Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Wątek zamknięty 
Tryby wyświetlania wątku
PISZEMY BESTSELLERA – Andrzej Pilipiuk
#11
cz. 19.

Drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku garść rad, jak zacząć i co trzeba umieć zanim siądzie się do pisania. A zatem pora powiedzieć sobie kilka prawd fundamentalnych.
Dobre oceny w szkole nie przekładają się w najmniejszym stopniu na naszą karierę literacką. Nie należy przypuszczać, że jeśli mamy z polskiego piątki, to możemy zostać pisarzem, a jeśli dostajemy wyłącznie trójki, to nie zostaniemy. Ja miałem tróje... Nauka polskiego nijak się ma do znajomości tego języka. Nauczyciele (pomijając nieliczne chlubne wyjątki) reprezentują sobą kompletnie denny poziom przygotowania zawodowego. Uczeń, który chce pisać i próbuje coś w tym kierunku robić, najczęściej nie może liczyć z ich strony na żadną pomoc.
Podstawowym problemem młodego człowieka jest błędna ocena sytuacji. Chodziłem do dwu podstawówek, potem trafiłem do LO. Mieszkałem w paskudnej dzielnicy, zasiedlonej wszelakiej maści hołotą. Siłą rzeczy, w mojej klasie przeważały przypadki zoologiczne. Szybko okazało się, że na dobrą sprawę nie mam z kim pogadać. Wszyscy koledzy byli ode mnie ewidentnie głupsi. Tylko nieliczni coś tam czytali, żaden z nich nie próbował niczego pisać. W tej chorej sytuacji, po pierwsze, doszedłem do wniosku, że skoro wszyscy są głupi, to ja jestem geniuszem. Po drugie, jeśli tylko ja dużo czytam i w dodatku piszę, to nie dość, że jestem geniuszem, to jeszcze wybitnie utalentowanym. Czytając swojego czasu Hebanowy świat, stwierdziłem, że do analogicznych wniosków doszła Iza Szolc. Potem były studia, na których ze zdumieniem i rozczarowaniem stwierdziłem, że jakoś, cholera, geniuszy na moim poziomie jest naokoło na pęczki, a co gorsza, co i rusz trafiam na kogoś, kto jest ode mnie ewidentnie mądrzejszy i bystrzejszy. W dodatku okazało się, że to, co piszę, nie jest aż tak wybitne, jak mi się początkowo wydawało, a co więcej, fakt, że w liceum miewałem czasem piątki z wypracowań, nie oznacza automatycznie, że umiem napisać poprawny językowo tekst literacki. Okazało się, że 12 lat nauki nie dało mi nic – poza poczuciem własnej genialności. Trzeba było zakasać rękawy i brać się do roboty. Praktycznie od zera...
A zatem moja pierwsza i najważniejsza rada: nie należy się sugerować wynikami w nauce. Nie należy liczyć, że to, czego nauczymy się w szkole, w jakimkolwiek stopniu pomoże nam w przyszłej karierze literackiej. Nie należy zakładać, że przekazywana nam wiedza jest prawdziwa lub kompletna – nie unikniemy ciężkiej pracy samokształceniowej. Nie należy liczyć, że lata spędzone w towarzystwie przygłupów rozwiną nas intelektualnie. Partnerów do dyskusji w większości przypadków szukać musimy poza szkołą i do tego często poza grupą rówieśniczą... Prawdopodobnie otaczający nas ludzie są od nas głupsi, ale to nie znaczy automatycznie, że my jesteśmy geniuszami. I wreszcie fakt, że byliśmy jedynym w klasie lub jednym w szkole osobnikiem, który próbował coś pisać, nie oznacza, że to, co sobie skrobiemy, jest wybitne. Prawdopodobnie jest to zupełnie przeciętna grafomania, nie spełniająca wymogów drukowalności.
Zderzenie z realnym życiem bywa bardzo brutalne. Mamy dwa wyjścia. Po pierwsze, możemy wypruwać z siebie flaki, doskonalić styl i warsztat literacki, nadrabiać zaległości, by doszlusować do intelektualnej awangardy. Po drugie, możemy sobie problem odpuścić, a nasze niepowodzenia uznać na życiowy pech, przejaw nienawiści otoczenia lub wręcz wrodzonego antysemityzmu Polaków, jak to było w jednym zoologicznym przypadku...
Opuszczając szkoły z maturą w ręce, mamy głowę nabitą rozmaitymi bzdurami. Musimy uświadomić sobie na wstępie dorosłości, że przez 12 lat uczono nas, po pierwsze, rzeczy niepotrzebnych, po drugie, przekazano nam wiadomości bardzo nieaktualne, po trzecie, szereg poznanych teorii (np. tezy Darwina) to czystej wody mniemanologia stosowana, po czwarte, programy i podręczniki roją się od ordynarnych fałszerstw naukowych, a po piąte, skutkiem obowiązującej ideologii pomijają masę danych nie pasujących do obecnych wizji. (np. z historii Europy wycenzurowano istnienie kupieckiej republiki Nowogrodu oraz 500 lat dziejów Hanzy). Jeśli zapamiętaliśmy dużo z sieczki, którą nas karmiono, od biedy jesteśmy w stanie pisać utwory zrozumiałe dla ćwierćinteligentów (mieniących się intelektualistami). Jeśli jednak mamy wyższe ambicje, niestety czeka nas ciężka orka – grzebanie w tekstach źródłowych i odkrywanie na nowo fundamentów naszej cywilizacji.
Podobnie sprawa ma się z listą lektur szkolnych. Układali ją lenie, ignoranci, sabotażyści, kretyni i ludzie owładnięci skrajnie lewicową ideologią. To, co kazano nam czytać, to w większości przypadków śmiecie, podczas gdy dzieła naprawdę wybitne od dziesięcioleci skazywano u nas na zapomnienie. Dopiero gdy pluniemy na to i rozpoczniemy własne poszukania, mamy szansę natrafić na prawdziwe arcydzieła ludzkiego umysłu – książki Grina, Ossendowskiego, Bułyczowa, Wojnowicza. Nagle okazuje się też, że spisani przez nas na straty wieszcze – autorzy lektur szkolnych potrafili pisać naprawdę fajne rzeczy. Tylko, kto dziś pamięta powieść Wampir – wspaniały horror napisany przez Reymonta? (ech, miał szelma wielki talent w młodości, a potem napisał takiego gniota jak Chłopi...). Czy Nagi bruk Żeromskiego? Także w tej dziedzinie czeka nas niestety ogromna praca samokształceniowa... A zatem: „uczyć się, uczyć się, uczyć się” (W. Lenin).
Oczywiście, uzupełnienie braków w podstawowym wykształceniu oraz doczytanie wagonu zaległej lektury da nam niewiele lub zgoła nic. Uzyskamy poziom, umożliwiający tworzenie zgrabnych opowiadanek, nie naszpikowanych rażącymi błędami, ale jeśli chcemy wykonać krok do przodu, musimy go zrobić. Nasi bohaterowie nie będą przecież zastanawiali się nad wymową ideową Pana Tadeusza Juliusza Słowackiego*. Uwagę czytelnika tylko na chwilę przykujemy, pokazując szerzej problem, po którym prześlizgnął się w trakcie nauki. Nie tędy droga.
Jeśli chcemy go kupić i zniewolić, musimy pokazać mu rzeczy, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewał. Pokażmy mu rzeczy, o których nie czytał nigdzie indziej. Rzućmy na stół nasze najmocniejsze karty. Każdy ma jakieś zainteresowania. Zdecydowana większość ludzi ogranicza je do rzeczy mało istotnych, przyziemnych... Miłości do pokemonów czy kolekcjonowania figurek do RPG nie przetworzymy w porywający tekst literacki. Jeśli interesuje nas Harry Potter i nic poza tym, możemy napisać fanfika i pokazać innym maniakom, niech im oko zbieleje. Ale nie stworzymy na takim fundamencie żadnej wzniosłej budowli, świadczącej o naszym kunszcie i przykuwającej wzrok tysięcy ludzi. Pisarze w sporym procencie przypadków to ludzie o szerokich interdyscyplinarnych zainteresowaniach, naukowcy lub badacze amatorzy. Widać to na konwentach, gdzie zaproszeni goście wygłaszają prelekcje o tym, dlaczego smerfy są niebieskie (i czemu z niedotlenienia), jakim preparatem szprycował się dr Jekryl czy dlaczego nanoroboty nie będą w stanie działać. Czytelnicy przypominają nieco Indian czy Murzynów. Zanim wręczymy im biblię, najpierw trzeba zachęcić ich błyskotkami. Im bardziej egzotyczne są nasze zainteresowania, tym ciekawszym materiałem wyjściowym dysponujemy.
______
* To nie jest błąd. Nasz „Wieszcz nr 2” pracował nad kontynuacją i spory kawałek szczęśliwie się zachował.




cz. 20.

Spośród wielu nagród, przyznawanych pisarzom spod znaku SF & Fantasy, najbardziej poważana jest nagroda im Janusza A. Zajdla. Przed wielu laty, gdy zostałem nominowany do niej po raz pierwszy, sądziłem w swojej naiwności, że posiada ona ciężar gatunkowy, robiący wrażenie na wydawcach. Liczyłem, że jak takową zdobędę, to mój zbiór opowiadań, pokrywający się kurzem na redakcyjnych półkach jednego z wydawnictw, trafi do produkcji nie po trzech latach, ale powiedzmy w ciągu roku... Niestety, moje kalkulacje okazały się podwójnie przedwczesne. Nagrody nie zdobyłem, książki też nie wydałem... Dowiedziałem się też, że wydawcy, działający wówczas na rynku, i tak nie zwracali uwagi na takie „drobiazgi”.
Sytuacja nieco się zmieniła. Za wydawanie książek zabrali się w naszym kraju fachowcy. Zdobywanie nagród zaczyna mieć przełożenie na przyszłą karierę. A w każdym razie pozwala zwrócić na siebie uwagę potencjalnego wydawcy. Dla początkującego grafomana ogromnym sukcesem będzie już sama nominacja. Jeśli ją zdobędzie, będzie miał świadomość, że jego opowiadanie zostało oto zaliczone do ścisłej czołówki, znalazło się wśród 3-7 najlepszych tekstów, jakie powstały w danym roku! Zważywszy, że co roku publikuje się ok. 250 utworów, jest to ogromne wyróżnienie. Młody człowiek, zdobywający nagrodę lub uzyskujący kilka nominacji pod rząd, dobrze rokuje na przyszłość. Zdobywa w każdym razie cenny atut w rozmowach na temat wydania pierwszej książki.
W dzisiejszym odcinku opowiemy sobie, jak to osiągnąć. Analiza tekstów nagrodzonych pozwala wyciągnąć pewne wnioski...
A zatem: opowiadania nominowane do Zajdla są przeważnie tekstami zdecydowanie odbiegającymi od sztampy. Wiedźmin, Noteka 2015, Autobahn nach Poznań, A kochał ją, że aż strach czy Cyber Joly Dream, Tkacz Iluzjibyły tekstami niepodobnymi do wszystkiego, co w polskiej fantastyce powstało wcześniej. Te teksty stanowiły przełom.
Można wysuwać zarzuty, że np. Sapkowski Ameryki nie odkrył, a fantasy za granicą już wcześniej istniało. A i u nas przecież Grzędowicz przed „Sapkiem” etc. Oczywiście istnieć istniało, ale u nas tej literatury w zasadzie nie było. Pojawił się tekst, zrobił trochę zamętu, a po pięciu latach połowa polskich opowiadań żerowała już na tym schemacie. Podobnie można swobodnie podnieść zarzut, że cyberpunk był w naszym kraju obecny jeszcze zanim Antonina Liedke chwyciła za pióro. A jednak jej tekst, choć szła ścieżką przetartą już przez np. Jacka Dukaja, okazał się na tyle egzotyczny, że zdobył nagrodę. W tych dwu przypadkach, w ramach istniejącej konwencji, narodziło się coś, co było tej konwencji ucieleśnieniem i punktem zwrotnym. Tkacz Iluzji Ewy Białołęckiej był z kolei tekstem, który otworzył oczy na fantasy masie kobiet i ludzi wrażliwych, których nie satysfakcjonowało czytanie o facetach z wielkimi mieczami.
Noteka... i Autobahn... były podobnie zaskakujące dla czytelnika. W chwili, gdy Konrad T. Lewandowski wypuścił swój tekst, opowiadania dziejące się tu i teraz w Polsce były absolutnym curiosum, niezwykłą rzadkością, którą czasem z litości upchnięto gdzieś na łamach czasopism. Wprawdzie już wcześniej kosmonauta Roman Krab na straszliwym kacu kosmiczną śmieciarką ratował zagrożony kosmolot, ale patrzono na te teksty raczej z politowaniem. A on pokazał, że otaczająca nas szara, skrzecząca rzeczywistość też może być ciekawa. Raz przetartym szlakiem ruszyli, początkowo nieśmiało, kolejni piewcy kraju ojczystego – w tym niżej podpisany. Andrzej Ziemiański jeszcze mocniej nagiął gatunek w tym kierunku. Bomba Heisenberga w Fantastyce i Autobahn nach Poznań w Scence Fiction pokazały, że Polacy mogą wygrać z całym światem, nie tylko dzięki jednemu zapomnianemu geniuszowi, nie tylko narąbani wódą do nieprzytomności, ale i konkretną, świadomą pracą zespołową. Obaj autorzy szli w podobnym kierunku i ich opowiadania przyniosły zdecydowany przełom, który dziś możemy podziwiać w pełnej krasie. Autobahn... sprawił nawet więcej – ukazał się w jednym z pierwszych numerów nowego periodyku – i w pewien sposób wyznaczył epigonom profil ideowy tego pisma. Oryginalność, nowy kierunek natarcia, zaskoczenie – to najważniejsze cechy opowiadania, z którym idziemy po nominację.
Wiedźmin Geralt, Radosław Tomaszewski, Babcia Jagódka, generał Baryła i reszta tej zajdlowej ferajny, to bohaterowie krojeni wedle dość podobnego wzorca. Po pierwsze, są wyraziści. To nie byle mydłki – ale faceci (ew. kobiety), którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać. Mają swoje cele, swoje priorytety, swoje zasady, realizowane z żelazną konsekwencją. Z drugiej strony, są podobni do nas – czytelników. Miewają chwile wahania, podejmują nie zawsze szczęśliwie wybory. Niekiedy dostają potwornego kopa jak w tekstach Marka S. Huberatha. Ale pokazują, jakimi moglibyśmy być, gdybyśmy się odważyli. I jakimi większość z nas z różnych przyczyn nigdy nie będzie. Jesteśmy w stanie się z nimi zidentyfikować, poczuć wagę ich problemów i możemy sobie wmówić, że w tej sytuacji zachowali byśmy się tak samo odważnie jak oni. Oni to my. Tyle, że odbici w nieco innym niekoniecznie lepszym zwierciadle...
Być może się mylę, ale odniosłem wrażenie, że wszystkie opowiadania, które zdobyły nominacje lub nagrody, są całkiem niezłe od strony warsztatowej. Napisano je lekkim piórem, czyta się je z przyjemnością, bez mozolnego brnięcia przez nadmiernie fikuśne opisy czy dialogi, najeżone figurami stylistycznymi. A zatem nasz niezwykły pomysł przyoblec winniśmy w zdania o wielkiej urodzie gramatycznej i stylistycznej.
I na zakończenie kilka słów o ideologii i wydźwięku tych utworów. Sądzę, że nie jest przypadkiem, iż wśród nich znalazły się teksty pisane jakby wedle XIX wiecznych wzorców – ku pokrzepieniu serc. Noteka 2015 to historia o tym, jak Polacy spuszczają straszliwy łomot amerykańskim interwentom. W Bombie Heisenberga Polska stanowi militarne i ekonomiczne mocarstwo. W Autobahn nach Poznań jest podobnie: polski generał pokpiwa sobie w żywe oczy z amerykańskiej dyplomatki, i co więcej, jest na tyle silny, że może to zrobić kompletnie bezkarnie. Głębsze dno opowiadania pokazuje, że pod wieloma względami zdołał Amerykanów przechytrzyć, wystawić do wiatru, obrócić ich siłę przeciw nim...
Jako naród, przez ostatnie sześćdziesiąt sześć lat bez przerwy znajdowaliśmy się pod okupacją to obcych to „swoich”. Na arenie polityki międzynarodowej nikt się z nami nie liczy, ekonomia siada, poziom życia, etc mamy jaki mamy... W tej sytuacji opowiadanie, w którym w naszych rękach spoczywa los świata, a ze starcia z wielokrotni silniejszym wrogiem wychodzimy jako zwycięzcy, musi oddziaływać niezwykle silnie.
Gotowy tekst warto nasycić odrobiną humoru. Może być nawet nieco absurdalny, ale ostatecznie opis jak polskie wojsko rozbijające USArmy też wymaga silnego zawieszenia niewiary...
Zapytacie w tym momencie, dlaczego znając i publicznie podając tak konkretną receptę na „zajdlowskie” opowiadanie, sam zadowalam się zaledwie jedną statuetką. Otóż nie zadowalam się. Powyższą recepturę postanowiłem wypróbować w praktyce. I napisałem ostatnio taki jeden tekścik... O wynikach doświadczenia powiadomię Was za jakieś półtora roku. Chyba, że sami domyślicie się, na co głosować...
Reklama AdSense
#12
cz. 21.

Witajcie, drodzy kandydaci na grafomanów.
W dzisiejszym odcinku omówimy sobie skomplikowany problem podręczników pisania.
W krajach anglosaskich wydawanie wszelakich możliwych poradników ma długą i bogatą tradycję. Nic więc dziwnego, że od czasu do czasu coś z tego wątpliwej jakości dorobku zostaje przełożone na nasze tubylcze narzecze. Cóż zatem można znaleźć w księgarniach, antykwariatach i jatkach z tanią książką?
Sztuka pisania – trafiłem na to swojego czasu na taniej książce za jedyne 7 zł. Cholera, mogłem mieć za to 3 piwa... Jakiś czas potem wpadł mi w ręce drugi egzemplarz, który bez żalu ofiarowałem Bibliotece Narodowej. Jak skomentować zawartość? Zasadniczo jest to zbiór felietonów, napisanych przez amerykańskich pisarzy i redaktorów, głównie związanych z czasopismem Writer’s Digest (taka odmiana Reader’s Digests, tyle że nie dla ćwierć – ale półinteligentów). Wśród autorów znaleźli się m.in.: Steinbeck, Hemingway, Vonnegut, Asimov, Card... W środku jest totalna kaszana. Pierwsze felietony pochodzą z lat dwudziestych XX wieku. Ostatnie z progu lat dziewięćdziesiątych. Już to dyskwalifikuje książkę jako poradnik. Wyobraźmy sobie, że chcemy napisać współczesną powieść SF, korzystając z porad Sienkiewicza czy Prusa... Słowo pisane i sposób jego podania czytelnikowi przechodzi dość szybką ewolucję.
Jeśli natomiast ktoś chce poznać historię amerykańskiej literatury XX wieku – polecam. Początkujący grafoman wywnioskować z tej lektury może tylko jedno: amerykańska literatura różni się od europejskiej na tyle, że ich ewentualne porady – nie przydadzą się w zasadzie na nic. Np. rozdzialik o opisach postaci zawiera curiosa, za które u nas każdy redaktor spuszczałby po schodach...
Nigel Wats Jak napisać powieść. To typowy poradnik typu „uczymy się pisać powieści w weekend”, których istnienie sygnalizowałem już we wstępie. Został przełożony z wielkobrytyjskiego, ale obok ogromnej ilości bełkotu, można tam znaleźć kilka pożytecznych rad, m.in. jak budować sceny, jaki wybrać punkt widzenia narratora, jakie są danego rozwiązania zalety a jakie wady, etc. Można to sobie przeczytać, przemyśleć, nawet niekiedy zastosować. Kuriozalne są partie poświęcone redakcji – chłe chłe – przełożone żywcem z angielskiego, a co za tym idzie, kompletnie nieprzystające do naszej rzeczywistości. Zakończenie, gdzie autor radzi m.in jak wybrać sobie agenta literackiego i jak powinna wyglądać strategia marketingowa, można sobie odpuścić. (Chyba że bohaterem naszej powieści będzie angielski pisarz). I na koniec coś fajnego. Wedle tego autora (a pracuję w wydawnictwie i sądzę, że zna się na tym) początkujący pisarz za swoją debiutancką książkę nie powinien liczyć na zaliczkę większą niż 2-6 tysięcy funtów. Po ile to funt dziś stoi? Coś ze 6 zł... A zatem nasz angielski kolega po fachu bierze 12-36 tysięcy zaliczki!!! Obyśmy kiedyś doczekali i w Polsce takich honorariów (nie mówiąc o zaliczkach...).
Lesley Grant-Adamson Jak napisać powieść kryminalną. Kolejny poradnik tego samego typu – wydany zresztą w tej samej serii (był jeszcze jeden – Pisanie scenariusza filmowego). Jest tu kilka fajnych dość konkretnych rad, które można wykorzystać, pisząc nie tylko dzieło kryminalne. Oczywiście jest też trochę uwag na temat wydawania własnego dzieła – co pozwala boleśnie odczuć różnice cywilizacyjne między nami a USA... Na końcu rzecz bardzo cenna – tabela znaków korektorskich! (i to dostosowana do naszych wzorów i z przykładami przeprowadzenia korekty!). Polski wydawca trochę ni w pięć ni w dziewięć dodał do tego interesujące posłowie Joanny Chmielewskiej – nawet na temat...
Albert Zuckerman Jak napisać świetną powieść. Niczego sobie książeczka – autor, krytyk literacki i selekcjoner jednego z amerykańskich wydawnictw, dogadał się z Kenem Folletem i dostał od niego pierwsze wersje Człowieka z Petersburga. Bardzo wskazane jest zapoznanie się z tą pozycją przed, a najlepiej w trakcie czytania poradnika. Wersje pierwotne autor poddał następnie gruntownej analizie – pokazał, z czego Follet zrezygnował, co dodał i postarał się wyjaśnić, dlaczego dzięki temu osiągnął lepszy efekt. Cholernie ciekawa pozycja i z czystym sumieniem zalecam jej przestudiowanie.
Tradycyjnie, z ostatnich rozdziałów dowiedzieć się możemy, jak daleko w tyle zostaliśmy za USA. I tak w kraju za wielką wodą: najemny redaktor lub pisarz za przeczytanie cudzej książki w maszynopisie i wydanie opinii, czy się nadaje do czegokolwiek, bierze od 500 do 1000 dolarów, a za zaznaczenie błędów w maszynopisie i uwagi bardziej szczegółowe od dwóch do pięciu tysięcy (a ja to robię za darmo, o kurde, dom bym już chyba za to wybudował...)
Stephen King Pamiętnik rzemieślnika – aaaa... eeee... ups... jeszcze nie przeczytałem. Ale słyszałem, że dobre.
Porzućmy kraje dalekie i paskudne, gdzie zarabia się miliony, i wrócimy bliżej naszego podwórka.
Issac Asimov Złoto i Magia (tak, wiem, mieszkał w USA i był do tego Żydem, a nie Słowianinem, ale urodził się zupełnie niedaleko). Ciekawy zbiór felietonów o historii SF w USA i zwłaszcza o tym, jak ludzie traktowali tę literaturę. A traktowali ją z grubsza jak u nas – tzn. wkręcali sobie śrubkę w skroń, póki pisarze od SF nie zaczęli zarabiać milionów dolarów. Wtedy nabrali szacunku. Asimow pisze sporo o tym, jak sam został pisarzem, jak wyglądały początki jego kariery, i myślę, że z tego powodu warto po tę pozycję sięgnąć.
Kir Bułyczow Jak zostać pisarzem fantastą. Pozycja dość podobna, tylko napisana w bardziej ciągłej chronologicznie formie, z mniejszą ilością dygresji. To doskonała książka. Upiornie miejscami gorzka i porażająco smutna, ale i autorowi przyszło żyć w bardzo nieciekawym miejscu i paskudnych czasach. O tym, jak zostać pisarzem, Bułyczow w zasadzie niewiele pisze, opisuje za to własną cierniową drogę. Z jego uwag sporo możemy się dowiedzieć... Przy tym jest to okazja, by niejako od kuchni zobaczyć życie codzienne w kraju totalitarnym. I lepiej poznać znakomitego pisarza i dobrego człowieka, którym był.
Izabela Filipiak Twórcze pisanie dla młodych panien, Ta „modna i głośna”, „skandalizująca” autorka swojego czasu machnęła zbiór awangardowych opowiadań i równie awangardową powieść, po czym, poczuwszy się pisarką, uraczyła czytelniczki „wysokich obcasów” (to taki femino-marksistowski dodatek do jednej z polskich gazet) cyklem felietonów o tym, jak pisarką należy zostać. Felietony reklamowano sloganem: „jak pisać i jak żyć”. (Hy, hy, mam nadzieję, że nikt nie próbował). Felietony zebrane zostały następnie w tomik, pouzupełniane i tak powstała omawiana pozycja. Zasadniczo poszukującym wiedzy książka ta do niczego się nie przyda. Jeśli komuś wpadnie w ręce, polecam zebranie grupy przyjaciół, zgromadzenie zapasu piwa i czytanie na głos ustępów – zabawa będzie przednia. Wśród jej porad znajdują się m.in. sugestie, by dla rozwoju twórczego opisać swoją pierwszą miesiączkę. Książka jest z grubsza o niczym – choć autorce wydawało się, że pisze o tym, jaka jest genialna... I za to dzieło dałem, psiakrew, 24.40 zł...
Lekcja pisania – dziełko to powstało w ten sposób, że wydawca poprosił grupę ludzi, których uznał za czołowych polskich pisarzy, o to, by w krótkich felietonach udzielili porad, jak dołączyć do ich grona. Wśród autorów zbiorku widzimy głównie autorytety: A. Szczypiorski, Cz. Miłosz, H. Kral etc. Najwyraźniej wydawca czytał jedynie słuszną gazetę i wedle jej wskazań typował... Pytanie: „co młody człowiek zrobić powinien, by pisarzem zostać”, okazało się jednak dla nich zbyt trudne. Zamiast udzielić odpowiedzi, napisali, jacy są wielcy, wspaniali i genialni. Książeczka kwalifikowałaby się do wymiany na papier toaletowy, gdyby nie jeden zawarty w niej tekst – esej Henryka Grynberga. Tylko on zrozumiał polecenie redaktora zbioru i potrafił coś z sensem napisać. Przerażające, że proste pytanie, zadane po polsku, najlepiej zrozumiał emigracyjny pisarz, używający na co dzień angielskiego i jidysz... Jest to jednak człowiek naprawdę mądry, nie to co nasi ćwierćinteligenci, udający inteligentów a nawet intelektualistów...
Jerzy Wittlin Vademecum grafomana – urocza książeczka, z której możemy dowiedzieć się jak zostać prawdziwym grafomanem. Niestety, jest to dzieło satyryczne, a nie podręcznik... Niemniej szczerze polecam zapoznanie się z nim! Ot tak, dla poprawy humoru. Warto przytoczyć fragment rozdziału poświęconego tłumaczeniom z języków obcych: „jeśli zauważymy, że nasze tłumaczenie w ponad 30% nie pokrywa się z treścią oryginału, rezygnujemy z sygnowania go na okładce nazwiskiem zagranicznego autora”.
Feliks W. Kres Galeria złamanych piór. Jest to zbiór felietonów, drukowanych w miesięcznikach Fenix i Science fiction. Autor zasadniczo nie przewidywał, że kiedykolwiek ukażą się w postaci książkowej, a gdy miały się ukazać, nie bardzo wierzył w sens ich publikacji, skutkiem czego nie zadbał o to, by scalić je w jakąś całość. Może to wada, a może wręcz przeciwnie, zaleta? W każdym razie, jeśli ktoś nie dysponuje kompletem numerów obu wymienionych pism, może sobie nabyć i zapoznać się z tym zbiorem porad i uwag do tekstów nadesłanych przez początkujących grafomanów. Same teksty obecne są w licznych cytatach i są to czasem takie kwiatki, że włosy dęba stają.
Uwagi w każdym razie wydają mi się w większości całkiem sensowne – choć różnimy się w poglądach na niektóre kwestie. Spośród polskich poradników, ten wydaje mi się najlepszy – oczywiście do czasu, kiedy przyjdzie mi do głowy napisać własny...

KONIEC



Oficjalna strona p. Andrzeja Pilipiuka – http://www.pilipiuk.com


***
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości