dla kogoś innego. Federacja i Imperium współpracują, by go dorwać i odzyskać wirusa. – Dziewczyna chwyciła tackę z drinkami i ruszyła w głąb sali.
Przybysz zmarszczył brwi. Współpraca Higginsa i Osmonda nie dziwiła go. Obaj znali się od dawna. Czuł jednak, że to nie wszyscy gracze w tej rozgrywce. Wiedział, gdzie ukrywa się Pietrov, a skoro to on ma kasetkę, zadanie stało się prostsze. Pytanie brzmiało: z kim będzie trzeba rywalizować.

Brat Wolfowitz leżał wygodnie w wielkim łóżku stojącym w sypialni domu, w którym mieszkał przez okres pełnienia swej posługi z ramienia Zakonu Odkupiciela. Był nagi. Obok niego siedziała młodziutka, czarnowłosa dziewczyna… również kompletnie naga. Trzymała miskę z winogronami, którymi karmiła misjonarza w przerwach pomiędzy kolejnymi delikatnymi pieszczotami. Do sypialni weszła druga kobieta, nieco starsza od swej koleżanki blondynka. Przyjrzała się Wolfowitzowi oraz czarnowłosej piękności, po czym zsunęła z siebie koszulkę nocną i dołączyła do pary baraszkującej w łóżku. Wolfowitz miętosił piersi blondynki, a jednocześnie żarliwie modlił się w duchu o dość sił, by „stanąć godnie do walki z grzechem uosabianym przez obie niewiasty”. Po dłuższej chwili, co z uwagi na wiek zakonnika było naturalne, dar siły został zesłany. Zdradziło to unoszące się powoli prześcieradło okrywające mężczyznę od pasa w dół. Już miał rzucić się na czarnowłosą, gdy usłyszał pukanie do drzwi. W pierwszej chwili je zignorował, lecz natręt nie ustępował. Wolfowitz, klnąc pod nosem, ruszył do drzwi wejściowych, okrywając się po drodze szlafrokiem. Odezwała się w nim też natura najemnika. Chwycił mały pistolet. Otworzył z ociąganiem drzwi. Zobaczył przed sobą wyszczerzoną w szerokim uśmiechu twarz Higginsa. Uśmiech Butcha znacznie się poszerzył na widok przemykających za plecami Wolfowitza nagich dziewcząt.
– Jak się masz, stary zbereźniku!
Wolfowitza najzwyczajniej w świecie zalała krew. Pistolet sam się uniósł. Uśmiech Higginsa momentalnie zniknął z twarzy. Zdążył rzucić się w bok, nim padł strzał.
– Herman, ty się chyba nie gniewasz? – spytał, zrywając się na równe nogi. Zakonnik już trzymał go na muszce. – Herman! No bez jaj! Minęło dziesięć lat! – Higgins po raz kolejny odskoczył, unikając kulki wymierzonej w tył głowy. Zebrał się do kolejnego skoku. Chciał skryć się za rogiem budynku. W końcu Wolfowitz prędzej czy później trafi. Wybił się i… upadł na twarz. Noga zahaczyła o wystający z ziemi korzeń. Obrócił się na plecy. Nad nim stał duchowny z pistoletem wymierzonym prosto między oczy Higginsa.
– Przez ciebie zginęła większość moich kumpli, a ja przeżyłem załamanie nerwowe – wycedził przez zaciśnięte zęby Wolfowitz.
– Cóż, tamte dwie laseczki chyba cię z niego już dawno wyleczyły – odparł Butch z najszerszym uśmiechem, na jaki było go w tym momencie stać. Szybko jednak zorientował się, że jego wątpliwy urok osobisty w tej sytuacji nie pomoże. Zmienił taktykę. – To było dawno temu. Byliśmy młodsi. Każdy gonił za kasą. Nie wsypałem was… znaczy się… nie do końca.
Wolfowitz nachylił się, palec lekko drgnął na spuście.
– Pan w swej doskonałości odpuszcza grzechy. Niestety ja, jego pokorny sługa, o takiej doskonałości mogę jedynie pomarzyć. – Uśmiechnął się lekko. – Kto wie, może Stwórca policzy mi kulkę w twoim pustym łbie jako dobry uczynek?

Pomiędzy pobliskimi drzewami Tymienko i Osmond spokojnie obserwowali całą scenę. Kobieta oceniała stan swoich paznokci, co jakiś czas spoglądając tylko na uciekającego przed Wolfowitzem najemnika. Osmond dłubał w zębach wykałaczką. Gdy Higgins padł na ziemię osaczony przez dawnego kompana, John wypluł wykałaczkę.
– Irina, chyba już czas.
– A nie może go zastrzelić? Potem sami pogadamy z Wolfowitzem. Pewnie będzie w lepszym humorze, jeśli zastrzeli tego osła.
– Irina! – warknął mężczyzna.
– Tak ci zależy na grubasie? – Głos kobiety wyrażał zdziwienie. – Masz przez niego tylko kłopoty.
– To mój kumpel, a ja kumpli nie zdradzam – odparł twardo.
– Od kiedy? – spytała ironicznie. – Mnie jakoś zdradziłeś. Dosłownie i w przenośni.
– Nie czas teraz na takie rozmowy. On zaraz zastrzeli Butcha. Idę tam z tobą albo sam!
– No dobra, dobra. Idziemy, bo naprawdę grubas zaraz zyska dodatkową dziurę w głowie.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#9
(22-02-2014, 21:54)-13- napisał(a): – Tyle broni na tym świecie, a tak mało rozumu – mruknął z politowaniem przybysz, po czym dodał: – [tutaj raczej z wielkiej] siadajcie i pijcie w spokoju. – Maska modulowała jego głos, nadając mu sztuczną, metaliczną barwę.

Goście przez moment gapili się w osłupieniu na egzekucję, bo trzeba przyznać, że nie sposób było nazwać całego zajścia walką. Jednak [wydaje mi się, że przecinek – dalszą część można potraktować jako wtrącenie, nie jestem pewien na 100%] gdy tylko przybysz schował broń i zrobił pierwszy krok, wszyscy równocześnie, niczym tancerze synchroniczni, wrócili do rozmów i gry w karty, nie zwracając uwagi na trupy czy jęczącego zakapiora z obficie krwawiącą nogą.

[akapit]Przybysz zaś podszedł do baru i skinął na zgrabną kelnerkę z dużymi piersiami.

[akapit]Kelnerka skinęła przytakująco głową. Musiała przyznać, że azjatycki miecz [tutaj ci się rozjechał tekst, zbędny enter]
był rzadkością w tej części świata.

[akapit]Wolfowitza najzwyczajniej w świecie zalała krew.

– Cóż, tamte dwie laseczki chyba cię z niego już dawno wyleczyły – odparł Butch z najszerszym uśmiechem, na jaki było go w tym momencie stać. Szybko jednak zorientował się, że jego wątpliwy urok osobisty w tej sytuacji nie pomoże. Zmienił taktykę. [tą i następną kwestię połącz, skoro mówi ta sama osoba]
– To było dawno temu. Byliśmy młodsi. Każdy gonił za kasą. Nie wsypałem was… znaczy się… nie do końca.

[akapit]Wolfowitz nachylił się, palec lekko drgnął na spuście.

No to tyle ode mnie.
Trochę brakowało mi tych opisów, którymi popisałeś się w "Figurach i pionkach" (te bowiem najbardziej zapadły mi w pamięć), więc niemal z radością powitałem opis zakonnika zmagającego się z grzechami ;) Wygląda to coraz ciekawiej – tradycyjnie czekam na więcej ;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#10
Fakt, z opisami jakoś w tym tekście gorzej. Postaram się troszkę podszlifować dalszą część ( przed chwilą skończyłem całość:P ). Ale przyznam, że od początku planowałem tu szybką, humorystyczną akcję i nieco komiksowy klimat. Taki relaks przed czymś poważniejszym. Cieszę się, że się podoba:)
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości