Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wątek zamknięty 
Tryby wyświetlania wątku
PISZEMY BESTSELLERA – Andrzej Pilipiuk
#1
Mamy zaszczyt przedstawić poradnik, który powstał w wyniku zebrania artykułów autorstwa znanego pisarza, Andrzeja Pilipiuka. Artykuły te ukazały się niegdyś w czasopiśmie Fahrenheit.
Autor udzielił nam pozwolenia na umieszczenie tego poradnika na naszym forum. W związku z powyższym zabrania się kopiowania i rozpowszechniania poniższego tekstu bez zgody autora.
Życzymy miłej lektury – ekipa forum Podziemie opowiadań.



Oficjalna strona p. Andrzeja Pilipiuka – http://www.pilipiuk.com


Piszemy Bestsellera
Andrzej Pilipiuk
„To nie talent lecz chęć szczera produkuje bestsellera” (red. M. Parowski)


cz. 1.

Od czasu do czasu na konwentach spotykam się z młodymi ludźmi, którzy nieoczekiwanie poczuli gwałtowny przypływ olśnienia. Ofiara przebudzonych mocy twórczych z reguły usiłuje coś napisać albo narysować, lub połączyć jedno z drugim, tworząc komiks.
Ci, którzy zdecydują się pisać, po spłodzeniu kilku lub kilkunastu stron wpadają przeważnie na pomysł, że trzeba to gdzieś opublikować. Wysyłają tekst do redakcji któregoś z branżowych pism i z reguły na tym kończy się ta przygoda. Redakcje odpowiedzi udzielają z reguły bardzo niechętnie i przeważnie jest to odpowiedź negatywna. Niniejsza rubryka ma na celu zmniejszenie liczby ofiar, tfu. To znaczy chciałem powiedzieć, tu będziecie mogli poczytać o tym, co zrobić, żeby zwiększyć swoją szansę w przebijaniu się przez rzeczywistość. Postaram się w szeregu felietonów zawrzeć wskazówki, które w pewien sposób ukierunkują Waszą twórczą energię.

A zatem:
Co zrobimy z napisanym tekstem, który naszym zdaniem nadaje się już do publikacji? Ano trzeba go zanieść potencjalnemu wydawcy. Do redakcji czasopisma wpadamy zazwyczaj miedzy 12-tą a 15-tą – wówczas mamy największe szanse złapania kogoś na miejscu. Przestrzegać należy drogi służbowej. Wachmana w drzwiach informujemy, że chcemy się widzieć z redaktorem od prozy polskiej, jeśli jest nieobecny – z sekretarzem redakcji, sekretarką, tylko w ostateczności wręczamy manuskrypt wachmanowi z prośbą, by położył redaktorowi na biurku. Jeśli redakcja znajduje się daleko od naszego miejsca zamieszkania – np. drugim końcu kraju – wysyłamy nasz utwór pocztą. Co się z nim dzieje dalej?
Przed kilku laty, gdy jeszcze istniało czasopismo „Fenix”, pełniłem w nim zaszczytną funkcję człowieka zajmującego się obsługą korespondencji. Do moich zadań należało czytanie listów początkujących grafomanów, o pardon, twórców, studiowanie dołączonych do listów opowiadań, oraz pisanie z tego wyciągów dla redaktora naczelnego. Z grubsza, rola sprowadzała się do wyszukiwania w zalewie makulatury tekstów nadających się do druku. Robota miała swój urok, bowiem przy okazji poznałem szereg naprawdę wstrząsających płodów ludzkiej myśli... Zacznijmy zatem od listów, potem omówimy sobie kilka przykładów natchnionych tekstów...
Jeśli zdecydujemy się wysyłać gdzieś nasz tekst, obojętne czy drogą elektroniczną, czy tradycyjnie w kopercie, warto dołączyć do niego świstek papieru lub kilka bitów informacji, po co właściwie wysyłamy... Pierwszym generalnym błędem jest złe zaadresowanie listu. Większość zaczyna się od słów „Szanowni Państwo”, ewentualnie bardziej odkrywczo „Hej Redaktorzy” (najemnicy, kolesie, panowie, mordercy, mistrzowie etc., etc.). To pierwsze potknięcie. List do redakcji kierujemy i adresujemy do redaktora naczelnego lub redaktora zajmującego się prozą polską (jego nazwisko bierzemy sobie ze stopki redakcyjnej). Pisać trzeba w miarę zwięźle. Kluczem do sukcesu jest unikanie kilku typowych potknięć. A zatem nie piszemy że:
1) Napisaliśmy ten tekst wiele lat temu, jak byliśmy młodzi i jeszcze nie umieliśmy za dobrze pisać – wysyłanie młodzieńczych bazgrołów bez ich napisania od nowa i starannej redakcji mija się z celem. Jeśli chcemy, żeby nam to opublikowano, musimy napisać najlepiej, jak umiemy i doszlifować wszystko, co tylko się da doszlifować. Nie wysyłamy czegoś, co leżało w szufladzie i miesiącami porastało kurzem. Wysyłamy coś, nad czym popracowaliśmy przed wysłaniem.
2) Mamy jeszcze w szufladzie znacznie lepsze kawałki – reakcja redaktora jest natychmiastowa. Spadaj palancie, przyślij te lepsze. Po co głowę zawracasz, dawaj najlepsze, co masz.
3) Napisaliśmy jeszcze kilka tekstów, które wysłaliśmy do konkurencji – to także doprowadzi czytającego do szewskiej pasji. Lepsze dla konkurencji, dla nas odpadki? A niedoczekanie twoje, drogi autorze, niech cię wydaje konkurencja.
4) Umiemy napisać lepiej – jak umiecie, to udowodnijcie, a na razie nie będziemy tego czytać.

Czytając stosy listów, zauważyłem pewną prawidłowość. Dobre teksty zazwyczaj opatrzone były krótkimi i zwięzłymi listami. Teksty słabe – w epistoły pełne ozdobników. Tu problem kolejny. Redakcje pism papierowych zazwyczaj stosują jedną stawkę – wierszówkę – określoną kwotę, którą płacą za stronę tekstu i jeśli człowiek nie nazywa się Sapkowski, to nie zdoła wydrzeć więcej niż wierszówka wynosi (nawet mi się nie udało...). W przypadku dobrych tekstów autor podawał zazwyczaj adres zwrotny, czasem numer telefonu – poczta elektroniczna była jeszcze w powijakach. Autorzy tekstów słabych załączali wszystkie swoje dane osobowe – niezbędne ich zdaniem do sporządzenia umowy. Autorzy najsłabszych dodawali numery kont bankowych, na które należy przelać honoraria. Autorzy tych zupełnie dennych podawali numery kont i wysokość kwot, które należało, ich zdaniem, przesłać za prawa publikacji ich wypocin.
Od tej reguły w zasadzie nie ma wyjątków, toteż widok pełnych danych i numer konta u większości redaktorów wywoła z miejsca odruch wymiotny lub przypływ paniki... A nie o to przecież chodzi. Zostawmy problem listów i przejdźmy do natchnionych dzieł do nich załączonych.

Jaki powinien być idealny wydruk? Od czasów, gdy obowiązywało składanie utworów w postaci tego, co wystukało się pracowicie na maszynie, utarł się zwyczaj, by zachować standard tak zwanego znormalizowanego maszynopisu. Co to oznacza? Na stronie powinno być 30 linijek po 60 znaków. Wydruk powinien być jednostronny. Strony muszą być ponumerowane. Na pierwszej stronie umieszczamy swoje imię i nazwisko. Obok namiary – adres, e-mail, numer telefonu. Dane te warto powtórzyć na ostatniej stronie – pod tekstem (bywa i tak, że pierwsza strona ulega zgubieniu). Czcionka powinna być czytelna, prosta i miła w czytaniu (np. times new roman ce). Unikać należy jak ognia wszelkich ozdobnych. Należy pamiętać o wcięciach akapitów i przy dialogach. Jeśli nie rozumiecie, o co chodzi, obejrzyjcie sobie stronę z książki i postarajcie się odtworzyć jej układ...
Maszynopis nie powinien nosić śladów czytania przez poprzednich redaktorów, ręcznych poprawek, młodsze rodzeństwo, w wannie czy w kiblu. Powinien być dziewiczo czysty – wydrukowany specjalnie na tę okazję, specjalnie dla tego redaktora. Innymi słowy, musi być ładny optycznie.
Bardzo złe wrażenie robią błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Rękopisy w ogóle nie są czytane.

Co do treści, cóż... z reguły 90% powstających utworów nie nadaje się do niczego. Statystyka jest tu nieubłagana. Na dziesięć tekstów spływających do „Feniksa” do druku nadawał się jeden. Nadawał, ale nie zawsze był publikowany! Standardową praktyką stosowaną np. w redakcji „Fantastyki” jest układanie tekstów na stosik. Te, które spełniają kryteria drukowalności, gromadzone są w piramidkę. Najlepsze trafiają na górę. Średnie wtyka się w środek. Najgorsze – ale jeszcze nadające się do druku, podkłada się pod spód. Przy kompletowaniu zawartości numerów zawsze bierze się teksty od góry – najlepsze. Długa posucha sprawia, że warstwa najlepszych kończy się, odsłaniając warstwę gorszych. Te najsłabsze z dna stosu nie mają w zasadzie większych szans na druk. Te, które nie zakwalifikowały się na stosik, trafiają do kosza i wracają do autora wyłącznie w postaci papieru toaletowego.
Standardową praktyką redakcji jest nawiązywanie kontaktu jedynie z autorami, których teksty zakwalifikowano do publikacji. Jeśli redakcja nie udzieli odpowiedzi w ciągu miesiąca, można zadzwonić i się dopytać. Redakcja odrzuconych tekstów nie odsyła, nie opatruje komentarzami, nie podaje decyzji, dlaczego zostały odrzucone, ani co można by poprawić... Polityka to moim zdaniem bzdurna, gdyż czasem trafiały się nam w poczcie teksty, które miały niezły pomysł, tylko napisane były nieco nieporadnie. Wyeliminowanie błędów było możliwe, jednak redaktorzy woleli pracować nad tekstami od razu dobrymi. Cóż, nie ja tam byłem naczelnym, moje rady ignorowano.

Jakie pierdoły trafiają w ręce redaktorów? W czasie mojego kilkumiesięcznego urzędowania trafiło mi się kilka takich kwiatków, że głowa mała. Na przykład: opowiadanko bodaj pod tytułem „Przygody fajnego faceta w fajnym kraju”. Tekst zaczynał się od brzydkiego wyrazu na „k”. Mimo iż jest to wyraz rodzaju żeńskiego, stanowił imię głównego bohatera(!). A więc tenże k*** budzi się na kacu w zdemolowanym pokoju, a potem idzie przez miasto, demolując, nie wiadomo po co, napotkane sprzęty, a na zakończenie wycieczki wymiotuje do kiosku.
Inspirujące, prawda? Ciekawe swoją drogą, po co to przesłano akurat do „Feniksa”, bo w tekście nie było ani grama fantastyki.
Inny kwiatek poraził mnie głębią niewiedzy historycznej. Oto dwaj „partyzanci” w stylu iście filmowym skaczą z gałęzi na przejeżdżających pod drzewem Krzyżaków i rozszczepiają ich zręcznie... krzemiennymi siekierami(!!!). No cóż, wprawdzie na studiach uczyłem się, że epoka brązu zaczyna się na naszych terenach ok. 1800 roku p.n.e., ale widać trafiła się jakaś zapóźniona o 3600 lat osada...
Następny wstrząsający utwór zaczynał się sceną, od której opadła mi szczęka. Król Popiel wypija szklankę wódki i przykłada rozpalone czoło do szyby w oknie... Co mi się tu nie spodobało? Po pierwsze, wódka dotrzeć mogła na nasze ziemie wraz z zakonnikami najwcześniej w XI wieku. Po drugie, szklanka – najstarsza „szklanka nyska św. Jadwigi” została przywieziona przez jej ojca z wyprawy krzyżowej i była tak wspaniałym przedmiotem, że ofiarowana w XIII wieku klasztorowi w Nysie została z miejsca, po dodaniu srebrnej oprawy, przerobiona na kielich mszalny... (a wygląda jak szklanka po nutelii mniej więcej). Trzecim detalem nie pasującym do epoki była szyba w oknie. Wenecjanie jako pierwsi zaczęli robić szkło taflowe. Było to w XV wieku. Do nas dotarło dwa stulecia później...
Tego typu błędy powodują oczywiście natychmiastową dyskwalifikację tekstu. A zatem, drodzy autorzy, przed podjęciem decyzji wysyłać czy nie wysyłać – warto się chwilę zastanowić, a może i pewne szczegóły sprawdzić w uczonych księgach...
Reklama AdSense
#2
cz. 2.

W poprzednim odcinku roztoczyłem przed Wami, drodzy przyszli pisarze, ponurą wizję tragicznego losu Waszych rękopisów. Wizja ta nie byłaby pełna, gdybym pominął problem redaktora. A zatem kto to taki? Z Waszego punktu widzenia redaktor to koleś, który weźmie do ręki Wasze dzieło i, skrzywiwszy się po przeczytaniu, ciepnie je do kosza. Jednak jeśli nie stać Was na założenie własnej gazety celem publikacji swoich utworów, jesteście skazani na kontakty z takimi typkami. Nieważne, co piszecie – czy są to artykuły do gazet, felietony, opowiadania czy powieści – zawsze traficie na redaktora.
Skąd biorą się redaktorzy? Przeważnie z przypadku. Trafiłem w życiu na kilku różnych. Byli wśród nich niedoszły biolog, technik urządzeń chłodniczych, dentysta, świadek Jehowy, grafik komputerowy, artysta od sztuki nowoczesnej, były tłumacz, technolog żywności, magister archeologii... – jak widać, aby zostać redaktorem, nie jest konieczne specjalne wykształcenie. Od razu zaznaczę, że wśród wyżej wymienionych trafili się zarówno fachowcy jak i totalni partacze. Jak odróżnić fachowca od partacza? Fachowiec umie ocenić i zredagować tekst, partaczowi wydaje się, że umie.

Redakcji tekstu nie można się nauczyć w zasadzie nigdzie. Podstawy poznałem w czasie warsztatów organizowanych przed laty przez „Klub Tfurców”. To była jednak tylko pewna ogólna podstawa. Dalsze umiejętności zdobyłem, dokonując szczegółowej analizy gramatycznej różnych rodzajów błędów językowych. Przypuszczać należy, że redaktorzy, którzy cośkolwiek wiedzą o tej robocie, kształcą się systemem cechowym – starsi i bardziej doświadczeni szkolą swoich uczniów – zachowując atoli dla siebie najważniejsze sekrety fachu, co sprawia, że uczniowie nie są w stanie zagrozić w przyszłości ich pozycji.
Partacze nie uczą się wcale, wydaje im się, że wiedza wyniesiona z liceum wystarczy. Ano niestety, nie wystarczy. Gramatyki uczy się u nas w sposób kompletnie skandaliczny, zmuszając uczniów do kucia formułek i odwalania głupich ćwiczeń, zamiast położyć nacisk na rozumienie zasad i umiejętność ich zastosowania. Kilka zagadnień z dziedziny wyższej gramatyki postaram się Wam przybliżyć w przyszłości.

Najgorszym rodzajem redaktora, na jakiego możecie trafić, jest niespełniony pisarz. Gość godzinami zastanawia się nad tym, dlaczego nie jest w stanie nic spłodzić. Po kilku latach takich rozmyślań staje się zgorzkniały i cyniczny. Kontaktując się z nim, narażamy się na to, że z dziką radochą uwali nasz tekst tylko dlatego, że napisaliśmy go nieźle – lepiej niż on sam by potrafił. Oczywiście prawdziwy „Wielki Redaktor” nie uwala tekstów ot tak, on musi znaleźć sobie powód. Tu nie wystarczy sama nienawiść do nas – trzeba ją podbudować odpowiednim uzasadnieniem.
A zatem redaktor taki będzie z ołówkiem w ręce liczył, ile mamy znaków w linijce i ile linijek na stronie. Z satysfakcję będzie zaznaczał, gdzie zapomnieliśmy postawić przecinek, po czym odrzuci tekst z uwagi na „rażące niedoróbki formy”. Dla niego natrafienie w naszym tekście na literówkę jest jak wydłubanie z muszli dorodnej perły, a każdy błąd ortograficzny niczym piękny diament znaleziony po wielu dniach pracy. Człowiek taki będzie analizował tekst pod kątem jego odrzucenia. Teraz rozumiecie, dlaczego tyle miejsca poświeciłem w poprzednim felietonie na wbicie Wam do głów, jak powinien wyglądać dobry maszynopis? Tego typu sukinkotowi nie możemy dać żadnej formalnej okazji do uwalenia z miejsca naszego tekstu. Większość redaktorów oceniających opowiadania jest w porządku, jednak ostrożność i tu nie zawadzi.
Praca redakcji zazwyczaj wygląda następująco: Na czele stoi redaktor naczelny. Czasem jednocześnie pełni funkcję redaktora prozy polskiej. Podlega mu redaktor graficzny – który zajmuje się obrazkami (on nas nie interesuje, chyba że uprze się, by dać jakieś bazgroły jako ilustracje naszego tekstu) – oraz sekretarz redakcji. Redakcja zazwyczaj liczy od dwu do pięciu osób, do przeszłości odeszły kilkunastoosobowe składy...

A zatem redaktorski grzech główny – lenistwo. Lenistwo naczelnego sprawia, że całość działa bardzo niemrawo. Człowiek, który sam przeżywa życie w półśnie, nie jest w stanie zdopingować podwładnych do roboty. Rozmamłanie faceta od prozy polskiej powoduje, że nasz tekst może zostać przeczytany po tygodniu od nadesłania lub po miesiącu. Bywa, że wcale nie zostanie przeczytany. Jeśli słodka błogość nieróbstwa dotknie sekretarza redakcji, sytuacja jest tragiczna – gdyż to od tego gościa zależy, czy i kiedy dostaniemy naszą forsę...
Leniwy redaktor nie zechce nic poprawiać, wyrzuci nasz utwór do kosza. O ile frustrata ciężko pokonać, o tyle rozanielonego można przeskoczyć dość łatwo. Wystarczy napisać na tyle dobrze, by przełożył tekst na kupkę tych do wydania i zapadł w dalszą drzemkę...
Niekiedy lenistwo redaktorów powoduje skutki zgoła dramatyczne. Na przykład w pewnym wiodącym wydawnictwie naszej branży spiętrzył się stos około stu(!!!) maszynopisów nadesłanych powieści. Stos ten narasta od lat. Tworzą go głównie maszynopisy debiutantów, w tym jeden – 700 stron autorstwa niżej podpisanego... Tekst ten złożyłem bodaj w 1998 roku. Do dziś dzień nie został przeczytany i pewnie nie zostanie, bo z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że z racji grubości został użyty do podparcia konstrukcji regału...

Inną wadą redaktorów jest bałaganiarstwo. Redaktor potrafi zgubić wszystko. Nasze dane, nasz tekst, nasze umowy, nawet nasze honoraria. Tu na marginesie uwaga psychologiczna. Chaos panujący na biurku i w otoczeniu redaktora zazwyczaj jest dokładnym odbiciem stanu jego myśli. Ludzie zorganizowani utrzymują wokół siebie porządek i z reguły nie gubią ważnych papierów...
Wspominałem poprzednio o podpisywaniu maszynopisów z obu stron. W pewnej redakcji widziałem niezły stosik tekstów, które w zasadzie kwalifikowały się do druku, ale podpisane zostały jedynie imieniem i nazwiskiem. Autor dane pozwalające na nawiązanie kontaktu zawarł w liście lub umieścił na kopercie – i niestety zostały one zagubione w redakcyjnym bałaganie.

Ponadto redaktorzy posiadają swoje specyficzne narowy. Po prostu pewna tematyka im się podoba, inna nie. Jak poznać gust takiego typa? Ano analizując, co też dopuścił do druku. Oczywiście dużo ciekawsze byłoby zbadanie, czego nie dopuścił – ale to niestety w naszych warunkach jest niewykonalne (chyba, że wiemy, do którego zasobnika z makulaturą trafiają odrzucone przez redakcję maszynopisy). Miejscem, gdzie możemy dokonać rozpoznania redaktora, są konwenty miłośników fantastyki. Warto wybrać się na spotkanie z redakcją i posłuchać o czym i w jaki sposób będą mówili zaproszeni redaktorzy.

W zasadzie na konwentach nie należy wręczać im swoich maszynopisów. Wysoce prawdopodobne jest, że zostaną one zgubione. Cóż, impreza taka trwa kilka dni i kilka nocy, częste zmiany knajp... Jeden z redaktorów zgubił nawet komplet kart kredytowych, więc maszynopis lepiej wręczać w budynku redakcji. W żmudnym procesie poznawania narowów redaktora ważne może okazać się zasięgnięcie opinii u autorów, którzy już coś w danym piśmie puścili. Starszy kolega po piórze może być kopalnią ciekawych informacji, zwłaszcza jeśli postawimy mu piwo i pociągniemy za język. Dowiemy się wówczas rozmaitych rzeczy, które pozwolą nam starannie zaplanować strategię.

Pośród cech charakteru redaktorów warto wymienić jeszcze jedną – zaborczość. Bywa i tak, że po szczęśliwym debiucie redaktor uzna nas za swoja wyłączną własność i alergicznie będzie reagował na próby publikacji gdzie indziej. Tak było w przypadku pewnego autora. Złożył w wydawnictwie dwa maszynopisy – powieści i zbioru opowiadań. Zbiór został odrzucony z wstrętem, powieść skierowana „do produkcji”. Autor, nie przejmując się odmową, zaniósł opowiadania do konkurencji, gdzie zostały przyjęte przychylnie i oddane szybko do druku. Niebawem ukazały się w postaci sympatycznej książeczki. Na wieść o tym pierwszy wydawca wpadł w szał i nie wydaną jeszcze powieść wykreślił z grafiku. Autor niezrażony pokazał mu figę i udał się tam, gdzie wydali jego opowiadania. Niestety, redaktorom powieść się nie spodobała i musiało minąć coś ze cztery lata, zanim wreszcie doczekała się publikacji jeszcze gdzie indziej. Mamy tu więc zaborczość połączoną z mściwością...
W przypadku czasopism nie jest to aż tak ostro, choć pamiętam, że jako autor ze stajni „Feniksa” do redakcji „Fantastyki” po raz pierwszy szedłem z duszą na ramieniu... Z przypadkami zaborczości nie spotkałem się w aż tak ostrej formie, choć z redaktorem Grzędowiczem miałem umowę, że opowiadania o Wędrowyczu puszczam tylko u niego. Dopiero gdy pokłóciliśmy się o honoraria (konkretnie poszło nie o wysokość, tylko dlaczego z czteromiesięcznym poślizgiem) tytułem ostrzeżenia puściłem jeden tekst o Jakubie w „Magii i Mieczu”.
Najłagodniejszą formą tego narowu jest dumne głoszenie wszem i wobec, że autor debiutował właśnie w piśmie kierowanym przez danego redaktora lub że „debiutował u konkurencji, ale te naprawdę wartościowe teksty poszły u mnie”. Albo „coś tam chałturzył w tych fanzinach, a ja go nauczyłem pisać”...
W przypadku wydawnictw książkowych umowa na wyłączność lub pierwokup jest usprawiedliwiona, jeśli wydawca inwestuje w reklamę i promocję autora.

I wreszcie na zakończenie. Jak poznać dobrego redaktora? Taki koleś zaprosi nas do redakcji, pokaże nam nasz maszynopis tu i ówdzie pokreślony na czerwono, a potem wyjaśni nam szczegółowo, jakie kropnęliśmy błędy i jak należy je skorygować... Prawdziwy redaktor powinien być nie tylko fachowcem w swoim fachu, ale także porządnym i życzliwym człowiekiem. Niewielu dziś takich, ale trzeba szukać.




cz. 3.

W dzisiejszym odcinku postaram się napisać wreszcie coś na temat – czyli jak zabrać się do pisania. Pierwszym i najważniejszym elementem naszej prozy jest Bohater. Tego etapu nie przeskoczymy, choćbyśmy się skichali. Dobrze wymyślony – wyciągnie nam utwór, uratuje nawet w przypadku niedoróbek fabuły (za dowód może posłużyć cała niemal moja proza). Dla odmiany, kiepski bohater położy nam opowiadanie lub książkę na amen. I nie pomoże najgenialniejsza fabuła...
Jeśli przywołujemy na myśl najwybitniejsze dzieła literackie, w każdym znajdujemy wyraźnie zarysowaną postać: Conana, Wiedźmina, Hannibala Lectera, etc. A zatem garść rad.
Istnieje coś, co fachowo nazywa się targetem – to grupa docelowa czytelników, czyli kolesie i koleżanki, którzy będą czytali to, co naskrobiemy. Jeśli piszemy powieść dla młodzieży, robimy to nieco inaczej niż gdybyśmy kierowali ją do dorosłych. Jeśli piszemy dla dziewcząt – oczywiście będzie inna niż dla chłopców, etc. Nasz bohater powinien zasadniczo być w wieku potencjalnego odbiorcy. Dlaczego? Ano głównie dlatego, że przygody rówieśnika przeżywamy najmocniej. Identyfikujemy się z nim, z jego problemami. Bardzo ładnie zrobił to Niziurski w „Księdze Urwisów”. Mamy tam grupę chłopców, bardzo niejednolitą wiekowo. Są w niej trzecioklasiści i siódmoklasiści... to pozwala rozciągnąć target szerzej na grupę w wieku 9-14 lat.
Metodę tę twórczo rozwinął Nienacki, tworząc postać Pana Samochodzika. Mamy tu wybitnego fachowca, którego z reguły otacza masa bachorów – „przypadkiem” w wieku potencjalnych czytelników. Dużo gorsze są tu powieści np. Alfreda Szklarskiego z cyklu o przygodach Tomka Wilmowskiego – za szybko sukinkot dorósł...
Oczywiście, czytelnik polubi bohatera lub nie polubi. Tu znowu kilka ciekawych trików. Bohaterowi warto na dzień dobry dać kopa w zad, żeby się nogami nakrył. Wdeptać w ziemię i przydusić. Potem dopiero stopniowo poprawiać mu los. Ładnie to pokazał Marek S. Huberath choćby w opowiadaniu „Kara Większa”. Gdy gnębimy naszą postać, czytelnik zaczyna jej współczuć. Dla odmiany, jeśli opiszemy przygody supermana, któremu wszystko idzie jak z płatka, w efekcie uzyskamy coś na kształt cyklu o przygodach „Dzikiej Mrówki”, wydawanego w połowie lat osiemdziesiątych, a dziś kompletnie już zapomnianego. Dzika Mrówka był synem marynarza, dziwnym trafem władza ludowa dawała mu paszport, by z kumplami płetwonurkami powłóczył się a to po Jugosławii, a to po Andach. Rzygać się chciało – tak mu wszystko szło jak z płatka. W efekcie minęło 15 lat i książki te zostały równo zapomniane. Po prostu bohatera zbyt trudno było polubić. A zatem zagrajmy na współczuciu czytelnika. I kopmy naszego frajera w tylną część ciała. Im częściej i mocniej, tym lepiej.
Trik kolejny równie prosty. Sam bohater to nie wszystko. Należy dostarczyć mu świat, w którym będzie funkcjonował. Im świat będzie ciekawszy, tym lepiej. Oczywiście, każdy początkujący autor fantasy zaczyna od wyrysowania mapki, ponazywania ziem, czasem nawet na mapce się kończy. Tolkien, Sapkowski i Kres osiągnęli wielkość nie dlatego, że rysowali sobie mapki, ale dlatego, że potrafili zbudować w swojej wyobraźni kompletne światy, istniejące zarówno na płaszczyźnie świadomości, jak i podświadomości czytelnika. Mnie osobiście kreowanie od podstaw jakichś krain wydało się zadaniem ponad moje siły – dlatego wziąłem krainę realnie istniejącą i odrobinę wykoślawiłem jej opis... Jakub żyje sobie na Lubelszczyźnie, która jest odrobinę bardziej malownicza niż ta realna. Osadzanie akcji opowiadania czy powieści w innych epokach historycznych niesie ze sobą ryzyko pewnych błędów – co sygnalizowałem już wcześniej. Z tym trzeba naprawdę uważać. Szerzej o kreacji epok zamierzchłych – w jednym z kolejnych odcinków. Kończąc temat, daję następującą radę: świat wokół bohatera musi być po pierwsze kompletny, po drugie ciekawy. Czytelnik widzi go oczyma naszej wyobraźni. Pamiętajmy, by coś kryło się w cieniu niedopowiedziane – jak u Kresa, czarty – gatunek istot inteligentnych, który, z tego co wiem, był parę razy sygnalizowany, ale jeszcze się nie objawił.
Oczywiście ciekawe otoczenie to nie wszystko. Postać nasza musi w nim funkcjonować – najlepiej zajmując się jakąś ciekawą działalnością. Tu znowu odwołam się do mojego bohatera. Jakub Wędrowycz jest wprawdzie dużo starszy od czytelnika, ale intelektualnie, z racji zacofania technicznego, stoi bardzo nisko – w wielu sprawach jego poczynania są iście dziecinne. Otoczenie ma całkiem niezłe – tu bimbrownia, tam skład partyzanckiej amunicji, tu bimbrociąg przez granicę... Do tego wszystkiego dołożyłem mu parę kopniaków od losu (aczkolwiek trzeba było mocniej) i dałem ciekawą robotę.
Kolejnym chwytem, jaki stosujemy, jest wyposażenie bohatera w wady. Popatrzmy na znany powszechnie komiks o Kajku i Kokoszu. Kajko jest strasznie papierowy, odważny, uczciwy do przesady, waleczny i sprytny. Nieprawdziwy. Kokosz podobał mi się bardziej. Jest gruby, głupszy od kumpla, lubi żreć i ma przez to kupę kłopotów. Jest dużo bardziej prawdziwy. Jeśli opiszemy anioła pozbawionego wad, pozbawimy go także życia. Komu się zechce czytać o tak świetlanej postaci? Kilka drobnych przywar wystarczy, by dodać mu smaku, jak szczypta soli zmienia smak talerza zupy. Jakub akurat składa się głównie z wad – ale to akurat w tym przypadku nie jest dobry przykład. Więcej Kokoszy, mniej Kajków.
Oczywiście tu uwaga naczelna – bohater musi wiedzieć, dokąd idzie. Bardziej szczegółowo omówię to w przyszłości, tu tylko zaznaczę. Nasza postać musi realizować jakieś zadanie albo szukać możliwości jego realizacji. W przypadku Pana Samochodzika bohaterowie szukają skarbów lub wydzierają je konkurencji. U Szklarskiego łowią rzadkie gatunki zwierząt. Pierwsze powieści są lepsze, wyżej określono w nich stawkę, a tym samym działaniu bohaterów został nadany dogłębny sens.
Jeszcze jedna uwaga – niby oczywista, a jednak ważna. Czytelnikowi musimy w czytelny sposób zasygnalizować, kto jest głównym bohaterem – w przeciwnym razie wyjdzie nam coś takiego, jak powieść Nikołaja Breszko-Breszkowskiego „Córka wielkiego księcia” – co się człowiek do kogoś przyzwyczai, przychodzą bolszewicy i go mordują... Początkowo jest to zabawne, ale w trzecim tomie zaczyna nużyć...
Oczywiście nasza postać nie działa samotnie. Wcześniej czy później pojawia się problem bohaterów drugo- i trzecioplanowych. Oczywiście można stworzyć ich postaci na kilka różnych sposobów. Zacznijmy jednak od określenia ich liczby. Jeśli sięgniemy do powieści Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem” lub do „Pana Tadeusza”, natkniemy się na legion rozmaitych typków. Kim są, co robią, skąd się wzięli niby wiadomo, ale snują się ich takie stada, że szybko się w tym totalnie gubimy.
A zatem jeden, dwu bohaterów pierwszoplanowych, do tego powiedzmy do czterech – pięciu drugoplanowych, reszta to elementy tła. Podczas budowy sceny, zwłaszcza jeśli prowadzony jest dialog, nie należy używać więcej niż trójki bohaterów na raz – po prostu czytelnikowi poplącze się, co kto mówi. Zasadniczo nie należy mnożyć bohaterów ponad potrzebę.
Jak ustawiać hierarchię postaci? To bardzo proste. Na wstępie opisujemy dość dokładnie bohatera głównego. „Drugi sort” umieszczamy dalej i opisujemy znacznie mniej dokładnie. Bohaterowi głównemu poświęcamy najwięcej miejsca w każdej ze scen, w których występuje. Ludzie mają zakodowane, że jak coś jest dokładnie omawiane – to znaczy, że ważne.
Warto przyjrzeć się funkcjom bohaterów. Znowu sięgnijmy do klasyki. W Panu Samochodziku mamy oczywiście tytułowego Pana Tomasza oraz towarzyszących mu harcerzy (mówię tu o klasycznych pozycjach Nienackiego, a nie tej imitacji, którą współtworzę). Pan Samochodzik jest tym, który zjadł wszystkie rozumy i szereg rzeczy tłumaczy swoim młodym pomocnikom. Owszem, przeżyją rozliczne przygody – ale to on jest tu siłą porządkującą rzeczywistość. Czasem nawet taki geniusz jak on czegoś nie wie – jeśli sięgniemy do tomu „Wyspa złoczyńców”, znajdziemy tam archeologów, którzy z radością służą mu informacjami.
Wprowadzenie w poczet bohaterów jednej postaci mało kumatej ma dla dzieła zbawienny wpływ. Takiemu osiołkowi wszyscy będą tłumaczyć co bardziej zawiłe kwestie, a wraz z nim dowie się też średnio rozgarnięty lub niedouczony czytelnik. Gdzie można to dobrze podejrzeć? Znowu odsyłam do klasyki – książka J. Verne'a „Tajemnicza Wyspa”. Postaci i relacje między nimi budowane są wedle bardzo przejrzystego schematu.
Na czele piątki rozbitków stoi inżynier. Wszechstronny geniusz. Wiernie sekunduje mu dziennikarz, który przekłada polecenia na zrozumiały język. Bratanek (lub siostrzeniec) dziennikarza jest tym, któremu należy tłumaczyć kwestie bardziej zawiłe – przeznaczone dla średnio rozgarniętego czytelnika. Wreszcie na dole hierarchii stoją dwaj robole od czarnej roboty – Marynarz i Murzyn. Ich postaci są niezbędne, aby otaczać inżyniera kultem i poprzez nich tłumaczyć pewne rzeczy już kompletnym idiotom. Powieść ta powstała przed 120 laty, ale schemat nadal jest żywy i można go nie tylko wykorzystać, ale i twórczo rozwijać.
Sięgnijmy do książek o przygodach niejakiego Heńka Garncarza (Harry'ego Pottera, jeśli ktoś nie lubi tłumaczeń). Mamy tu skopiowanie schematu identyfikowalne natychmiast. Jest mało rozgarnięty Harry, któremu podstawowe sprawy świata magii trzeba łopatologicznie tłumaczyć. Zajmuje się tym przeważnie Hagrid, rzadziej Ron Weasley. Rolę inżyniera odgrywa dyrektor tej wesołej szkółki. To on jest tu fontanną mądrości i opoką, na której opiera się wszystko. Wraz z Harrym wkraczamy w świat czarodziejów. On zadaje pytania, które cisną nam się na usta, on poznaje i eksploruje nowy ląd...
Warto omówić jeszcze jedną kwestię. Bohaterowie zasadniczo dzielą się na pozytywnych i negatywnych. Fabuła opiera się zazwyczaj na walce dobra ze złem, rzadziej na walce zła z jeszcze gorszym, do absolutnych curiosów należy przypadek, gdy mamy do czynienia z pokojową rywalizacją pozytywnych bohaterów.
Najczęściej mamy więc relacje między naszym bohaterem głównym, a jego antytezą – wrogiem. Wróg przeważnie bywa bardzo inteligentny – czasem wręcz bardziej niż bohater. Starcie tych dwu wyznacza nam oś akcji. Zarówno bohater, jak i jego wróg, mają swoich przyjaciół, wspólników i pomocników. Hierarchię układamy podobnie. Wśród bohaterów pozytywnych jest jeden najważniejszy, wśród negatywnych także najczęściej jeden zostaje namaszczony na wodza prowadzącego spragnione krwi hordy...
W powieściach Nienackiego pojawia się wróg Pana Samochodzika, niejaki Jerzy Batura. Jest to typek niebezpieczny głównie dzięki temu, że jego inteligencja nie ustępuje inteligencji głównego bohatera. Starcie jest bardzo trudne, a efekt końcowy – choć do przewidzenia – to jednak zwycięstwo okupione wysiłkiem i porażkami.
W przypadku wczesnych powieści Verne'a wroga w zasadzie nie ma. Bohaterowie zmagają się głównie z nieujarzmioną przyrodą, czasem z dzikimi tubylcami traktowanymi jako żywioł. Wrogowie z krwi i kości pojawiają się w utworach późniejszych – przeważnie są to szaleni wynalazcy lub pozbawieni skrupułów dorobkiewicze.
Od czasów Verne'a przeszliśmy daleką drogę. Spójrzmy zatem na ten problem na przykładzie dzieł bardziej współczesnych. Zalecałbym tu lekturę „Milczenia Owiec” i „Hannibala” (film skopali niestety totalnie...). W „Milczeniu...” mamy klasyczną sytuację – dobra policjantka walczy z maniakalnym mordercą, doktor Lecter stanowi tu element tła, kontakty z nim to punkty zwrotne dla całej akcji. Nie bierze udziału w starciu dobra ze złem, stoi ponad tym i z uśmiechem spogląda z boku na starcie dwu sił. W „Hannibalu” sytuacja ulega zmianie. Wykolejony milioner dyszący żądzą zemsty poluje na doktora. Klasyczne starcie zła i jeszcze gorszego, pokazane częściowo oczyma Clarice Starling, która tu znajduje się głównie na pozycji obserwatora. Warto sobie do tego zajrzeć i poszukać elementów klasycznej verne'owskiej hierarchii i ustawienia ról bohatera.
Hannibal zajmuje stanowisko inżyniera – wie wszystko, policjantka to zagubione dziecko – jej oczyma patrzymy na tę rzeczywistość. Jej przełożony czasem z uśmiechem wyjaśnia, że doktorek wcale nie jest taki sprytny, za jakiego usiłuje uchodzić – i znajduje proste wyjaśnienia jego paradoksalnych i profetycznych pomysłów...
Skopiowanie tego schematu – a jeszcze lepiej twórcze rozwinięcie go, pozwoli nam uzyskać względną zwięzłość akcji bez konieczności stosowania kilkustronicowych przypisów.
#3
cz. 4.

W dzisiejszym odcinku zajmiemy się problemem psychologii postaci. Obok interesującego życia, bohaterowie naszych dzieł powinni posiadać także ciekawe wnętrze. Zastanówmy się zatem, jak to osiągnąć.
Tym, co determinuje nasze działanie, jest doświadczenie. Działania bohatera wynikają z tego, że w przeszłości przytrafiło mu się coś, co zmieniło mu kilka połączeń w mózgu. W „Milczeniu Owiec” naćpany morderca, widząc wykluwanie się ćmy z kokonu, doszedł do wniosku, że jest w stanie przeobrazić się w kobietę. W moich utworach Jakub działa automatycznie, jak człowiek ze wsi. Pojawia się problem, rozwiązuje go przy użyciu dostępnych narzędzi. Czy myśli? Nie ręczyłbym za to. Jednak on też miał w życiu chwile, gdy dokonywał wyborów. I te wybory ukształtowały jego osobowość.
Podobnie działamy my. Rozwiązujemy problemy tak, jak nas tego nauczyło nasze życie. W moim opowiadaniu „Księżniczka” tytułowa bohaterka rozbiera sobie każdy problem po kolei, odnajduje praprzyczynę swoich kłopotów, analizuje ją i zaczyna działać. Jest to zachowanie wyuczone. Musiała dawać sobie radę przez ponad 1000 lat życia... W sytuacji dynamicznego zagrożenia – zaatakowana przez dwu dresiarzy – działa instynktownie, ale też w sposób kontrolowany i wyuczony. Bez skrupułów zadaje im obrażenia, które definitywnie wyłączą ich z walki na dobre.
Nasz bohater w przypadku pojawienia się problemu będzie go rozwiązywał tak, jak my mu każemy. Dlatego musimy zwrócić baczną uwagę na to, by jego działania nie wydały się czytelnikowi niezrozumiałe. Wędrowycz, jeśli pojawia się problem, wypija słoik bimbru, zagryza pasztetem z kota, i z siekierą lub pepeszą w dłoni bierze się do roboty. Gdyby zamiast tego wyciągnął laptopa i połączył się z satelitą – czytelnik może by to nawet i kupił, ale takie rozwiązanie sytuacji fabularnej spowodowałoby poważny dysonans. Dlatego, że używanie komputera nie mieści się w konwencji tej postaci. To człowiek ze wsi, ukształtowany bardziej przez instynkt niż rozum. Zachowania postaci wypływają więc z ich przeszłości i z wzorców ich osobowości, które utrzymujemy w mózgu, gdy piszemy.
Wzorzec musi być konsekwentnie utrzymywany w stanie homeostazy. Trwały, niezmienny lub powoli i świadomie ewoluujący. Opisując czyny bohatera, skupiamy się na ułamku jego „życia”, ale cała reszta może okazać się potrzebna. Jeśli oglądaliście serial nie-brazylijski „Nieśmiertelny”, to widzieliście, że w każdym odcinku bohaterowie przechodzą kilka retrospekcji. Fragmenty ich wspomnień pomagają im się odnaleźć w analogicznej choć odmiennej czasowo sytuacji.
Siłą rzeczy konstruując osobowość bohatera, wcześniej czy później dotkniemy kolejnego problemu. Obcości. Nasz bohater, w chwili gdy czytelnik się z nim poznaje, może robić rzeczy niezrozumiałe. Nasza rola polega na znalezieniu dla nich wyjaśnienia. Czasem może to być trudne dzieciństwo, czasem głęboko skrywana tajemnica z przeszłości. W „Milczeniu owiec” zachowanie bohaterki determinuje śmierć jej ojca policjanta. Wstępując do FBI, powtarza niejako jego drogę, realizuje ambicje, których nie dane mu było wypełnić. Jednocześnie wspomnienie rzezi owiec kładzie się cieniem na jej życiu. W powieści „20'000 mil podmorskiej żeglugi” J. Verna Kapitan Nemo topi, nie wiedzieć czemu, statki brytyjskie. Jego historię poznajemy dopiero w zupełnie innej książce – ale ona tam jest ukryta w niedopowiedzeniach... Postępowanie kapitana, zrazu całkowicie niezrozumiałe, wraz z odkrywaniem kolejnych warstw fabularnych staje się coraz bardziej pełne śmiertelnej logiki.
Jeśli w naszym opowiadaniu pojawiają się elementy naprawdę obce – na przykład ludzie wychowani w zupełnie innej kulturze – między nimi a bohaterami dochodzić może do bardzo poważnych dysonansów. Niekiedy porozumienie okazuje się niemożliwe. Doktor Lecter lubi jeść ludzkie mięso. Jak mu to wyperswadować? Nie da się... Jeśli chcemy stworzyć postać naprawdę oryginalną, musimy naznaczyć ją niezmywalnym piętnem obcości. Musi myśleć inaczej niż czytelnik. Odmienność możemy podbudować, ukazując warunki, które ukształtowały jej psychikę.
Musimy jednak uważać, by nie odsłonić jej do końca. To, co całkowicie zrozumiałe, staje się przewidywalne i naturalne – a tym samym znacznie mniej ciekawe.
Bardzo dobrą lekturą, którą zaleciłbym dla zbadania psychiki diametralnie innej niż nasza, jest książka Douglasa Lockwoda „Ja, Australijczyk”. Jest to pamiętnik australijskiego Aborygena, pisany beż żadnych właściwie wyjaśnień. Żonę bohatera zapładnia tęczowy wąż, uprawianie seksu nie ma z tym nic wspólnego. Magia istnieje realnie, czarownik jest w stanie dosięgnąć swojego wroga, nawet gdy ten przed laty uciekł do miasta... Polecam. Jednocześnie jest to książka, która pozwala podejrzewać, że jakiekolwiek porozumienie z przedstawicielami innych cywilizacji okaże się całkowicie niemożliwe. Aborygeni żyjący na Ziemi są obcy do tego stopnia, że nie da się z nimi dogadać, a co dopiero małe zielone ludziki....
Postępowanie bohaterów, obok ich przeszłości, tworzy także teraźniejszość. Akcja i reakcja są dość proste do zrozumienia. Jednak zachowanie zdeterminowane jest także przez psychikę i otoczenie. Zdajemy sobie sprawę z presji, jaką na nasze życie wywierają inni ludzie. Poruszamy się w gąszczu stosunków międzyludzkich, przepisów, etc. Pisząc, zróbmy bohaterowi to samo. Przeszłość i charakter postaci, zdeterminowany przez wcześniejsze upadki, zderzmy ze skałą teraźniejszości. Za każdym razem gdy Harry Potter łamie regulamin, obawia się jednego – odesłania do świata mugoli. Wyrzucenie z Hogwartu to dla niego koniec wszystkiego. W dodatku cały czas grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony Lorda Voldemorta. Jego zachowanie determinować będą strach i konieczność nieustannego udowadniania sobie własnej odwagi. To popchnie go w stronę zachowań ryzykownych (oraz sportów ekstremalnych z użyciem mioteł). Jego wróg dla odmiany dyszy żądzą zemsty za swoje urojone krzywdy. Harry, ukształtowany przez stosunki panujące w mugolskiej rodzinie, trafia do zupełnie obcego świata – musi uczyć się go na nowo, musi dojrzeć, otworzyć się na nowe. Żył pod potężną presją, więc będzie to okres rozwoju. Książka ta opiera się na bardzo starych, instynktownych zachowaniach. Dlatego została bardzo dobrze przyjęta. Strach, nienawiść, ambicja... Ludzie lubią o tym czytać.
Miłość, pieniądz, żądza władzy – w tym utworze prawie nie występują, ale warto o nich wspomnieć. Na nich opierają się relacje między ludźmi. Oraz wszelkie knowania, które popychają nam akcję do przodu. Planując bohatera, musimy wiedzieć, które z jego cech behawioralnych, ukształtowanych przez przeszłość, wywołają reakcje w teraźniejszości.
Jeśli sięgniemy do dramatów Szekspira, znajdziemy tam to wszystko w pięknej, czystej, klasycznej postaci. Jego utwory usystematyzowały mapę ludzkich instynktów. Z drugiej strony, istnienie tych dzieł rzuciło długi cień na całą współczesną literaturę. Niezależnie od tego, co piszemy, jeśli tylko będzie to odrobinę bardziej skomplikowane, oprze się na którymś z Szekspirowskich rozwiązań fabularnych. W zasadzie nie ma sensu z tym walczyć. Trzeba tylko zastanowić się dobrze, jak ten szkielet wypchać nowym mięchem.
Sięgnijmy do jeszcze innego przykładu. Książki z serii Harlekina. De facto, mamy w nich trzy schematy fabularne: ona chce, a on nie; on chce, a ona nie; chcą oboje, ale okoliczności im to utrudniają (aż się „Romeo i Julia” przypomina...). A zatem instynkt i spełnienie. Oczywiście od nas zależy, co z tym zrobimy. Schematy są bardzo pojemne. Samotna wyspa, na niej zamczysko i blondynka, która nie lubi facetów, o skalisty brzeg rozbija się jacht przystojnego milionera. Blondynka zmienia zdanie... Jakub Wędrowycz umizguje się do bibliotekarki, ta go nie chce, ale odkrywa, że Wędrowycz umie czytać i... To oczywiście tylko przykłady.
A zatem, podsumowując. Musimy mieć kompletnego bohatera – z psychiką, przeszłością i teraźniejszością. Nie musimy pokazywać tego wszystkiego, a nawet nie powinniśmy tego robić. Sięgamy po pokłady jego duszy w miarę potrzeb. Ale powinniśmy mieć po co sięgnąć.
Czytelnikowi najpierw pokazujemy czyny niezrozumiałe lub nawet szalone, potem wyjaśniamy – najlepiej starannie porcjując wyjaśnienia, żeby rozpalić jego ciekawość do czerwoności. Im ciekawszą osobowość uda nam się stworzyć, tym lepiej.
Powodzenia.




cz. 5.

W dzisiejszym odcinku opowiemy sobie o realiach historycznych i fantastycznych, których zachowanie ma nadać naszemu dziełu polot intelektualnej przygody.
Załóżmy sobie, że chcemy umieścić nasze dzieło, dajmy na to, w XVII stuleciu. A zatem, skoro już jestem magistrem archeologii i specjalizuję się w tej właśnie epoce, zapraszam na spacer po późnośredniowiecznym mieście.
Przekraczamy gościnnie otwarte bramy. Jeśli nie mamy przy sobie towarów, nie zostaniemy zatrzymani. W przeciwnym razie skierują nas prawdopodobnie do komory celnej i na wagę...
Zbliża się wieczór, po upalnym majowym dniu. Pierwszą rzeczą, którą poczujemy, będzie porażający smród. Pierwszym pytaniem, jakie sobie zadamy, będzie: co tutaj tak śmierdzi? Rozbijmy ten smród na czynniki. Rynsztoki. Zapach starej uryny fermentującej sobie pomalutku na słoneczku. Nocniki wylewa się przez okno. Do rynsztoków spycha się wszelkie inne odpadki. Należy uważać, żeby w to nie wdepnąć. Należy jednocześnie patrzyć pod nogi i uważać, co leci z góry. Wprawdzie w większości miast były specjalne żółte godziny, kiedy nocniki wylewano, ale nie zawsze tego przestrzegano. Czuć skondensowany zapach zwierzęcych odchodów. Przez miasto pędzi się bydło, stada świń, konie ciągną wozy. Wszystko to sra pod siebie. Zwłaszcza świński kał ma ogromne tendencje do nawonniania powietrza. Ludzkimi odchodami też tu jedzie – tylko jakby dyskretniej – zapachy dochodzą z bram kamienic. Czyżby ktoś tam załatwiał potrzebę fizjologiczną? Nawet nie. Posesja miejska stanowiła przedłużenie gospodarstwa wiejskiego. Kamienica od frontu była częścią miasta – podwórze już niekoniecznie. W komórkach porykują krowy, kwiczą świnie, gdaczą kury, a obok w kącie znajduje się dół, do którego chadzają wszyscy mieszkańcy posesji. To z niego tak jedzie.
A zatem zagadka rozwiązana, wracamy na ulicę. Wiaterek z bocznej uliczki przynosi upojną woń trupiarni – mają tam swoje jatki rzeźnicy, a może to garbarze wyprawiają skóry? Na wszelki wypadek nie będziemy tam zaglądali.
Chodźmy dalej – na rynek. Woń tłumu czujemy już z daleka. Polacy byli w tym czasie, dzięki wpływom wschodnim, narodem stosunkowo czystym. Chętnie chodzili do łaźni, czasem nawet raz na dwa... trzy tygodnie. Uczęszczali tam także obowiązkowo przed świętami. Mimo to ich smrodek przywodzi na myśl zapach trolli z Dworca Centralnego w Warszawie. Nie ma się czemu dziwić. Epoka dezodorantów zaczęła się dopiero po II wojnie światowej... Co tak kręci w nosie? Woń dziegciu – białej smoły destylowanej na sucho, używanej do smarowania butów. Koło kościoła znowu jakby padlina. Tym razem jednak to prawdziwy trup. Trochę za płytko zakopali...
Warto by coś przetrącić, udajmy się zatem do miłego i szykownego lokalu. Tłum spoconych jegomościów oblewa swoje interesy, nie będziemy im przeszkadzać. Wolny stolik, drewniana ława. Blat lepi się od brudu, ale nie martwmy się tym – możemy rozłożyć własny obrus. Co tak piecze w oczy? Dym z kuchni. Obsługi coś nie widać, zatem pofatygujmy się sami. Paleniska znajdują się na nalepach – czymś w rodzaju stołów wymurowanych z cegieł. Garnki stawia się bezpośrednio na podłożu i okłada chrustem naokoło. Płonące szczapki powoli podnoszą temperaturę zawartości. Obok widać jeszcze patelnię – glinianą michę na trzech nóżkach... Menu nie jest specjalnie wyszukane, kartofle jeszcze do Polski nie dotarły, bierzemy kaszę ze skwarkami i kapustę. Aha. Obowiązują własne sztućce. Kasza jest ciut niedogotowana, ale to nic, przeżyjemy. Skwarki podejrzanie zajeżdżają zjełczałą słoniną. Cóż, w tej epoce nie ma jeszcze lodówek, a w taki upał wszystko się psuje. To może coś innego? Ryby nie polecam. Przywozi się je zasolone w beczkach, podróż trwa z reguły trzy-cztery tygodnie... Gliniana lub drewniana miska trochę się lepi i trochę śmierdzi. Tłuszcz dostał się w pory i teraz jełczeje. Ług jest zbyt drogi, by myć nim zastawę. Warto czymś ugasić pragnienie. Do wyboru mamy wodę ze studni i piwo. No to może piwo? Mętne, gęste, gorzkie, kwaśne... Ale bezpieczniejsze to niż woda. Wprawdzie przepisy zabraniają kopania dołów kloacznych w pobliżu studni sąsiadów, ale czasem coś przesiąknie...
Zostaniemy tu kilka dni, więc pora wynająć pokój w zajeździe. Akurat jest miejsce. Czteroosobowe lokum, dwa łóżka, będziemy spać z jakimś obcym facetem, ale nie mamy się czego obawiać, w tej epoce homoseksualizm karany jest śmiercią, więc nic nam z jego strony nie grozi... może poza wonią czosnku i niemytego ciała. Coś jednak nie daje spać. Drapie, gryzie, swędzi... W świetle kaganka zanalizujmy, co też ciekawego drepta po łóżku. Małe, białe, podobne do kalafiorków to wszy. Bytują sobie w szwach ubrania. Żywią się naszą krwią, przenoszą tyfus i ze dwadzieścia innych chorób. Dzielą się na dwa rodzaje: pospolite i łonowe, ale ponieważ nie odwiedziliśmy jeszcze domu uciech, prawdopodobnie to te pierwsze.
Wszy przydadzą nam się, gdybyśmy chcieli zostać tu dłużej i uwieść jakąś pannę. Wzajemne iskanie tego draństwa z włosów jest tu zabawą o silnym wydźwięku erotycznym. Ej, nie wymiotujcie na swój komputer, może się wam jeszcze przydać.
Czarny, skaczący drobiazg to oczywiście pchła ludzka. Płaskie, brązowe paskudztwa to pluskwy, mieszkające w szparach łóżka. Małe, jakby kropelki krwi na nóżkach, to ich dzieci. Jak z draństwem walczyć? Wszy rozgniata się między paznokciami. Podobnie młode pluskwy. Dorosłe osobniki posiadają jednak znaczną wytrzymałość na urazy. Kładziemy je na stole i rozwałkowujemy butelką. Dość tej zabawy, pora wreszcie spać. Nad łóżkiem jest baldachim. To bardzo miłe, w nocy nie będą nam robale spadać na twarz... Co znowu? Chcecie iść do właściciela z awanturą o to robactwo? Wolne żarty. Wszy i pchły ma tu każdy. Pluskwy trafiają się nawet w pałacach. Gdybyśmy zarazili się świerzbem – o, to byłby powód do wszczynania awantury...
I znowu mamy dzień. Coś jednak po wczorajszej kolacji zaległo na żołądku. Zawroty głowy, gorączka... Ups i leżymy na ziemi. Sraczka, totalne wymioty, ani chybi czerwonka. Oczywiście nie poleżymy długo w błocie, to epoka cywilizowana. I już dwaj pachołkowie miejscy odstawiają nas do szpitala. Nie zabraliście książeczki usług medycznych? A co za problem? Opieka zasadniczo jest bezpłatna. Ale jeśli zapłacimy, będzie im miło... Ładna sala na sześćdziesięciu chorych, prycze wąskie jak w obozie koncentracyjnym, śmierdzi potwornie ale ból żołądka zagłusza wszystko. Zaraz pojawia się felczer, i zbadawszy nas pobieżnie, aplikuje zagadkowo pachnącą miksturę, po której ból przechodzi jak ręką odjął, a we łbie zaczyna się kręcić. Co nam zaaplikowano? Wywar z niedojrzałych makówek. Świetny środek przeciwbólowy na niemal wszystkie dolegliwości, działa niestety tylko objawowo. Dlaczego przestało boleć? Ano, ten specyfik w składzie przypomina kompot narkomanów – zawiera do 25% czystej heroiny. Ale nie martwcie się, jest znacznie bardziej toksyczny niż produkty narkomanów, więc nie pożyjecie dość długo, by miało to większe znaczenie. Zrobiło się błogo, nic nie śmierdzi, przestał nam przeszkadzać fakt, że leżymy we własnych gównach. Przyjdą zakonnicy opiekujący się chorymi, podłożą nam świeżą słomę. A zatem pora nawiązać znajomości.
Sąsiad po lewej właśnie wykańcza się na gruźlicę. Sąsiad po prawej odwalił kitę i szczury obgryzają mu palce u nóg. Naprzeciw felczer aplikuje staruszkowi kompocik z maku, dziadek cierpi na ból zębów. Zostały mu tylko cztery lub pięć, ale na skutek wieloletniego spożywania mąki mielonej na żarnach, zeszlifował zęby prawie do dziąseł i teraz bolą go otwarte kanały. Zresztą wdało się już zakażenie i niedługo wykituje. Obok chorych jest tu cała masa emerytów, ci, którzy jeszcze jakoś łażą, co rano idą na miasto kwestować na utrzymanie szpitala. Dostają też przeterminowane produkty, które trafiają do szpitalnego kotła. Przeterminowane oczywiście wedle tutejszych norm, niewiele mających wspólnego z ISO-2000. „Zdrowsze ubóstwo usługuje mdłemu”.
Jedna ściana sali wychodzi na kaplicę. Rozmowy milkną, zaraz zacznie się msza w intencji księcia pana, który zasponsorował nam opiekę medyczną... Dobra, zaraz po nabożeństwie znikamy z tej dziury, zanim gryzące nas wszy towarzyszy niedoli zarażą nas czymś naprawdę poważnym.
Jak więc widzicie, przy pisaniu dzieł historyczno-przygodowych, jeśli stawiamy na realizm, uwzględnić musimy wiedzę, której raczej nie znajdziemy w podręcznikach...
#4
cz. 6.

W poprzednim odcinku odwiedziliśmy naszych przodków w XVII wieku (osobom, które wymiotowały podczas czytania, składam niniejszym przeprosiny), może pora więc zastanowić się nad problemem zasadniczym. Nie każdy jest z wykształcenia archeologiem lub historykiem, a każdemu z Was przyjść może ochota, by jednak spłodzić dzieło, którego akcja rozgrywać się będzie w przeszłości...
A zatem skąd czerpać informacje o realiach i sposobie myślenia naszych przodków?
Gdy zacząłem prace nad cyklem „Operacja Dzień Wskrzeszenia” (wiem, wiem, jeszcze się nie ukazał, ale jestem dobrej myśli), w pierwszym tomie posłałem bohaterów do XVII wieku. W tomie drugim trafili z grubsza tam, gdzie powinni – do Warszawy ok. 1880 roku. Szerzej o tym za chwilę.
Istnieje kilka kategorii źródeł przydatnych przy poznawaniu epoki, w której osadzimy akcję. Pierwszym i najczęściej używanym są opracowania popularno-historyczne. Czy należy im ufać? I tak, i nie. Musiałem osadzić akcję powieści w okresie zaborów. Jeśli sięgniemy do rozmaitych wspomnień z końca XIX wieku, dowiedzieć się możemy, że panowała totalna rusyfikacja, a uczniom nawet podczas przerw nie wolno było mówić po polsku. Jest to, ogólnie rzecz biorąc, prawda, tyle że nie do końca. Zdecydowana większość naszych pisarzy przeszła przez szkoły państwowe. I spora ich część naukę podjęła w okresie rządów generała Hurki – namiętnego rusyfikatora...
Zakazy mówienia po polsku obowiązywały wyłącznie w krótkich okresach „zaostrzonego kursu”. Z reguły po kilku latach następowała liberalizacja. Szkoły dzieliły się na państwowe i prywatne. W państwowych zarządzenia wprowadzano natychmiast, w prywatnych niekoniecznie. Państwo nie wtrącało się zasadniczo do ich działalności. Panienka z dobrego domu, uczęszczająca na prywatną pensję, mogła uzyskać średnie wykształcenie bez czynnej znajomości rosyjskiego. Podręczniki tej epoki wydawano prawie bez wyjątku w języku polskim, także nauczyciele byli przeważnie Polakami. Zarządzenia omijano, a w razie kontroli uruchamiano fundusz łapówkowy. Władza zasadniczo niewiele mogła na to poradzić. Próbowano tylnymi drzwiami wprowadzać rosyjski – na przykład nauczyciele, którzy prowadzili lekcje wyłącznie w tym języku, dostawali wyższe uposażenie...
Skąd o tym wiemy? To bardzo proste. Wiedza to rozproszone okruchy zatopione w szarej magmie ludzkiej głupoty. Większość książek piszą ludzie, którym wiele rzeczy się wydaje. Nie należy wierzyć im bezkrytycznie. Dla uzyskania prawdziwego obrazu należy poczytać opracowania, pamiętniki przodków, prace naukowe, prasę codzienną, spisy podręczników. Dopiero wtedy zaczyna wyłaniać się w miarę prawdziwy obraz.
Jest jeszcze jedna kwestia, na którą warto zwrócić uwagę. W tej błogosławionej epoce istniał już obowiązek szkolny, jednak restrykcyjne prawo, nakazujące, by każdy uczeń uczęszczał do świątyń edukacji, póki nie ukończy 18-tego roku życia, nie przyszedłby naszym przodkom do głowy! Na studia szło się, gdy zdobyło się wiedzę niezbędną do przedarcia się przez egzaminy wstępne. Człowiek mający za sobą dwie klasy szkoły gminnej, miał prawo uiścić opłatę i przyjść na egzamin... Spośród naszych sław np. Eliza Orzeszkowa i Maria Dąbrowska zdobyły sporą część swojej wiedzy drogą samokształcenia... Ciekawy jest także inny życiorys. Maria Skłodowska-Curie naukę ukończyła w wieku 16 lat. Przez rok pracowała jako nauczycielka, zbierając pieniądze na wyjazd do Francji. W wieku 17 lat zaczęła studiować w Paryżu. W szkole zasadniczo się jej nie podobało, bowiem swoje córki edukowała w domu. W efekcie starsza z nich, Ewa, niebawem dołączyła do grona noblistów...
W antykwariatach możemy znaleźć książki z serii „Życie codzienne...”. Zaczęto wydawać ją bodaj w latach 60-tych i do tej pory ukazało się chyba ponad dwadzieścia tomów. Jest to niezłe opracowanie, niestety tomy wydane „za komuny” mogą zawierać pewne, nazwijmy to, nieścisłości, wywołane koniecznością dostosowania historii do ideologii. Trzeba zatem uważać.
Oczywiście, opracowania dają nam pewien wycinkowy obraz rzeczywistości. Reszta to kwestia naszej dociekliwości – i jak wspomniałem wyżej – składania wszystkiego z okruchów informacji. Jak zatem rekonstruowałem rzeczywistość w drugim tomie? Ano właśnie z detali.
Przeglądając gazety codzienne z lat 1898-1900, natrafiłem na reklamę... składanych wanien niezbędnych w podróży. Cóż to był za diabeł? Płachta z gutaperki (specjalnego płótna nasączonego kauczukiem), zaopatrzona w składany metalowy lub drewniany stelaż. Owalną ramę mocowało się do płachty i opierało na dwu krzesłach. Na środek lało się wodę. Powstawało w ten sposób coś w rodzaju przenośnego baseniku o wymiarach metr na półtora i głębokości około pół metra. Człowiek posiadający nawyki higieniczne mógł sobie urządzić przyjemną kąpiel np. w pokoju hotelowym. Z drugiej strony, informacja ta pokazuje nam jakby drugie dno tej rzeczywistości. W tamtejszych hotelach i zajazdach nie było łazienek. Każdy pragnący pomoczyć się w wannie musiał zabrać ją ze sobą.
Inny przykład. Jak zajrzeć do mieszkania robotniczego? Pamiętników tej grupy społecznej zachowało się niewiele, trochę informacji zamieścili pisarze działający w tym okresie, a opisujący, ogólnie rzecz biorąc, nędzę ludzką. A zatem gdzie szukać źródeł? Znowu pomocna może okazać się prasa. W jednym z numerów „Kuriera Warszawskiego” trafiłem na informację o założeniu fundacji Wawelbergów – rodzina bankowców w przypływie altruizmu zdecydowała się postawić osiem nowoczesnych kamienic dla ubogich robotników. Gazeta zamieściła opis udogodnień. Higieniści, poproszeni o opinię w trakcie opracowywania projektu, orzekli kategorycznie, że na jednego mieszkańca przypadać musi minimum osiem metrów sześciennych powietrza. To pozwala nam precyzyjnie ocenić stopień zagęszczenia w tych mieszkaniach! Domy fundacji miały posiadać bieżącą wodę – co sprowadzało się do tego, iż na każdym piętrze umieszczony był kran. Prawdopodobnie w każdym mieszkaniu był także kibel – do spłukiwania własnoręcznie wiadrem – bowiem oglądając te budynki, nie zauważyłem typowych dla tego okresu ubikacji w podwórzu. Miary luksusu dopełniał budynek socjalny – zawierający pralnię, suszarnię, ochronkę (czyli coś na kształt przedszkola) oraz salę klubową, gdzie robotnicy po pracy mogli zajmować się grą w karcięta lub socjalizmem, z dala od swoich ośmiu metrów sześciennych na głowę...
Co jeszcze warto wiedzieć? Kamienice były nowoczesne, stawiane około 1900 roku, a zatem musiały posiadać oświetlenie. Jakie? Oczywiście gazowe. Jak wyglądały lampy w tej epoce? Ano z innych artykułów i reklam wiem, że istniał aparatus ze szklanym kloszem. Podchodziło się do niego, w odpowiednią szczelinę wrzucało 20 kopiejek i przekręcało zawór. Urządzenie dawało za tę sumę określoną ilość stóp sześciennych gazu świetlnego, który, paląc się w kloszu, dawał przyjemne dla oka jasne światło. Jaki to był gaz? Sięgnijmy do encyklopedii Trzaski i Ewerta. Raz na jakiś czas przychodził inkasent z kluczem, którym otwierał skrzynkę, i wygarniał z niej monety. Jeśli kamienice fundacji były nowoczesne – łatwo można wyobrazić sobie poziom życia w tych mniej nowoczesnych.
I jeszcze jedno zmyślne urządzenie. Nasi przodkowie posiadali taksometry. Oczywiście nie w taksówkach – samochodów w 1900 roku mieliśmy w Warszawie może kilkanaście, ale w dorożkach. Skąd o tym wiemy? Znowu sięgnijmy do gazet. Można tam znaleźć zarządzenie o obowiązku instalacji takowych...
Kolejny zabawny detal – rowery były wówczas dość popularnym środkiem lokomocji. Na reklamach można je sobie obejrzeć. Co ciekawe, już wówczas wyposażano je w lampki do jazdy w nocy. Elektryczność już znano, ale żarówki były modną nowością. Baterie występowały w handlu w postaci stulitrowych beczek z kwasem... Czym zatem rowerzyści oświetlali sobie drogę? Na ówczesnych ulicach, pełnych dziur i kocich łbów, używanie nafty byłoby bardzo niebezpieczne. Świecili więc sobie karbidówkami. Ówczesne światełko do roweru składało się z metalowej puszki, do której sypano karbid, zbiorniczka z wodą, oraz dyszy kończącej się w reflektorku. Całość zaopatrzona była w kilka pokręteł do regulacji. Woda wchodziła w reakcję z karbidem, uwalniając acetylen. Gaz dyszą trafiał do reflektorka, gdzie palił się ładnym, jasnym płomieniem. Dla regulacji jasności używano pokrętła, zwiększając lub zmniejszając dopływ wody. Ten strasznie fajny wynalazek można czasem nabyć jeszcze na targach staroci. Problem tylko z karbidem...

Tak więc przy badaniu danej epoki, w której przyjdzie nam osadzić naszą prozę, przydatne będą: po pierwsze opracowania, po drugie pamiętniki tamtych ludzi, po trzecie prasa codzienna. Czasem warto też przejść się do muzeum lub antykwariatu i obejrzeć sobie rozmaite przedmioty codziennego użytku. Sporo szczegółów zaobserwować możemy także na starych fotografiach. Sporo dowiemy się z testamentów i inwentarzy.
A jeszcze lepiej wydać paręset złotych i nabyć sobie stary rosyjski samowar. Nasypać węgla drzewnego, nalać wody, samodzielnie rozwikłać zasady działania czy sposób rozpalania. Od wujka z kopalni skombinować trochę karbidu i uruchomić przyniesioną z targu staroci lampkę rowerową... Ściągnąć ze strychu żelazko na węgiel drzewny i wypróbować na jakimś niepotrzebnym już ubraniu zasady jego działania. Doświadczenie jest lepsze niż najlepszy opis.
Jak jednak sięgnąć do czasów, gdy nie było jeszcze prasy codziennej, aparatów fotograficznych, a umiejętność czytania i pisania znajdowała się w powijakach? Tu znowu pomóc może nam archeologia. Przykład z życia wzięty. Szpital pod wezwaniem św. Ducha we Fromborku. W czasopismach archeologicznych znaleźć możemy sporo informacji na temat prowadzonych tam wykopalisk i analizy tego, co znaleziono. Z przyszpitalnego ogrodu pobrano próbki ziemi i zanalizowano zawarte w niej pyłki roślinne (są w stanie przetrwać setki lat...). Dzięki temu określono, co mnisi, zajmujący się chorymi, tam siali. Z poprzedniej lekcji wiemy już, że siali głównie mak. Natrafiono jednak na pyłki także innych pożytecznych roślinek. Sięgnijmy teraz do zielnika Symeona Syreniusza wydanego w 1613 roku (w oryginale go do ręki nie dostaniemy, ale od czego są mikrofilmy?). Tam dowiemy się, do czego stosowano poszczególne roślinki. Są zresztą reprinty i opracowania dawnych receptariuszy.
W szpitalu tym natrafiono także na znalezisko znacznie cenniejsze. Kilku co znaczniejszych chorych pogrzebano w trumnach. Zawartość ich została bardzo starannie zbadana – bowiem chorego z wyrka zgarniano do trumny razem z posłaniem. Z rozmaitych śmieci wyizolowano kolejne resztki roślin oraz na przykład pancerzyki pluskiew i nóżki pcheł. Przyszpitalny śmietnik dostarczył kości zwierzęcych, dzięki czemu wiadomo, jak i czym karmiono chorych. Na śmietniku archeolodzy znaleźli także resztki naczyń stołowych i sztućców. Zachowały się wreszcie regulaminy takich instytucji. Kolejne informacje pozwalają poskładać do kupy obraz w miarę kompletny. I jeszcze coś. Zdrowsi pensjonariusze mieli obowiązek kwestować (mówiąc po ludzku, żebrać) na rzecz szpitala, a zebrane groszaki oddawać do szpitalnej kasy. Archeolodzy podczas badań postanowili rozebrać szpitalną podłogę – w szparach pomiędzy cegłami znaleźli ponad setkę drobnych monet – a zatem nie każdy wykwestowany grosz trafiał do wspólnego mieszka...
I jeszcze jedno – z tych szczątków dowiedzieliśmy się dużo, ale jak zajrzeć do wspólnych sal i przyjrzeć się ich urządzeniu? Z braku fotografii musimy zdać się na inne metody utrwalania rzeczywistości. Grzebiąc w albumach poświęconych sztuce, znajdziemy bez większego trudu reprodukcje XVI-wiecznych grafik i obrazów przedstawiających scenki z życia codziennego... Znajdziemy na nich wszystko, czego potrzebujemy. Zajrzymy do szpitala, warsztatu, kuchni, sypialni, salonu. Poznamy sposoby szklenia okien, dzielenia mięsa, rodzaje pieców. Obejrzymy XV-wieczne poduszki, stroje, koszyki, lichtarze. Dowiemy się, kiedy pojawia się kiełbasa – wystarczy wypatrywać jej na obrazach przedstawiających uczty i kompozycje martwej natury.
Jeśli wykażemy się odpowiednią dociekliwością, nasi przodkowie niewiele zdołają przed nami ukryć.
#5
cz. 7.

Drodzy kandydaci na grafo... tzn. drodzy przyszli pisarze. W dzisiejszym odcinku zanalizujemy sobie problem, jak pisać, aby wypociny nasze wzbudziły określone zainteresowanie naszych czytelników. Swojego czasu, u zarania nauk o ludzkiej duszy... Hmmm, źle to ująłem. U zarania okresu, gdy duszą ludzką obok teologów zajęli się psycholodzy, Jung wymyślił pojecie archetypu. Co to takiego i do czego może nam się przydać?
Archetyp to, mówiąc naukowo, zespół wyobrażeń wynikających ze zbiorowej podświadomości społeczeństwa, a uruchamiany za pomocą zbitki słów kluczowych. W słownikach znaleźć można też inne definicje. Dokonajmy teraz przekładu wyjaśnienia na język zrozumiały dla białego człowieka.

A zatem: istnieją wyrażenia, które od razu odpalają w umyśle czytelnika całe ciągi skojarzeń. Jeśli w pierwszej scenie naszego utworu akcja dzieje się w karczmie, to czytelnikowi na dźwięk słowa „karczma” z miejsca przypomni się akcja 30 filmów i 15 książek, których fragmenty rozgrywają się w takim przybytku. Czytelnik przeczyta dwa zdania opisu, a jego wyobraźnia odtworzy natychmiast całą resztę – setki elementów. Bohater wszedł do karczmy, a czytelnik już wyobraża sobie belkowany sufit, porżnięte nożem stoły, brodate krasnoludy, pijanych kolesi gotowych do bitki. Co więcej, uruchomienie tego procesu myślowego działa też na piszącego. Sceny w karczmach znajdują się w co drugiej powieści fantasy i z reguły podobne są do siebie jak krople wody – mogą różnić się szczegółami.
Archetypów jest oczywiście cała masa. Wymieńmy kilka najważniejszych. Droga – pylisty trakt, który przemierzają bohaterowie wędrujący w misji lub w poszukiwaniu przygody... (Przy drodze oczywiście karczmy, żeby było gdzie tę przygodę znaleźć). Las – a zwłaszcza las o zmroku... Ognisko na polanie, drużyna układa się do snu, ogniki wilczych oczu w ciemności, krzaki pełne rozbójników.
Jesteśmy mieszczuchami, tylko niewielki procent czytających te słowa spędziło noc przy ognisku w lesie. Wystarczy wprowadzić te dwa elementy – ciemność i las – by uruchomić w mózgu czytelnika pokłady atawistycznego lęku przed otwartą przestrzenią. Kolejny archetyp: dom – bezpieczne schronienie, miejsce, gdzie mieszkają rodziny bohaterów, a oni sami mogą odpocząć po trudach wyprawy. Pięknie archetyp domu wykorzystała Tove Janson w „Muminkach” – cokolwiek się stanie, można wrócić do domu. Tam znajdzie się bezpieczne schronienie, spokój, dobry obiad i zasłane łóżko. Czasem dom jest zagrożony i trzeba, jak w pewnej powieści, wyruszyć i wrzucać pierścienie do wulkanów...
Nieco inną odmianą jest refugium – to nadal dom, ale obwarowany, przygotowany na mający nadejść atak wroga. Popatrzmy na opis dworu w powieści „Wilcze Gniazdo” Jacka Komudy. Kamienna podmurówka, która przetrwała już niejeden pożar. Na niej ściany z grubych dębowych belek, nieduże okna opatrzone solidnymi okiennicami, dach kryty gontem – bardziej odpornym na ogień niż strzecha... Od drzwi przez cały budynek biegnie sień, jej ściany obwieszone są bronią. W razie alarmu tu zbiegną się domownicy, by chwycić co jest pod ręką i odeprzeć atak. Jeśli twierdza padnie, archetyp zostanie zdeptany, dom rodzinny zbezczeszczony przez wroga. A w umyśle czytelnika pojawią się fale silnych emocji. I o to nam chodzi. Sukinkot czytelnik ma nasze dzieło przeżyć, a nie tylko przeczytać!
A tak na marginesie. Istnieje teoria mówiąca, że ogromne sukcesy serialu o czterech pancernych i psie wzięły się z umiejętnego splecenia dwu archetypów. Czołg „Rudy” to jednocześnie bezpieczne schronienie, dom rodzinny i narzędzie sprawiedliwego odwetu.
Grając na archetypach i zachowaniach wywołujących silną reakcję czytelnika, sprawimy, że książka zostanie dobrze zapamiętana. To najważniejsza zasada – na niej opiera się literatura.
A teraz zobaczmy sobie, jak rzecz ma się w praktyce. Otwórzmy pierwszy tom „Sagi o Ludziach Lodu” Margid Sandemo.
Trondheim w Norwegii, koniec XVI wieku. Późna jesień. W mieście panuje zaraza. Zapada wieczór, 17-letnia dziewczyna błąka się zaułkami, znajduje zagubioną 3-letnią dziewczynkę, której rodzicie prawdopodobnie umarli. Zabiera ją ze sobą i idzie za miasto, by ogrzać się przy ogniu, na którym pali się ciała zmarłych. Tam znajduje jeszcze porzucone niemowlę, które też przygarnia. Do rana prawdopodobnie umrą w trójkę z głodu i zimna. Wreszcie spotyka mężczyznę, udziela mu pomocy, a on z wdzięczności zabiera ją ze sobą na wieś i pozostawia we dworze pod opieką przyjaciół.
W sumie scena ta zajmuje może kilkanaście stron, ale jest potwornie silna, przykuwa uwagę czytelnika, zmusza go do wgryzienia się w książkę. Dlaczego?
Autorka w mistrzowski sposób zagrała na archetypach! Samotność. Samotna dziewczyna – pozbawiona domu i schronienia. Na dnie egzystencji. Bezdomność – jako zaprzeczenie tego wszystkiego, co daje dom! Jej rodzina umarła, wygnano ją z chaty, dom został zbezczeszczony! Nasze przywiązanie do posiadania domu wywołuje u nas z miejsca współczucie dla niej. Jest ciemno, miasto jest obce i wyludnione – zaczynamy się o nią bać. Ciemność to dla nas zagrożenie! A to jest ciemność nachodzącego zimowego wieczoru. W Trondheim szaleje zaraza i to nie byle jaka – dżuma. A więc znowu element budzący instynktowny lęk. Ciemność, samotność, zimno, głód, zaraza – Kostucha spogląda zza każdej linijki tego fragmentu. Autorka odsuwa ją, nigdzie nie pisze wprost o śmierci – ale czujemy, że to samooszukiwanie się. Dziewczyna nie ma szans. Jeszcze idzie, ale jest już martwa. Tylko cud może ją uratować i czytelnik zaczyna na ten cud rozpaczliwie liczyć.
Pamiętacie, co kiedyś pisałem o kopaniu bohatera w tyłek? Tu bohaterka obrywa solidnie – trafia w nią wszystko to, czego boimy się najbardziej. Dziewczyna idzie do lasu, na spotkanie śmierci, w nocy... Tam spotyka obcych – i to w sytuacji dość dramatycznej. Jednak trzy dobre uczynki odmieniają jej los. Trafia między życzliwych ludzi. Do domu, który zapewni jej opiekę. We wsi, gdzie zaraza wygasła. Zasypia pod ciepłą kołdrą. A więc bohaterka została wyrwana nieomal z otchłani śmierci i poprowadzona do bezpiecznego miejsca. Z ciemności ku światłu. Proste jak drut i przy tym świetnie działa. Czytelnik z jednej strony uczy się przez współczucie lubić bohaterkę, z drugiej odbywa wraz z nią podróż od śmierci do nowego życia... I jest świadkiem cudu.
Oczywiście istnieją też archetypy postaci. Jeśli napiszemy, że główny bohater jest magiem lub alchemikiem – czytelnik niejako automatycznie uwierzy, że to mądry gość. Wystarczy potem jedna scenka na potwierdzenie. Postaci archetypicznych jest cała masa... Wiejski medyk, kat, Indianin, uczeń skrytobójcy etc. Autorka cytowanej wyżej powieści też umiała to nieźle rozegrać: bohaterka jest sierotą – co z miejsca przywołuje nam kalki myślowe i rodzi automatyczne współczucie, po drugie ma 17 lat – a więc jest jeszcze dzieckiem... (oczywiście w XVI wieku byłaby to dorosła kobieta i to poważnie zagrożona staropanieństwem – autorka słabo opanowała realia epoki!). Do tego jest ładna, pełna ciepła i ma dobry charakter, a gdy trzeba, zdobywa się na odwagę...
Archetypy postaci tworzą się i zmieniają bardzo szybko. Omówmy to sobie na przykładzie wampirów. W klasycznych powieściach grozy wampir to istota diaboliczna, napędzana przez bardzo zwierzęce instynkty. Wampir jest dlatego straszny, że choć wygląd ma człowieka, jego charakter jest doskonałym zaprzeczeniem człowieczeństwa. Był człowiekiem, ale zrezygnował. Odrzucił dar, jakim jest zbawienie, za cenę potępienia kupił sobie nową egzystencję. Nie stracił ludzkich cech, oddał je świadomie. Dziś spojrzenie na wampira od strony teologii wydać się może śmieszne, ale 150 lat temu, gdy trafił do literatury, czytelnicy patrzyli na to inaczej. Przez kolejny wiek siał zrozumiałą grozę... Obecnie niestety, postać ta została w potworny sposób skażona filmidłem „Wywiad z wampirem”. Dzisiejsze wampiry są nieszczęśliwe, zakompleksione, żyją w jakichś spelunach... Brak im radości życia. Przeżywają depresję z powodu utraty człowieczeństwa... Utraciły cechy charakteryzujące mężczyznę – stały się rozlazłe, ciapowate, melancholijne. Ssą krew, bo muszą, a nie dlatego, że chcą.
Archetypy powstają i zmieniają się, przechodząc ewolucje – należy o tym pamiętać. Czasem kilka nowych filmów lub książek niszczy wcześniejsze zbiorowe wyobrażenia. A ja bym chciał poczytać coś o wesołym wampirze, który lata i z radością wysysa krew z głupich blondynek. I niech ten wampir wysysa krew ssawką, którą, wedle legend z Siedmiogrodu, Rusi i Bałkanów, ma pod językiem, a nie zębami, które narodziły się w umysłach XIX-wiecznych zachodnich grafomanów.

Skoro już jesteśmy przy tym temacie – istnieją utwory będące punktami zwrotnymi w literaturze czy sztuce. Dzieło oryginalne, a przy tym odpowiednio nagłośnione, jest w stanie zburzyć stereotypy. Czasem wytrącenie danej gałęzi literatury z utartych kolein bywa pożądane, czasem przynosi nieprawdopodobne szkody. Obok wampirów, drugim przykładem są zombie. Kilka lat temu w Fantastyce ukazało się rewelacyjne, genialne opowiadanie „Pracusie z parku sztywnych”, w którym właściciel zakładu remontowego, aby uniknąć haraczu na ZUS, zatrudnia zombiaków. Napisane dowcipnie, z werwą, spotkało się z dobrym przyjęciem. Niestety, kolejne części „Nocy żywych trupów” popchnęły ten podgatunek w inną stronę. Do Feniksa w ciągu kilku miesięcy przyszło sporo opowiadań – wszystkie sztampowe, odtwórcze, powielające schemat – świat opanowany przez zombie, nieliczna garstka ocalonych szatkuje ich jak kapustę... Rozpacz. Publikacja takich kalek oczywiście nie miała sensu, ale fakt tworzenia tego śmiecia odsłonił głębszy problem. Powstał nowy archetyp – jeśli w utworze są zombie, to autor będzie opisywał, jak walczą z ludźmi, a dla czytelnika oczywistym staje się, że zombie to zły potwór wyżerający mózgi.
Hollywood rozpieprzył w drobny mak wszystko... Zombie zachowuje się jak ghul, działa trochę jak dawny wampir. Wampir to zakompleksiony kretyn, ghule zachowują się jak wcześniej zombie... Doktor Lecter jest fajny, ale jeśli spojrzeć dokładniej, to ten koleś zachowuje się tak, jak 30 lat temu zachowywał się filmowy wampir... Jeśli spróbujemy odwołać się do wcześniejszych wyobrażeń, nagle okaże się, że mówimy w próżnię. Nastąpiła zmiana – ludzie wchłonęli i zaakceptowali zmianę.
A zatem postulat kolejny. Z archetypów należy umieć korzystać i jednocześnie nie pozwalać, by archetypy korzystały z nas. I w żadnym razie nie trzymać się niewolniczo tego, co wymyślili inni. Używajmy archetypów, ale niszczmy je, gdy zaczną przekształcać się w stereotypy. Jeśli zbitka kilku tworzy utartą kalkę fabularną, nie wahajmy się jej zniszczyć, ośmieszyć lub sparodiować. Od nas zależy, jak to będzie wyglądało za 20 lat. Możemy podporządkować się modzie i płodzić historyjki o wampirach w depresji albo możemy się przeciwstawić i narzucić ludziom nasz punkt widzenia. W pierwszym przypadku tekst będzie łatwiej przyswajalny – bowiem odwołamy się do archetypów, stereotypów i identyfikowalnych kalek fabularnych, w drugim uzyskamy oryginalność, a z czasem może i wielkość. Pierwsza droga jest wygodna i szeroka, druga jest wąską ścieżką pnącą się ku oblodzonym szczytom. Co z tego wynika i którą wybrać, dopytajcie księdza na lekcji religii.
W powszechnym mniemaniu wampiry są groźne, nieśmiertelne i przepełnione melancholią? No to piszmy o wesołych krwiopijcach, którzy wyssawszy panienkę na dyskotece, złapali HIV-a. Zombie łażą jak muchy w smole i wyżerają ludziom mózgi? To może opiszmy zombiaka, który zgłasza się do chirurga plastycznego, bo szuka pracy w reklamie i chce poprawić wygląd. Albo takiego, który wygląda jak człowiek, ale charakteryzuje się „na zombie z filmów”, bo chce nastraszyć teściową.

Co warto wiedzieć ponadto? Ano, czytelnik dysponujący pewnym oczytaniem, męcząc się nad naszym utworem, nagle dokonuje odkrycia. Ten schemat fabularny już gdzieś mu przed oczyma przemknął. Jasne – to pomysł wykorzystany już przez Szekspira w „Hamlecie”.
Tymczasem możecie przysięgać na wszystkie świętości, że nawet nie czytaliście „Hamleta” i kojarzycie tylko, że to jakieś sztuczydło, gdzie aktor nosi w ręce czaszkę i zastanawia się nad bytem i odbytem... Dlaczego tak się dzieje? Istnieje skończona liczba fabuł i nieskończona liczba ich wariantów. W gruncie rzeczy, wszystkie zachowania człowieka sprowadzają się do silnych i podstawowych uczuć. Miłości, nienawiści, obojętności, lojalności, zdrady, zemsty... I niewiele da się tu wymyślić. Czytając „Harrego Pottera”, nasz angielski rówieśnik natrafi na odniesienia do np. „Oliwiera Twista”, a francuski – w rywalizacji grup chłopców i bezpodstawnej nienawiści między nimi – znajdzie echo powieści „Dwa lata wakacji”.
Jeśli piszemy książkę, rozwiązania fabularne staną się wcześniej czy później identyfikowalne dla odbiorcy. Cały dowcip polega na tym, by zorientować się, zanim skończymy pisać. Linia fabularna zrobiła się podobna do trzeciego odcinka „Gwiezdnych wojen”? Hmmm. Tam skończyło się tak i tak, to my zrobimy inaczej. Dzięki temu czytelnik, natrafiwszy na znajomy schemat, będzie przekonany, że odgadł zakończenie. A wtedy my pierdut! Wykańczamy głównego bohatera i niech teraz czytelnik gryzie paznokcie z rozczarowania.
Można też zrobić sobie z tego totalne jaja. Stefan Oceten wydał ostatnio powieść, w której załogę statku kosmicznego kompletował wyłącznie z bohaterów ukradzionych innym autorom. Każdemu zostawił oryginalne imię i nazwisko oraz cechy charakteru. Zabawa wyszła z tego przednia... Albo podejść ze śmiertelną powagą, jak japoński reżyser Akira Kurosawa, który przerobił sztukę Szekspira „Makbet” na bardzo udany film z życia samurajów pt. „Tron we krwi”.
Jednak opierając się na klasycznym pomyśle, musimy uważać, by nie przekroczyć granicy dzielącej zapożyczenie od plagiatu oraz powinniśmy liczyć się z tym, że wcześniej czy później ktoś nam zarzuci „nadmierne podobieństwo”.
Jeszcze parę słów podsumowania. Niezależnie od wszystkiego, co zrobimy, co będziemy naśladowali, a co wykorzystywali i zmieniali, musimy mieć świadomość, że archetypy istnieją, i czasem jedno zdanie może wywołać rozległe procesy myślowe w mózgu czytelnika, czy tego chcemy, czy nie chcemy. Jeśli nauczymy się dobrze żonglować archetypami, być może nie zdobędziemy literackiego Nobla, ale na pewno książki nasze będą chętnie czytane.




cz. 8.

Studiując sobie podręcznik pisania tłumaczony z angielskiego, dowiedziałem się, że jako początkujący pisarz nie powinienem liczyć na zaliczkę wyższą niż 6 tysięcy funtów... Mój zamieszkujący w Anglii znajomy był długo przekonany, że jestem cholernie nadzianym gościem – w tamtym kraju pisarz inkasuje przeważnie od ⅓ do ½ ceny okładkowej swojej książki (a książki kosztują tam zazwyczaj kilkanaście funtów). Także u nas pokutuje przekonanie, że pisarze zarabiają krocie. W dzisiejszym odcinku omówimy sobie między innymi finansowe aspekty działalności literackiej. Wprawdzie gentlemani nie powinni o tym rozmawiać – ale czuję się w obowiązku przestrzec tych z Was, którzy sądzą, że na pisaniu książek można się dorobić fortuny.
A zatem ile zarabia pisarz? Załóżmy, że jesteście początkującymi twórcami, którzy planują sprzedać gdzieś swoje pierwsze opowiadanie. Na co możecie liczyć? Posiadamy na rynku trzy pisma, w których można debiutować – „Fantastykę”, „Science Fiction” i „Fantasy-Clicka” (o ile ten ostatni nie upadł). Do historii odszedł „Fenix”, w którym debiutowałem ja. Stawki, wymagania redaktorów i poziom trudności w ich pokonaniu są zróżnicowane. Najłatwiej debiutować w „Science fiction”, jednak – i tu uwaga – czasopismo to w ogóle nie płaci debiutantom. Jeśli chcemy zobaczyć nasz utwór w druku, należy go skierować właśnie tam. Jeśli chcemy, by się ukazał i jednocześnie uzyskać za to gratyfikację finansową, musimy uderzać gdzie indziej. „Fantastyka” płaci wierszówkę rzędu 30 złotych za stronę znormalizowaną – tu jednak debiutować jest dużo trudniej. Gazeta ta zamieszcza mniej tekstów, a jej redaktorzy szukają usilnie dzieł o wysokim stopniu wyrafinowania. Jeśli wpadniemy na naprawdę dobry pomysł i uda nam się zgrabnie to opisać, mamy szansę. „Fantasy-Click” posiada stawkę mniej więcej dwukrotnie wyższą, jednak by coś opublikować u nich, należy posiadać tzw. nazwisko – tzn. praktycznie nie ukazują się tam utwory debiutantów.
Debiut w czasopiśmie jest najtrudniejszym elementem pierwszego etapu naszej kariery. Informacja, że już się gdzieś coś publikowało, stanowi silny atut w rozmowach o publikacji kolejnych utworów. Po zamieszczeniu w pismach kilku, kilkunastu opowiadań – jeśli spotkają się z przychylnym przyjęciem czytelników – osiągamy stan pewnej stabilizacji. Już nas drukują. Opowiadanie liczące 20 stron może przynieść nam dochód od zera do ponad pięciuset złotych. Jako jednorazowy zastrzyk gotówki jest to sumka miła, jednak jeśli zechcemy żyć z pisania, może okazać się niewystarczająca.
Oczywiście pisma posiadają swoje określone moce przerobowe i nie należy oczekiwać, że jeśli napiszemy 15 opowiadań rocznie, wszystkie ukażą się drukiem. Zbyt częste eksponowanie jednego nazwiska na łamach gazety szybko nuży czytelnika. A zatem jeśli chcemy zostać zawodowcami, musimy – chcąc nie chcąc – sięgnąć po dłuższą formę. Musimy wydać książkę.
Z punktu widzenia wydawcy człowiek wchodzący z ulicy z maszynopisem powieści pod pachą to zbyt duże ryzyko. Wypromowanie autora jest działalnością trudną i często kosztowną. Trzeba zadbać o reklamę, uruchomić fundusz łapówkowy, przyszantażować lub przekupić recenzentów... A nakłady zwrócą się albo i nie. Dlatego debiutowanie książką jest niezwykle trudne i zdarza się nieczęsto (aczkolwiek czasem się zdarza). I znowu prawo debiutu. Wydawca dużo chętniej rozmawiał będzie z człowiekiem posiadającym już jakiś dorobek i rozpoznawalnym przez fanów.
W moim przypadku wyglądało to następująco. Debiutowałem w 1996 roku. Na początku 1997 roku dysponowałem kilkunastoma opowiadaniami i mikropowieścią „Czarownik Iwanow”. W sumie było to 300 stron maszynopisu – czyli miałem materiał na książkę. Przez następne 5 lat maszynopis ten leżał w 3 różnych wydawnictwach, dwa nie zdecydowały się na jego publikację, trzecie zaoferowało termin wydania iście fantastyczny (w negatywnym tego słowa rozumieniu). W chwili, gdy pukałem do drzwi pierwszego, miałem na koncie kilka opublikowanych tekstów i 300 stron maszynopisu. Gdy wreszcie trafił mi się wydawca, miałem za sobą dwie nominacje do Zajdla, nominację do Śląkfy, liczba opublikowanych opowiadań przekroczyła 40, a objętość maszynopisu sięgnęła 1200 stron.
Zainwestowanie we mnie, jako autora, w 1997 roku było pewnym ryzykiem. W roku 2001 zysk był pewny, a ryzyko znikome. Dlaczego? Promocję mojej prozy odwaliłem we własnym zakresie – pakując teksty gdzie tylko się dało, zdobyłem grupę fanów. Pojawił się odbiorca, który kupił choćby podstawowy nakład mojej pierwszej książki.

Ile można dostać za książkę? Wszystko zależy od wydawcy. Pewien wiodący wówczas koncern wydawniczy zaproponował mi w 1998 roku stawkę w wysokości... 70 groszy od sprzedanego egzemplarza, w dodatku rozliczane w pełnych tysiącach, co sprowadzało się do tego, że jeśli sprzeda się np. 1700 sztuk, to zapłacą za 1000. Jedna z moich znajomych, publikująca dla konkurencji, zadowalać się musiała w tym czasie stawką ok. 60 gr. od sprzedanego egzemplarza. Kwoty te, wołające o pomstę do nieba, miałyby może uzasadnienie, gdyby książki kosztowały 12 zł i rozchodziły się w nakładzie ćwierć miliona sztuk. Tymczasem powszechną praktyką w drugiej połowie lat 90-tych było wydawanie minimalnego nakładu – rzędu 2 tysięcy sztuk, a w razie gdyby nie schodził, przeceniania go i kierowania do jatek, czyli na wyprzedaż. Czystej wody niewolnictwo – wydawca inkasował na czysto sumę mniej więcej dziesięciokrotnie wyższą niż autor.
Przy bardzo optymistycznych założeniach, sprzedałoby się 2 tysiące sztuk książki, za co ja zainkasowałbym całe 1400 złotych. Dodruku by nie zrobiono – za duże ryzyko.
(Tu dygresja – w sąsiedniej Rosji rzut wyjściowy wynosi przeważnie 10-15 tysięcy egzemplarzy, a książki czołówki ichnich autorów sięgają zawrotnych nakładów po 300 tys. sztuk).
Warto zauważyć, że porównywalną kwotę – do mojej za napisanie – otrzymałby redaktor za przygotowanie książki do druku oraz grafik za zrobienie okładki. Konkurencja nie istniała. Niewolnicy nie mieli dokąd uciec. Rynek podzielony był pomiędzy trzy wydawnictwa, co sprzyjało monopolowi i równaniu stawek dla pisarzy. Równaniu w dół. Wydanie pierwszej książki było jednak dla mnie sprawą priorytetową – wychodziłem z założenia, że nawet jeśli dostanę za nią marne grosze – będzie to swego rodzaju inwestycja w przyszłość. Na przełomie wieków na szczęście doszło do nagłego przetasowania. Pojawiły się wydawnictwa nowe, młode, agresywne, których właściciele wyszli z założenia, że przy wydawaniu książek pisarz jest jednak najważniejszy.
Stawki nieoczekiwanie skoczyły w górę, sięgając 5–10% ceny okładkowej. Nagle pojawiły się reklamy książek polskich autorów i równie nagle zastosowano wobec nas elementy promocji stosowane dotąd wyłącznie wobec zagraniczniaków. Zmieniło się też podejście autorów. Złamanie monopolu pozwoliło na zwiększenie szans publikacji, a tym najlepszym umożliwiło wręcz targowanie się o wysokość honorariów. Do poziomu Anglii nadal mamy daleko, jednak jest to kolejny krok w dobrą stronę.
Ciekawy przykład dały nam pisarki głównonurtowe, w rodzaju Katarzyny Grocholi czy Joanny Chmielewskiej. Kobiety te splunęły na wydawców i zajęły się osobiście wydawaniem swoich dzieł. W naszym światku podobną genezę miało wydawnictwo „Runa”... Obecnie, mając na rynku 4-5 tytułów jednocześnie, można już z tego żyć. I pozostaje mieć nadzieję, że za kolejne 10 lat honoraria dojadą jakoś do średniej unijnej, a nakłady do średniej rosyjskiej. Wtedy pisarze znajdą się w raju, o ile oczywiście jakiś Belka nie wpadnie na pomysł podniesienia nam podatków...
#6
cz. 9.

Witajcie drodzy Grafomani. W dzisiejszym odcinku powiemy sobie kilka słów o tym, jak zacząć i jak skończyć. A zatem: Wymyśliliśmy bohatera i sądzimy, że gotów jest, by pokazać go światu. Narysowaliśmy mapkę naszych krain, mamy pomysł na przygody. I co dalej?
W epoce około 1985 roku nieliczne komputery posiadali równie nieliczni milionerzy. Aczkolwiek, śledząc filmy made in Hollywood, można się było przekonać, że tam komputer to coś normalnego i naturalnego – jeszcze jeden sprzęt domowy... Maszyny do pisania były duże, ciężkie, nie sposób było na nich korygować błędów, obsługa wymagała siły fizycznej, a warunki pracy w ciągłym łomocie mechanizmu były dalekie od komfortu. W dodatku w tej epoce były problemy z papierem. Kochana władza dbała, by dobro to – używane do druku ulotek – nie było powszechnie dostępne. Maszynę do pisania miałem w domu. Z papierem był problem. W dodatku napisanie czegokolwiek wobec braku biegłości trwało godzinami.
Zacząłem w zeszycie w linie. Pisałem długopisem. Przez następne 10 lat ręcznie napisałem około 2500 stron. Niektóre były rzadsze, inne gęściej pokryte literkami – ale przyjmuję, że średnia wyszła taka sama, 2500 stron znormalizowanego maszynopisu. Potem, dobrych kilka lat po nastaniu epoki kapitalizmu, przesiadłem się na komputer.
Na początku nie umiałem nic. Chciałem zapisać swoje myśli i marzenia. Odtworzyć krainę, do której uciekałem od rzeczywistości. W dodatku nie sądziłem, by ktokolwiek tę książkę kiedykolwiek wydał. Opowiadała o buncie przeciw socjalizmowi – a ten wydawał się wówczas niezniszczalnym monolitem. Pierwszą wersję wyrzuciłem – dziś trochę tego żałuję. Kilka cytatów pokazałoby Wam, jak długą drogę musiałem przejść, nim nauczyłem się formułować myśli w sposób przyswajalny dla drugiego człowieka.

A zatem weźmy ulubiony długopis, kajet i otwórzmy na pierwszej stronie. Na górze piszemy tytuł. Poniżej pierwszy akapit. Wydaje się to proste – ale wcale nie jest. Po co opowiadanie czy powieść ma tytuł? Otóż – zabrzmi to brutalnie – po to, by zachęcić czytelnika. Tylko i wyłącznie. Człowiek, który przyjdzie do księgarni z garścią uciułanych, często z trudem, pieniędzy, nie wie, na co się zdecydować. Jeśli koledzy nie powiedzą mu, że coś warto przeczytać, stanie przed półkami, na których leży tysiąc książek. I ma dylemat – co wybrać?
Przeważnie nasz przyszły czytelnik kieruje się wzrokiem – wybierze książki o najciekawszej okładce. Teraz jego wzrok pada na tytuły i zaczyna się głębszy poziom analizy. Tytuł obok okładki jest tym, co ma skłonić go do sięgnięcia po nasze dzieło. Musi być prosty, w miarę zwięzły, intrygujący, łatwy do zapamiętania.
Milczenie owiec – jest tu dobrym przykładem. Jeśli nie widzieliśmy filmu, zaciekawi nas, co to u licha jest? Powieść z życia pasterzy? I dlaczego te owce milczą zamiast beczeć? Albo Czekając w ciemności – kto czeka, na kogo, dlaczego po ciemku? – pytania cisną się czytelnikowi automatycznie. Inny przykład: Wilcze gniazdo – tu znowu czujemy, że to jakaś metafora – wilki nie żyją przecież w gniazdach – wilcze gniazdo kojarzy nam się z bandą rozbójników, powieścią łotrzykowską albo czymś podobnym. Rysunek pokancerowanego szlachetki na okładce tylko pomaga domyślić się, w jakiej epoce rzecz się rozgrywa. Czasem tytuł może nam sporo zdradzić – np. powieść Człowiek z Petersburga – wydana została jeszcze w czasach, gdy Petersburg nazywał się Leningrad. W tym przypadku tytuł wskazuje nam automatycznie powieść historyczną lub historyczno-przygodową... O tytułach w rodzaju Instrument rozkoszy, Słodkie kuzynki czy Wyznania chińskiej kurtyzany – nie muszę chyba wspominać. Tam mamy od razu kawę wyłożoną na ławę...
Zasadniczo nie należy używać w tytułach nazwisk – zwłaszcza takich, które nikomu nic nie mówią... Powieść o tytule np. Pan Wołodyjowski potencjalny czytelnik ominie. Nie słyszał o gościu, nie obchodzi go. Ale już Ogniem i mieczem – może wzbudzić jego zainteresowanie.
Wiem. Moja pierwsza książka, opublikowana pod nazwiskiem, nosiła tytuł Kroniki Jakuba Wędrowycza. Zdecydowałem się na taki z bardzo prozaicznego powodu. Moje opowiadania na łamach Fenixa czytało ok. 15 tysięcy potencjalnych czytelników. Minęło kilka lat i obawiałem się, że zapomnieli, kto je napisał – natomiast nazwisko Wędrowycz jest na tyle charakterystyczne, że powinno się skojarzyć.
Tytuł drugi, Czarownik Iwanow – jest nietrafiony. Książkę tę ratuje wyłącznie znakomita okładka. Trzeci tom Weźmisz czarno kure – ma chyba najładniejszy tytuł. Wskazuje, że będzie coś o magii, jednocześnie stylizacja językowa tworzy klimat – może zainteresować. Czemu „weźmisz”, a nie „weźmiesz”... Zestawienie tytułu z obrazkiem dziwnie ubranego kolesia ostrzącego siekierę o jeden z głazów kamiennego kręgu działa jak cios maczugą.
Generalnie jednak najbardziej zadowolony jestem z tytułu nie książki, ale opowiadania – 2586 kroków. Dlaczego akurat tyle? Cholera wie, tyle mi się wymyśliło. Ale wygląda intrygująco i o to właśnie chodzi. Rozwikłanie zagadki tytułu znajduje się u mnie głęboko w środku – podobnie jak długo musieli czekać czytelnicy „Milczenia owiec”...
Miałem problem z powieścią Kuzynki, tytuł odziedziczyła po opowiadaniu, które weszło w jej skład. Z jednej strony było to znowu puszczenie oka do czytelników, którzy je poznali i polubili. Z drugiej zaś mógł to być poważny błąd. Czy ktoś skusi się na sięgnięcie po książkę o takim tytule? Nie wiedziałem – ale nie byłem w stanie wymyślić nic lepszego. Obawiałem się jeszcze jednego – nazwijmy to niezdrowych skojarzeń. Kuzynki, Słodkie kuzynki...
Z drugiej strony tytuł był krótki i dźwięczny – łatwy do powtórzenia. Zaryzykowałem. I znowu się udało.
W chwili gdy czytelnik, skuszony tytułem, sięgnie po książkę, możemy sobie zanotować na koncie 10% sukcesu. W 9-ciu przypadkach na 10 obejrzy, zobaczy cenę i odłoży z powrotem na ladę. Ale ważne, że weźmie ją do ręki. Narowy czytelników, którzy podziwiają nasze dzieło zamiast od razu kłusować do kasy, są bardzo ciekawe i różnorodne.
Musimy się nastawić, że potencjalny klient zechce się czegoś dowiedzieć – stąd na tylnej stronie okładki umieszcza się entuzjastyczne recenzje zagranicznych, ale nieistniejących gazet, informacje o nominacji do nieistniejących nagród, opinie wieszczów i autorytetów moralnych etc. Ja dorzuciłem do tego garść fikcyjnych ogłoszeń drobnych. Innym chwytem jest zamieszczenie krótkiego, dynamicznego fragmentu – kilkanaście linijek mających zaintrygować czytelnika.
Co jeszcze robi nasz przyszły czytelnik stojący w księgarni z naszym dziełem w dłoni? Obejrzawszy z przodu i tyłu, może sobie otworzyć w środku i przeczytać kawałek – tu nie mamy wpływu na jego decyzje – otworzyć może gdziekolwiek. Trudno sprawić, żeby cała książka była równie dobra we wszystkich miejscach... Ale trzeba się starać!
Krok kolejny – masa ludzi czyta najpierw pierwsze, a potem ostatnie zdanie. (Polecam – doskonała zabawa). Dla takich świrów można przygotować coś specjalnego. I tu przechodzimy do meritum dzisiejszej lekcji. Pierwsze zdanie, pierwszy akapit, pierwsza strona. Tu kupujemy czytelnika. W tym miejscu przekonujemy go, żeby wydał forsę na nasze dzieło, a nie na najnowszą książkę Sapkowskiego. Pierwsze zdanie musi wgnieść go w ziemię, sprawić, żeby żołądek zjechał mu do gatek, żeby z radości ściągnął majtki przez głowę... Sięgnijmy do Zapisków oficera armii czerwonej Sergiusza Piaseckiego i co czytamy? Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra. I co Wy na to? Ma to zdanie ciężar gatunkowy. Przeszło do historii literatury... Jakub Wędrowycz drgnął nieznacznie, gdy wystrzelona nie wiadomo przez kogo kula urwała mu kawałek ucha – to do historii literatury nie przejdzie, ale może posłużyć za przykład. Albo: Tętniącym sercem Wenecji jest plac św. Marka wprawiany w nieustanne drżenie falującym tłumem turystów – tak zaczyna się książka Petera Arnotta Cywilizacja bizantyjska. Zdanie jest piękne, poetyckie, obiecuje ucztę intelektualną. Niestety, otwiera ono czterystustronicową, nudną jak flaki z olejem, monografię naukową...
Pierwsze zdanie to nie wszystko. Za nim muszą popłynąć kolejne. Jak zaczyna się Kontrola Wiktora Suworowa? A teraz całuj but – mocne uderzenie, celne, między oczy. Wiemy, że mamy w ręce książkę nasyconą brutalną prawdą... A z następnych zdań wynika, że jesteśmy świadkiem egzekucji głównej bohaterki... Hitchcock napisał kiedyś, jako poradnik dla filmowców, że w pierwszej scenie filmu powinno być trzęsienie ziemi, potem napięcie ma nieustannie rosnąc – pisząc książkę, trzęsienie ziemi zawrzyjmy w pierwszym akapicie.
Pierwsza strona to wizytówka naszej książki. Tu musimy dać z siebie wszystko – aby potencjalny czytelnik stojący przy księgarnianej ladzie doczytał ją do końca i przewrócił kartkę. W tym momencie możemy sobie pogratulować – złapał bakcyla. Prawdopodobieństwo, że książkę odłoży, z każdą przeczytaną stroną jest coraz mniejsze.

Nawet najlepsza książka, wszechstronnie genialna etc. wymaga dopieszczenia – ostatecznego szlifu... Brylant oprawiamy w ramy, którymi są początek i zakończenie. Pierwsze i ostatnie zdanie. Pierwsza i ostatnia strona. Dobre wrażenie na początku, miłe wspomnienie po przeczytaniu ostatniej linijki. Powitajmy i pożegnajmy czytelnika godnie, gościnnie, po staropolsku. Kupuje naszą książkę za swoje z trudem zarobione pieniądze – okażmy mu szacunek.




cz. 10.

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się trudnym zagadnieniem: jak pisać, by czytelnik nie był w stanie oderwać się od naszego dzieła.
Zadanie to nie jest przesadnie trudne. Z przesadną skromnością (a pamiętajmy, że przesadna skromność to naturalna cecha każdego prawdziwego grafomana) nadmienię, że moje „dzieła” uchodzą za napisane lekkim piórem. Niniejsza więc garść porad wynikała będzie głównie z mojego doświadczenia.
Po pierwsze, pisać należy językiem prostym. Co to oznacza? Czym jest język prosty w odbiorze?
Jeden z moich kumpli, odbywający staż w redakcji kolorowego pisemka dla blondynek, zetknął się z fantastycznym programem komputerowym służącym do upraszczania tekstów. Program ten zaznaczał wszystkie słowa, które nie mieściły się w słowniku standardowym, i proponował ich prostsze wersje. Natrafiwszy w artykule na słowo „wykusz”, podkreślał je i szukał synonimu zrozumiałego nawet dla idiotów – np. okno.
Czy mamy w ten sposób masakrować nasz tekst? W żadnym wypadku! Czym więc jest tekst prosty w odbiorze? Jest to tekst, który można łatwo pochłonąć i przyswoić. Który czyta się bez trudu – a zatem:
Unikamy zdań złożonych. Im więcej jest członów, tym trudniej zrozumieć treść. Jeśli najeżymy tekst zdaniami wielokrotnie złożonymi, wyjdzie nam fatalny w odbiorze bełkot. Ogólnie rzecz biorąc: im dłuższe zdania, tym gorzej.
Starajmy się pisać w miarę możliwości jasno, bez dygresji, bez tworzenia skomplikowanych konstrukcji logicznych, których rozplątanie zabiera czas i kosztuje masę niepotrzebnego wysiłku. Piszmy konkretnie.
Zastanówmy się pięć razy, zanim użyjemy jakiegoś wymyślonego przez siebie neologizmu lub przenośni. Czy to, co piszemy, jest zrozumiałe tylko dla nas, tylko dla naszych kumpli, czy też dla wsjech?...
To samo tyczy się wstawek w językach obcych – tzw. makaronizmów. Rzucenie słowa czy zdania znanego czytelnikom z licznych filmów nie jest tu poważnym utrudnieniem percepcji. Jeśli wstawimy słowo czytelnikowi nieznane, ale którego znaczenia może się domyślać przez kontekst – nie jest to szczególnie niebezpieczne. Byle nie było ich za gęsto. Jednak już umieszczania łacińskich sentencji, długich na trzy linijki, lub fragmentów angielskich piosenek może być śliskie. Nie każdy ma w domu słownik, nie każdy zna język tych kolesiów do hamburgerów i coca-coli. Nie każdemu wreszcie będzie się chciało sprawdzać. Jeśli dajemy przypisy, zadbajmy, by znalazły się u dołu strony, a nie na końcu książki. Szanujmy czytelnika, który nas utrzymuje.
Problem nazw krajów i nazwisk bohaterów. Jeśli tworzymy krainy własne, zadbajmy o to, by ich nazwy, podobnie jak nazwy miast, zaczynały się na różne litery. Słowa najczęściej rozpoznaje się bardziej po układzie graficznym niż czyta po kolei ich literki. Jeśli jeden władca będzie się nazywał Nabuchodonozor a drugi Cyrus – problemu nie ma. Jeśli jednak jednego nazwiemy Ascharodon, a drugiego Assurbanipal, to czytelnikowi poplącze się wszystko w trymiga. A jeśli mu się poplącze, straci część przyjemności z lektury. Zamiast szybko ślizgać się wzrokiem strona po stronie, będzie pełzł z mozołem, zastanawiając się, o którego z bohaterów chodzi.
Generalna uwaga jest taka: podobnie jak przy szukaniu błędów językowych, napisany tekst trzeba koniecznie przeczytać na głos. Wsłuchać się w melodię swoich słów i w razie czego wyciągnąć wnioski.
Mamy oto garść podstawowych wskazówek. Wiemy już z poprzednich lekcji, że w naszym utworze musi być bohater i powinno coś się dziać. Co dalej?
Sprawa jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Nasz utwór – obojętne, czy opowiadanie, czy powieść – zawierać musi jakąś akcję. Bohaterowie dążą do czegoś, przeżywają przygody, walczą z wrogiem i przeciwnościami losu. Zwarty tekst składa się z elementów składowych – czyli scen. Gdy Jules Verne w końcu XIX wieku pisał powieść Rozbitkowie z Chancellora, stworzył w niej konstrukcję, w której każda następna scena była mocniejsza i bardziej przerażająca niż poprzednia. Bohaterowie płynęli statkiem. Wybuchł pożar. W jego trakcie okazało się, że w ładowni znajduje się kontrabanda – silny materiał wybuchowy. Jakby tego było mało, wybuchł straszliwy sztorm. Wreszcie statek wyrzucony został na bezludną wyspę. Naprawili go i ruszyli w dalszą drogę, ale zaczął tonąć. Zbudowali tratwę. Skończyło się jedzenie. Okazało się, że nie mają wody – w beczkach był roztwór siarczanu miedzi. Powiesił się ochmistrz. Został zjedzony. Nie było już nic do żarcia, rzucili losy, kto ma zostać zabity i pożarty przez resztę...
Ciągłe podkręcanie napięcia, niestety, ma swoją wadę. Czytelnik powoli się przyzwyczaja. Dlatego w kolejnych scenach trzeba uderzać w niego coraz mocniej. To pomaga, ale tylko do pewnego momentu.

Dużo lepszą metodą jest przeplatanie scen dynamicznych, scen, w których dużo się dzieje, i scen statycznych. Kończymy rozdział efektownym wybuchem, następny zaczynamy opisem przyrody. Potem, gdy czytelnik z jednej strony jest roztrzęsiony, bo nie wie, co się stało z bohaterami, z drugiej poziom adrenaliny opadł mu przy czytaniu sceny statycznej, znowu wracamy do wydarzeń zapoczątkowanych lub zakończonych eksplozją.
Sceny dynamiczne oczywiście nie składają się z samych fajerwerków. Znowu odwołam się do własnej prozy. Mamy w powieści Kuzynki scenkę bijatyki z dresiarzami:
Zrzuciła szlafroczek i zaczerpnęła miskę wody. Przyjemnie poczuć na nagiej skórze uderzenie wiatru. Zmoczyła włosy i natarła je szamponem. W zimnej wodzie nie chciał się pienić, ale chwila tarcia i detergent zrobił swoje. Spłukała. Wodę wylała do dołka dwa metry od strugi. Szkoda truć rybki chemią. Zanurzyła się w rzeczce. Położyła w wodzie, pozwoliła, by ją uniosła. Bliższy kontakt z mułem na dnie uznała za raczej niewskazany. Palce u stóp zaczęły drętwieć. A zatem koniec kąpieli. Wyskoczyła na pomost i starannie roztarła ręcznikiem. Zawiązała go na głowie w węzeł, lodowaty wiatr w połączeniu z mokrymi włosami może być niebezpieczny. Owinęła się w szlafrok i ruszyła do domku. Przyjemnie będzie dla odmiany zanurzyć się w ciepłe wnętrze... I w tym momencie ją dopadli.
Jak widzicie, zacząłem od uśpienia czytelnika. Naga dziewczyna bierze kąpiel. Wokoło „okoliczności przyrody”. Zasugerowałem chłód i czekające na nią schronienie – zagrałem na archetypach świata zewnętrznego i domu. Czytelnik rozpoznaje schemat – prowadzanie bohaterki od gorszych warunków ku lepszym. Z zimna w ciepło... Już sobie wyobraża, jak dziewczyna zanurza się w chatce, i w tym momencie wykonuję woltę:
Czterech osiłków o tępych gębach i mięśniach podhodowanych na sterydach. Wykorzystali krótką chwilę jej zamyślenia. Nie przewidzieli kilku szczegółów... Nie zdążyła sięgnąć po sztylet. Dwaj skoczyli jej na plecy, by przewrócić, wgnieść w trawę, wykręcić ręce. Cios łokciem w tył, w splot słoneczny. Trafiła, chrupnął mostek, co najmniej cztery żebra też poszły. Cios do przodu, drobną pięścią prosto w nalany dresiarski ryj. Chciała trafić tak, by zawiasy wyrwanej szczeki uderzyły w węzły chłonne za uszami, jednak żuchwa złamała się od razu. Ech, dzisiejsza młodzież, kości jak z tektury...
Ano rzucili się na nią, mamy więc kawałek bardzo dynamiczny, całe dziewięć linijek. Czytelnikowi serce zaczęło mocniej bić, ciekaw jest, co dalej – więc stosuję zwolnienie akcji. Wrzucam sobie beztrosko retrospekcję. Zwalniam, aby tym bardziej rozpalić jego ciekawość!
Kiedyś w górach Kaukazu wpadła w ręce gruzińskiego księcia – rozbójnika Ilika... To był prawdziwy twardziel, dopiero czwarty cios powalił go na kolana. A ci, jak z łajna ulepieni.
Czytelnik złapał oddech, no to zasuwamy dalej z akcją.
Wyłamywane górne siekacze poraniły jej wierzch dłoni. Trzeci zdążył wykręcić jej przedramię. Szarpnął ostro do góry. Straciła równowagę. Krótki łuk i uderzyła czołem w kolano kolejnego. Aż ją na chwilę zamroczyło. Tymczasem ten najsprytniejszy ciągle trzymał jej nadgarstek. Jego kompan złapał podobnie. Na ułamek sekundy miała przed sobą udo napastnika. Za daleko dla zębów, ale chlasnęła go ssawką.
I znowu trzeba dać opisik, który rozbije nam dynamiczną scenę na krótsze i łatwiejsze do przełknięcia kawałki.
Cóż, końska skóra jest grubsza niż ludzka, nawet okryta błyszczącym dresikiem. Ssawka zawsze trafia w najgrubszą żyłę lub tętnicę. Pokrywający ją śluz powoduje błyskawiczne zasklepienie rany, gdy nie jest już potrzebna. Chyba że wyrwie się natychmiast z powrotem. Wtedy w tkance powstaje dziura wielkości mysiej nory.
I wracamy znowu do sceny dynamicznej.
Splunęła z obrzydzeniem ludzką krwią i mięsem.
Tego typu zabawy grożą nam tym, że czytelnik się wkurzy. On chce akcji, akcji, akcji, a my dajemy mu placek, pół na pół mięcha i trocin. A jednak dzięki temu nasz tekst lepiej zapadnie mu w pamięć. Nie da się cały czas wytężać wyobraźni. Nie da się w nieskończoność podkręcać dynamiki na coraz wyższe obroty.
Jeśli tak będzie Wam łatwiej, wyobraźcie sobie sinusoidę lub elektrokardiogram. Fala to – na przemian – akcje dynamiczne i statyczne. Każda scena dynamiczna składa się z maleńkich falek – elementów bardziej dynamicznych i przerywników.
Na zakończenie jeszcze jedna uwaga – może najważniejsza z dzisiejszej lekcji. Sceny dynamiczne piszemy krótkimi, nierozwiniętymi zdaniami. Po wojskowemu, konkretnie i surowo. To musi się czytać szybko! Natomiast ceny statyczne, opisy przyrody i temu podobne przerywniki, możemy pisać powolutku, rozwlekle, długimi, złożonymi zdaniami.
Oto wszystko, co powinniście wiedzieć o robieniu złota.
Reklama AdSense
#7
cz. 11.

W dzisiejszym odcinku będzie o inwestycjach. W epoce wczesnego socjalizmu bycie pisarzem było bardzo fajne. Każdy, kto wykazywał choćby śladowy talent oraz wyznawał jednocześnie odpowiednie poglądy na rzeczywistość, mógł liczyć na życzliwość władzy. Piewcy budowy socjalizmu otrzymywali wille, talony na samochody, prawo robienia zakupów w specjalnych sklepach za żółtymi firankami. W epoce późniejszego socjalizmu na pisarzy czekały już zdecydowanie mniejsze konfitury, niemniej jednak po kilku wydanych książkach można było liczyć na niezłe mieszkanie, zachodni samochód lub bezpłatny talon na krajowy oraz inne dobra luksusowe. Honoraria wystarczyły na spokojne życie przez wiele miesięcy. Do tego pisarze liczyć mogli na skierowania do sanatoriów, wycieczki zagraniczne oraz pobyt w tzw. domach pracy twórczej, gdzie czas spędzano przeważnie na chlaniu wódy we własnym gronie, zaliczaniu cudzych panienek i podrastających córek kolegów oraz innych „godziwych” rozrywkach.
Oczywiście, władza wydawała wszystkie te dobra oszczędnie i, aby uzyskać szerszy do nich dostęp, należało się umiejętnie podlizywać. Zapisywać do partii, podpisywać protesty intelektualistów, opluwać wskazanych osobników w listach otwartych do prasy etc. Władza oczekiwała służenia na dwu łapkach i radosnego merdania ogonkiem – czego wielu pisarzy błyskawicznie się nauczyło.
W sumie pisanie czegokolwiek schodziło na plan dalszy. Obok wszelkiego rodzaju stypendiów twórczych, „literaci” liczyć mogli na wysokie zaliczki za nie napisane jeszcze książki i niezłe honoraria za już opublikowane. Bywało i tak, że dzięki odpowiednim układom po zainkasowaniu zaliczki książki pisać już nie było trzeba... Tempo pracy było żadne. Nowa książka powstawała z reguły przez kilka lat. Napisanie ślimaczyło się w nieskończoność. Ale gdzie panowie literaci mieli się śpieszyć? Mieli za co żyć, mieli gdzie się zabawić, nikt nie rozliczał ich z tego, co zrobili. Zbigniew Nienacki pisał swoje siedemnaście „samochodzików” przez trzydzieści trzy lata. Ja (nie porównując jakości) siedemnaście tomów kontynuacji napisałem w... cztery.
Na literaturze, niczym nowotwór, rozwijała się narośl pism literackich – które z reguły wydawali krytycy literaccy dla innych krytyków; większa część nakładu szła na przemiał, a płaciło za to ministerstwo. W pismach tych swoją niszę ekologiczną zajmowali tzw. krytycy – kolesie znający się na eksperymentach formalnych, powieściach awangardowych i innych meandrach literatury, nie mający zielonego pojęcia o prawdziwych książkach. Dziś jeszcze niekiedy takie glisty, o mózgach oczadziałych od wódy, wyłażą czasem z nor, by pluć na książki z naszej półki.
Wszelkie dochody i profity tych grup miały pewien związek z publikacją i sprzedażą – był to jednak związek bardzo luźny. Z reguły dzieła uznawane za wybitne zalegały na księgarnianych półkach latami, a drukowana na odczepnego fantastyka znikała z handlu błyskawicznie. Dodruków z zasady nie robiono, gdyż nie było na to papieru.
Istnieli wreszcie pisarze, tacy jak Nienacki, Szklarski czy Łysiak, pogardzani i wykpiwani przez krytykę – których książki zarabiały na całe wydawnictwa i druk dziesiątków pozycji ich mniej zdolnych, a za to dobrze zakorzenionych w aparacie, kolegów po piórze.
W 1989-90 roku dla setek drobnych pluskiewek skończył się świat. Od tamtej pory trwa rozciągnięta w czasie erozja układu. Część mecenatu nad awangardowymi twórcami przejęła Gazeta Wyborcza, część pisemek ciągle jeszcze dotuje ministerstwo, jednak zdecydowana większość tfu-rców i ich promotorów trafiła tam, gdzie im się należało. Zaczęła się inna epoka. Epoka uciekającego czasu. Od tamtej pory już nie jedna książka na trzy lata, ale trzy książki rocznie stanowią minimum pracy twórczej.
W 1989 roku miałem 15 lat i już wtedy byłem zdecydowany zostać pisarzem. Przez pierwszy rok ukazywała się masa literatury antykomunistycznej – dotąd zakazywanej przez cenzurę. Czytałem to i radowało się moje serce. Ale w pewnej chwili zorientowałem się, że, do diaska, nikt nie wydaje jakoś polskiej literatury antykomunistycznej. Ukazało się kilka książek wydanych w latach 40-tych na Zachodzie, garść wspomnień, i na tym w zasadzie koniec.
Część literatów, filmowców i innych artystów biadała, że komuna nie dawała im żyć – ale nie dość, że żaden nie wyciągnął z szuflady pisanych ukradkiem powieści, to jeszcze żaden przez kolejne czternaście lat nic podobnego nie napisał... Przyzwyczajeni do życia na garnuszku państwa, nagle, jak chłopi z likwidowanych pegeerów, znaleźli się z ręką w nocniku.
Wybaczcie długachny wstęp, przechodzę już do meritum dzisiejszej lekcji. Za komuny można było być literatem i nie pisać książek. Można było świetnie żyć z pisania książek nie nadających się do czytania. Dziś czasy są inne i musimy, choć to brutalne i przykre, spojrzeć im w twarz.
Sytuacja jest pierońsko klarowna. Nikt nie da nam ani złotówki ponad to, ile jesteśmy warci. Wilii, samochodów i wycieczek zagranicznych musimy dobijać się sami (co, jak wierzę, jest możliwe).
A zatem... Pisanie to inwestycja. Inwestujemy nasz czas w nasz talent. Sytuację oceniać musimy sami. To, co osiągniemy, to iloraz czasu i talentu. Jeśli mamy słaby talent, musimy w pisanie włożyć gigantyczną ilość czasu i wysiłku. Jeśli talent mamy większy, musimy i tak włożyć tyle samo czasu – tylko wynik będzie lepszy. Jeśli zdecydujemy się pisać – co więcej, jeśli zdecydujemy, że pisanie ma być naszym sposobem na życie – musimy liczyć się, po pierwsze, z koniecznością poświęcenia ogromnej masy czasu, po drugie, z tym, że opłacalność naszej inwestycji stoi pod znakiem zapytania.
Zaczynamy pisać jeszcze w szkole. Może to być podstawówka, bardziej prawdopodobne jest, że będzie to gimnazjum lub liceum. Pierwsze teksty nie nadają się z reguły absolutnie do niczego. To wprawki, które po przeczytaniu rzucamy do szuflady. Może kiedyś wrócimy do nich i napiszemy te pierwsze pomysły w sposób nie urągający polszczyźnie. Ile tego będzie? Trudno cenić. Jak obliczam, napisałem ok. 1600-2000 stron maszynopisu, zanim zaczęto mnie drukować. Ile lat na to poświecimy? Ja poruszałem się na ślepo. W dziśiejszych czasach, w dobie Internetu, znalezienie kogoś, kto udzieli rad, jest łatwiejsze. Powiedzmy, że 2-3 lata zajmie Wam opanowanie podstaw warsztatowych. W tym czasie musicie znowu zainwestować masę godzin... Napisanie jednej strony to przeważnie 15-30 minut. 500 godzin ćwiczeń to bardzo dużo.
Czas na to potrzebny musimy ukraść. Ukraść kosztem czytania książek, oglądania telewizji, odpoczynku, rozrywek, nauki, snu... I po tych 500 godzinach nauki zaczyna się dopiero nasza droga przez życie. Czytamy nasze pierwsze wypociny, zgrzytamy zębami i piszemy od nowa. Potem wysyłamy na łup redaktorom.
Jeśli jesteśmy początkującymi pisarzami, znajdujemy się na samym dole hierarchii, jak „koty” w wojsku, czy terminatorzy na nauce zawodu u szewca. Redaktorzy, którym już poświęciłem oddzielną lekcję, nas nie znają, nie szanują, olewają. Debiut, potem pierwsze opowiadania. Honoraria, których czasem w ogóle nie ma (są pisma, które nie płacą debiutantom), niskie, wypłacane z wielomiesięcznym poślizgiem. Całe miesiące, kiedy nie ukazuje się nic naszego, nieustanne bombardowanie redakcji naszymi kolejnymi tekstami. Mamy obecnie komfortową sytuację – na rynku fantastyki jest 5-6 pism. Powiedzmy, że raz na dwa tygodnie ukazuje się jeden numer jakiegoś periodyku; do tego jeszcze kilka pism internetowych – które, niestety, nie płacą... Te obszary należy zagospodarować. I znowu jest to inwestycja – tym razem podwójna. Z jednej strony, znowu czas, czas, który musimy poświęcać każdego dnia na pisanie, wymyślanie, sprawdzanie szczegółów. Po drugie, same pomysły.
Nie wiem, czy człowiek jest w stanie wymyślić w życiu nieskończenie wiele dobrych fabuł, czy też nie. Miewałem jednak całe miesiące bloku twórczego, w czasie którego nie byłem w stanie ze skamieniałego nagle mózgu wykrzesać ani iskry... A więc inwestujemy fabuły. Wymyślamy, piszemy opowiadania i rzucamy, gdzie się da. Znowu przychodzi refleksja. Czy mamy prawo do takiej rozrzutności? Czy dobrze robimy, pisząc opowiadanie? Może fabuła jest na tyle nośna, by stworzyć na jej bazie powieść? Wyraźnie widać to po literatach z USA. Wpadają na pomysł, piszą opowiadanie, po jakimś czasie zaczynają żałować, rozdmuchują je do objętości powieści, potem ciągną w cykl...
Po trzecie wreszcie, inwestujemy naszą sprawność rzemieślniczą. I tu znowu zaczyna nas gnębić refleksja. Machniemy opowiadanie na 20 stron. Zapłacą nam trzy stówki (minus podatek), za 20 stron artykułów w byle gazecie dostaniemy 3-6 razy więcej forsy... I forsa zaczyna kusić. Pojawiają się złe myśli. Do diabła z opowiadaniami, trzeba się zaczepić w gazecie, pisać felietony, reportaże, opisywać otaczający nas chlew jakby miał zapach róż, wady polityków przedstawiać jako cnoty i inkasować kasę. Można też pisać opowiadania, sprzedawać je znacznie taniej, ale za to mieć nadzieję, że kiedyś ukażą się w postaci książkowej. I że książka ta stanie się bestsellerem. I że nasze dzisiejsze straty uda się powetować z nawiązką... Tak więc, pisząc opowiadania, znowu inwestujemy. Poświęcamy naszą teraźniejszość na rzecz niepewnej przyszłości.
Skończyliśmy naukę, podejmujemy pracę. I znowu pojawiają się dylematy. Z pisania możemy mieć dodatkowy dochód. Tylko czy jest sens okradać się z ciężko zarobionych godzin odpoczynku? Czy nie lepiej runąć nieprzytomnie przed telewizorem i wyłączyć mózg na godzinkę albo kilka? Czas...
Napisanie powieści – nie mówię tu o jej wymyśleniu czy zgromadzeniu danych – samo wklepanie tekstu w komputer to minimum trzy tygodnie harówki. I znowu inwestujemy czas... 100 godzin na napisanie książki. Wydaje się, że to niewiele. Ale co, jeśli w połowie okazuje się, że zmieniła nam się koncepcja i trzeba wywalić 40 stron, by przerobić cały wątek? Przyjmą albo odrzucą. Jeśli odrzucą, jesteśmy miesiąc czasu w plecy. Za komuny przynajmniej zostałaby zaliczka w garści i legitymacja w kieszeni...
Podjąłem ryzyko szalone. Zdecydowałem się nie łączyć pracy zarobkowej i pisania – ale próbować żyć z tego, co naskrobię. Zaryzykowałem, nie zdając sobie sprawy, na co się porywam. Osiem lat szlifowałem warsztat – na ślepo... Przez kolejne siedem lat napisałem osiemdziesiąt opowiadań i osiem tomów powieści. Ukazały się trzy zbiory opowiadań, a jeden znajduje się w druku. Wydałem jedną powieść, a jej kontynuację kończę pisać. Jedna powieść mi się nie udała i nie mam ochoty jej poprawiać. Trzy tomy jednego cyklu i dwa tomy drugiego leżą, czekając lepszych czasów. W wolnych chwilach napisałem siedemnaście tomów kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Jeden odrzucono.
Trochę przeinwestowałem. Ale łudzę się nadzieją, że to, co napisałem, jednak uda się kiedyś wydać... Nie wiem, ile czasu poświeciłem na naukę pisania i samo pisanie. Być może pięć tysięcy godzin? Jeśli gotowi jesteście zaryzykować tyle co ja, możecie znaleźć się w tym miejscu. A ja zainwestuję chętnie drugie tyle, bo jestem ciekaw, jak daleko można dojść przy odrobinie uporu.




cz. 12.

W dzisiejszym odcinku chciałem poruszyć temat związków frazeologicznych – ale niestety, otworzywszy Science Fiction, spostrzegłem, że ubiegł mnie mój konkurent, Feliks W. Kres. Pust bywajet, jak mawiali Lenin z Puszkinem. No to będzie o gramatyce.
Polski system edukacji, stanowiący stek kompletnych idiotyzmów pedagogicznych, zakłada także naukę gramatyki języka polskiego. Nie wiem, jak jest w tej chwili, za moich czasów gramatyką zaczynano katować dzieci już w trzeciej klasie podstawówki. Po co? Cholera wie. Prawdopodobnie, żeby nauczyciele się specjalnie nie namęczyli – łatwiej sprawdzać ćwiczenia niż omawiać większą liczbę lektur czy uczyć dzieciarnię prawidłowego pisania wypracowań... Mieliście więc wszyscy naukę gramatyki. Oczywiście, zdecydowana większość z was podeszła do problemu zdroworozsądkowo – „mądrości” te wpuściliście jednym uchem, a wypuściliście drugim, po czym o problemie zapomnieliście natychmiast po egzaminach wstępnych do liceum. Zdrowy odruch.
Dlaczego szczerze nienawidzimy gramatyki? Ano, do czego sprowadza się jej nauka w szkole? Trzeba się: a) wykuć na blachę kilkuset głupich formułek, b) zrobić kilkaset durnych ćwiczeń pozbawianych większego sensu...
Normalnemu człowiekowi gramatyka jest o kant d... potrzebna. Albo umie mówić po polsku, albo nie umie – i wykucie setek formułek nie da mu absolutnie nic. A nawet jak je zapamięta, do niczego mu się nie przydadzą. I to jest główny powód naszej niechęci – nie dość, że musimy to wykuć, to jeszcze jest to pseudowiedza obciążająca tylko niepotrzebnie pamięć.
Niestety, aby wyjaśnić tu kilka rzeczy, będę musiał się odwołać do tej głęboko znienawidzonej nauki. Macie więc niepowtarzalną szansę. Po raz pierwszy (i ostatni) w życiu gramatyka do czegoś wam się przyda! Zdumiewające prawda? Spokojnie, to tylko ten jeden raz.
No to pajechali... – jak słusznie zauważył Jurij Gagarin, siedząc w Wostoku. Zrobimy sobie skrócony kurs gramatyki dla początkujących grafomanów.
Błąd następstwa podmiotów, co to jest? Jeśli sięgniecie do zapomnianych szczęśliwie informacji szkolnych, przypomnicie siebie, że w ramach ćwiczeń zajmowaliście się rozbiorem zdania. Co więcej, zdanie można było rozmontować na elementy składowe wedle dwu metod: na części mowy (rozbiór gramatyczny) lub części zdania (rozbiór logiczny). Jak zapewne mętnie wam się przypomina, gdy analizujemy pod kątem części mowy, okazuje się, że w zdaniu występują rzeczowniki. Jeśli teraz wykonamy rozbiór logiczny, okazuje się, że jeden z tych rzeczowników jest najczęściej podmiotem, a pozostałe nim nie są. (Pal diabli, czym są, to nie jest teraz ważne). Muszę, niestety, przypomnieć wam jeszcze jedną definicję. W zadaniach występują zaimki – są to takie słowa, które generalnie zachowują się jak rzeczowniki (ona, ją) lub inne części mowy: przymiotniki (jego), liczebniki (któryś) etc.
W szkole niestety ograniczaliście się do rozbierania jednego zdania – co skutecznie uniemożliwiło wam zrozumienie, jaka właściwie jest rola podmiotu w całym tym interesie.
Błąd, który nazywam błędem następstwa podmiotów, polega z grubsza na tym, że mając kilka zdań, tworzących ciąg logiczny, błędnie interpretujemy, co w danym zdaniu było podmiotem i stąd kiełbaszą nam się zdania kolejne. Zrozumieliście? Hm, ok. Było do przewidzenia. No to może pokażę wam to na przykładach.
Czarownica płonęła pośrodku wioski. Wszyscy jej żałowali.
W zdaniu pierwszym mamy dwa rzeczowniki: czarownica i wioska. W zdaniu kolejnym mamy tylko zaimek jej. Intuicyjnie wiemy, że chodzi o czarownicę. Niestety przy szybkim czytaniu, mózg automatycznie odnosi zaimek do najbliższego rzeczownika, odpowiadającego mu rodzajem, liczbą etc. Czytając, mamy chwilę potknięcia. Może ćwierć sekundy, kiedy nasz umysł musi dokonać operacji logicznej, ustalić, co w poprzednim zdaniu jest podmiotem i podporządkować mu zaimek. Innymi słowy, o co do cholery chodziło autorowi.
Jest to chwila, prawie niezauważalna – ale spowalniająca czytającego. Jeśli akcja go wciągnęła i czyta swobodnie, przelatując całe akapity, jest to przykry przystanek na jego drodze. Porównajcie to z nagłym przyhamowaniem rozpędzonego samochodu. Wszystko po chwili wraca do normy, ale nerwy już nadszarpnięte. Im więcej będzie takich potknięć tym niestety gorzej – dla was i dla czytającego. Dla was, bo każdy redaktor z radością uwali tekst za coś takiego, dla czytającego, bo jeśli uda wam się wepchnąć to gdzieś do druku, to ten biedak będzie się katował przy lekturze...
Jak zatem poprawić ten kawałek? Bardzo łatwo. Należy usunąć ze zdania tę niejednoznaczność – przetasować rzeczowniki tak, aby podmiot znalazł się bliżej zaimka.
Pośrodku wioski płonęła czarownica. Wszyscy jej żałowali.
I po problemie.
Inny przykład tego samego błędu:
W tej puszczy włada tylko przyroda i nikt, tak człowiek jak i krasnolud, elf bądź inna istota, uważająca się za rozumną, nie ma prawa zmienić jej postaci.
Tu mamy rzeczowników jak nasiał... Jak widzicie, zaliczają się do dwu rodzajów, a na końcu zdanie, niczym klamrą, spięte jest zaimkiem jej. Najbliższym odpowiadającym zaimkowi rzeczownikiem jest istota. Ale nie do istoty odnosi się zaimek, więc może do podmiotu? No właśnie, co tu u licha ciężkiego jest podmiotem!? Przyroda. Skoro nie zmienia się postaci czegoś – to raczej puszczy, gdyż przyroda postaci jako takiej nie ma. Zdanie jest poza tym zbyt długie i zbyt zapętlone. Kilka takich i nie będzie trzeba redaktora – czytelnik sam siepnie waszym tekstem o ścianę.
Po przygotowaniu posłania dla nowego gościa i starannym zamaskowaniu miejsca jego ukrycia, grupa rozdzieliła się.
Zamaskowali posłanie czy gościa – do czego odnosi się zaimek jego? Taka niejednoznaczność też powoduje u czytelnika potknięcie się w biegu... Choć w tym przypadku nie jest to tak gruby błąd jak poprzednio – też należy unikać podobnych problemów...
I jeszcze coś podobnego na koniec.
Okazywali swoją wściekłość przy pomocy toporów i batów, którymi rąbali płoty.
Oczywiście można spróbować rąbać płot batem. Mamy tu odrobinę inną sytuację. Tu musimy powiązać już nie zaimek, ale czasownik z odpowiednim rzeczownikiem...
Drugi błąd, który chciałbym omówić – to następstwo czasów. Ciężko jednak znaleźć odpowiednie przykłady – zatem omówimy go za miesiąc (artykuły ukazywały się w miesięczniku).
#8
cz. 14.
(numer 13 z racji swojej pechowości został oczywiście pominięty)przypis autora

Drodzy kandydaci na grafomanów. Obiecywałem dalszy ciąg powtórki z gramatyki, jednak otrzymawszy steki listów z pogróżkami... (No dobra, nie było listów, tylko mam wstręt do gramatyki i nie zdołałem się chwilowo przełamać...). A zatem w dzisiejszym odcinku dokonamy sobie przeglądu dotychczas zdobytych wiadomości i spróbujemy – na razie koncepcyjnie – posklejać z tego Frankensteina tzn. jego monstrum...
Nasz cel jest prosty – musimy napisać powieść, która uczyni nas bogatym i sławnym grafomanem. Tak, wiem, nie jestem jeszcze sławny ani bogaty, ale to wszystko przez opóźnienia z drukiem najwybitniejszych moich dzieł! O czym to ja? Aha. Piszemy superbestsellera. Przed nami kilka etapów:
1) Analiza rynku. Generalnie, jakby nie patrzeć, wychodzi nam, że polską fantastykę czytuje 0,025% Polaków (taki odsetek ogółu publikacji stanowi polska fantastyka – 20 powieści naszych autorów przy około 40 tysiącach tytułów drukowanych rocznie w naszym kraju... Jednak odosobnione przypadki, np. Sapkowski (nie lubię, ale muszę oddać mu w tym miejscu honor...), są w stanie sprzedać nawet i milion swoich książek. A zatem analizę na tym kończymy. Rynek jest w stanie wchłonąć, powiedzmy, 100 tysięcy sztuk naszego bestsellera. A zatem jest o co walczyć. Nie, na pytania o sprzedaż moich dzieł nie odpowiadam! Fałszywa skromność jest naturalną cechą każdego wielkiego grafomana
2) A teraz analiza naszych umiejętności zawodowych. He he. Prawdziwy grafoman nie powinien rozpraszać się takimi bzdetami. Jeśli czytelnikom się nie spodoba, tym gorzej dla nich. A tak już zupełnie poważnie – nie ominiemy, niestety, uważnej i starannej redakcji naszych książek... Jednak świadomość własnej słabości nie powinna nas zniechęcać do prób. Doświadczenie zdobywa się w walce. Poza tym historia notuje wielu ludzi, którzy weszli do wydawnictwa z ulicy i zostali sławni. O tym, ile jest warte to, co napisaliśmy, dowiemy się dopiero po wydaniu dzieła. Jeśli będzie ono poprawne językowo – szanse na druk znacząco rosną.
3) Określamy, co piszemy i dla kogo piszemy – jak zapewne domyślacie się – wiąże się to z punktem 1. W skrócie chodzi o to, żeby wykombinować sobie, czy ma to być dla chłopców, czy dla dziewczynek, w jakim wieku i dlaczego fantastyka. 4) Zastanawiamy się nad objętością. Sądzę, że optymalna wyniesie między 250 a 300 stron. Drugi tom może – a nawet powinien – być grubszy. Generalnie uważam, że książki dla dzieci powinny być równie grube, a nawet grubsze niż dla dorosłych. Poglądu tego nie podziela, niestety, większość wydawców. Ale zanim napiszecie bestsellera, pewnie sam zostanę wydawcą, więc tym punktem się nie przejmujcie.
5) Wymyślamy sobie ogólnie, o co będzie biegać i na podstawie tego opracowujemy tytuł. Pierwszy tytuł będzie roboczy – musimy sami dla siebie jakoś określać to, co będziemy pisać. Jeśli tytuł okaże się trafiony – nie ma kłopotu, zostawiamy, w razie pomyłki zmieniamy do skutku, aż nam się spodoba... Dobry tytuł jest bardzo ważny. To on, umieszczony na okładce, zaprasza do środka...
6) Przyjmijmy, że tytuł to czapka nakrywająca nasze monstrum od góry. Teraz pora na fabułę czyli kościec. Zgodnie z logiką doktora Frankensteina budujemy od dołu do góry – czapka wyznacza nam tylko, gdzie się ma skończyć. Aby potwór dobrze stał na nogach, muszą one być mocne. Fabuła przynajmniej do połowy książki musi być spójna, logiczna i wciągać czytelnika. Nasza bestia może mieć kilka nóg – to będą wątki fabularne. Generalnie jeden wątek będzie główny – robimy jedną nogę grubszą, pozostałe mogą być cieńsze. Nogi powinny gdzieś się zbiegać, najlepiej w punktach węzłowych akcji. Wszystkie nogi – o ile nie skończą się wcześniej, muszą połączyć się ostatecznie w czaszce. Czaszka to finał... Należy pilnować, aby żadna noga nie kończyła się w powietrzu – wszystkie wątki jakoś trzeba zakończyć. Jeśli nie wiemy jak – zabijamy bohaterów. Ręce pomijam – nie pasują mi do koncepcji anatomicznej.
Na tak przygotowanym kośćcu naciągamy jak ścięgna losy poszczególnych bohaterów. Jak już wspomniałem, przynajmniej ci główni powinni być sympatyczni i w wieku czytelnika. Bohaterom pozytywnym przeciwstawiamy negatywnych – czyli łajdaków. Ścięgna będą się oczywiście krzyżować, łączyć, dzielić, zrywać etc.
Mając już szkielet i ścięgna, musimy to wszystko przyoblec w mięcho. Czym jest mięcho? To wszystko, co wypełnia książkę, mając różny związek z fabułą. np. egzotyczne zainteresowania i rytuały tytułowego wyznawcy Baala, badania kodów DNA ufoków, analiza lingwistyczna języka tocharskiego, którym mówi jedyny żyjący świadek katastrofy UFO etc. Mocny kościec to podstawa, ale mięcho nadaje naszemu dziełu walory smakowe.
Pozostaje oblec to skórą, żeby jako tako wyglądało. No to walimy opisy przyrody, wyposażenia wnętrz, tego typu. Akcji nam to do przodu nie popycha, ale pozwala czytelnikowi złapać oddech i poprawia estetyczną stronę naszego stwora.
7) Przejdźmy do układu nerwowego. To, co napisałem powyżej, wystarczy, by stworzyć utwór poprawny pod względem merytorycznym. (Hy, ale mi się ładnie naukowo napisało...). Pozostaje jeszcze najważniejsze. Wspomniałem niedawno o przykuwaniu uwagi czytelnika. A zatem znowu przypominam garść krótkich porad:
Tworzymy przeciwności. Bohaterowie muszą walczyć od pierwszej do ostatniej strony. Należy przy tym unikać sytuacji, w której zwycięstwo będzie pewne... Rzućmy przeciw nim wszystko, co wymyślimy. Kopmy w zadek co i rusz. Ile razy czytelnikowi przyjdzie do głowy, że bohater wreszcie dobija do bezpiecznej przystani, tylekroć musi się rozczarować.
Wysoko określamy stawkę zmagań. Gdyby Tolkien opisał po prostu wycieczkę do wulkanu, książka ta zainteresowałaby co najwyżej geologów. Dlatego też musimy określić tę stawkę. Im wyżej będzie określona, tym lepiej. Oczywiście, tu też nie należy popadać w przesadę. Czytelnik, gdy po raz setny dowie się, że tylko nasz bohater może uratować ludzkość, ciepnie książką o ścianę i, co gorsza, będzie miał rację. Jednak nawet walkę o rzeczy proste możemy ukazać tak, by wydała się ważna...
Zostawiajmy fałszywe ślady. W chwili, gdy nasza książka staje się przewidywalna – przegraliśmy. Czytelnik czyta i wie, co stanie się potem... I kicha. Znudzi się, zniechęci... Dlatego warto czasem go podpuścić... Niech mu się wydaje, że wie, co nastąpi. A wtedy my wywracamy kota ogonem. Docierają do krateru wrzucić artefakt, a tu okazuje się, że wulkan wygasł...

A zatem dotarliśmy do końca instrukcji. Teraz przed Wami praca domowa. Musicie przemyśleć to wszystko i wyciągnąć wnioski. Każdą książkę przed napisaniem „dociera się” w głowie, często przez wiele miesięcy albo i lat; niekiedy po napisaniu kilku rozdziałów człowiek zatrzymuje się i zaczyna zastanawiać, co będzie dalej... To zdrowy i naturalny objaw. Przed Wami miesiące konstruowania szkieletu, dopasowywania kości, ścięgien i mięśni; sprawdzania, czy jedno do drugiego pasuje i jak to będzie wyglądało w ruchu...
A potem przyjdzie pora, by napisać pierwsze zdanie, pierwszy akapit, pierwszą stronę. Przyjdzie pora pokazać swój geniusz i zgarnąć nagrody od zachwyconej widowni. Przyjdzie pora, by kumulowaną miesiącami energię wypuścić w postaci jednego, oślepiającego wyładowania, skierować ją na stworzone monstrum, nadać mu życie i poszczuć, by szukał w kieszeniach czytelników ostatnich groszy odłożonych na piwo.
Bo w pisaniu bestsellerów zasadniczo o to chodzi. Musicie stworzyć coś takiego, żeby czytelnik zamiast piwa kupił Waszą książkę, a po jej przeczytaniu nie miał poczucia krzywdy. Nasz bestseller musi dostarczyć mu więcej przyjemności niż wypicie ośmiu butelek „browaru”. Jeśli to potraficie – świat leży u Waszych stóp.




cz. 14.

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zanalizujemy sobie, co też najbardziej przeszkadza nam pisać.
Niemal każdy początkujący grafoman uskarża się na brak czasu niezbędnego na rozwijanie tego hobby. Niestety, przyszło nam żyć w epoce, która nie szanuje naszego czasu. Spora część Was – czytających te słowa – uczęszcza jeszcze do szkoły. A instytucja ta zabiera każdemu z nas po minimum 6-7 godzin dziennie, i jeśli doliczymy czas dojazdu, czas marnowany na odrabianie prac domowych i samodzielną naukę, rychło przekonamy się, że spora część naszego życia zostaje bezmyślnie unicestwiona przez nauczycieli. Po szkole i okresie względnej wolności na studiach, niestety, musimy iść do pracy. Praca zasadniczo zabiera podobną ilość czasu jak szkoła i niekiedy zadają nam też do domu.
Jak wyjść z tej pułapki? Możliwości istnieją.
Po pierwsze, możemy rzucić naukę i zająć się pisaniem. Nie polecam jednak tej metody. Pomijając wywołane taką decyzją kłopoty rodzinne, narażamy się aparatowi państwowemu. Nauczyciele w obawie przed masową ucieczką niewolników zaklepali sobie, że każdy ma obowiązek uczyć się do 15-tego roku życia. W naszym kraju należy też niestety zdobyć maturę – cholera w sumie wie, dlaczego – ale bez tego różowego papierka daleko nie zajedziemy...
Po drugie, możemy podjąć bolesną decyzję – w gimnazjum i liceum poświęcamy czas wolny na doskonalenie warsztatu. Piszemy, poprawiamy, publikujemy pierwsze teksty. Potem dostajemy się na studia. W tym okresie czasu mamy odrobinę więcej – musimy więc rozwinąć karierę, drukować w wielu miejscach jednocześnie, wyrobić sobie markę i wydać pierwszą książkę, a najlepiej kilka. Jeśli włożymy w to odpowiednio dużo wysiłku, z chwilą uzyskania dyplomu będziemy mieć swobodę wyboru. Albo pójdziemy do pracy, a w wolnych chwilach będziemy coś skrobali, albo zdecydujemy się pójść na całość i spróbować żyć z pisania.
Jak więc widzimy, w większości przypadków nie da się uniknąć poświęcenia wolnego czasu. Do tego zaś potrzeba dużo silnej woli. Trzeba ograniczyć oglądanie telewizji do dwu – trzech godzin tygodniowo. Trzeba zrezygnować z gier komputerowych. Zmienić rozkład dnia w ten sposób, by mieć minimum godzinę na czytanie i dwie – trzy godziny na pisanie. Łatwe to nie jest – ale w tym momencie waży się nasza przyszłość. Nauczmy się szanować czas. Każda jego chwila jest na wagę złota. Czytać można w drodze do szkoły. Czytać można w czasie długiej przerwy, w pociągu, w kolejce do urzędu.
Wymyślać i notować pomysły da się niemal w każdych warunkach. Dzięki temu, że pisałem, siedząc na plaży, poznałem Pawła Siedlara – pisarza, który namówił mnie na współpracę z „Feniksem”. Pierwsze opowiadania napisałem na praktykach archeologicznych w Płocku, odpoczywając po siedmiu godzinach machania łopatą. Kilkanaście pierwszych pomysłów na „Wędrowycze” zanotowałem na kartce wyrwanej z zeszytu, czekając w bibliotece na zamówione książki. Blisko dwadzieścia wymyśliłem wraz z narzeczoną, najpierw leżąc w smaganym deszczem namiocie, następnie w drodze z Bodo do Galiware, jednym okiem patrząc w zeszyt, drugim podziwiając smagane wichrem pustkowia norweskiej, a potem szwedzkiej Laponii. Kilka dobrych pomysłów wpadło mi do głowy, gdy siedziałem w Wojsławicach nad kuflem piwa „Perła”. Scenariusz komiksu o krasnoludach tworzyłem w pociągu, jadąc z Warszawy do Krakowa.
Teraz drugi podstępny wróg każdego grafomana: lenistwo. Generalnie jesteśmy narodem, który pracuje zrywami. Parokrotnie w różnych okresach dokonywaliśmy czynów zdumiewających i niesamowitych. Rozbijaliśmy wielokrotnie liczniejsze obce armie, odbudowywaliśmy kraj po zniszczeniach kolejnych wojen. Wykonywaliśmy gigantyczne skoki do przodu, po czym, zadowoleni, uwalaliśmy się jak świnie do góry brzuchem i chrząkaliśmy w błocie, aż wszystko znowu diabli brali. Energii wystarczało nam na kilka lat gorączkowej krzątaniny.
Jakaś skaza mentalna powoduje, że jeśli nie osiągniemy sukcesu błyskawicznie, nie osiągamy go wcale. Jesteśmy narodem wojowników, którzy muszą zdobyć łupy natychmiast i w ogromnej ilości. Mozolne budowanie dobrobytu opartego na mocnych podstawach nie interesuje nas prawie wcale.
Podobnie jest z pisaniem. Gdy miałem naście lat, sądziłem, że napiszę Norweski dziennik i za ten genialny płód mojego umysłu zainkasuję masę kasy, za którą będę mógł żyć przez kilka lat. Potem wymyśliłem, żeby napisać tego dwanaście tomów i tym samym zdobyć kasę zupełnie nieprawdopodobną. Kilka lat później siedziałem w pewnym wielkim i bogatym wydawnictwie, patrząc na umowę leżącą przede mną na biurku. Wynikało z niej jasno, że za pierwszy tom zbioru opowiadań dostanę „oszałamiającą” zaliczkę w kwocie dwóch tysięcy zł, książka zostanie wydana w ciągu pięciu lat (po dwu latach od podpisania nie było jeszcze zrobionej nawet redakcji), a od każdego sprzedanego egzemplarza zainkasuję aż... 85 groszy. Dziennikiem w ogóle nie byli zainteresowani. Już wcześniej wiedziałem, że zarobki w tej branży nie są nadzwyczajne – ale dopiero to uświadomiło mi, jak marnie się kształtują. W tym momencie miałem dwa wyjścia. Albo machnąć ręką, albo wypruć z siebie żyły i przez jakiś czas pisać naprawdę dużo w nadziei, że w przyszłości stawki ulegną poprawie.
W 1999 roku załapałem się do pisania kontynuacji Pana Samochodzika. W ciągu następnych pięciu lat napisałem jej dziewiętnaście tomów. W tym czasie powstało także kilkadziesiąt opowiadań, dwie powieści: Kuzynki i Księżniczka oraz nie wydane dotąd dwa tomy Operacji dzień wskrzeszenia. Tym samym pobiłem prawdopodobnie rekord Polski. Jednak możemy to policzyć także inaczej: pięć lat to, po odliczeniu niedziel, około 1500 dni. W tym czasie napisałem około 4500 stron maszynopisu. Średnia wychodzi więc porażająco niska – zaledwie trzy strony dziennie. 45 minut efektywnej pracy. Jestem leniem. Jestem patologicznym leniem, który przedkłada czytanie książek nad pracę przy pisaniu książek. Z taką wydajnością można napisać trzy solidne, trzystustronicowe powieści rocznie. Z taką wydajnością jestem na pierwszym miejscu. Oznacza to, że reszta światka literackiego nie jest w stanie mnie dogonić – trzy strony dziennie to dla nich za dużo... Naród leni tkwi w marazmie... Pisarz nie musi być pracoholikiem. Ale jeśli chcecie coś osiągnąć, musicie przyjąć program minimum – trzy strony dziennie. Dzień po dniu, przez pierwsze dziesięć lat.
Trzecim naszym wrogiem jest opór materii. Niestety, nie od nas zależy, czy dana rzecz zostanie wydana od razu, czy za kilka lat. Nie od nas zależy, czy wydawca zainwestuje głupie kilka tysięcy w reklamę. W wielu przypadkach nie mamy wpływu na sposób wydania naszego dzieła. (np. Wędrowycza pewne wydawnictwo planowało wydać w serii...”współczesna proza polska”). Z tym trudno walczyć – ale niech to nie będzie dla Was wymówką. Po pięciu latach szarpaniny udało mi się wydać pierwszą książkę. A teraz generalnie wydać pierwszą książkę jest łatwiej.
#9
cz. 15.

W dzisiejszym odcinku chciałem początkowo opisać choroby zawodowe gnębiące pisarzy, jednak przejrzawszy sobie dotychczas napisane odcinki, stwierdziłem, że pora wreszcie zająć się bardziej konkretnie fabułą i budowaniem napięcia.
A zatem mamy w planach napisanie naszej pierwszej książki, która przynieść ma nam sławę i kupę forsy, tudzież Zajdle, Sfinksy, Nautilusy, Śląkfy, oraz w przyszłości nagrody Nike i Nobla. Wiemy, od czego zacząć, wiemy, co zawrzeć w pierwszym akapicie i na pierwszej stronie. Ale co zrobić, aby zawładnąć niepodzielnie uwagą czytelnika, i sprawić, by nie mógł oderwać się od naszego dzieła? Istnieje kilka metod – prostych jak konstrukcja cepa a jednocześnie pierońsko skutecznych...
Metoda linearna: jest najczęściej stosowana i nie wymaga szczególnego wysiłku przy pisaniu. Opisujemy sobie na spokojnie, akcja rozwija się jak sznurek kłębka. Coś się dzieje, kolejne wydarzenia wynikają wprost z poprzednich. Jest łatwa, prosta i przyjemna – ale z drugiej strony, stosując ją, uzyskujemy fabułkę prostą i miałką, a zmuszenie czytelnika do jej przeczytania musimy poprzeć dużym kunsztem warsztatowym. Z reguły książki tego typu tworzone są wedle jednego schematu. Jest cel, trzeba zebrać drużynę i wykonać misję. Po drodze można zmagać się z przeciwnikami. Jej rozwinięciem jest metoda stopniowego przybliżania. Tu bohater zdobywa pewną wiedzę, potem uzyskuje nowe informacje, które pozwalają mu dokładniej rozumieć, co się naprawdę dzieje, wreszcie odkrywa prawdę ostateczną – która może się nieco różnić od pierwotnych o niej wyobrażeń. Jej dobrym przykładem jest trzecia część przygód Heńka Garncarza Więzień Azkabanu. Harry najpierw dowiaduje się, że świr, zbiegły z wiezienia dla czarodziejów, ma ochotę go zlikwidować. Potem wydaje się, że faktycznie grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Następnie poznaje nowe szczegóły – Syriusz okazuje się zdrajcą i mordercą. Wreszcie w scenie finałowej z okruchów informacji złożona ostaje prawda – różniąca się od dotychczasowych przypuszczeń. Przy tego typu narracji napięcie buduje się właśnie dzięki temu, że czytelnik dostaje kawałki i jego zadaniem jest wraz z głównym bohaterem złożenie ich do kupy.
W podobny sposób powstają Samochodziki – zarówno te oryginalne Nienackiego, jak i ich kontynuacja, której jestem współtwórcą. Pojawia się zagadka historyczna – najczęściej zadaniem bohaterów jest odnalezienie tytułowego artefaktu. Zaczynają więc robotę detektywistyczną – trzeba ustalić losy przedmiotu i jego właścicieli, wydedukować miejsce ukrycia lub złamać szyfr prowadzący do skrytki. Część tajemnicy ukryta jest w przeszłości... Idziemy naprzód, nie napotykając po drodze na żadne szczególne zapętlenia ani fajerwerki. Czasem bohaterowie trafią na nowy szczegół, który popycha nas kawałek do przodu – i tyle.
Jeszcze inaczej zrobił to Orson Scott Card w cyklu o przygodach Endera. Tam elementy kluczowe dla akcji ukryte zostały w swojego rodzaju prologach – przypisach do każdego z rozdziałów. Czytelnik użyteczną wiedzę o bohaterach czerpie z fragmentów dialogów, listów, raportów etc.
Metoda retrospektywna jest bardzo ciekawą i dającą ogromne możliwości odmianą metody linearnej. Zastosował ją na przykład Wiktor Suworow w powieści Kontrola. Książka zaczyna się od wyjątkowo brutalnej sceny – oprawcy, członkowie radzieckiego wywiadu wojskowego, mordują w lesie główną bohaterkę. Mordują ją przez dobrych kilka stron, ona – choć stoi na z góry przegranej pozycji – stawia zaciekły opór, między innymi łamie głównemu katu nogę w kolanie. Niestety, nie na wiele się to zdaje – prolog kończy się strzałem w jej potylicę. Cała reszta książki to... retrospekcja. Poznajemy wydarzenia, które rozegrały się wcześniej. Dziewczyna – Nastia, komsomołka, zapisuje się do klubu spadochronowego, zostaje powołana do kadry, tam werbują ją do pracy w wywiadzie, przechodzi mordercze szkolenie, wreszcie zostaje skierowana do prawdziwej pracy – ma rozpracować spisek w łonie NKWD i odzyskać urządzenie kontrolne do systemów łączności, które towarzysze spiskowcy sobie przywłaszczyli. Wszystko, co jej zlecono, wykonuje wzorowo. Jest duszą i ciałem oddana swojemu zwierzchnikowi (a z prologu wiemy, że to on będzie ją katował i to jemu złamie nogę...) oraz towarzyszowi Stalinowi. Przez ostatnie pięćdziesiąt stron czytający dostaje kota. Dziewczyna wszystko robiła jak trzeba, za co te bydlaki ją zamordowały!? Autor osiągnął poziom absolutnie mistrzowski – nie sądzę, żeby znalazł się człowiek, który potrafiłby przerwać czytanie końcówki...
Metoda linearna złożona także ma swoje uroki. W tym przypadku akcję prowadzimy wielowątkowo. Jak, nie przymierzając ja, w Kuzynkach lub Księżniczce. (A podejrzałem to sobie w powieści Wybór Wiktora Suworowa). Po kilkunastu stronach opisów losów jednego bohatera, zostawiamy go w jakimś interesującym miejscu i wykonujemy skok do wątku równoległego. Sposób ten jest prosty, wręcz prymitywny – ale efekty daje niezłe.
Generalnie fatalnym błędem byłoby niewolnicze trzymanie się jednego schematu fabularnego. Najlepsze efekty uzyskamy, kompilując dwie lub kilka metod.
Wreszcie pojawiają się ciekawostki zoologiczne, przynależne głównonurtowej literaturze współczesnej, w których fabuły i napięcia brak, bohaterowie istnieją sobie a muzom, a o wybitności danej książki dowiadujemy się z recenzji pisanych w pijackim widzie przez niedorżniętych krytyków literackich...




cz. 16.
Każdy pisarz to wariat, ale nie każdy wariat to pisarz (G. Janusz)

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się chorobami zawodowymi, które grożą Wam, jeśli zajmiecie się pisaniem na poważnie. Zacznijmy od skutków fizycznych, potem przejdziemy do psychicznych.
Pisanie jest pracą siedzącą. Jeśli zdecydujemy się poświęcić tej profesji, pierwszym podstawowym wydatkiem powinno być wygodne krzesło. Nie mam tu na myśli szmelcu na kółkach sprzedawanego w sklepach z materiałami biurowymi. Musimy mieć coś naprawdę wygodnego i solidnego. Doradzałbym bukowy fotel, najlepiej z podpórkami pod łokcie. Ważne, aby mebel do pracy nie był tapicerowany; raz, że materiał będzie nasiąkał potem, dwa, że do obicia najczęściej stosują jakieś syntetyczne świństwa. Klawiaturę wygodnie trzyma się na kolanach. Czasem warto mieć coś pod nogi – pufę lub niski zydel. Ja opieram pięty na obudowie drugiego komputera.
Drugim ważnym narządem, który możemy uszkodzić przy pracy, jest wzrok. Tu niestety – jeśli chcemy spędzać przy komputerze kilka godzin dziennie – nieodzowny staje się płaski ciekłokrystaliczny monitor. Odnośnie słuchania muzyki w trakcie pracy – trudno mi się wypowiadać – jednym pomaga, innych rozprasza. Mnie czasem przeszkadza, a czasem wręcz przeciwnie. W każdym razie pracować powinno nam się wygodnie i zdrowo. W podręczniku maszynopisania widziałem kiedyś zestaw ćwiczeń dla sekretarek (nie mam tu na myśli szpagatu na biurku szefa, tylko ćwiczenia placów i nadgarstków). Nigdy jednak nie zetknąłem się z sytuacją takiego zmęczenia dłoni, aby uniemożliwiało pracę.
Czasem, po kilku godzinach pracy, nieodzowne stają się środki pobudzające takie jak kawa (osobiście nie używam), herbata, czy łyk świeżego powierza. O ile tego ostatniego nigdy za wiele, o tyle pierwsze dwa dawkować należy z umiarem i rozsądkiem. Kawa w zbyt dużych dawkach szkodzi na serce, herbata podobnie. Jeśli przedawkujemy te, wydawałoby się nieszkodliwe napoje, będziemy mieli zlewne poty, bóle i zawroty głowy oraz inne, mało ciekawe sensacje. Zapalenie papierosa zwiększa poziom dopaminy w mózgu, co sprawia, że palacz po zaciągnięciu się może wpaść na jakiś pomysł – jest to jednak droga donikąd, bo szybko okazuje się, że pomysły wpadają mu wyłącznie po zaciągnięciu się, a wypalanie czterdziestu papierosów dziennie do niczego dobrego nie prowadzi. Podobnie kiepskie wyniki uzyskuje się, stosując dopalacz w postaci alkoholu. Piwo działa przeważnie rozleniwiająco, stosowanie mocniejszych trunków przy pracy grozi nam rychłym stoczeniem się i końcem kariery. Większość pisarzy głównonurtowych oraz pewien odsetek naszych to powierzchownie zaleczeni nałogowi alkoholicy. Nie ma sensu powtarzać ich błędów.
Fatalnie pisze się na czczo i po zarwanej nocy. Pełny żołądek też działa destruktywnie na proces twórczy. Należy zatem generalnie wyspać się, zjeść lekkie śniadanie, popić herbatą i siadać do roboty. Odnośnie pory, w jakiej najlepiej się pracuje – też nie mogę wypowiedzieć się jednoznacznie. Lubię wstać rano i pracować systematycznie do popołudnia – dzięki temu porządek dni nie ulga rozbiciu. Przyjemnie pracuje się także w nocy – wokoło panuje cisza i spokój. Ludzkość śpi i tylko my, jej słudzy, jeszcze się męczymy ze swoimi arcydziełami...
Oczywiście na naszej drodze czekają nas rozmaite inne „przyjemności”. Omówmy sobie zatem najczęstsze przypadłości psychiczne, abyście zawczasu wiedzieli, co Was może spotkać.
Depresja – stan długotrwałego wysiłku umysłowego rodzi depresję. Trudno ocenić, czy jest skutkiem, czy przyczyną pisania. Ja uciekałem w swoje światy, gdy ten realny szczególnie mi dokopał. Słyszałem wielokrotnie opinię, że nie jestem w tym odosobniony. Melancholia jest nieodzownym składnikiem procesu twórczego od zarania dziejów (wystarczy poczytać biografie naszych „wieszczów”). Pojawia się i odchodzi, jest silniejsza lub słabsza. Niekiedy pojawia się w postaci klasycznej huśtawki nastrojów. W rytmie około ośmiogodzinnym przechodzi się wtedy od skrajnej czarnej rozpaczy do nerwowego pobudzenia i poczucia wielkiej mocy pisarskiej... Tak czy siak, wykańcza. Na depresję dobrze robi coca-cola. Niestety, pewnej wiosny, kiedy odkryłem zbawcze działanie tego preparatu z rozgniecionej amerykańskiej stonki, nie przyszło mi do głowy doczytać etykietki. Skutkiem nieznajomości kaloryczności produktu leczenie depresji zwiększyło mi nadwagę o dobre 8 kilo...
Nerwice – praca pisarza z zewnątrz wygląda sielankowo. Siedzi sobie człowiek wygodnie w cieple, od łóżka do miejsca pracy ma 3 metry, nie stoi nad nim kierownik z zegarkiem w ręce... Niestety – choć to wszystko prawda, praca ta niesie za sobą poważne obciążenia nerwowe. Pisząc, rzucam się na niepewny los. Czy to, co spłodzimy, spodoba się wydawcy czy nie? Wydadzą? Nie wydadzą? Kiedy wydadzą? Czy jeśli ukaże się drukiem, spodoba się czytelnikom? Czy będzie to krok naprzód, czy krok wstecz... Czy nam za to w ogóle zapłacą? Kiedy zapłacą? Ile zapłacą... Wystarczy na czynsz? A na piwo? Pracując przez osiem lat, nauczyłem się minimalizować ilość nerwowych sytuacji. Piszę dla kilku wydawców – uzyskuję dochody z wielu źródeł. Piszę rzeczy różnorodne – jedna wpadka mnie zaboli, ale nie zabije. Nerwy można leczyć tabletkami, jednak lepsze jest zlikwidowanie źródła udręki.
Obsesje – niekiedy, szczególnie u grafomanów zbyt długo czekających na debiut, pojawiają się obsesje. Najczęściej człowiek nimi ogarnięty ma kompleks niedocenionego geniusza, uważa swoje wypociny za arcydzieła, których ci wredni redaktorzy nie opublikowali tylko i wyłącznie z zawiści. W takim stanie chętnie słucha i rozpowszechnia plotki o wydawcach i konkurencji – pisarzach, którym się udało przedrzeć. W nielicznych przypadkach obsesje mają jakieś realne źródło na przykład... a, nieważne.
Szokiem pourazowym nazywam stan, w jakim znajduje się pisarz po przedawkowaniu pracy. Organizm jest w stanie wytrzymać bardzo wiele, jednak nasza psychika nie jest dostosowana do długotrwałej harówki koncepcyjnej. Objawy urazu obserwowałem u siebie wielokrotnie po zakończeniu pracy nad kolejnymi książkami – głownie z cyklu kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Przez kilkanaście – kilkadziesiąt dni pracowałem w tempie 10-30 stron dziennie. (Średnia wydajność wynosiła ok. 12-15 stron dziennie a maszynopis liczący 180-200 stron powstawał w 2-3 tygodnie). Po stukaniu ostatnich linijek dzieła popada się w stan dziwnego stuporu. Pojawia się melancholia, totalne rozleniwienie, człowiek przestaje być zdolny do pracy, do zwykłego funkcjonowania, do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego i intelektualnego. Nie ma ochoty pisać, nie ma ochoty czytać. Nie chce mu się patrzeć w telewizję... Stan taki trwać może kilka dni lub tygodni. Odnoszę wrażenie, że u kilku pisarzy z naszego poletka nie minął wcale. Po napisaniu kilku lepszych lub gorszych pozycji zasnęli, by już się nie obudzić. Snują się teraz po konwentach jak zombie. Stanowią relikty poprzedniej epoki... Ostatnią książkę lub opowiadanie puścili kilka lat temu, nie pracują nad niczym nowym i najczęściej nawet o tym nie myślą...
Brak jarzma. Jako katolik staram się usilnie unikać pracy w niedziele i święta. Dni wolne pojawiają się dość nieoczekiwanie i kompletnie rozbijają mi tok pracy. Siedzi człowiek, pisze po kilkanaście stron, dożyna kolejną powieść i nagle pyk – niedziela. Rano idzie się do kościoła a potem... potem nie wiadomo, co robić. Trzeba by odpocząć, poczytać, pogapić się w telewizję, uciąć sobie drzemkę po obiedzie... Tymczasem nachodzą nas obsesyjne myśli, że przecież robota leży, że trzeba by z godzinkę popisać, nadgonić choć z pięć stron... Chęć ta niekiedy jest wyjątkowo silna – dezorganizuje cały dzień.
Blok finiszowy pojawia się pod koniec pracy – w chwili, gdy do wymaganej objętości brakuje mam głupie 5-10 stron. Nagle pisanie staje się katorgą, zamiast 15 stron dziennie pisze się dwie, trzy, nieoczekiwanie ulatują nam z głowy wszelkie pomysły... Zakończenie zaplanowane na 20 stron mieści się na czterech, pięciu...
Ucieczka w bok – to naturalna obrona organizmu przeciążonego pracą koncepcyjną. Po dziesięciu dniach mozolnego pisania trzech opowiadań jednocześnie nagle ogarnia nas przemożna chęć, by robić coś zupełnie innego. Ja w takim momencie dyskutuję na listach dyskusyjnych o polityce (z dwu już przy okazji wyleciałem) lub zabieram się za prace manualne. A to mozolę się przy renowacji starej skrzyni, a to wyciągam z torby kawał skóry i tnę ją sobie na paski potrzebne do oplecenia pochwy szabli... Kilka dni dłubaniny pozwala odetchnąć, wyciszyć się wewnętrznie i znowu zabrać do roboty.
Syndrom wypalenia – pojawia się po kilku – kilkunastu miesiącach wytężonej pracy lub po nadmiernym wyeksploatowaniu danego tematu. Objawy są dość przerażające: człowiek siada przed klawiaturą i tępo patrzy w ekran, daremnie usiłując wykrzesać z ospałego umysłu choćby jedną iskierkę talentu. Nagle okazje się, że napisanie kolejnego opowiadania o Wędrowyczu jest kompletnie, absolutnie niemożliwe. Jest pomysł – i to dobry, człowiek zna realia, ma czas, żeby przy tym podłubać i nic – absolutnie nic z tego nie wynika... Wtedy trzeba napisać coś zupełnie innego. Na przykład jakiś felieton do internetowego miesięcznika...
#10
cz. 17.
Był geniuszem i był gotów służyć ludzkości. W zamian oczekiwał jedynie pokrywania swoich wydatków. (R. Rankin)

Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów!
W dzisiejszym odcinku ci z Was, którzy jeszcze nie zniechęcili się do kroczenia krętymi ścieżkami literatury, zostaną zniechęceni ostatecznie. Omówimy sobie rozległy temat planowania kariery. Każdy z Was, po wyknoceniu pierwszego opowiadania, zastanawiał się zapewne, ile to jest warte i kiedy będzie go stać na willę z basenem, limuzynę oraz towarzystwo rozwiązłych kobiet.
Na rynku mamy kilka pism branżowych, w których można debiutować. Problem ten zasygnalizowałem już wcześniej parokrotnie. Napisałem, jak przedrzeć się przez redaktorów i inne nieprzyjemności. Przyjmijmy, że opublikowaliśmy nasz pierwszy tekst. Nasuwa się zrozumiałe pytanie: co dalej.
Powiedzmy sobie od razu. Każdy zawodowy grafoman płodzi dzieła i dziełka w tempie kilku, kilkunastu rocznie. Dzielimy je na dwie grupy: zwykłe oraz wielkie opowiadania. Zwykłe opowiadania – to 99% produkcji krajowych grafomanów. Teksty na tyle dobre, by można je było bez wstydu zamieścić w gazetce i bez bólu przeczytać. Każdy z Was takowe napisze, zamieści i spokojnie może sobie o nich zapomnieć. Podobnie po jakimś czasie zapomną czytelnicy. Opowiadanie to miła chałturka. My sobie skrobiemy, czasopisma publikują, czytelnicy czytają i się cieszą. Wreszcie coś tam za nie kapnie. Kilkadziesiąt, kilkaset złotych – czasem ciut więcej. Jeśli jednak poważnie myślimy o reperowaniu budżetu honorariami, musimy wydać książkę.
Moja recepta na sukces komercyjny była prosta jak konstrukcja cepa. Po pierwsze, należało zbudować sobie markę – sprawić, żeby nazwisko było rozpoznawalne. Grupy czytelnicze pokrywają się tylko częściowo. Inny czytelnik sięga po Nową Fantastykę, inny po Science Fiction, wreszcie ci, którzy sięgają po Fantasy, zazwyczaj nie czytają dwu pierwszych tytułów. Zamieszczałem opowiadania, gdzie tylko się dało. Tam, gdzie płacili, i tam, gdzie płacili kiepsko. Dawałem teksty gratis do fanzinów i do informatorów konwentowych. Atakowałem nieustannie przez kilka lat. Wpychałem swoje wypociny nawet do czasopism dla graczy w RPG. Nie wiem, ile opowiadań zamieściłem w ciągu ośmiu lat kariery. Trzeba by policzyć, sądzę, że było ich nie mniej niż sześć, osiem rocznie. Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt tekstów posłużyło za taran. Ludzie zapamiętali najpierw mojego bohatera, potem moje nazwisko. Nawet niejaki jacek sobota (imiona i nazwiska infamisów piszemy tradycyjnie małą literą) słyszał o mnie, aczkolwiek programowo nie czytał.
Jeśli zatem ktoś chce iść moją drogą, nie ma innego wyjścia. Musi obłożyć pisma tekstami, zasypać czytelnika swoją tfu-rczością i ogólnie wypromować swoje nazwisko. Jeśli bowiem zechcemy debiutować od razu książką, trafimy do salonu wielkich przegranych. Nawet jeśli napiszemy arcydzieło, pies z kulawą nogą go nie kupi... Wszystko, co zamieścimy w gazetach czy na forach internetowych, to nasza reklama. Co więcej, mamy ją nie dość, że za darmo, to jeszcze często nam za to zapłacą.
Nasze teksty powinny mieć coś, co je wyróżnia z masy. Ja akurat wybrałem humorystyczne pogranicza fantastyki. Mimo sukcesów książek Bułyczowa czy Pratchetta, w Polsce nikt na dobrą sprawę nie eksplorował tych kierunków. Uznałem, że jest to niemal dziewiczy ugór. Dziś zbieram tam plony. Andrzej Sapkowski zajął się „wszawym gatunkiem fantasy” i, jak wszyscy wiemy, osiągnął ogromny sukces. Osiągnął go dzięki temu, że pisał rzeczy, które dla polskiego czytelnika były w pewien sposób nowe. Jarosław Grzędowicz dla odmiany poszedł w stronę ciężkiego, ponurego horroru. Ta gałąź także nie cieszyła się u nas większym powodzeniem. Był pierwszy. Też chyba nie narzeka. Zatem jeśli chcemy trwale wpisać się w krajobraz literatury, musimy plunąć na konwencje i zaproponować coś nowego. Stworzyć nową gałąź albo przeszczepić na pień polskiej fantastyki jakiś pęd istniejący już w literaturze na wschodzie lub zachodzie. Jeśli wymyślimy coś naprawdę ciekawego, mamy szansę w przyszłości stać się klasykami podgatunku, jak ja stałem się „klasykiem literatury menel-fiction”. Oczywiście błędem byłoby koncentrowanie się na jednej niszy. Choćby dla higieny psychicznej należy od czasu do czasu napisać coś zupełnie innego. Musi to być przy tym na tyle dobre, by czytelnicy przyzwyczajeni do na przykład przaśnych klimatów Wędrowycza przeczytali to bez bólu.
Raz na kilka, kilkanaście numerów czasopisma pojawia się opowiadanie wielkie. Tekst, który w pamięci czytelnika wypali wyraźny ślad, coś, o czym będzie się dyskutować przez kolejne lata, coś, o czym redaktorzy powiedzą: „Wtedy, dziesięć lat temu, bywali wielcy pisarze. A pamiętacie, jak zamieściliśmy choćby takiego...”. Wielkie opowiadanie tworzy legendę pisma i samo przechodzi do legendy. Nawet jeśli go nie czytaliście, słyszeliście o nim od tych, którzy czytali.
Przykłady? Noteka 2015 Konrada T. Lewandowskiego, W leju po bombie Andrzeja Sapkowskiego, Tkacz iluzji Ewy Białołęckiej, Autobahn nach Poznań Andrzeja Ziemiańskiego.
Cały dowcip polega na tym, by w naszej twórczości co jakiś czas pojawiał się tekst naprawdę wysokich lotów. Tych mniej ważnych, dobrych, ale słabszych, nikt nie zapamięta. Te wielkie zbudują nam markę. To pierwszy klucz do sukcesu. Oczywiście, najlepiej byłoby debiutować czymś takim. Jeśli zdarzy nam się napisać takie opowiadanie, musimy dobrze zastanowić się komu je sprzedać. Nie może to być pismo o niskim nakładzie. Taki tekst należy umieścić w miejscu, gdzie przeczyta je możliwie dużo ludzi. Dwa razy w życiu napisałem teksty, które zaliczyć mogę do tej klasy: 2586 kroków i Samolot do dalekiego kraju. Pierwszy umieściłem wręcz fatalnie – ukazał się w jednym z ostatnich numerów Feniksa, przeszedł prawie niezauważony... Taki tekst jest jak diament, znajdowany między stosami brukowców. Napisałem około osiemdziesięciu opowiadań. Dwa uważam za naprawdę udane. Proporcja wyniosła więc w moim przypadku 1:40. Może Wam uda się te proporcje poprawić? A w każdym razie należy próbować.
Tymczasem minęły, powiedzmy, trzy lata od naszego debiutu. Puściliśmy w świat dwadzieścia opowiadań, pojeździliśmy po konwentach i nadeszła pora wydania pierwszej książki. W zamierzchłych czasach komuny ludzie zarabiali sporo, a przy tym nie bardzo mieli na co te pieniądze wydać. Dobra użytkowe w rodzaju pralek czy samochodów były dostępne nielicznym, gry komputerowe dopiero się pojawiały, w telewizji był jeden program w porywach do dwu, magnetowid był luksusem... Brakowało dzisiejszych rozrywek, literatura nie miała konkurencji. Za nadwyżki pieniędzy kupowało się książki. Były to czasy, kiedy w antykwariacie czy księgarni zbiór opowiadań Zajdla czy Bułyczowa kupowałem dlatego, że wśród zamieszczonych jedno lub dwa były mi nieznane. Czasy się zmieniły. Dziś, jeśli wydamy zbiorek opowiadań wcześniej opublikowanych, to choćbyśmy byli ulubionym pisarzem tysięcy czytelników, zostanie on na regale w księgarni, aż pokryje się kurzem i pajęczynami. Po prostu teksty są im znane, a w dzisiejszych czasach każdy, zanim wyda złotówkę na książkę, najpierw kilka razy obróci ją w palcach...
Gdy planowaliśmy wydać pierwszy tom zbioru opowiadań o Jakubie, mieliśmy ten sam problem. Weszły do niego teksty częściowo już czytelnikom znane, jednak trzeba było dodać na zachętę choć jedną trzecią zupełnie świeżych. Mikropowieść Hotel pod Łupieżcą – mogąca stanowić idealny wypełniacz – leżała, czekając na druk w Science Fiction. W ostatniej chwili wydarłem ją redaktorowi z gardła, obiecując w zamian dwa inne opowiadania, i dołączyłem do powstającego zbiorku... Jeśli więc chcemy wydać naszą pierwszą książkę, musimy zadbać o to, by prawie połowa jej objętości stanowiła teksty czytelnikowi zupełnie nieznane.
W chwili obecnej, składając pomału zbiór opowiadań bez Wędrowycza, mam nieco ułatwioną sytuację. Niektóre z tych tekstów ukazały się siedem, osiem lat temu. Dzisiejsi czytelnicy mieli wtedy pięć, dziesięć lat. Część puściłem w Feniksie, gdy gazeta ta chyliła się już ku upadkowi, a nakład sprzedany wynosił... to chyba tajemnica handlowa, ale w każdym razie niewiele. Część ukazała się w rożnych efemerycznych periodykach, fanzinach, informatorach konwentowych. Pozostałe na łamach czterech różnych pism, wydawanych w różnym okresie. Teoretycznie nikt nie powinien znać więcej niż połowy. Mimo to liczyć się muszę z istnieniem fanatyków tropiących i kolekcjonujących płody mego umysłu – więc zasada pozostaje ta sama: Minimum jedną trzecią objętości stanowić muszą niepublikowane.
Wydajemy naszą pierwszą książkę. Hurrra! Odwaliliśmy reklamę i promocje, książka opatrzona jest naszym wpadającym w ucho nazwiskiem. I co dalej? Może wstrząsnę Wami – ale nadal niewiele z tego wynika. Ogólnie pojmowany fandom, uczestnicy konwentów i czytacze czasopism branżowych, był analizowany parokrotnie przez speców od marketingu. Ocenili oni głębokość rynku fantastycznego w Polsce na ok. 150-200 tysięcy ludzi, podczas gdy zaangażowani w ruch fanowski stanowią circa 2% tej grupy. Nasza reklama to dobry początek. Ci aktywni kupią książkę i potem będą polecali mniej aktywnym znajomym – jednak trzeba za wszelką cenę zahaczyć także pozostałe 196 tysięcy miłośników fantastyki.
Najskuteczniej byłoby to zrobić przy pomocy reklamy telewizyjnej – problem w tym, że mało kogo dziś na to stać... Jeszcze zanim znalazłem wydawcę, wiedziałem, że cholernie istotna będzie okładka przyszłego zbioru. Oficyna Wydawnicza Binaria – nosząca się z zamiarem publikacji Wędrowycza, a posiadająca doświadczenie raczej w wydawnictwach encyklopedycznych, miała pomysł raczej średnio udany, czarne tło, na nim czerwone literki. Czy ktoś sięgnąłby po taką książkę? Czy księgarz umieściłby ją na właściwej półce? Trudno ocenić.
W swojej kolekcji dziwnych papierków miałem śliczną grafikę, zrobioną przez Andrzeja Łaskiego do opowiadania „Wiwiat święta” – wnętrze obory, pijany Jakub, pijany święty Mikołaj pali skręta, wokoło walają się puste flaszki, krowa liże egzorcystę po ciemieniu... Pomyślałem, że gdyby to pokolorować... Książka broni się okładką. To odjechana grafika, złocone literki, ciekawy krój czcionki zachęcają potencjalnego klienta, by wziął ją do ręki. Jeśli tylko istnieje taka możliwość, należy sprawy dopilnować.
Jeśli w przyszłości kompilować będziemy zbiór swoich tekstów, siłą rzeczy musimy dokonać selekcji. Podzielić swój dorobek na kilka grup, każdej nadać znak jakości. Czwartą część – te najsłabsze – musimy odrzucić. Nie ma sensu ryzykować, że taka kropla zgnilizny popsuje nam beczkę destylatu. Umieszczamy tam opowiadania dobre i doskonałe, oraz wielkie... Im więcej wielkich umieścimy w tomiku, tym oczywiście lepiej.




cz. 18.

Jeśli zechcecie być w przyszłości zawodowymi grafomanami, staniecie wobec wyboru. Pisanie to nieustanne zmaganie się z problemami. Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdybyśmy zawsze pisali to, na co mamy ochotę, to, co przynosi nam radość tworzenia. Niestety. Jeśli zdecydujemy się publikować – lub jeśli, o zgrozo, postanowimy żyć z pisania, wcześniej czy później będziemy musieli stanąć przed wyborem. Czy piszemy dla siebie, dla redaktora, dla krytyka, czy też dla czytelnika...
Pisząc dla siebie, jesteśmy całkowicie wolni. Treść, forma, tematyka – nie mają znaczenia. Możemy machnąć powieść z życia masonów w kosmosie albo nowelkę gloryfikującą wujaszka Adolfa H. i jego pomysły. Możemy pisać sonety na cześć zamężnej sąsiadki lub jej nieletniej córki. Problem zaczyna się w chwili, gdy zechcemy to, co naskrobiemy, pokazać innym ludziom. Jedni nie lubią wujka Adolfa. Inni nie wierzą w istnienie masonów, są i tacy, którzy nie znają waszej sąsiadki albo sądzą, że jej córka jest za młoda. To, co napiszemy, będzie dla nich nudne lub niestrawne. Siłą rzeczy musimy więc, pisząc, skoncentrować się na zainteresowaniach, które są wspólne, lub poszukać odbiorcy posiadającego zainteresowania zbieżne z naszymi. Dzięki Internetowi nie jest to specjalnie trudne. I tu pojawi się pierwszy problem. Szerzej o tym za chwilę.
Publikacje elektroniczne mają to do siebie, że chwilowo przynajmniej nikt nie traktuje ich poważnie. Co gorsza, publikowanie czegokolwiek w Internecie nie tylko nie generuje żadnych honorariów, ale również powoduje, że wyemitowany w ten sposób tekst staje się spalony w oczach potencjalnego wydawcy. Jeśli zatem chcemy dotrzeć do potencjalnych czytelników za pomocą wydania naszych dzieł na papierze, musimy uwzględnić istnienie redaktorów... O tym, co to za typki, już kiedyś na tych łamach wspomniałem. Niestety, tu oni narzucają reguły gry. Odczułem to szczególnie na początku kariery, pisząc kontynuację przygód Pana Samochodzika. Doszło do brutalnego zderzenia dwu wizji. Moja koncepcja nie do końca im się spodobała, ich koncepcja zupełnie mi nie pasowała. Wreszcie drogą wielu kompromisów udało mi się przepchnąć coś, co nie do końca odpowiadało moim zamierzeniom – ale było dla nich strawne.
Oczywiście, czasem zdarza się nam trafić na redaktora, z którym łatwo dogadać się nie da. I tu stajemy wobec problemu takiego – na ile gotowi jesteśmy ustąpić. W którym momencie negocjacje stają się akceptowaniem warunków, których zaakceptować nie chcemy i które kłócą się z naszym sumieniem. Dlatego musimy sobie w pewnym momencie powiedzieć „stop”. Osiągnęliśmy granicę – której przekroczyć nam już nie wolno. Mówi się, że każdy ma swoją cenę. Ponoć każdego można kupić. Musimy uczyć się podnosić naszą cenę wysoko, tak wysoko, abyśmy przestali ją znać. Ustawiłem poprzeczkę wysoko. Gdy było trzeba, zrezygnowałem z wydania jednego tomu Samochodzika. Dalsze poprawki uznałem za nadmierne ugięcie karku. Po dwu latach molestowania wydawcy dostali ten tom – ale przerobiony niemal nie do poznania. Wyciąłem to, co stanowiło o jego wartości. Nie dostali tego, co chcieli zbrukać za pierwszym razem.
Wracając do meritum, ugiąwszy karku przed redaktorem, stajemy na rozdrożu. Nasze dzieło się ukaże. Czy jest pisane dla ludzi czy dla krytyków? Tu też łatwo się sprzedać. Istnieją w naszym kraju wpływowe środowiska, które za książkę „odkłamującą historię”, szkalującą nasz naród i naszych przodków gotowe są hojnie zapłacić. Wystarczy trochę popluć na kościół, przemilczeć nieco realiów dawnych czasów, sugestywnie opisać pijanych chłopów z kłonicami i dymy nad polskim miasteczkiem na Podlasiu, by dobrać się do prawdziwej kopalni skarbów. Naszemu grafomańskiemu gniotowi zapewniona zostanie fachowa redakcja i pierwszorzędna korekta. Wydany zostanie w wielkim nakładzie, cały koncern dołoży sił, by nasze nazwisko i tytuł dzieła poznał każdy ćwierćinteligent uważający się za intelektualistę. Zobaczymy swoje zdjęcia w gazetach, zostaniemy namaszczeni na autorytet moralny, wreszcie spłynie na nas deszcz złota i zaszczytów. Honor łatwo przeliczyć na pieniądze.
Istnieją książki, które stanowią przełom, zmieniają sposób myślenia ludzi. Istnieją książki, które nigdy nie powinny zostać napisane. Jest ich wiele. Są wśród nich dzieła pseudonaukowe jak Młot na czarownice czy Kapitał K. Marksa. Są podręczniki jak Mein Kampf Hitlera. Są powieści takie jak Lolita Nabokova. Skutki ich rażenia są różne. Czasem zginie kilkaset osób, czasem miliony. Czasem chęć zdobycia sławy przez trzeciorzędnego grafomana doprowadzić może do rozkwitu zboczeń, do śmierci i cierpień tysięcy dzieci. Czasem wystarczy jedna książka, czasem, aby zaszło jakieś zjawisko, potrzeba ich wiele. Lenin pisał, że rewolucja jest dziełem pisarzy i dziennikarzy. I miał rację. Przypuszczalnie ani ja, ani nikt spośród czytających te słowa, nie jest i nigdy nie będzie w stanie napisać książki, która poruszy niszczycielską lawinę. Ale lawina nie składa się z jednego kamienia. Często równie groźna może być ta złożona ze żwiru, prąd intelektualny porywający ze sobą masę grafomańskich dziełek, które pojedynczo nie zmienią nic, ale w większej dawce wypalą czytelnikowi mózg... Wspominałem wyżej o publikacjach w sieci. Gdyby Lenin powrócił i postanowił znowu rozpętać krwawą hekatombę, zacząłby od publikowania swoich artykułów w Internecie. Publikację papierową czasem udaje się przechwycić. Sieciowej – już nigdy.
Mam swoje poglądy. Wierzę w kapitalizm i, w imię tej wiary, odrzuciłem propozycje współpracy z trzema lewicowymi gazetami, choć w jednej z nich, puszczając jeden artykuł miesięcznie, mogłem zarobić tyle, by przez resztę miesiąca leżeć do góry brzuchem. Mam swój honor i, w jego imię, odmówiłem firmowania moim nazwiskiem kilku pozornie nieznaczących drobiazgów historycznych. Być może ktoś kiedyś spróbuje mnie jeszcze kupić – ale sam nie znam kwoty, którą musiałby wyłożyć. Wybrałem pisanie dla ludzi. Dla czytelników, którzy są z grubsza tacy jak ja. Nie dla dewiantów podglądających córkę sąsiadki, nie dla psycholi wielbiących wujka Adolfa, nie dla łowców „żydów” lub tropicieli „tradycyjnego polskiego antysemityzmu”. Jestem konserwatystą. Nie dokładam swojego żwiru do lawiny. Kładę moje kamyki na murze mającym ją zatrzymać. Mam swoich czytelników. To fajni ludzie. Często nie znają nawet ortografii ale skrobią „meile do ólóbionego pisarza”. Czytam to i czuję, że każdy, kto jest z charakteru podobny do mnie, zrozumie i polubi moje książki. Liczę, że wraz z nimi przejmie nieco moich wartości. I może z przekonania, może czasem z przekory spojrzy na urzędników, naszych „kochanych współobywateli”, oraz absurdy naszego kraju oczyma Wędrowycza lub Alchemika.
Umiejętność pisania w sposób plastyczny i zajmujący jest rzadkim darem. Nazywamy to lekkością pióra. Ma ją może dwadzieścia procent tych, którzy w ogóle chwytają za długopis lub siadają przed klawiaturą. Doświadczenie w pisaniu także nie jest częste. Wydałem 24 książki. Potrafiłbym napisać niemal wszystko. Umiejętność pisania to broń niekiedy groźniejsza od bomby atomowej. Im lepiej to potrafimy, tym większe będą ewentualne skutki rażenia. W którymś momencie pojawia się pokusa. Przeskoczyć kilka etapów kariery. Przyjąć wyciągniętą serdecznie dłoń kusiciela. Zarobić w rok czy dwa na własną willę, zobaczyć swoje nazwisko na pierwszej stronie gazety. Tylko czy warto? Kuszono mnie kilkakrotnie. Nie uległem. Mam w dłoniach potencjalny zapalnik bomby atomowej... I mam tego świadomość. Może przeceniam skalę zagrożenia, może to tylko zwykły granat zdolny zabić kilka osób. Nie jestem pewien, ale zakładam najgorsze, więc staram się postępować odpowiedzialnie. Nie poddaję się owczym pędom lawiny. Kładę kamienie, stawiając mur. Może nigdy nie dorobię się willi z basenem, nie dostanę nagrody Nike ani Nobla. Nie zostanę autorytetem moralnym ani nikt nie namaści mnie publicznie na intelektualistę. Może działanie moje jest bez sensu i nadciągająca lawina zmiecie to, co stawiałem. Ale nie żałuję specjalnie zaszczytów, które mnie ominą. Mam swoją robotę i mam ludzi, dla których piszę. Mam robotę, która sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję, a do tego wszystkiego pozwala przeżyć i nawet czasami ciut zaszaleć. Jestem wybrańcem, w podobnej sytuacji jest może jeden procent naszego społeczeństwa. Osiągnąłem to, co chciałem, bez konieczności zmienienia się w moralnego karła. Pisząc inne rzeczy, trafiłbym do szerszego kręgu odbiorców, ale wierzę, że wybrałem właściwą drogę.
Ta rubryka przeznaczona jest dla ludzi, których interesuje proces twórczy. Jedni wykorzystają moje, często chaotyczne, zapiski, analizując utwory literackie w wypracowaniach. Inni spróbują, opierając się na tych tezach, napisać coś własnego. Jeszcze inni czytają to dla zabicia czasu. Myślę, że dzięki moim radom przechylą się szale w kilku mózgach i paru z Was wkroczy na ścieżkę literatury. Dzisiejszy odcinek napisałem dlatego, by uświadomić tej garstce, że być może któregoś dnia będą trzymali w dłoniach zapalnik bomby atomowej. Chciałbym, żeby w chwili próby okazali się odpowiednio twardzi.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości