Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy "Wśród skał i mroku"
#1
"Wśród skał i mroku"


– Dziękuję, panie Urnvir, że zechciał pan ze mną pomówić – powiedział przysadzisty mężczyzna w jasnych pludrach i opinającym go wamsie. Spoglądał na mnie spod tych swoich grubych, ciemnych brwi, od czasu do czasu podkręcając masywne wąsiska. Siedzieliśmy przy małym, drewnianym stoliku w przyjemnej karczemce na obrzeżach miasta – Poznamar.
Alkierz, w którym biesiadowaliśmy, przedstawiał się nader uroczo. Unoszący się w pomieszczeniu aromat wędzonej kiełbasy pobudzał apetyt. Wędliny przewieszono na odstających gwoździach, wygiętych tak, jakby były pazurami jakiegoś strasznego ptaszyska, którego ktoś pozbawił szponów, wbijając je następnie do belki wiszącej nad nami, stanowiącej część sklepienia. Innym zapachem wypełniającym przestrzeń był swąd cebuli, nie tak przyjemny, przynajmniej dla mnie. Na naszej ławie leżały różne smakołyki, oprócz wspominanych wcześniej kiełbas były także: pomidory, chleb, parę rzodkiewek, wiejskie masło i dzban po brzegi wypełniony piwem. Na środku stołu stało kilka białych świec, po których spływał wosk zbierający się u ich podstaw. Przez okno wbudowane w boczną ścianę wpadał blask księżyca, przeciskał się między „wąwozem” powstałym w wyrwie zasłony przykrywającej otwór.
– Nie ma za co – odparłem krótko. – Powiedzcie mi tylko, panie, coś więcej o tej sprawie. Ciekaw jestem dna, a może raczej powinienem powiedzieć, że jestem ciekaw również celów pośrednich.
– Nie ma celów pośrednich, panie Urnvir. Jest jedno dno, cel czy jak tam chcecie to nazwać. Mianowicie chodzi o to, by się wzbogacić! I to dobrze wzbogacić… – Popatrzył wzrokiem, który miał chyba uchodzić za kuszący. Cóż, to mu nie wyszło. Wróciliśmy do rozmowy:
– Jakiż to pomysł na wzbogacenie się macie? Jakieś wisiorki z buźkami krasnali będziecie sprzedawać?
– Panie Urnvir… Proszę sobie nie kpić, toć to poważny interes się jawi. – Pochwycił swój kufel pełen złotej cieczy i łyknął potężnie wycierając sobie wąsy.
– Planujem wznowić wydobycie złota z kopalni wschodnich, wiecie, ten zapuszczony region górski przy granicy ze Skawią – mówił dalej mój rozmówca lekko uciszonym tonem.
– Złoto? Ciężko mi w to… – Nie zdążyłem dopowiedzieć.
– Panie Urnvir! Mówię szczerze, na wszystko, co błyszczy!
– Mogę was zapewnić, że gdyby gdzieś tutaj było złoto, to Haym już dawno okupowałby ten obszar i bronił zawzięcie dostępu – skonkludowałem.
– Ha, i tu was zaskoczę! Stary Haym o tym wie i co teraz powiecie? – rzucił wesołym, przekornym tonem, takim, jaki się słyszy, gdy dziecku uda się dogryźć komuś starszemu. Starałem się sprawiać wrażenie nieporuszonego, lecz wewnątrz czułem, że ciśnie mi się na usta pytanie: „dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?”. Gawędziliśmy dalej:
– Wie? To czemuż z tym do mnie przychodzicie? Nawet was nie znam…
– A prawda, zapomniałem podać imienia. Jestem Sebastian Nyc, członek Kompanii Badawczo – handlowej Wielkomorza. W skrócie: KBHW – wypuścił to z siebie, z dumą.
– Mnie już znacie. Skąd więc wiecie, że tam złoto i jeszcze ważniejsze, skąd Haym wie?
– Wie ode mnie, a ja wiem, bo mi czarodziej powiedział – wyjaśnił mi to tak po prostu, bez zbędnych ozdobników.
– No, jak czarodziej, to w sumie lepiej niż miałby to być zwykły dziadzio na targu. A może o tym złocie to taka jakaś historia była, no wiecie. Byliście w jakiejś wiosce, święto przesilenia letniego akuratnie się odbywało i jakiś pieśniarz runy opowiadał?
– Bardzo śmieszne, radziłbym wam to potraktować poważnie. – Uśmiechnął się. – Heh, słyszałem, że tacy jesteście…
– To znaczy?
– Przekorny, byle kitów nie podłapiecie, zaraz węszycie spisek…
– Nie węszę spisków. Zresztą, chcecie mi się, panie Nyc, podlizać czy co?
– Gdzieżby tam, nigdy bym się nie podlizywał komuś takiemu jak wy. Ani z was śliczna panienka, ani z was bogata wdówka. No, wicie, rozumicie?
– Ta, „wim” i „rozumim”. Szkoda, że nie siedzicie mi w serduszku i nie możecie poczuć, panie Nyc, jak mi ulżyło.
– Dobrze już, dość tych przekąsów! O interesach gadamy przecie! Więc wracając do tego całego czarodzieja. Było to tak: do kancelarii kompanii przywłóczył się, wpierw nam się zdało, dziad jaki – przybłęda. No wiecie, szata koloru takiego, że nie szło właściwie dojść, jakiego: szpiczasty kaptur na łbie, duży kinol i długie brodzisko. Pewnie byśmy go przegnali, ale patrzymy, że drąg taki trzyma dziwny. Pełno na nim wzorów różnych było. Łby jakieś brodate, fale pozwijane, cuda wianki i wiły z cycuszkami, heh, lecz mniejsza o to. Ja mu z miejsca: "gdzie żeś, dziadu, wlazł!". A ten mi „Czy nie wiem, jak się zwracać do mędrca”, ja mu, że wiem, ale żadnego mędrca tu nie widzę. I to był błąd. Walnął tym swoim kosturem w krzesełko, na którym siedziałem, i zaraz się na proch posypało. Mówię wam, panie Urnvir, o mało żem się nie posrał w gacie! W życiu czarów na oczy nie widziałem, a ten tu z miejsca!
– Cieszcie się, że wam w ten sposób czaszki nie rozłupał – dopowiedziałem od siebie. Pogłaskał się po czubku głowy, w miejscu, gdzie nie było już włosów, a łysy placek. Zaraz jednak wrócił do swej opowieści:
– Tak, no to wstałem, a ten w rechot wpada. Otrzepałem się i już normalnie pytam: „W czym mogę służyć?”, a on, że w niczym i że ma interes. Se tak myślę: czarodziej z interesami? – w sumie wszystko jedno. Choć powiem wam, że wolałbym, żeby oni zajmowali się tam sprawami duchowymi, niematerialnymi jak im wskazane jest, a interesy zostawili nam, prostaczkom. Niech tam oni złe moce odżegnują, radą rządzącym służą, pilnują, by na wioski jakieś licho nie napadało, słowem niech se mędrkują. My za to zajmiemy się kopalniami i innymi zdobyczami, heh. Ale dalej idźmy. I tak z grzeczności pytam, co za interes Jego Mądrość ma do nas. On zaś, że herbatki, by się napił. Już mu miałem wrzucić, że tu nie karczma czy cuś, ale sobie mówię, niech tam. Przynieśli mu napój i w końcu mi gada do rzeczy. Zaczął od historycznej paplaniny, że tam na wschodzie jakieś kopalnie były, ale musieli je zamknąć, bo coś. Nie powiem wam, czemu je mieli zamknąć, bo nie słuchałem. Jeno mi przeleciało przez uszy, iż jakieś tamtejsze sukinsyny się o złotko pożarli i chyba temu. Pozarzynali się na miejscu i w ogóle, i w szczególe. Tam do licha z tym. Ważna jest wieść o nieżyjących właścicielach i tym, że nikt się do tych złóż nie dorwał. No i tak słucham z wypiekami, a ten mi, żebym się tak nie podniecał, bo wszystko muszę uzgodnić z regentem Haymem. Zląkłem się tego, bo doskonale znam biurokrację panującą u góry, zresztą wy to winniście wiedzieć najlepiej. Tak, i on, kończąc już, widząc me blade oblicze, podyktował pismo, które miałem przedstawić regentowi. Gdy skończyłem pisać, ten wziął papier i machnął jeszcze jakieś dziwne znaki. Potem normalnie w świecie poszedłem, zaniosłem pismo i po trzech dniach wpada do mnie posłaniec z pakunkiem. Był tam jakiś list i weksel opiewający na równowartość czterech tysięcy koron poznamarskich. Słowem, i forsa, i pisemne zapewnienie przyszły niemalże z dnia na dzień. W liście było wspomniane wasze nazwisko, jako nazwisko w pełni zaufane, kazano mi się z wami skontaktować. Ot i cała historia – skończył. Brzmiało to dość dziwnie, ale skoro sam Haym mu zaufał, to kimże ja byłem?
– Cztery tysiące koron? – spytałem.
– Tak, a co? Też wam brzdęk monet poprawia samopoczucie?
– W pewnym sensie. – Zastanowiłem się w tym momencie, czy zapłaciłem już czynsz.
– Jakieś problemy finansowe was trapią? – Bardzo dobroduszne pytanie, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie.
– Czasami…
– Ano, to w miarę. Jak się dołożycie do inwestycji, to będziecie mogli zapomnieć o problemach finansowych.
– Na razie, to wyście, panie Nyc, dostali weksel na cztery tysiące, ja jeszcze żadnych pieniędzy nie widziałem, a i pewno ich nigdy nie zobaczę, jak zawsze zresztą…
– Ajajaj, coście taki pesymista? Te cztery tysiące to na pokrycie kosztów wstępnego rozpoznania. Na podróż, wynajem zbrojnych i górników, otwarcie pierwszego szybu i tak dalej. Toż ten pieniądz jest tylko na papierze! W liście zastrzeżono, żeby nie pobierać z banku, bo istnieje ryzyko podróży z taką ilością forsy i bla bla, sami wiecie.
– Jasne. Mam jeszcze takie pytania: co zagwarantowało zgodę na rozruch tego przedsięwzięcia? Jaki to układ? Co dostanie Haym?
– Jeszcze to. No, więc dobrze, idzie to tak: złoto z kopalni w pierwszej części wędruje do kiesy regenta, druga idzie do inwestorów, a trzecia do… Eeee wybaczcie panie Urnvir, tego to ja nie mogę wam zdradzić. – Zauważyłem już wcześniej, że ma długi jęzor. Jednak ta informacja musiała być rzeczywiście jakąś tajemnicą mającą pozostać za ciemną zasłoną. W owym czasie nie drążyłem go w tym względzie. Uzgodniłem, iż zrobię to potem.
– To jak, wchodzisz pan? – zapytał Sebastian Nyc.
– Mam już podpisywać? Czy jak? Na gębę się umawiamy? Tak po chłopsku? – Skumulowałem wszystkie pytania w jednym zdaniu, czekając na odpowiedź mojego nowego współpracownika.
– Na gębę byście chcieli, psia mać… Oczywiście, że macie podpisać! Co wyście? Szaleju się najedli? Toć jakbyście tak nagle wzięli nogi za pas, bo coś nie wyszło i pragnęlibyście się wymigać od konsekwencji, a mnie z ręką w wychodku zostawić, to co ja bym potem zrobił? A tak figurujecie na umowie i jakby co wy też bekniecie.
– No, czyli można się spodziewać ewentualnych problemów? – zagadnąłem.
– Panie, a gdzie ich nie ma? – spytał retorycznie.
– Trudno odmówić wam racji. Pozwólcie, że ja się z tym prześpię i dam wam jutro znać. Tutaj, o tej samej porze.
– Hejże, panie Urnvir! To się nie ma co zastanawiać. Wyraźnie mi napisali, że wy jesteście człowiekiem od takiej roboty i wy za to ponosicie odpowiedzialność. – Wprawił mnie w zdumienie i złość zarazem. Cóż to za matactwo było? Wrobiono mnie w historię, w której nie miałem za bardzo ochoty brać udziału. Mglista obietnica niezmierzonych bogactw już dawno uleciała z mej głowy. A ten mi oznajmił, iż co do meritum nie mam nic do gadania. Cudownie – pomyślałem w roztargnieniu. Sebastian prawdopodobnie spostrzegł moja konsternację, bo znowu szczerzył się głupkowato z wyraźną satysfakcją. Nie miałem pojęcia jakież bzdury mu o mnie naopowiadano, ale mienił się chwałą zwycięstwa, niczym jaki cesarz we wschodzącej poświacie poranka.
– Pokażcie mi to pismo, jeśli łaska – rzuciłem w pośpiechu. – Macie je, prawda?
– A jakże! Choć nie napisali, że macie je dostać do rąk… – Nabrałem powietrza w usta i wypuściłem je głośnym wydechem. – Niech będzie, skoro wasz tyłek wpakowano do tego wora, to chyba macie prawo zobaczyć szczegóły. – Schylił się i z cholewy swojego lewego, wysokiego buta wyciągnął zwinięty pergamin. Wziąłem go z dozą rezerwy, nie byłem pewny zapachu. Treść była taką samą paplaniną jak każde pismo urzędnicze. Masa zbędnych słów niby mających podkreślić ich ton, dużo tytułów odnoszących się do odpowiedniej persony, zero szczegółów i gdzieś tam na końcu znajdowało się zdanie odnoszące się wprost do mej skromnej osoby. Mianowicie napisano następującą rzecz: „Regdar Urnvir, emisariusz WKK i MK, pełniącego obowiązki regenta Madera Jousefa Kelementisa Hayma, zapozna się ze szczegółami i staje się z owego nadania reprezentantem (w cieniu) Korony Wielkomorza”.
– Ejże, zostałem reprezentantem Korony, w cieniu, cokolwiek to ma znaczyć – żachnąłem się.
– Zdarza się – powiedział Sebastian Nyc, tonem dziewki oznajmiającej kochankowi, że spłodził z nią dziecko. Skoro już miałem stać się oficjałem, postanowiłem uszczknąć coś dla siebie.
– To gdzie mam co podpisać?
– Przyjdźcie jutro do „Grubego Kmiecia”, gości tam jurysta Ulpian Michaliusz, jest też jednym z inwestorów i on zbiera podpisy pod deklaracją, dodam, że poufną – wyjaśnił Nyc.
– Co to za jeden? Skąd on się wziął?
– To południowiec, stały współpracownik KBHW. Strasznie ujadają tam na niego za byle gówno, to mu zaproponowałem, żeby się wyniósł i będzie miał od razu robotę na miejscu.
– Ile bierze? – zadałem to kluczowe pytanie.
– Jak każdy z drugiej części…
– Nie o to, ile bierze za swą sztukę – określiłem precyzyjniej o co mi chodzi.
– Aaa, za usługi tyczące się, jak to ładnie nazwaliście "sztuki", rzekł, że nic nie weźmie, ot. Nie moja broszka. W ogóle on nie praktykuje, mówiłem wam przecież, że jego za byle co tam besztają i drenują. Temu pisuje jakieś teorie swoje i przy okazji gnoi tych tam zasrańców. He he wiecie, że to dzięki niemu tamtejszego gubernatora nazywają oklapłym wężem?
– Mówicie o tym starym, obleśnym dziadzie? Jak mu tam było?
– Miknikus się zwał. Tak, to o nim.
– Dobrze, wróćmy do sedna, czyli wszystkie sprawy pieniężne załatwione? – skończyłem.
– Nie do końca. – Pomachał palcem Nyc.
– Cóż jeszcze? – warknąłem trochę niegrzecznie, ale miałem już dość podchodów.
– Heh, panie Urnvir, nie denerwujcie się tak, to raczej niezdrowe. Pozwólcie, że wyrażę się w taki sposób: nie wiem jak z wami…
– Nie rozumiem, najpierw mi coś proponujecie, potem mówicie, że i tak nie mam nic do gadania, a teraz, że nie wiecie cóż ze mną? O co wam chodzi? Nie roznoszę żadnych chorób, nie mam podagry, hemoroidów czy innego świństwa, z którym mógłbym się naprzykrzać.
– Ale to nie o to – zaczął. – Ja nie wiem, jak to wygląda z podziałem w waszym przypadku. Z jednej strony to wyście są oficjał i reprezentujecie Koronę, a z drugiej tak jakbyście wy byli tylko wy… Takie dziwactwa wychodzą… Bo niby to wasze nazwisko pod deklaracją widnieje, ale jest oznaczone jako reprezentant Korony Wielkomorza, choć nie do końca, gdyż równocześnie oficjalnie Korona nie bierze udziału w całym przedsięwzięciu i o jej udziale wiedzą tylko wtajemniczeni, a wy figurujecie jako… No właśnie, kto? – wyjaśnił. Ja jednak postanowiłem dojść do jakiegoś porządku:
– Rozumiem, że znowu zostałem wychędożony przez wszystkich, bo idąc tym tropem, to moje honorarium leży w geście Korony, który to gest nie został odnotowany w umowie, a nie figuruje wśród udziałowców osobowych. Jakby tak zebrać to w jedno, wychodzi mi, że nie zobaczę ani pieniędzy, ani uncji złota, ani nawet podziękowań za podkładanie karku. Jak myślicie? Opłaca się? – spytałem.
– Świetnie rachujecie, a to już coś. Powiem tak, mogę was wpisać na listę wkładową. Wasz wkład wstępny mógłby oscylować… – Przerwałem mu.
– O nie, panie Nyc. Tak się bawić nie będziemy. Nie dość, że cały czas w konia mnie robicie, bo najpierw niby coś mi proponujecie, potem wyciągacie zwitek papieru, który jest dla mnie niczym wyrok, a teraz jeszcze próbujecie ze mnie wyciągnąć grosza. Zrobimy tak: wy mnie wpisujecie na tę zakichaną listę, a jako wkład wpisujecie: „dobro-duch, wkład oczywisty”, hę? – wyartykułowałem moje żądanie, ponieważ dość miałem kłamstw Nyca. Od początku ta rozmowa mi się nie kleiła, mój rozmówca kluczył, manipulował i przede wszystkim oszukiwał! Skoro ten człowiek już wtedy chciał mnie oskubać, to co miałem myśleć o przyszłych wydarzeniach? Ma dola okazać się miała jako dola durnia, który dał się władować w niepewne gierki polityczne. Za takie rzeczy brałem podwójnie. Powziąłem zamiar odwiedzenia Hayma i pobrania dodatkowej pensji.
– Zaraz, co?! W głowie wam się miesza? Jak ja to wytłumaczę? Hę? – uniósł się na mnie, postanowiłem, że ja nim teraz trochę sponiewieram:
– Powiecie, że jestem informatorem i to ja wam rzekłem, gdzie znajdują się te kopalnie i tylko dzięki mnie ta wyprawa się odbywa – nakreśliłem sytuację.
– Rrrwwaażżż mać! Przecie to nie wy…
– Jasne, że nie ja, ale już doskonale wiem, do kogo trafia ta cała trzecia część i wiem już, że nie będzie o tym mowy nigdzie na piśmie, jak i nie ma nigdzie mowy o tym, że Poznamar będzie w razie powodzenia bić nowe, złote monety i wartość pieniądza wzrośnie. Przecież nie napiszecie, skoro wkład Korony i „Trzecich” ma być tajny, o tym w deklaracji powszechnej. Nie będzie w niej ani słowa. Oficjalnie będzie podana tylko suma kosztów, oczywiście odpowiednio wyolbrzymiona, tycząca się robotników najemnych, wartości narzędzi, koszt transportu i tak dalej, i tak dalej. Co nie, panie Nyc?
– Rrrrwwaa – buczał cały czas. – Gadali, żeby z wami uważać! Ale żeście dołożyli do pieca! Już wiem, czemu mi tak szybko odesłali odpowiedź! Teraz to ja się czuję wychędożony, panie Urnvir – powiedział łagodniej. – Uff, niech ochłonę. Ech, cholera, miało być tak pięknie. Widzicie? Pytaliście o problemy, no to macie je teraz… – rzucił mi Nyc.
– Jakie problemy? Liczyliście, że oskubiecie wszystkich innych udziałowców, Koronę i przy okazji mnie, czy co?
– Ech, już przestańcie, niech tam, wasza mać, wam będzie. Przyjdźcie jutro tam, gdzie wam mówiłem, sformalizujemy wszystko, tylko nie piszcie nic do Hayma albo gdzie tam indziej…
– Panie Nyc, ja nie pisuję listów do Hayma, ja z nim rozmawiam w cztery oczy niemal zawsze, gdy mam uzgodnić z nim moje obowiązki. Jedyne, co będę z regentem uzgadniał, to wysokość mego honorarium za tę kabałę, o reszcie nie pisnę ani słówka. – Sebastian Nyc patrzył zrezygnowany w czasie, gdy ja wstawałem i nakładałem płaszcz na ramiona, i wiązałem go klamrą pod szyją. Potem ukłoniłem się grzecznie i ruszyłem ku bocznemu wyjściu.
Na odchodnym usłyszałem ciche, lecz zdecydowane stanowisko wobec mojej osoby z ust członka KBHW. Małe, krótkie słówko, acz w swej zawiłości tak głębokie i wielkie, że mogło wyrażać wszystko jak i nic. Do mych uszu doszedł tylko oschły zwrot „sukinsyn”.
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(08-02-2014, 23:46)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): – Dziękuję (przecinek) panie Urnvir, że zechciał pan ze mną pomówić – powiedział przysadzisty mężczyzna w jasnych pludrach i opinającym go wamsie.

Alkierz, w którym biesiadowaliśmy(przecinek) przedstawiał się nader uroczo.

Na środku stołu stało kilka białych świec, po których spływał wosk,(bez przecinka) zbierający się u ich podstaw.

Przez okno wbudowane w boczną ścianę wpadał blask księżyca, przeciskał się między „wąwozem” powstałym w wyrwie zasłony, (bez przecinka) przykrywającej otwór.

– Nie ma,(bez przecinka) za co – odparłem krótko. – Powiedzcie mi tylko (przecinek) panie (przecinek) coś więcej o tej sprawie.

– Nie ma celów pośrednich (przecinek)panie Urnvir.

(zbędny akapit)– Pochwycił swój kufel pełen złotej cieczy i łyknął potężnie (przecinek)wycierając sobie wąsy.

– Planujem wznowić wydobycie złota z kopalni wschodnich, wiecie (przecinek)ten zapuszczony region górski przy granicy ze Skawią – mówił dalej mój rozmówca, (bez przecinka) lekko uciszonym tonem.

– Mogę was zapewnić, że gdyby gdzieś tutaj było złoto(przecinek) to Haym już dawno okupowałby ten obszar i bronił zawzięcie dostępu – skonkludowałem.

– Ha(przecinek) i tu was zaskoczę!

Starałem się sprawiać wrażenie nie poruszonego(nieporuszonego – przymiotnik), lecz wewnątrz czułem, ze(że) ciśnie mi się na usta pytanie: „dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?”.

– Mnie już znacie. Skąd,(bez przecinka) więc wiecie, że tam złoto i jeszcze ważniejsze, skąd Haym wie?

– No, jak czarodziej(przecinek) to w sumie lepiej niż miałby to być zwykły dziadzio na targu.

– Bardzo śmieszne, radziłbym wam to potraktować poważnie. – Uśmiechnął się(kropka) – Heh słyszałem, że tacy jesteście…

– Nie węszę spisków. Zresztą, chcecie mi się(przecinek) panie Nyc (przecinek)podlizać czy co?

– Ta, „wim” i „rozumim”. Szkoda, że nie siedzicie mi w serduszku i nie możecie poczuć (przecinek)panie Nyc, jak mi ulżyło.

– (...) Ja mu z miejsca, że gdzieżeś (przecinek)dziadu (przecinek)wlazł! A ten mi „Czy nie wiem (przecinek)jak się zwracać do mędrca”, ja mu, że wiem, ale żadnego mędrca tu nie widzę. I to był błąd. Walnął tym swoim kosturem w krzesełko, na którym siedziałem (przecinek)i zaraz się na proch posypało. Mówię wam (przecinek)panie Urnvir(przecinek) o mało żem się nie posrał w gacie!

– (...) Otrzepałem się i już normalnie pytam: „W czym mogę służyć?”, a on, że w niczym i, (bez przecinka) że ma interes. (...) My za to zajmiemy się kopalniami i innymi zdobyczami(przecinek) heh. (...)Zaczął od historycznej paplaniny, że tam na wschodzie jakieś kopalnie były (przecinek)ale musieli je zamknąć(przecinek) bo coś. Nie powiem wam (przecinek)czemu je mieli zamknąć(przecinek) bo nie słuchałem. (...)No i tak słucham z wypiekami, a ten mi (przecinek)żebym się tak nie podniecał, bo wszystko muszę uzgodnić z regentem Haymem.(...) Gdy skończyłem pisać (przecinek)ten wziął papier i machnął jeszcze jakieś dziwne znaki.

– Ano, to w miarę. Jak się dołożycie do inwestycji (przecinek)to będziecie mogli zapomnieć o problemach finansowych.

– Na razie, to wyście (przecinek)panie Nyc (przecinek)dostali weksel na cztery tysiące, ja jeszcze żadnych pieniędzy nie widziałem, a i pewno ich nigdy nie zobaczę, jak zawsze zresztą…

– Jeszcze to. No, więc dobrze, idzie to tak: złoto z kopalni w pierwszej części wędruję(e) do kiesy regenta, druga idzie do inwestorów, a trzecia do… Eeee wybaczcie panie Urnvir, tego to ja nie mogę wam zdradzić.

Jednak ta informacja musiała być rzeczywiście jakąś tajemnicą, (bez przecinka) mającą pozostać za ciemną zasłoną.

Skumulowałem wszystkie pytania w jednym zdaniu (przecinek)czekając na odpowiedź mojego nowego współpracownika.

– (...)Toć jakbyście tak nagle wzięli nogi za pas, bo coś nie wyszło i pragnęlibyście się wymigać od konsekwencji (przecinek)a mnie z ręką w wychodku zostawić (przecinek)to,(bez przecinka) co ja bym potem zrobił? A tak figurujecie na umowie i jakby,(bez przecinka) co wy też bekniecie.

– Hejże (przecinek)panie Urnvir! To się nie ma co zastanawiać. Wyraźnie mi napisali, że wy jesteście człowiekiem od takiej roboty, (bez przecinka) i wy za to ponosicie odpowiedzialność.

Masa zbędnych słów,(bez przecinka) niby mających podkreśl(ić) ich ton, dużo tytułów odnoszących się do odpowiedniej persony, zero szczegółów i gdzieś tam na końcu znajdowało się zdanie odnoszące się wprost do mej skromnej osoby.

„ Regdar Urnvir (przecinek)emisariusz, (jeśli "WKK" odnosi się do emisariusza, to bez przecinka) WKK i MK oraz, (oraz czego?) w imieniu (przyszłego)(spacja)JKM, regenta Madera Jousefa Kelementisa Hayma(przecinek) zapozna się z szczegółami i staje się z owego nadania reprezentantem(spacja)(w cieniu)(spacja)Korony Wielkomorza”.

– Zdarza się – powiedział Sebastian Nyc,(bez przecinka) tonem dziewki oznajmiającej kochankowi, że spłodził z nią dziecko. Skoro już miałem stać się oficjałem(przecinek) postanowiłem uszczknąć coś dla siebie.

– To gdzie mam,(bez przecinka) co podpisać?

– To południowiec, stały współpracownik KBHW. Strasznie ujadają tam na niego za byle gówno, to mu zaproponowałem(przecinek) żeby się wyniósł i będzie miał od razu robotę na miejscu.

– A, za to, to powiedział, że nic. On nie praktykuję(e), mówiłem wam przecież, że jego za byle, (bez przecinka) co tam besztają i drenują.

– Heh, panie Urnvir (przecinek)nie denerwujcie się tak, to raczej niezdrowe.

– Nie rozumiem, najpierw mi cos(ś) proponujecie, potem mówicie, że i tak nie mam nic do gadania, a teraz, że nie wiecie cóż ze mną?

– Ale to nie o to – zaczął(kropka) – Ja nie wiem (przecinek)jak to wygląda z podziałem w waszym przypadku. (...) Bo niby to wasze nazwisko pod deklaracją widnieje, ale jest oznaczone jako reprezentant Korony Wielkomorza, choć nie do końca, gdyż równocześnie,(bez przecinka) oficjalnie Korona nie bierze udziału w całym przedsięwzięciu i o jej udziale wiedzą tylko wtajemniczeni, a wy figurujecie jako…

– Rozumiem, że znowu zostałem wychędożony przez wszystkich, bo idąc tym tropem (przecinek)to moje honorarium leży w geście Korony, który to gest nie został odnotowany w umowie, a nie figuruje wśród udziałowców osobowych.

Ma dola okazać się miała,(bez przecinka) jako dola durnia, który dał się władować w niepewne gierki polityczne.

– Zaraz, co?! W głowie wam się miesza? Jak ja to wytłumaczę? Hę, co? (zbędny akapit)– uniósł się na mnie, postanowiłem, że ja nim teraz trochę sponiewieram:

– Rrrrwwaa – buczał cały czas(kropka) – Gadali żeby z wami uważać! (...) Ech (przecinek)cholera, miało być tak pięknie.

Ciekawy początek, ale, jak to z początkami bywa, nie ma co o nim powiedzieć poza tym, że wzbudza zainteresowanie. Poczekam więc z dłuższym komentowaniem na kolejne fragmenty. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Niezły dialog, takie gadki mi się podobają, ale jak dla mnie trochę za dużo się w to miesza dzisiejszych kolokwializmów. Bohater już mi się podoba i nawet pierwszoosobowa forma narracji mi nie przeszkadza.

I te porównanie:
powiedział Sebastian Nyc, tonem dziewki oznajmiającej kochankowi, że spłodził z nią dziecko.
:D
Na więcej komentarza musisz poczekać wraz ze wstawieniem dalszej części tekstu.
Odpowiedz
#4
Cytat:Spoglądał na mnie spod tych swoich grubych, ciemnych brwi, od czasu do czasu podwijając ( "podkręcając" chyba lepiej to opisuje ) masywne wąsiska.

Unoszący się w pomieszczeniu aromat wędzonej kiełbasy działał na apetyt ( pobudzał apetyt ).

Na naszej ławie walały się ( "leżały", bo "walać się" to być rzuconym byle gdzie lub brudzić się ) różne smakołyki,

Było to tak: do kancelarii kompanii przewłóczył się ( przywłóczył albo przywlókł ), wpierw nam się zdało, dziad jaki – przybłęda.

Ja mu z miejsca, że ( zbędne ) gdzieżeś, dziadu, wlazł!

I tak z grzeczności pytam, co za interes Jego Mądrości ( ść ) ma do nas.

Zląkłem się tego, bo doskonale znam biurokracje ( ę ) panującą u góry, zresztą wy to winniście wiedzieć najlepiej.

– W pewny ( m ) sensie.

To jak, wchodzisz pan? – zaproponował ( to nie jest propozycja a pytanie, więc może "zapytał" ) Sebastian Nyc.

Mglista obietnica nieprzemierzonych ( niezmierzonych ) bogactw już dawno uleciała z mej głowy.

Sebastian prawdopodobnie spostrzegł moja ( ą ) konsternację,

A, za to, to powiedział, że nic.O ( niezrozumiałe, jakoś to zmień )

– Zaraz, co?! W głowie wam się miesza? Jak ja to wytłumaczę? Hę, co ( albo "hę" albo "co" ) ? – uniósł się na mnie, postanowiłem, że ja nim teraz trochę sponiewieram:
Ciekawie się zapowiada; wyprawa po skarb:). Ode mnie kilka propozycji zmian.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#5
W sumie miałem już nie sprawdzać, ale w jednym akapicie natknąłem się na dwa błędy:
(08-02-2014, 23:46)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): Jestem Sebastian Nyc, członek Kompanii Badawczo – Handlowej (Badawczo-handlowej) Wielkomorza. W skrócie: KBHW – wypuścił to z siebie, (zbędny przecinek) z dumą.

Byliście w jakiejś wiosce, święto przesilenia letniego akuratnie się odbywało i jakiś pieśniarz runy (z tego, co wiem, to runy są pismem, alfabetem – jak więc można je opowiadać?) opowiadał?

– Heh (przecinek) słyszałem, że tacy jesteście…

Łby jakieś brodate, fale pozwijane, cuda wianki i wiły z cycuszkami (przecinek – 'heh' jest rodzajem wykrzyknienia jak 'ha' czy 'ho') heh, lecz mniejsza o to.

Ja mu z miejsca, (zbędny przecinek) gdzie żeś, dziadu, wlazł (w cudzysłów, bo to cytat)!

Choć powiem wam, że wolałbym, żeby oni zajmowali się tam sprawami duchowymi, niematerialnymi (przecinek) jak im wskazane jest, a interesy zostawili nam, prostaczkom.

On zaś, że herbatki, (zbędny przecinek) by się napił.

– Jasne. Mam jeszcze takie pytanie (z racji tego, że widzę tu kilka pytań, więc powinna być liczba mnoga): co zagwarantowało zgodę na rozruch tego przedsięwzięcia? Jaki to układ? Co dostanie Haym?

A ten mi oznajmił, iż co do meritum nie mam nic do gadania – (raczej kropka i bez myślnika) Cudownie – pomyślałem w roztargnieniu.

(zbędna spacja) Regdar Urnvir, emisariusz WKK i MK, pełniącego obowiązki regenta Madera Jousefa Kelementisa Hayma, zapozna się z (ze) szczegółami i staje się z owego nadania reprezentantem (w cieniu) Korony Wielkomorza”.

Skoro już miałem stać się oficjałem (przecinek) postanowiłem uszczknąć coś dla siebie.

– O nie (przecinek) panie Nyc. Tak się bawić nie będziemy.

– Zaraz, co?! W głowie wam się miesza? Jak ja to wytłumaczę? Hę? – uniósł się na mnie, (raczej kropka i dalej dużą literą) postanowiłem, że ja nim teraz trochę sponiewieram:

(...) tycząca się robotników najemnych, wartośći (wartości) narzędzi, koszt transportu i tak dalej, i tak dalej.

– Gadali (przecinek) żeby z wami uważać!

Opowiadanie zapowiada się ciekawie, ale nad formą musisz popracować :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
(09-02-2014, 23:36)StuGraMP napisał(a): W sumie miałem już nie sprawdzać, ale w jednym akapicie natknąłem się na dwa błędy:
(08-02-2014, 23:46)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): Jestem Sebastian Nyc, członek Kompanii Badawczo – Handlowej (Badawczo-handlowej) Wielkomorza. W skrócie: KBHW – wypuścił to z siebie, (zbędny przecinek) z dumą.

Byliście w jakiejś wiosce, święto przesilenia letniego akuratnie się odbywało i jakiś pieśniarz runy (z tego, co wiem, to runy są pismem, alfabetem – jak więc można je opowiadać?) opowiadał?

– Heh (przecinek) słyszałem, że tacy jesteście…

Łby jakieś brodate, fale pozwijane, cuda wianki i wiły z cycuszkami (przecinek – 'heh' jest rodzajem wykrzyknienia jak 'ha' czy 'ho') heh, lecz mniejsza o to.

Ja mu z miejsca, (zbędny przecinek) gdzie żeś, dziadu, wlazł (w cudzysłów, bo to cytat)!

Choć powiem wam, że wolałbym, żeby oni zajmowali się tam sprawami duchowymi, niematerialnymi (przecinek) jak im wskazane jest, a interesy zostawili nam, prostaczkom.

On zaś, że herbatki, (zbędny przecinek) by się napił.

– Jasne. Mam jeszcze takie pytanie (z racji tego, że widzę tu kilka pytań, więc powinna być liczba mnoga): co zagwarantowało zgodę na rozruch tego przedsięwzięcia? Jaki to układ? Co dostanie Haym?

A ten mi oznajmił, iż co do meritum nie mam nic do gadania – (raczej kropka i bez myślnika) Cudownie – pomyślałem w roztargnieniu.

(zbędna spacja) Regdar Urnvir, emisariusz WKK i MK, pełniącego obowiązki regenta Madera Jousefa Kelementisa Hayma, zapozna się z (ze) szczegółami i staje się z owego nadania reprezentantem (w cieniu) Korony Wielkomorza”.

Skoro już miałem stać się oficjałem (przecinek) postanowiłem uszczknąć coś dla siebie.

– O nie (przecinek) panie Nyc. Tak się bawić nie będziemy.

– Zaraz, co?! W głowie wam się miesza? Jak ja to wytłumaczę? Hę? – uniósł się na mnie, (raczej kropka i dalej dużą literą) postanowiłem, że ja nim teraz trochę sponiewieram:

(...) tycząca się robotników najemnych, wartośći (wartości) narzędzi, koszt transportu i tak dalej, i tak dalej.

– Gadali (przecinek) żeby z wami uważać!

Opowiadanie zapowiada się ciekawie, ale nad formą musisz popracować :)

Byliście w jakiejś wiosce, święto przesilenia letniego akuratnie się odbywało i jakiś pieśniarz runy (z tego, co wiem, to runy są pismem, alfabetem – jak więc można je opowiadać?) opowiadał?

Słowa "runy" używam w stosunku do zbioru pieśni ludowych i tamtejszych eposów. Nie wymyśliłem tego. Fiński epos narodowy "Kalevala" składa się właśnie z takiej serii "run", jak napisano w wikipedii: "poemat epicki składający się z pieśni ludowych (tzw. run) i legend z terenów Finlandii..."
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Ok, przeczytałem ten dosyć długi fragment – za co chwała tobie, bo w cholerę dobrze piszesz – i wygląda naprawdę ciekawie. Z początku, po kilku słowach, których nie znałem, miałem takie typowe "co to jest, do cholery", ale później takich "ciężkich dla mnie" zwrotów jakoś nie widziałem, więc czytało się znacznie lepiej. No i podzielam zdanie Paina – te określenie tonu jest bezbłędne ;d To z runami też niespecjalnie mi pasuje, ale skoro argumentujesz to "fińszczyzną", to raczej nie powinno być większego problemów – ale wiadomo, z regionu na region znaczenie słów się po prostu zmienia.
Nie zmienia to faktu, że czekam na więcej :)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#8
Bardzo fajna powieśc, fajnie opisani bohaterowie, ciekawe dialogi, trzyma w napięciu. Czekam na kolejny rozdział bo zapowiada się ciekawie.
Odpowiedz
#9
Pan Ru-ru-rurkowiec po prostu bawi się w Tolkiena i tworzy swój świat wszerz i wzdłuż, dbając każdy jego cal :P Mi się takie zabawy kulturowe w uniwersum podobają ^^
Odpowiedz
#10
Obudziłem się o brzasku. Świat tkwił jeszcze w błogiej nieświadomości wśród pokrętnych ścieżek krainy snów, nie bacząc, jakie wydarzenia przyniesie nadchodzący dzień. Ja zaś przegoniłem nachalną mgłę majaczącą w mych oczach, odprawiając precz ostatnie oznaki senności. Przyjąłem już do wiadomości nachalny, popędzający do działania głos wewnątrz mojej głowy.
Zwlokłem się z łóżka, chwytając zaraz mój ciemnobrązowy kaftan i najcenniejszą rzecz, jaką posiadałem – niezwykle pięknie splecioną i równie niezwykle wytrzymałą koszulkę kolczą. Najsampierw wdziałem spodnie, a potem resztę: lnianą koszulę, na nią kolczugę i kaftan sięgający mi kolan jako odzież wierzchnią, wieńcząc te czynności przepasaniem skórzanym pasem z solidną klamrą. Przemyłem twarz wodą postawioną w balii przed małym, noszącym znamiona czasu lustrem. W szklanej tafli zobaczyłem dobrze mi znane odbicie: niegdyś całkiem ciemne, krótkie włosy, poznaczone siwizną, rozprzestrzeniającą się coraz dalej, szczupłą, zahartowaną od zmarszczek i blizny pod lewym okiem twarz i gruby, szary zarost powiększający się stale niczym wzbierająca fala. Po skończeniu oględzin mających mnie przekonać, że w dalszym ciągu byłem sobą, z głębi dużego, odpieczętowanego przeze mnie wcześniej kufra wydobyłem kapelusz z szerokim rondem, którego kolor pasował do barwy kaftana. Nigdy go praktycznie nie nosiłem, ale wtedy miał mi pomóc w sprawianiu wrażenia kogoś nieodróżniającego się od konfraterni, w której przyszło mi się wkrótce obracać. Wyszedłem na zewnątrz.
Usłyszałem ćwierkanie jakiegoś ptaka, a oprócz tego jednego, wszystko tłumiła błoga cisza. Wymyślne kamieniczki wyrastające rządkiem pomiędzy ulicami, baszty i strażnice, drewniane domostwa, kramy, domy rzemieślnicze, place handlowe i rynek główny, cały ogrom aglomeracji spowity był poranną mgiełką poprzebijaną przez cieniutkie promyki wschodzącego słońca. Stałem na wiekowym tarasie, przedpolu mego własnego skrawka zwanego buńczucznie domem. Ruszyłem w dół, drepcząc po skrzypiących stopniach.
Mknąłem wzdłuż ścieżki wyłożonej ociosanymi okruchami skalnymi. Czułem się, jakbym szedł dnem koryta rzecznego, gdyż po obu stronach, jak okiem sięgnąć, wypiętrzały się nowe kondygnacje budynków pnących się wyżej i wyżej. W szarości jutrzenki dostrzegałem gdzieniegdzie sylwetki ludzkie. Byli to głównie żołdacy patrolujący zaułki i gaszący nocne latarnie, niestety Poznamar ciął w tamtym okresie mocno swe wydatki, toteż wielu braci latarników musiało znaleźć sobie nowe rzemiosło. Kierowałem się ku północnej części miasta, do dzielnicy zwanej „Rudą”. Nazwa wzięła się od koloru dachówek jednej z kamieniczek, tej, która rzucała się w oczy najbardziej i w ten sposób była jedyną atrakcją tamtego miejsca. We wnętrzu tejże budowli znajdował się wypomniany przez Nyca zajazd „Gruby Kmieć”.
Oberża miała dobrą renomę, właściwie bardziej przypominała schronisko dla kogoś, kto chciałby spędzić bezpiecznie noc, a nie stać by go było na drogie noclegi w bardziej wymyślnej tawernie. Miejsce to stało na oścież od jutrzni do późnych godzin nocnych. Wybrałem się z samego rana, gdyż chciałem coś przekąsić i załatwić moją sprawę szybko, by móc przeznaczyć więcej czasu na przygotowania do wyprawy. Wślizgnąłem się do środka, popychając duże, drewniane drzwi ze stalowymi okuciami. Zawias lekko zaskrzypiał, lecz musiało to nie wywołać żadnego poruszenia, ponieważ z wewnątrz nie dochodził najmniejszy szmer świadczący o obecności kogokolwiek.
Wszedłem, zatrzaskując z chrzęstem za sobą wrota, dając znak, iż do pomieszczenia zawitał nowy gość. To również nie dało efektu. Wciąż tkwiłem sam w pociemniałej izbie. Rozjerzałem się na boki. Po lewej stronie wbudowano w ścianę duży kominek, którego obudowę stanowiły ciemne kamienie, podejrzewałem, że sprowadzono je z północy. Ogień w otworze zgasł jednak dawno i teraz pod kupką popiołów świeciły czerwienią spopielone resztki drew, dając wrażenie, jakby ukrył się tam jakiś upiór i mrugał ślepiami. Po przeciwnej krawędzi rozciągał się obity i odrapany szynkwas. Postąpiłem dalej, omijając kontuar i palenisko. Na końcu ściany wyzierał czarny otwór, gdy podszedłem doń bliżej w jego głębi dojrzałem materializujące się kontury stolików i krzeseł przeznaczonych dla gości. Przekroczyłem granicę ciemności i wtopiłem się w jej powierzchnię.
Znalazłszy się w długiej i szerokiej sali, musiałem zaczekać parę chwil, nim mój wzrok przyzwyczaił się do mroku. Zlustrowałem dokładnie wszystko wokół, me zainteresowanie przykuła nienaturalna, rozwalona niedbale forma na jednym ze stolików. Skupiłem się na niej i kilka kroków później dziwna sylwetka odkryła swe tajemnice. Okazało się, że to chudy mężczyzna w stroju pospolitego mieszczanina. Szturchnąłem go w ramię, podniósł się momentalnie. Pod nogami miał miotłę, kopnął w nią przez nieuwagę i w roztargnieniu przewrócił się na krześle. Pomogłem mu wstać, jak każdy porządny człowiek, i uświadomić, że nie jestem rabusiem czy innym rzezimieszkiem. W końcu po uporaniu się z zaistniałym problemem, zwrócił się do mnie:
– Dziękuję, nieznajomy, kimże jesteś? – spytał.
– Dzień dobry, dobrodzieju, mniemam, iż to wy jesteście tutaj odpowiedzialni za wszystko? A odpowiadając, nazywam się Regdar Urnvir i przybyłem tu w dwóch sprawach: pierwsza, to umówione spotkanie z nijakim Ulpianem Michaliuszem, a druga, to chęć napełnienia żołądka czymś sycącym, możecie mi pomóc? Panie...
– Jestem Nimill – odparł. – Konrad Nimill, jestem tutaj głównodowodzącym, jak żeście zdążyli zauważyć. Znaczy to tyle, że haruję tutaj od świtu do głębokiej nocy i tak cały czas. Owszem, mogę wam pomóc w zrealizowaniu postawionych żądań – wyartykułował nerwowo. Chyba nie sypiał za dobrze.
– Spokojnie, panie Nimill, nie chciałem was drażnić, wiem, że pora wczesna, ale to też z powodu mych obowiązków znam waszą dolę. – Powziąłem zamiar udobruchania go, nie miałem tedy ani czasu, ani ochoty na sprzeczki.
– Jestem spokojny, wybaczcie, jeśliście poczuli się urażeni. Miałem pachołka do pomocy, lecz ten woli hasać na schadzki z całym bukietem miejscowych kurw, blech! – Charknął sążniście i wrócił do sprawy. – Musicie mi wybaczyć to roztargnienie, zaraz zabiorę się do porządkowania spraw. Tak, kogo to chcieliście widzieć? A, Michaliusza, więc co do niego to śmiało możecie iść zobaczyć na górę, ranny ptaszek tak jak waszmość.
– Poczekam, bardziej doskwiera mi żołądek – ustaliłem.
– Dobrze, zatem mogę wam zaoferować na śniadanie bochenek chleba, kostkę masła, kawałek szynki i kufel piwa. Bardzo dobre, podobno warzone z dodatkiem korzeni jałowca.
– Brzmi nieźle.
– Oczywiście, nie pożałujecie, ale najpierw powiecie, czy macie pieniądze. – Odpiąłem od pasa pokaźną sakwę i wysypałem jej zawartość – trzydzieści koron. Pokiwał głową i zabrał pięć monet. Dość uczciwa cena – skwitowałem w duchu. Choć pamiętałem, że dawniej płaciłem za podobny wachlarz nie więcej jak trzy. Gospodarz poradził mi, bym się gdzieś usadowił, sam podbiegł do zasłony przykrywającej okno i jednym pociągnięciem uwolnił widok na świat. Rolę gościa umiałem odgrywać wspaniale, czasem zdawałem sobie sprawę, że osiągałem w tej dziedzinie świetne rezultaty. Usiadłem, czekając na powrót Nimilla. Wrócił szybko, niosąc jedzenie. Dla sprawienia pozoru spytałem go o coś banalnego:
– Co słychać na rudej?
– Ano, za wyjątkiem tego, że mojego kmiotka, niech mu czyraki na rzyci powychodzą, widziano już w pozycjach niedwuznacznych z trzema różnymi pannami uchodzącymi za grzeczne i cnotliwe i znalezienia nieboszczyka w studni, to nic.
– Wiedzą, co za nieboszczyk?
– Od razu wyszło. Miał na sobie szarfę urzędniczą i pierścień, nie miał przy sobie tylko jednej pieczęci i buta, ale uznano, że musiały zostać na dole, woda była zabarwiona inkaustem i pełno w niej syfu pływało. Nieboszczyk nie miał żadnych ran prócz skaleczonej dłoni, musiał się zranić podczas upadku. Mówię wam, nieszczęśliwy wypadek i tyle, toć nie pierwszy, co tu się tak utopił.
– Wiecie, jak się zwał?
– Nie, to jakiś facet ze wschodniej dzielnicy.
– Aha, takie buty. Dziękuję za wieści – odparłem.
Rzuciłem mu pół korony na odchodne, a ten się ukłonił i ruszył w swoim kierunku. Zabrałem się do powolnej konsumpcji. Zamyśliłem się na moment nad zasłyszaną nowiną. Zwłoki urzędnika znajdywano dość często, pytanie czy ten był zwykłym nieszczęśnikiem i pechowcem, czy raczej ktoś go wyprawił poza Praocean. Sprawa przyczyny śmierci mogła zostać odłożona w czasie. Większe strapienie dla organów straży uchodził fakt braku jednej z pieczęci. Gdyby taka rzecz wpadła w ręce jakiegoś szmalcownika, mielibyśmy na głowie nie lada problem. Z opowieści Nimilla wynikało, że pieczęć straciła się w brudzie i ścisku gratów wyrzuconych na denko studni.
Nie rozpatrywałem tej sprawy długo, jeżeli szczegóły podane przez oberżystę były prawdą, prawie na pewno był to tylko nieszczęśliwy wypadek, jakich dużo zdarza się w mieście. Uznałem sprawę za jasną i że nie będę się nad nią już pochylał, nie moja broszka. Oderwałem się od rozważań, akurat w momencie, gdy usłyszałem kroki. Chwilę potem w progu stał pucołowaty mężczyzna, słońce zdążyło już wzejść dość wysoko dając poświatę, więc ujrzałem, że nosi się podobnie jak ja. Główną różnicę spostrzegłem w obuwiu, on bowiem chodził w krótkich, spiczastych pantoflach, a ja w wysokich, wykonanych z ciemnej skóry butach na modłę żołnierską. Oprócz tego na głowie nosił berecik z piórkiem. Twarz miał nalaną z małymi ptasimi oczkami, gładko wygoloną. Podszedł do mnie, a ja wstałem i podałem rękę do uścisku:
– Jestem Regdar Urnvir, Ulpian Michaliusz, zgaduję?
– Witam pana – odparł krótko.
– Przepraszam, jeżeli wyrwałem was ze snu, ale podobno też wcześnie wstajecie.
– Zgadza się, właściwie to nie spałem już od godziny. Gdy schodziłem na dół, zaczepił mnie właściciel i rzekł, że czeka na mnie jakiś człowiek. Sebastian uprzedzał mnie o tym, więc od razu się domyśliłem, że to wy.
– W takim razie usiądźmy. Proszę się częstować – zaprosiłem do posiłku.
– Z miłą chęcią – powiedział uśmiechnięty, siadając naprzeciwko.
– Nyc już o mnie opowiedział? – spytałem. Byłem ciekaw czy on wie, jaka rzeczywiście mi rola przypadła.
– Opowiedział, opowiedział. Zrazu przewłóczył się, jak tylko wrócił ze spotkania, o którym powiedział, że było ”duszne”. Ale nie trzeba się tym przejmować, kolega Nyc to straszny oszust i domniemam, że po prostu nie daliście mu się zrobić na szaro i mu mina skwaśniała – opowiedział. Zdało mi się, że to człowiek naprawdę inteligentny i spostrzegawczy.
– No, coś w tym jest. Ale skoro to taki hochsztapler, to czemu z nim interesy robicie?
– Ze względu na KBHW. – Nie zrozumiałem, sygnalizując za pomocą mimiki poprosiłem o wyjaśnienie. – Widzę, że nie rozumiecie. Otóż statut KBHW głosi, że każda inwestycja kompanii musi przynieść zyski, co za tym idzie, nie ma miejsca na pomyłki. Jeżeli jednak się zdarzy, to wszyscy uczestnicy umowy, w tym też ci, którzy nie należą do kompanii, otrzymują odszkodowanie w wysokości tysiąca koron, a owe zadośćuczynienie ma wypłacić ten, kto podjął ryzyko i nie trafił. Jak więc widzicie, dola naszego szacownego kolegi Sebastiana Nyca nie jest spacerkiem i wyjaśnia to po części jego zapędy, bardzo podłe i ocierające się o pospolite buractwo i chamstwo.
– Dziwny statut. Zapewne rzadko w cokolwiek inwestują.
– Właśnie na odwrót. Często, i w dziewięciu na dziesięć przypadków odnoszą korzyści, i to duże.
– Jak im to wychodzi? – Niedowierzałem.
– Bardzo prosty mechanizm, nie na darmo w nazwie widnieje „handlowo – badawcza”.
– Rozumiem, łatwiej ciągnąć zyski z podwójnej działalności.
– Otóż to.
– Więc my na tym raczej nie możemy stracić – podsumowałem.
– Ano, wychodziłoby, że nie. Temu też podjąłem współpracę z Nycem. Jako że jest główną postacią, której powinno zależeć na powodzeniu, nie podejrzewałbym, by dopuszczał możliwość sabotowania przez konkurencję. Takie domniemania byłyby niegrzeczne.
– Też odnoszę takie wrażenie. Może więc przejdziemy do konkretów? Gdzie ta lista, którą mam ozdobić mym podpisem?
– W mojej izbie. Pójdziemy tam, kiedy tylko zechcecie. Musi mi pan, panie Regdar, wybaczyć tę konspirację, ale ten dokument musi pozostać tajny. Zresztą, sami wiecie, że wasza praca emisariusza też musi pozostać niejawna…
– Czyli wiecie – skwitowałem.
– Wiem, słyszałem o was już wcześniej i o niektórych waszych wyczynach, jak ten na Morzu Zielonych Fal.
– Skończyło się to nieformalnym rozbiorem Wielkomorza.
– Powstał ten dziwny twór o nazwie Przedmorze, a Korona straciła dostęp do szlaków morskich i flotę – dokończył za mnie.
– Ech, szkoda gadać – dodałem. – Chodźmy, widzę, że śniadanie mamy już za sobą.
– Chodźmy zatem, szczegóły omówimy na górze.
I ruszyliśmy, niczym jacyś spiskowcy omawiający swe ciemne interesy. Miałem wrażenie, że tak to właśnie po trochu wyglądało. Ciemny pokój, ukryty dokument, poufne rozmowy – tak, byliśmy spiskowcami, pomyślałem i zatrzasnąłem za sobą drzwi do kryjówki intrygantów.
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Szeptownicy: Płomień w Mroku (część pierwsza) Szeptun 3 3,293 11-12-2012, 03:32
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości