Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Pięść
(18-12-2016, 00:36)StuGraMP napisał(a): Świetne opisy – aż poczułem tę walkę z żywiołem?
:)

Dzięki, Stu :D

I dalszy ciąg, proszę bardzo.

Do południa maszerowali bez przeszkód, wszyscy dawali radę, nawet Tanhu. Później z każdą chwilą było gorzej. Słońce nie okazywało litości, paląc przez ubrania i kefije. Pot ściekał po twarzach, zalewał oczy i usta, niemiłosiernie szczypał nagrzaną skórę. Każde spojrzenie sprawiało ból, piach wdzierał się pod powieki, mieszał ze słonym potem i wbijał niewidzialnymi igłami. Najgorszy był jednak bezmiar martwej przestrzeni i falujące od gorąca powietrze. Patrzenie na to przyprawiało o mdłości i zawroty głowy. Nikt nie narzekał, a właściwie nikt nie robił tego na głos. Nawet na przeklinanie brakowało sił, a spierzchnięte usta bolały przy każdym słowie.
– Już niedaleko – rzucił Sahan. W jego głosie zamiast ulgi i nadziei pojawił się smutek. – W tym miejscu... w tej oazie straciłem przyjaciela – wyjaśnił, nie oglądając się za siebie i nie zwalniając tempa. W ten sposób próbował ukryć ból, ale oni i tak wiedzieli. Przez cały czas szedł z przodu, choć był równie umęczony jak reszta, jednak nie pokazał tego po sobie.
„On jest jak skała” – pomyślał Tanhu, patrząc na wyprostowane plecy tego drobnego człowieka, który całą drogę pokonywał tak, jakby skwar się go nie imał.
Kiedy już niemal wszyscy słaniali się na nogach, w oddali pokazało się skupisko niewielkich skał. Tanhu przetarł oczy rękawem, obawiając się, że to tylko złudzenie, ale wzgórze nie zniknęło. Po chwili dostrzegł, że Sahan kieruje się w tamtą stronę. To dało mu pewność, że jeszcze nie zwariował. Spojrzał na Aliję, a ten skinął głową, jakby odpowiadając na niezadane pytanie.
Widok celu powinien dodać sił, a stało się całkowicie na odwrót. Tanhu słabł z każdą chwilą, czuł zawroty głowy, w końcu zatrzymał się, zgiął w pół i zaczął wymiotować. Spod chusty wysunął mu się kosmyk sklejonych od potu, białych włosów. Szaman usiłował zsunąć go z brudnej od wymiotów twarzy, ale osłabiona, drżąca ręka opadła bezwładnie. Bare podszedł do niego, jednak nic nie mógł zrobić. Poklepał go jedynie po plecach i podał bukłak z wodą. Hort ledwo powłóczył nogami, ciągnął się na szarym końcu wyprawy. Wyglądał, jakby stracił rozum, z oczu wyzierała kompletna pustka i brak woli życia. Maks też szedł sam. Stawiał krok za krokiem, za każdym razem kiwając przy tym głową i mamrocząc pod nosem. Jedynie Aran i Alija jakoś się trzymali. Szli obok siebie, od czasu do czasu zamieniając słowo. Sahan obejrzał się za siebie, ale nie przystanął. Z trudem machnął na pozostałych, zachęcając do wysiłku, jakby chciał im powiedzieć, że już blisko, że muszą dać radę.
W końcu wszyscy dowlekli się do skał. To nie było schronienie, jakiego potrzebowali, ale przynajmniej skrawek cienia się znalazł.
– Możemy tu odpocząć – wymamrotał Sahan niezbyt zrozumiale. Spierzchnięte i popękane usta zaczęły krwawić, a po twarzy przebiegł grymas bólu.
Każdy z mężczyzn znalazł dla siebie kawałeczek cienia, tylko Hort stał bezradnie z opuszczonymi rękami, jakby nie wiedział, co ze sobą począć. Siedzący najbliżej Maks wstał z trudem i pociągnął go za koszulę. Ten posłusznie poszedł za nim, a potem usiadł we wskazanym miejscu, choć nadal zdawał się nieświadomy swoich czynów. Maks odchylił mu głowę do tyłu, ostrożnie wlał niewielką ilość wody w usta, a później spryskał twarz. Zdjął też kefiję, zmoczył i ponownie zawinął na jego głowie. Choć wysiłek wydawał się niewielki, chłopak wyczerpany klapnął ciężko na ziemię. Każda czynność wydawała się wysysać resztki sił.
– Nie wolno tu zasnąć. Szarpnij go, Maks – Sahan wskazał na Horta, którego głowa zwisała bezwładnie na piersi. – Zjedzcie coś, chociaż odrobinę, żeby się wzmocnić – nakazał szejk, wyciągając pasek suszonego mięsa i odgryzając mały kawałek. Pozostali posłusznie robili to co on, mając gdzieś w tyle głowy przeświadczenie, że wie, jak sobie poradzić w tym terenie, jak się uratować, dotrzeć do celu i nie stracić życia.
Kiedy zjedli, popili lekko osoloną wodą i posiedzieli w cieniu, wydawało się, że siły powoli zaczęły wracać. Czuli to wszyscy, nawet Hort w końcu oprzytomniał. Nie mógł się nadziwić, słysząc relację Maksa, że jego, starego wyjadacza, który pustynię znał i przemierzał nie raz, tak zmogło. Nie pamiętał niczego, co się zdarzyło po burzy.
Sahan razem z Aliją i Bare wdrapali się na jedną ze skał, żeby przepatrzeć okolicę. W oddali widać było oazę, nawet kilka dromaderów, ale nie dało się stwierdzić, czy byli tam jacyś ludzie.
– Chyba musimy poczekać do wieczora – stwierdził Alija.
– Nie musimy, ja tam pójdę i sprawdzę – odparł stanowczo Bare.
– Nie możesz, zobaczą cię z daleka – upierał się szejk.
– Bez obawy. Sahanie, ty decydujesz. – Bare czekał przez chwilę, a kiedy Sahan skinął głową, zeskoczył ze skały, osłonił szczelnie twarz i dłonie, kazał ochlapać swoje ubranie wodą, po czym wytarzał się w pyle pustyni. Na szarym odzieniu natychmiast zasychały błotniste plamy. Bare nie czekał długo, pochylił się i zaczął przemykać pomiędzy skałami. Jego ruchy były dziwaczne, niezrozumiałe dla pozostałych. Po chwili zniknął im z oczu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Alija ze zdumieniem wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, potem przeszedł kawałek trasą, którą pobiegł tancerz, ale nie znalazł nawet śladów stóp.
– Nie szukaj, nic nie znajdziesz – zaśmiał się Tanhu. – Oni tańczą. Własnymi nogami zacierają swoje ślady. Zresztą sam nie wiem, jak to robią, choć próbowałem ich podpatrzeć. Strzegą swoich tajemnic jak oka w głowie.
Teraz już wszyscy byli zaciekawieni, zaczęli patrzeć w stronę oazy, szukać sylwetki Bare, ale on zniknął. Jedynie Maks i Tanhu spokojnie siedzieli w cieniu, uśmiechając się pod nosem. W końcu wszyscy dali spokój i na powrót przysiedli pod skałami. Co jakiś czas zmieniali się na punkcie obserwacyjnym. Przepatrywali okolicę, żeby ustrzec się przed niepożądanymi gośćmi. Czas mijał, słońce nie prażyło już tak dotkliwie, zrobiło się błogo, niektórym powieki zaczęły opadać, gdy nagle rozległ się głos:
– To ja, Uleho.
Zerwali się z miejsc, chwytając za broń. Uleho stał spokojnie z rękami wysuniętymi przed siebie.
– Spokojnie, to ja – powtórzył, pokazując puste dłonie.
– Jak, skąd...? – pytał zdumiony Hort, który akurat trzymał wartę. – Do kroćset, jesteś duchem? Patrzyłem akurat w tę stronę. Nie wiem, jak...? Patrzyłem...
– Nie tłumacz się – uspokoił go Tanhu. – Przecież mówiłem, że ich nie da się dojrzeć, gdy tego nie zechcą.
Uleho ciężko oddychał, widać było po nim wycieńczenie. Usiadł w cieniu i kompletnie opadł z sił. Nie mógł nawet otworzyć swojego bukłaka. Sahan pomógł mu się napić, a potem przykucnął obok, czekając spokojnie, aż trochę odsapnie, ale Uleho wiedział, że potrzebne jakieś słowo wyjaśnienia.
– Nie martw się – powiedział z trudem. – Zaraz po waszym odejściu wygrzebałem niewielki dołek i nie czekając aż opadnie kurz po tej burzy, podpaliłem ciało Irudiego. Rozpędzałem dym, żeby nie bił w górę. Nawet gdyby ktoś go dostrzegł, to zdążyłbym uciec, a na pewno nie dałbym się wziąć żywcem – wskazał na trujące strzałki. – Odczekałem, zasypałem dogasające szczątki piachem i ruszyłem waszym śladem.
– Jak nas znalazłeś? – zdziwił się Alija. – Minęło sporo czasu.
– Przecież wiedziałem, że idziecie na wschód. Poza tym Bare zostawił mi parę znaków. – Pokazał garść piórek wyrwanych ze strzałek. – Ten piach też mówił co nieco, niektóre ślady dało się odczytać. – Machnął lekceważąco ręką, jakby to wszystko nie było warte zainteresowania.
– Chcesz powiedzieć, że odnalezienie nas to pestka? – zapytał nieco zirytowany Sahan.
– Może nie dla każdego, dla mnie tak – odparł pewnie, choć bez śladu lekceważenia, po czym rozejrzał się, jakby kogoś szukał. – Bare...?
– Poszedł na zwiad do oazy – odpowiedział Tanhu – ale jakoś długo nie wraca.
– Pójdę za nim. – Uleho był natychmiast gotowy do wymarszu.
– Siadaj! – rozkazał Sahan. – Jeśli on wkrótce nie wróci, to znaczy, że prawdopodobnie zginął. Poczekamy do nocy i ominiemy oazę. Ruszymy prosto do Hary, choć to daleka i równie ciężka droga jak dotąd. Przydałoby się ją przebyć na wielbłądach.
Słońce było coraz niżej, a Bare nie wracał. Zjedli skromną kolację i zaczęli szykować się do drogi. Ciemność na pustyni zapadała szybko i bez ostrzeżenia. Wówczas jedynie księżyc i gwiazdy dawały szansę na zorientowanie się w terenie. Wędrowanie nocą było jednak równie niebezpiecznie jak w dzień. Przede wszystkim dokuczliwe zimno, czasem nawet chwytał mróz, co dla przegrzanych w upale ciał mogło być zabójcze.
Ledwie opuścili w miarę bezpieczne schronienie i skierowali się na południe, gdy w słabej poświacie dostrzegli jakąś postać. Człowiek szybko pokonywał dzielący ich dystans. Sahan ściągnął łuk z pleców i sięgnął po strzałę, ale Uleho dotknął jego ręki uspokajającym gestem.
– To Bare – szepnął.
– Jesteś pewien?
– Tak.
– Czemu szepczesz?
– Noc tutaj wydaje się groźna, strach mówić na głos. Wiem, że nocą głos daleko niesie, a nie chcemy, żeby nas ktoś usłyszał, nie?
– No tak, masz rację.
Bare dobiegł, ale był tak wyczerpany, że nawet słowa nie mógł z siebie wydobyć. Dopiero po dłuższej chwili był gotów opowiedzieć, co zatrzymało go tak długo. Sahan machnął ręką, żeby wszyscy się zbliżyli.
– Mów, tylko cicho – przykazał.
– W oazie byli ludzie, dwunastu. Uzbrojeni jak na wojnę, w czarnych ubraniach i chustach przewiązanych inaczej niż nasze. – Dłońmi pokazał pas na czole zawiązany z tyłu głowy. – Mieli grupę dzieci, samych chłopców, chyba miejscowych, bo wyglądali jak ty. – Zerknął na Sahana. – Te dzieci siedziały przy studni, miały powiązane ręce za plecami i nogi w kostkach. Oni stali z boku, zasłaniała ich studnia i zwierzęta, dlatego nie byli stąd widoczni. Po jakimś czasie kazali dzieciom wstać, powiązali je ze sobą długim powrozem i pognali na wschód. Gdyby ruszyli na południe, to byście ich dostrzegli. Nie wiedziałem, co robić. W końcu zdecydowałem pójść za nimi, przynajmniej zorientować się w jakim kierunku zmierzają. Cały czas szli na wschód, aż w oddali pokazała się samotna góra. Olbrzymia z białą czapą jak te w Sylii. Oni kierowali się w jej stronę. Wtedy zawróciłem i pędziłem ile sił, żeby jak najszybciej tu dotrzeć. Dobrze, że już nie było tak gorąco.
– Kosiarze – warknął Sahan.
– Kosiarze – powtórzył po nim Maks. – Matei nigdy się nie myli.
– W oazie zostało sześć tych garbatych koni, nie zabrali ich ze sobą. Nie wiem, czemu? – dodał Bare.
– W takim razie idziemy po zwierzęta i ruszymy za tamtymi. Musimy się dowiedzieć, gdzie stacjonują, ilu ich jest i co zamierzają.
– A Hara? – zapytał Alija. – Tam pewnie coś wiedzą, może lepiej...
– Nie ma czasu. Hara nie ucieknie. Ruszajmy! – przerwał mu Sahan.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
Nie pozostaje  mi nic innego, jak zameldować, że z wielką przyjemnością przeczytałem kolejny fragment.
<3
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
(26-01-2017, 00:27)Nawka napisał(a): Szaman usiłował zsunąć go z brudnej od wymiotów (chyba raczej 'od wymiocin') twarzy, ale osłabiona, drżąca ręka opadła bezwładnie.

(wcięcie) W końcu wszyscy dowlekli się do skał.

Szarpnij go (przecinek) Maks – Sahan wskazał na Horta, którego głowa zwisała bezwładnie na piersi.

(wcięcie) Zerwali się z miejsc, chwytając za broń.

– Poszedł na zwiad, (zbędny przecinek) do oazy – odpowiedział Tanhu – ale jakoś długo nie wraca.

Zerknął na Sahana. – te (dużą literą) dzieci siedziały przy studni, miały powiązane ręce za plecami i nogi w kostkach.

Innych uwag nie mam :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Poprawione, Stu :D Dalsza część rozdziału o kosiarzach, zapraszam.

Niemal całą drogę do oazy biegli, walcząc w ten sposób z dokuczliwym chłodem. Noc po burzy była tak zimna, że ich włosy, brwi i zarost pokrywały sopelki lodu. Płócienne koszule były mokre i sztywne, zamiast chronić przed zimnem, drażniły skórę lodowatym dotykiem, dlatego biegli, ile sił w nogach. Dzięki temu w niespełna dwa kwadranse dotarli na miejsce.
Jak mówił Bare, sześć rosłych, jednogarbnych wielbłądów spokojnie stało w zagrodzie. Kupki z sianem i gałęzie świadczyły o tym, że okoliczni nomadowie starym zwyczajem karmili je, poili, po czym wracali do swoich siedzib, jakby nic się nie zmieniło. Zwierzęta zostawały w oazie dla niespodziewanych podróżnych, mimo że karawany od jakiegoś czasu przestały odwiedzać te ziemie.
Wystraszone niespodziewaną wizytą wierzchowce zaczęły parskać, próbowały nawet gryźć, ale Sahan z Aliją dość szybko je uspokoili i osiodłali. Szejk nakazał przeszukać oazę. Niewiele się znalazło, trochę żywności i ubrań. Wybrali, co się dało, byle narzucić na grzbiet coś suchego. Resztę znalezionych rzeczy postanowili wykorzystać jako kupiecki towar, którym objuczono zwierzęta. Nie było tego wiele, ale zamierzony cel został osiągnięty. Planowali udawać niewielką karawanę handlującą przy granicy z Alierią. Wkrótce wszystko było gotowe.
Problem powstał przy dosiadaniu tych zazwyczaj spokojnych zwierzaków. Uleho parę razy podchodził do klęczącego dromadera, ale ten wyraźnie nie miał ochoty wpuścić go na swój grzbiet. Szczerzył wielkie zęby, prychał i pluł, próbował nawet ugryźć.
– Nie muszę jechać, biegam na pewno szybciej niż ten włochacz – stwierdził w końcu urażony tancerz.
– Ja też – poparł go Bare z wyraźną ulgą w głosie.
Tanhu nic nie mówił, jedynie z zapałem kiwał głową, zgadzając się z tancerzami. Sam nawet nie miał zamiaru podejść do wielbłąda. Lekceważąco wydął usta, jakby dosiadanie zwierząt było najbardziej haniebną czynnością dla wojownika. Nigdy by nie przyznał, że dromader napawał go lękiem.
– Wsiadajcie wreszcie – burknął Sahan niezadowolony z opóźnienia. – Nie macie z nimi szans w biegu. Trochę trzęsie, ale nie będzie tak źle – dodał już łagodniej, próbując udobruchać wyspiarzy.
Alija, Maks, Aran i Hort cierpliwie czekali w siodłach. Od dłuższego czasu byli gotowi do wyjazdu, jednak każdy z nich pamiętał swój pierwszy raz na garbatym grzbiecie, tym bardziej pobłażliwie patrzyli na nieszczęsne próby tancerzy.
W końcu Sahan wsiadł jako pierwszy. Uleho z trudem umościł się z tyłu. Kiedy wreszcie zajęli miejsca i szejk poderwał zwierzę na nogi, tancerz chwycił go za szyję i omal nie udusił.
– Puść mnie! – wrzasnął Sahan, próbując uwolnić się z uścisku. – Przez ciebie nie dojadę żywy.
Słysząc chichoty i docinki, Bare zebrał w sobie odwagę, zdecydowanym ruchem usadowił się na grzbiecie ostatniego wierzchowca i przesunął bliżej łba, żeby zrobić miejsce szamanowi.
– Chodź, Tanhu. Jest dobrze – zapewnił.
Zanim jednak szaman zdołał się przysiąść, garbus niespodziewanie wstał. Tancerz wyleciał z siodła jak z procy i z głośnym jękiem wylądował na ziemi.
– Nie pojadę na tym bydlaku! – warknął rozwścieczony. – On to robi specjalnie, gapi się na mnie tymi zezowatymi oczkami jak niemowlę, ale wiem, że chce mnie zabić. Nie pojadę!
Wszyscy ryknęli śmiechem, jakby zapominając na chwilę o zagrożeniu. Nawet Uleho śmiał się do rozpuku, mimo że sam siedział kurczowo uczepiony Sahana.
– Spokojnie, Bare, ja sobie z nim pogadam – zarządził Tanhu ponuro. Ta ogólna wesołość nie przypadła mu do gustu. – Podszedł do wielbłąda stanowczym krokiem, stanął tuż przed jego pyskiem, popatrzył mu w oczy, wymruczał śpiewnie jakąś krótką przemowę i nagle stało się coś dziwnego. Zwierzę przyklękło, opuściło łeb, nie strasząc już potężnym uzębieniem, nie prychając i nie plując. Tanhu zajął miejsce w szerokim siodle, po czym przywołał tancerza. Tym razem dromader cierpliwie czekał, a później wstał niezwykle łagodnie.
Śmiech ucichł, w jednej chwili zmieniając się w zdumienie. Ludziom wprost odebrało mowę. Tylko wyspiarze nie byli zaskoczeni.
Cała karawana wreszcie była gotowa.
Początkowo Sahan prowadził dość wolno. Kiedy jednak zorientował się, że pozostali dają sobie radę, pognał zwierzę do biegu. Wiedział, gdzie znajduje się góra, o której mówił Bare. Dawno temu odwiedził to miejsce ze swoim ojcem. Był wówczas młodzieńcem, ale zapamiętał ośnieżony szczyt sięgający chmur. To był niecodzienny widok. Ojciec nazywał tę górę Elnar, co bardzo chłopca zdziwiło. Nie mógł pojąć związku lodowego szczytu z ogniem.
Światło księżyca zapewniało niezłą widoczność, toteż ciemny kształt wznoszący się nad okolicą zobaczyli już z daleka. Wówczas Sahan zarządził krótki postój. Musieli się rozdzielić. Maks i Hort byli Esenami, blondwłosy, szarooki Aran też mógł za niego uchodzić. Alija miał udawać najemnika chroniącego kupców. Zamierzali wjechać do obozu, zasięgnąć języka i wrócić najszybciej, jak się da. Szejk, tancerze i Tanhu musieli się ukryć, co w tym miejscu nie było trudne. Sporo drzew, a także rumowisk skalnych dawało wiele możliwości schronienia.
– Trzeba trochę poprawić nasz wygląd – zaśmiał się Alija.
– Poprawić? – Tanhu otworzył usta ze zdziwienia. – Chciałeś chyba, chłopcze, powiedzieć, pogorszyć.
– Oj, szamanie, ty w ogóle nie masz poczucia humoru. Rób, co trzeba.
Tanhu podchodził do każdego z nich, w skupieniu dotykał ich twarzy, włosów, ubrań. Skutki tych drobnych gestów były niewiarygodne. Sińce pod oczami, krwiste ślady na policzkach, pokrzywione nosy, naderwane uszy, poszarpane kubraki. Ręka Arana zwisała wykrzywiona w nienaturalny sposób. Cała czwórka stanowiła obraz nędzy i rozpaczy.
– Tanhu, prawdziwy mistrz z ciebie. – Zdumiony Sahan z szacunkiem skłonił głowę. – Tak ich urządzić bez jednego ciosu, no, no. Kapłanie, czy ty możesz w ogóle nią poruszać? – Wskazał na wiszącą bezwładnie rękę Arana. Nie śmiał dotknąć, by nie sprawić mu bólu.
– Nie boli, raczej nie odpadnie. – Aran parsknął śmiechem. Uniósł zwisającą kończynę, machnął nią w lewo, w prawo, bez trudu wyciągnął miecz. Wszystkie czynności normalnie mógł wykonać, mimo że chwilę później ręka opadła bezwładnie. Nawet patrzenie na nią sprawiało ból.
– Czas jechać. – Przerwał te oględziny Alija. – Powinniśmy dotrzeć do obozu przed świtem, Nocą nie będziemy tak przyciągać uwagi.
– Czekamy na was najdłużej do południa – oznajmił Sahan. – Później spróbujemy sami zdobyć jakieś wieści. Powodzenia.
Alija ruszył ostro. Pozostała trójka popędziła za nim. Wkrótce tylko chmura pyłu wskazywała, jak daleko odjechali.
Obóz był duży, światła ognisk rozciągały się jak okiem sięgnąć. Nad nimi górował czarny zarys potężnego szczytu z białą czapą.
Im bliżej celu znajdowali się jeźdźcy, tym głośniej wzywali pomocy. Właściwie to darli się, ile sił w płucach. Z tym wrzaskiem wpadli do obozu, osadzili wielbłądy w miejscu, zeskoczyli i pieszo pędzili przed siebie bez celu, z przerażeniem w oczach. Aran przebiegł zaledwie do pierwszego ogniska, gdzie padł jak nieżywy. Powykręcana w niewiarygodny sposób ręka dawała świadectwo ciężkich obrażeń odniesionych przez jej właściciela.
Oszołomieni ludzie siedzący przy ognisku zerwali się na równe nogi. Niektórzy patrzyli zdumieni, inni odważnie podeszli do rannego, sprawdzając kto zacz, czy daje jeszcze jakieś oznaki życia. Pozostałą trójkę intruzów wartownicy zatrzymali kawałek dalej, spętali i rzucili na ziemię. Alija z Hortem natychmiast umilkli, za to Maks wydzierał się jak w amoku. Szarpał głową na lewo i prawo, zerkając wokół wzrokiem obłąkańca i drżąc na całym ciele. Na każde dotknięcie reagował kolejnym atakiem spazmów. Alija nie odpowiadał na żadne pytania, leżał i jęczał jak ktoś mocno obolały i cierpiący. W końcu Hort zdobył się na odwagę, by zadać pytanie:
– Gdzie jesteśmy?
– W obozie wojskowym – odparł jakiś wysoki, bezzębny typ.
– Czyim? – dociekał Hort.
– No jak, czyim? Eseńskim. Ślepyś, czy co?
– Bogu Wszelkiego Stworzenia niech będą dzięki – z ulgą wyjęczał kupiec – jesteśmy bezpieczni. Słyszycie? Markus, Aldo, już wszystko dobrze, jesteśmy wśród swoich. Co z moim człowiekiem? – Hort obejrzał się przez ramię, choć nie było to łatwe z powodu niewygodnej pozycji, a także odniesionych ran.
– Jakiś tam leży, ale nie wiem, czy jeszcze dycha – odpowiedział sepleniący drągal. – A tyś kto? – zapytał rezolutnie jak na niego.
– A kto pyta? Jesteś tu dowódcą? – Hort odburknął pytaniem na pytanie.
– Ej, nie podskakuj, bo ci mogę skrócić cierpienia. – Osiłek machnął nożem przed twarzą kupca.
– To spróbuj. Jestem kupcem jego królewskiej mości. No dalej, machnij jeszcze raz tym nożykiem, a pożałujesz – stawiał się Hort. – Napadli nas. Ja i moi ludzie potrzebujemy pomocy. Trzeba też jak najszybciej wyruszyć za tymi zbrodniarzami, co nas tak urządzili. Prowadź mnie do dowódcy! – rozkazał.
Dryblas schował nóż, spojrzał niepewnie, jakby nie wiedząc, co zrobić. Była jeszcze noc. Nie wiedział, budzić kogoś ważniejszego, czy poczekać do rana?
– Czekaj, czekaj. Tamci zwieją, mój człowiek umrze, a tobie utną łeb – postraszył go kupiec. – Nie jestem byle łachmytą, tylko poważnym handlowcem z samej stolicy. Rozumiesz, tępaku?
– Dobra, już dobra. Nie musicie się tak rzucać – wyseplenił w końcu drągal. – Pilnujcie ich! – nakazał ludziom, sam ruszając do namiotu dowództwa.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
(17-02-2017, 20:48)Nawka napisał(a): Dlatego biegli, ile sił w nogach. (raczej wielokropek zamiast przecinka)

Pozostała trojka (trójka) popędziła za nim.

Świetna sztuczka, by wejść do obozu wrogów :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Melduję, że czytam.

Cytat:Wybrali, co się dało, byle narzucić na grzbiet coś suchego.

Spróbuj poprawić.

Cytat:Od dłuższego czasu byli gotowi do wyjazdu, jednak każdy z nich pamiętał swój pierwszy raz na garbatym grzbiecie, tym bardziej pobłażliwie trochę mi tu nie pasuje, tym bardziej by, iż, że patrzyli na nieszczęsne próby tancerzy.

Cytat:– Czas jechać. – Przerwał te oględziny Alija. – Powinniśmy dotrzeć do obozu przed świtem,kropka Nocą nie będziemy tak przyciągać uwagi.

Oczywiście, bardzo obrazowo.
pozdrawiam
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
Nie wiem, czy będę pisać dalej tę opowieść. To będzie zależało od tego, czy kogoś zainteresuję. Niemniej proszę o to, by moi czytelnicy zerknęli. Można kupić ebooka za ok. 6 zł, ale można tez przeczytać na stronie 25% bez zakupu, po to, by sprawdzić, czy was zainteresuje. Zależy mi najbardziej na waszych opiniach dodanych na stronie – podaje link: https://ridero.eu/pl/books/piesc/. Takie opinie są istotne, żeby inni mogli się zorientować czy warto, czy też nie warto przeczytać. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, a szczególnie Stu :D
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Dla zainteresowanych – jednak powstała druga część. Obie dostępne są na stronie https://ridero.eu/pl/books/?search=Pi%C4%99%C5%9B%C4%87 lub w księgarniach internetowych. Zależy mi na waszych komentarzach, bardzo :) Wystarczy kliknąć w link.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości