Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Hala Złotego Potoku
#1
Pierwszy fragment mojego opowiadania. Tekst jest sztucznie podzielony, bo stanowi całość. Mam nadzieję, że będzie się dało, to w miarę bez uszczerbku na psychice i zdrowiu przeczytać.


Hala Złotego Potoku

– Chłopcze! Pośpiesz się i wyłaźże stamtąd! – wołał starszy, brodaty mężczyzna w futrzanym płaszczu i powyginanym kapeluszu na głowie. Mężczyzna stał opierając się o próchniejące sztachety płotu, który sprawiał wrażenie naocznego świadka niejednej zawieruchy historycznej. Nieznajomy co jakiś czas nerwowo rozglądał się we wszystkie strony, szukając potencjalnego zagrożenia mogącego się objawić jako odźwierny, z asystą gwardzistów, pilnujący posiadłości pana. Był środek dnia w północnych krainach Skawii, na nieboskłonie swoją wartę pełniło słońce, rzucając swymi promieniami na lasy, pola i wysokie góry stanowiące nieodłączny krajobraz w tej części świata. Resztki płotu należały do drewnianego, bogato zdobionego budynku, a właściwie można by rzec hali. Ogrodzenie opinające halę kolidowało z nią w sposób bardzo widoczny i rodziło pytanie: dlaczego ktoś, kto posiada tak dobrze zagospodarowane domostwo, nie naprawi tej rozklekotanej konstrukcji ogradzającej jego własność? Za płotem rozciągała się pasieka. Pszczele siedziby o wysokości dwóch stóp z hakiem uchodziły za zadbaną strukturę, ich kształt przypominał grzyby rosnące w lesie, dachy przykrywała słoma, dolna część okazała się resztkami pni drzew, które rosły tutaj dawno temu. Pomiędzy ulami krzątał się chłopiec ubrany w futrzaną kurtkę, wysokie buty i czapkę zasłaniającą mu uszy, na szyi zawinięty miał szal. Kiedyś musiał uchodzić za niezwykle barwny i pożądany materiał, lecz teraz skusiłby może jedynie żebraka.
Chłopiec skakał między pszczelimi twierdzami i poprzez brutalny atak ręką, uzbrojoną we włochatą rękawicę, na nakrycia uli wyciągał plastry złotego miodu. Odskakiwał natychmiast od zdezorientowanych obrońców, nim ci ruszyli do kontrofensywy. Zrabowane dobro ładował do dużego, brązowego słoja. Zajrzał do pojemnika, pokiwał głową, po czym ruszył w stronę brodacza.
– No brawo, chłopcze. Pokaż, co tam masz? – Stary zajrzał do środka, wykonał kilka dziwnych gestów; powąchał swoim dużym nosem miód, włożył do niego palec i krzywo nań spojrzał.
– Mistrzu Hieronymusie, starczy? – spytał skonfundowany, na oko dziesięcioletni chłopak.
– Ujdzie, Regdarze, choć tym się raczej syto nie wyżywimy. Martwić będziemy się jednak potem, teraz chodźmy stąd, nim pszczoły zrozumieją sztuczkę ukrytą w tej rękawicy. – uradził brodacz. Chłopiec o imieniu Regdar patrzył na mistrza Hieronymusa Vaaka, postawnego, z nieco wydatnym brzuchem mężczyznę w wieku, wydawałoby się, sześćdziesięciu wiosen. Twarz zdobiła mu długa, poszarpana, poszarzała broda. Głowę przykrywał stary, wysłużony kapelusz wygięty z przodu. Regdar wpatrywał się w jego głębokie, brązowe oczy, starając się coś odczytać. Na próżno. Oczy jego mistrza wydawały się studnią bez dna, która nie odsłania swych sekretów. Hieronymus wyprostował się, włożył naczynie z miodem w ręce chłopca, sam wyciągnął zaczepioną u pasa fajkę sąsiadującą z kilkoma innymi rzeczami, takimi jak: parę buteleczek wypełnionych nieznanymi proszkami, pióro, inkaust, pożółkłe kartki papieru i zawinięte w skórę korzenie jakiejś rośliny. Popukał fajką po biodrze, wysypując pozostałe w niej resztki. W nozdrza chłopca uderzył zapach, który zdążył już poznać bardzo dobrze. Swąd ziela palonego przez jego mistrza stał się nieodzownym towarzyszem ich podróży, czasami rozpoznawał miejsca, w których bywał Vaak tylko po zapachu unoszącym się w pobliżu. Regdar zdążył się przyzwyczaić do dziwactw i nawyków swojego mentora. Podróżował z nim, lekko licząc, trzy lata. Przebyli niemal całą południową część Skawii, teraz nadeszła pora, by wyruszyć na północ.
Przez parę ostatnich tygodni wraz z mistrzem Vaakiem szukali okazji do napełnienia kiesy ździebkiem brzęczących monet, gdyż mała ilość prowiantu dawała się im we znaki. Regdar przypomniał sobie, że ostatni raz napełnił brzuch do pełna jakieś dwa tygodnie temu, w wiosce Kelava, która leżała nad jeziorem Nevamanen, stanowiąc zarazem jedyną bezpieczną drogę ku północy. W Kelavie Hieronymus Vaak wymyślił sposób na pozyskanie pieniędzy, jako Wiedzący znał rozmaite sztuczki i oprócz standardowych umiejętności pisania run popuszczał czasami wodze fantazji, snując zadziwiające teorie. Jedną z nich było insynuowanie nieświadomemu człowiekowi, że w jego domostwie zagnieździło się licho w postaci złośliwego skrzata, chochlika czy innego stworzenia. Słysząc podobną diagnozę z ust Wiedzącego, prości ludzie często dawali temu wiarę, a jedynym remedium na tę przypadłość była pomoc nikogo innego jak tylko mistrza Vaaka. Rola Regdara obejmowała mniej przyjemną część, on to bowiem miał za zadanie owe licho udawać. Niestety mistrz Vaak zawsze w ostateczności znajdywał złośliwego stwora w wychodku. Dało się to prosto wytłumaczyć, że wszelkie licho nie znosi porządku i czystości, toteż najlepiej się czuje wśród gnoju i smrodu. Chłopiec musiał wchodzić do środka śmierdzącej jamy, gdzie ludzie się wypróżniali, i narażać nozdrza na mieszankę wymyślnych zapachów uchodzących w cywilizowanym świecie za nieprzyjemne, a nawet niewskazane do wąchania. Początkowo ten stan rzeczy Regdarowi nie odpowiadał, bo któż chciałby wąchać i obcować z cudzymi fekaliami? Jednak po pewnym czasie dostrzegł też plusy tej sytuacji – częściej dostawał nowe ubrania i o wiele więcej jadł. Mistrz Vaak jawił się jako człowiek surowy, ale też nie można mu było zarzucić nieuczciwości czy braku szacunku do drugiej osoby.
Dzisiaj rano wyszło na jaw, iż wszelkie zapasy już się skończyły, toteż należało udać się do najbliższej karczmy czy innej tawerny w celu uzupełnienia zapasów, lecz i tutaj czekała niemiła niespodzianka. Ostatnie pieniądze zostały wydane na grubą, futrzaną czapkę Regdara. Takim oto sposobem mistrz i jego uczeń zostali zmuszeni do niechlubnej sytuacji spenetrowania szczęśliwie napotkanej pasieki wbrew wiedzy i woli jej właściciela. Pasieka wydawała się od początku dziwna. Hala, którą Hieronymus podejrzewał o bycie domostwem pana tejże plantacji, skrywała jakąś tajemnicę. Jednakże drzwi o nieprzeciętnej wielkości, bardziej przypominające zamkowe wrota, pozostawały zamknięte, więc mowy o jej poznaniu i żebraniu być nie mogło, pozostawała ostateczność, przed którą Hieronymus Vaak chciał się uchronić. Trzy dni o głodzie dały mu do myślenia i mimo wielkiego oporu, w końcu postanowił to uczynić. Teraz, gdy łup znajdował się już w ich rękach, pozostawało ukryć się przed możliwym powrotem możnowładcy do jego lokum i przystąpić do konsumpcji. Starzec z chłopcem zaczęli się powoli oddalać od hali i królestwa pszczół. Okolica wokół była typowo skawską plątaniną zielonych łąk, które w pewnym momencie kończyły się, roztrzaskując o ostre krawędzie skalistych szczytów górskich. Stwarzało to pewien problem, otóż takie schronienie zdawało się bezsensowne i przy głębszej analizie nie mogło zostać uznane za jakikolwiek azyl. Pędzili poprzez morze traw chłostani nasilającym się, złośliwym wiatrem północnym, kurczowo przytrzymywali nakrycia głowy, by nie uleciały w przestworza. Nagle przed nimi pojawiła się duża skała. Wyglądała na starą i zmurszałą, trawa wokół niej była jakby mniej zielona. Głaz w głowie chłopca począł się jawić niczym rzecz nienaturalna, jeszcze rok temu takie myśli nie przyszłyby mu nawet do głowy. W swoim dziecięcym jeszcze umyśle zauważył niesamowity postęp. Rzeczy błahe, z pozoru nieważne, w pewnym momencie rzucały chłopcu dziwną pokusę, którą można by ubrać w zdanie: Zgadnij, co ja tutaj robię? Regdar na te sygnały nie pozostawał głuchy, częściej na własną rękę starał się poznać to, co ukryte przed oczami większości, a gdy sam już nie potrafił, zadawał pytania mistrzowi. Różne, od takich uznanych za totalnie naiwne do tych określanych przymiotnikiem „mądre”. Vaak nigdy za to chłopca nie ganił. Zawsze odpowiadał, a jeżeli pytanie było wyjątkowo głupie, starał się swemu uczniowi wskazać nielogiczność bądź brak sensu w pytaniu. Regdar, kiedy tylko rozgościli się w nowym lokum, rozpoczął swój festiwal pytań:
– Mistrzu, czy ta skała nie wydaje ci się dziwna?
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(19-01-2014, 21:36)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): Nieznajomy,(bez przecinka) co jakiś czas nerwowo rozglądał się we wszystkie strony (przecinek) szukając potencjalnego zagrożenia mogącego się objawić jako odźwierny pilnujący posiadłości pana, a nawet w postaci patrolu gwardzistów wynajętych do obrony włości.

Był środek dnia w północnych krainach Skawii, na nieboskłonie swoją wartę pełniło słońce(przecinek) rzucając swymi promieniami na lasy, pola i wysokie góry stanowiące nieodłączny krajobraz w tej części świata.

Resztki płotu należały do drewnianego, bogato zdobionego budynku, a właściwie można,(bez przecinka) by rzec hali.

Ogrodzenie opinające halę, (bez przecinka) kolidowało z nią w sposób bardzo widoczny i rodziło pytanie: (...)

Chłopiec skakał między pszczelimi twierdzami i wkładał w otwory, z których wylatywały owady, rękę uzbrojoną we włochatą rękawice(ę) (przecinek) wyciągając to, co stanowiło skarby pszczelego rodu, mianowicie plastry złotego miodu.

Zrabowane dobro ładował do dużego, brązowego słoju (kogo? czego? – słoja) .

Zaglądnął (Lepiej "zajrzał", ładniej brzmi) do pojemnika, pokiwał głową, po czym ruszył w stronę brodacza.

– No brawo(przecinek) chłopcze. Pokaż, co tam masz? – Stary zajrzał do środka, (...)

– Ujdzie (przecinek) Regdarze, azaliż tym się syto nie wyżywimy. – Chłopiec o imieniu Regdar patrzył na mistrza Hieronymusa Vaaka, postawnego(raczej przecinek) z nieco wydatnym brzuchem mężczyznę w wieku (przecinek) wydawałoby się (przecinek) sześćdziesięciu wiosen.

Regdar wpatrywał się w jego głębokie, brązowe oczy (przecinek) starając się cos(ś) odczytać.

Popukał fajką po biodrze (przecinek) wysypując resztki w niej pozostałe.

Regdar zdążył się przyzwyczaić do dziwactw i nawyków swojego mentora, podróżował, (bez przecinka) z nim lekko licząc trzy lata, przebyli niemal całą południową część Skawii, teraz nadeszła pora, by wyruszyć na północ.

(brak akapitu) Przez parę ostatnich tygodni wraz z mistrzem Vaakiem szukali okazji do napełnienia kiesy ździebkiem brzęczących monet, gdyż mała ilość prowiantu dawała się im we znaki.

W Kelavie,(bez przecinka) Hieronymus Vaak wymyślił sposób na pozyskanie pieniędzy, jako Wiedzący znał rozmaite sztuczki i oprócz standardowych umiejętności pisania run popuszczał czasami wodze fantazji (przecinek) snując zadziwiające teorie.

Słysząc podobną diagnozę z ust Wiedzącego, prości ludzie często dawali temu wiarę, a jedynym remedium na tę przypadłoś(-dłość) była pomoc nikogo innego jak tylko mistrza Vaaka.

Rola Regdara składała się z mniej przyjemnej części, on,(bez przecinka) to bowiem,(bez przecinka) miał za zadanie owe licho udawać.

Dało się to prosto wytłumaczyć, że wszelkie licho nie znosi porządku i czystości, toteż najlepiej się czuję(e) wśród gnoju i smrodu.

Chłopiec,(bez przecinka) musiał wchodzić do środka śmierdzącej jamy, gdzie ludzie się wypróżniali (przecinek) i narażać nozdrza na mieszankę wymyślnych zapachów uchodzących w cywilizowanym świecie za nieprzyjemne, a nawet niewskazane do wąchania.

Jednak po pewnym okresie czasu ("po pewnym czasie – "okres" jest zbędny) dostrzegł też plusy tej sytuacji, (zastąpiłabym przecinek dwukropkiem lub myślnikiem) częściej dostawał nowe ubrania i o wiele więcej jadł.

Hala, którą Hieronymus podejrzewał o bycie domostwem pana tejże plantacji(przecinek)skrywała jakąś tajemnicę.

Trzy dni o głodzie dały mu do myślenia i mimo wielkiego oporu (przecinek)w końcu postanowił to uczynić.

Okolica wokół była typowo skawską plątaniną zielonych łąk, które w pewnym momencie kończyły się, roztrzaskując o sine, ostre mięśnie, (bez przecinka) skalistych szczytów górskich.

Stwarzało to pewien problem, otóż takie schronienie zdawało się bezsensowne i przy głębszej analizie,(bez przecinka) nie mogło zostać uznane za jakikolwiek azyl.

Pędzili poprzez morze traw, (bez przecinka) chłostani nasilającym się, złośliwym wiatrem północnym, kurczowo przytrzymywali nakrycia głowy, by nie uleciały w przestworza.

W swoim dziecięcym jeszcze umyśle,(bez przecinka) zauważył niesamowity postęp.

Rzeczy błahe(przecinek) z pozoru nieważne, w pewnym momencie rzucały chłopcu dziwną pokusę, którą można by ubrać w zdanie: Zgadnij, co ja tutaj robię?

Zawsze odpowiadał, a jeżeli pytanie było wyjątkowo głupie, starał się swemu uczniowi wskazać na (zbędne) nielogiczność,(bez przecinka) bądź brak sensu w pytaniu. .(zbędna kropka) Regdar, kiedy tylko rozgościli się w nowym lokum (przecinek) rozpoczął swój festiwal pytań:

Poza błędami interpunkcyjnymi nie mam nic do zarzucenia: naprawdę dobrze napisane. Posługujesz się według mnie świetnym językiem, widać bogate słownictwo i umiejętne go wykorzystywanie, opisy są bardzo obrazowe i okraszone ciekawymi określeniami.
Nie pozostaje mi nic innego, jak poczekać ma kolejne fragmenty. Ciekawa jestem, jaki los zgotowałeś bohaterom. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
No w końcu :)
Rozdziel tę ścianę tekstu, podziel na kilka akapitów, bo ciężko się czyta w takim stanie. Oprócz tego podzielam zdanie Vet, jeśli chodzi o opisy, ale wyłączając z tego opisy wyglądu, bo to mógłbyś zrobić nieco lepiej. Jakoś w innych twoich tekstach widziałem lepsze. Chodzi mi tu przede wszystkim o to:

Cytat:Chłopiec o imieniu Regdar patrzył na mistrza Hieronymusa Vaaka, postawnego z nieco wydatnym brzuchem mężczyznę w wieku wydawałoby się sześćdziesięciu wiosen. Twarz zdobiła mu długa, poszarpana, poszarzała broda. Głowę przykrywał stary, wysłużony kapelusz wygięty z przodu. Regdar wpatrywał się w jego głębokie, brązowe oczy starając się cos odczytać.
Brakuje mi tu jakiegoś przejścia od czynności wykonywanej przez chłopca do opisu mistrza, to mogłoby wyglądać lepiej ^^
A tak poza tym to bardzo mi się podoba, lubię ten twój styl, w tym tekście jeszcze to całościowo nie wynika, ale wolno prowadzisz akcję, masz długie i ciekawe dialogi. Muszę to teraz napisać, bo później zapomnę :D
Odpowiedz
#4
(19-01-2014, 21:36)Trzynasty Rurkowiec napisał(a):
Hala Złotego Potoku

Mężczyzna stał (przecinek) opierając się o próchniejące sztachety płotu, który sprawiał wrażenie naocznego świadka niejednej zawieruchy historycznej. Nieznajomy, (zbędny przecinek) co jakiś czas nerwowo rozglądał się we wszystkie strony (przecinek) szukając potencjalnego zagrożenia mogącego się objawić jako odźwierny pilnujący posiadłości pana (odźwierny może stwarzać jakieś zagrożenie? – myślę, że raczej jest w tym zdaniu zły szyk i chodzi o coś innego), a nawet w postaci patrolu gwardzistów wynajętych do obrony włości. Był środek dnia w północnych krainach Skawii, na nieboskłonie swoją wartę pełniło słońce (przecinek) rzucając swymi promieniami na lasy, pola i wysokie góry stanowiące nieodłączny krajobraz w tej części świata. Resztki płotu należały do drewnianego, bogato zdobionego budynku, a właściwie można, (zbędny przecinek) by rzec hali. Ogrodzenie opinające halę, (zbędny przecinek) kolidowało z nią w sposób bardzo widoczny i rodziło pytanie:

Pomiędzy ulami krzątał się chłopiec ubrany w skórzaną, futrzaną (czy to się czasem nawzajem nie wyklucza?) kurtkę, wysokie buty i czapkę zasłaniającą mu uszy, na szyi zawinięty miał szal.

Chłopiec skakał między pszczelimi twierdzami i wkładał w otwory, z których wylatywały owady, rękę uzbrojoną we włochatą rękawice (przecinek) wyciągając to, co stanowiło skarby pszczelego rodu, mianowicie plastry złotego miodu (przez mały otwór, którędy wylatują pszczoły, nie da się włożyć ręki, a tym bardziej wyjąć przez nią plaster miodu).

– No brawo (przecinek – bo rzeczownik w wołaczy) chłopcze.

– Ujdzie (przecinek) Regdarze, azaliż ('azaliż' zawsze wprowadza pytanie – albo zależne, albo retoryczne) tym się syto nie wyżywimy.

Regdar wpatrywał się w jego głębokie, brązowe oczy (przecinek) starając się cos (coś) odczytać.

Popukał fajką po biodrze (przecinek) wysypując resztki w niej pozostałe (szyk – wysypująć pozostałe w niej resztki). W nozdrza chłopca uderzył zapach, który zdążył już poznać bardzo dobrze, (raczej kropka i dalej dużą literą) swąd ziela palonego przez jego mistrza stał się nieodzownym towarzyszem ich podróży, czasami rozpoznawał miejsca, w których bywał Vaak tylko po zapachu unoszącym się w pobliżu. Regdar zdążył się przyzwyczaić do dziwactw i nawyków swojego mentora, (raczej kropka) podróżował, (zbędny przecinek) z nim (przecinek) lekko licząc (przecinek) trzy lata, (raczej kropka) przebyli niemal całą południową część Skawii, teraz nadeszła pora, by wyruszyć na północ.
(wcięcie akapitu) Przez parę ostatnich tygodni wraz z mistrzem Vaakiem szukali okazji (...)

W Kelavie, (zbędny przecinek) Hieronymus Vaak wymyślił sposób na pozyskanie pieniędzy, jako Wiedzący znał rozmaite sztuczki i oprócz standardowych umiejętności pisania run popuszczał czasami wodze fantazji (przecinek) snując zadziwiające teorie.

Słysząc podobną diagnozę z ust Wiedzącego, prości ludzie często dawali temu wiarę, a jedynym remedium na tę przypadłoś (przypadłość) była pomoc nikogo innego jak tylko mistrza Vaaka. Rola Regdara składała się z mniej przyjemnej części, on, (zbędny przecinek) to bowiem, (zbędny przecinek) miał za zadanie owe licho udawać.

Chłopiec, (zbędny przecinek) musiał wchodzić do środka śmierdzącej jamy, gdzie ludzie się wypróżniali (przecinek) i narażać nozdrza na mieszankę wymyślnych zapachów uchodzących w cywilizowanym świecie za nieprzyjemne, a nawet niewskazane do wąchania.

Jednak po pewnym okresie czasu (pleonazm – albo po pewnym okresie, albo po pewnym czasie) dostrzegł też plusy tej sytuacji, częściej dostawał nowe ubrania i o wiele więcej jadł.

Hala, którą Hieronymus podejrzewał o bycie domostwem pana tejże plantacji (przecinek) skrywała jakąś tajemnicę.

Okolica wokół była typowo skawską plątaniną zielonych łąk, które w pewnym momencie kończyły się, roztrzaskując o sine, ostre mięśnie (abstrakcyjna metafora), (zbędny przecinek) skalistych szczytów górskich. Stwarzało to pewien problem, otóż takie schronienie zdawało się bezsensowne i przy głębszej analizie, (zbędny przecinek) nie mogło zostać uznane za jakikolwiek azyl.

Rzeczy błahe (przecinek) z pozoru nieważne, w pewnym momencie rzucały chłopcu dziwną pokusę, którą można by ubrać w zdanie:

Różne, od takich uznanych po totalnie naiwne do tych określanych przymiotnikiem „interesujące”, „ciekawe”, „mądre”. (od-po-do – nie za dużo tego? Wystarczy od-do albo od-po; a teraz to zdanie jest bez sensu)

(...) starał się swemu uczniowi wskazać na nielogiczność, bądź brak sensu w pytaniu. . (o co tu chodzi z tymi kropkami) Regdar, kiedy tylko rozgościli się w nowym lokum (przecinek) rozpoczął swój festiwal pytań:
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
Cytat: Chłopiec skakał między pszczelimi twierdzami i wkładał w otwory, z których wylatywały owady, rękę uzbrojoną we włochatą rękawice ( ę ) wyciągając to, co stanowiło skarby pszczelego rodu, mianowicie plastry złotego miodu. Zrabowane dobro ładował do dużego, brązowego słoju ( a ).

– Mistrzu Hieronymusie, starczy? – spytał skonfundowany chłopak, na oko miał dziesięć lat. ( rozbij to na dwa zdania albo zmień szyk np. skonfundowany, na oko dziesięcioletni chłopak )

– Ujdzie Regdarze, azaliż tym się syto nie wyżywimy.( znak zapytania na końcu i troszkę to przebuduj, bo azaliż rozpoczyna pytanie retoryczne, w tym zdaniu brzmiałoby ono "czy my tym się syto wyżywimy?" )

Popukał fajką po biodrze wysypując resztki w niej pozostałe ( lepiej "wysypując pozostałe w niej resztki" ).

W nozdrza chłopca uderzył zapach, który zdążył już poznać bardzo dobrze, swąd ziela palonego przez jego ( moim zdaniem zbędne ) mistrza stał się nieodzownym towarzyszem ich podróży, ( tu postawiłabym kropeczkę i nowe zdanie ) czasami rozpoznawał miejsca, w których bywał Vaak tylko po zapachu unoszącym się w pobliżu.

Regdar zdążył się przyzwyczaić do dziwactw i nawyków swojego mentora, podróżował, z nim lekko licząc trzy lata, przebyli niemal całą południową część Skawii, teraz nadeszła pora, by wyruszyć na północ. ( długie zdanie i trochę niespójne, można je podzielić na krótsze )

Słysząc podobną diagnozę z ust Wiedzącego, prości ludzie często dawali temu wiarę, a jedynym remedium na tę przypadłoś ( ść ) była pomoc nikogo innego jak tylko mistrza Vaaka.

Rola Regdara składała się z mniej przyjemnej części ( "obejmowała mniej przyjemną część" albo "Regdarowi przypadła mniej przyjemna część roli" ), on, to bowiem, miał za zadanie owe licho udawać.
Dobre opowiadanie, ciekawe wątki i bohaterowie. Mistrz, który uczy podopiecznego wszystkiego łącznie z kombinatorstwem;). Fajnie to przedstawiasz i opisujesz. Czekam na ciąg dalszy.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Ciekawe i bardzo obrazowe zdania – to trzeba przyznać. Problem w tym, że czasami są nazbyt rozbudowane i niekiedy traciłem wątek i od nowa musiałem zaczynać czytać. Czynności i sytuacje przedstawiasz dosyć dokładnie, co nadaje pewnego uroku całości, o ile rzecz jasna się nie gubię :P
No i już bardziej osobiście – te ściany tekstu, które poprzednio były jedną wielką (co zniechęcało mnie do czytania), można śmiało podzielić na nieco więcej części. Dodatkowo, tutaj:
Cytat:– Ujdzie, Regdarze, choć tym się raczej syto nie wyżywimy. Martwić będziemy się jednak potem, teraz chodźmy stąd, nim pszczoły zrozumieją sztuczkę ukrytą w tej rękawicy.
nie rozumiem, dlaczego dalszej części nie zaczynasz od nowej linijki. Dalej nie ma dialogu, a i czynności, które są związane z nim samym jakoś nijak mają się do tego wszystkiego. Tuż po "rękawicy" mógłbyś dodać "poradził uczniakowi mistrz" czy coś w tym stylu – nacierać z tego względu zbytnio nie będę, sam raczej to łatwo rozwiążesz ;)

No i ku podsumowaniu:
Bardzo obrazowo, w niektórych miejscach pozmieniałbym zdania na nieco krótsze/mniej skomplikowane (nie przejmuj się tym, to mój taki fetysz), ciekawy wątek mistrza i ucznia (no i samej wiedzy, jaka jest przekazywana). Cóż dodać więcej z mojej strony – czekam, aż jakoś to rozwiniesz ;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Stary wypuścił fajkowy dym z ust i odpowiedział:
– Dlaczego tak uważasz, co takiego dziwnego jest w tej skale? Przecież nie różni się zbytnio od innych skał, które widzieliśmy wcześniej. Ba, uznaję z całą stanowczością, iż jest tak samo twarda, szara, kanciasta, niewygodna, zimna jak inne jej siostry.
– Ale stoi tu taka sama pośrodku morza zieleni, nigdzie nie widać jej sióstr.
– Ach, to o to ci chodzi. W takim razie dlaczego pytasz o dziwną naturę skały, skoro to dziwne wydaje się jej położenie? Czy gdy widzisz imbryk na tafli lodu, dziwny wydaje ci się sam imbryk czy fakt, że ktoś, może szaleniec, starał się ugotować wodę na zimnym kawale lodu?
– Przepraszam, mistrzu, cały czas, zdaje się, zapominam o tym, żeby pytania formułować precyzyjnie.
– Byłeś już bardzo blisko, żeby zadać dokładne pytanie. Ludzie mają dziwną manie zadawania pytań, które żądają odpowiedzi na coś zupełnie innego, niż w rzeczywistości im chodzi. A odpowiadając na twoje „poprawne” pytanie, mówię: tak, to dziwne. Pozwól, że teraz ja ci zadam pytanie: Jak myślisz, kto ją tu postawił?
– Nie rozważyliśmy jeszcze innych możliwości, może ta skała spadła ze zbocza którejś góry? W końcu jesteśmy przez nie tutaj otoczeni.
– Brawo, chłopcze. Bacz zawsze w domysłach, choć nigdy sobie ich nie żałuj. Staraj się wpierw rozważyć wszystkie możliwe opcje, nawet te najbardziej niedorzeczne, jeżeli rzeczywiście są niedorzeczne, wnet się o tym przekonasz. Teraz wróćmy jednak do meritum, żebyś mi tu czasem nie rozpłynął się w słodkości miodu, który pałaszujesz. Myślę, że owa skała nie mogła spaść. Mimo obecności wiecznych strażników wypiętrzających się pod niebo nie sądzę, by możliwym była przedstawiona przez ciebie sytuacja. Rzecz naszych badań leży zbyt daleko od swych „rodziców”. Sama z siebie nie toczyłaby się taki kawał po płaskim terenie, poza tym myślę, że gdyby już się stoczyła, to wraz z nią i inne, doprowadzając do lawiny skalnej.
– W takim razie możemy założyć, że ktoś ją tu postawił – wywnioskował Regdar.
– Istotnie, to teraz zastanówmy się wreszcie kto?
– Myślę, że nie zrobili tego ludzie.
– Naprawdę? Co cię skłania do takiej konkluzji?
– To wbrew naturze ludzkiej stawiać wielkie głazy pośrodku łąk, na których nic nie rośnie. I nie czynić z nią czegoś konkretnego, człowiek jest istotą twórczą.
– Rzeczywiście, nikt o zdrowych zmysłach nie stawia wielkich kamulców pośrodku pól bez wyraźnego powodu. Kto zatem potrzebuje wielkich skamielin na środku wrzosowiska?
– Nikt, kto myśli w racjonalnych kategoriach?
– A może myśli dalej? Widział rzeczy poza horyzontem?
– Dalej? To znaczy, że musi wychodzić poza Praocean i mieszkać w Nawje.
– Naprawdę? A czy ptaki czasem nie odlatują na zimę poza granice świata, do Nawje?
– Tak, ale ptaki w ogóle nie myślą… One ufają swojemu instynktowi…
– Czy instynkt nie mógł im podpowiedzieć, by przeniosły wielki kamień w te miejsce bez wyraźnego powodu?
– Legendy nigdy nie mówiły o takim przypadku, zwierzęta słuchają tylko instynktu bądź głosu Suurinów i ich dzieci… Zresztą ten głaz byłby dla nich za ciężki.
– Stare historie nie mówią o wielu rzeczach. Co nie znaczy, że się nie zdarzyły. A może jakiś Suurin wezwał swe sługi, by mu ustawiły taki kamień? Choć nie, żaden Nieśmiertelny w moim mniemaniu nie uczyniłby tego.
– Mógł to też zrobić jakiś śmiertelny mocarz, choćby dla zabawy. Może w Zapomnianych Czasach postawił go tutaj sam Letho, książę Dionvaallinenu?
– Mimo wszystkich swych przymiotów wątpię, by zrobił to sam Letho. Prawdopodobnym jest, że mógł go postawić jakiś olbrzym, oni nie słyną z bystrości i spostrzegawczości.
– Ja jednak twierdzę, iż zrobił to Suurin – upierał się Regdar.
– Dobrze, wytłumacz, dlaczego?
– Bo są nieśmiertelni i najpotężniejsi na świecie – wypalił rozbrajająco chłopiec.
– Dlaczegóż ci najpotężniejsi mieliby stawiać wielkie głazy na pustkowiach? Czyż legitymizm ich potęgi i wieczności nie wykluczałby takiej sytuacji? – Vaak sprawiał wrażenie kogoś, kto nie pojmuje zaproponowanej logiki.
– Ja nie widzę innej możliwości. Nikt, kto myśli kategoriami podobnymi nam, nie uczyniłby czegoś podobnego, a oni stanowią tę część świata, która dla nas ludzi jest nieodkryta, i której nikt z nas nie potrafi zrozumieć.
– Powiadają, że dzieci zawsze mówią prawdę. Uznajmy, że obroniłeś swoją teorię, chociaż w moich oczach widzę to trochę inaczej. Ale w nagrodę możesz sobie zjeść do reszty ten miód.
– Mistrzu, a jak umrzesz z głodu?
– Ależ nie umrę, spokojna twoja głowa. Znam różne sztuczki, które pozwolą mi przetrwać. Heh, gdybym miał paść z głodu, to stałoby się to już dawno temu. – Regdar włożył dłoń głębiej i wyciągnął pełną porcję. Powtórzył tę czynność kilkakrotnie, po czym uznał, że ma dość. Poczuł się nasycony, chociaż miód stanowił kiepski posiłek. Vaak siedział i dalej pykał z fajki, wydawał się czymś strapiony. Po godzinie, podczas której Regdar i Hieronymus ucięli sobie małą drzemkę, obudzili się niemal równocześnie z ostatnim ziarenkiem piasku opadającym w małej klepsydrze postawionej na brzuchu mędrca.
Nadeszła pora późnego popołudnia, za parę godzin słońce schowa się za powierzchnią świata. Dwoje uciekinierów sprawdziło, czy aby ktoś się nie zbliża. Następnie mistrz Vaak rozwinął zielony materiał stanowiący tobołek noszony przez niego dotychczas na ramieniu. Dobytek brodacza zaczepiony był na kiju, ów kij w rzeczywistości był niczym więcej jak gałęzią grabu, która w jakiś sposób znalazła się w posiadaniu Hieronymusa. Trzonek gałęzi wieńczył odstający badyl, tworząc w ten sposób coś na wzór haku. W pakunku znajdował się lampion z żelazną obudową, wewnątrz której pozostawała resztka wypalonej świecy. Chwilę potem klosz został zaczepiony o „hak”. Vaak odwrócił się w kierunku chłopca i powiedział:
– Trochę się późno zrobiło, czas wziąć się do roboty. – Wyciągnął pióro i inkaust, rozwinął jeden z pożółkłych pergaminów i wręczył ten zestaw Regdarowi. Chłopiec wiedział, co go czeka. Lekcja kaligrafii. Ćwiczył ją codziennie od trzech lat. Nie rozumiał dlaczego. Nauka przejrzystego kreślenia znaków przebiegała stopniowo. Na samym wstępie mistrz kazał mu wypisywać codziennie kilkakrotnie wszystkie znaki w kolejności alfabetycznej, później wyrywkowo, następnym krokiem były proste zdania, a od roku Regdar zapisywał już runy, które dyktował mu Hieronymus Vaak. Poetyckie teksty starego pieśniarza w swej konsystencji okazały się zawiłe i trudne, ciężko przenosiło się je na papier. Regdar zastanawiał się, ile czasu dzisiaj spędzi na pisaniu. Mistrz Vaak przygotował swoją latarnię, możliwe, iż będzie kreślił na papierze do późnej nocy.
– Dobrze, chłopcze, napisz mi tu jakiś wiersz o tej skale. – Regdar zamrugał ze zdziwienia oczami. Jeszcze nigdy nie pisał podczas nauki własnych rymowanek.
– Mistrzu, a to ma być coś poważnego?
– A cóż poważnego można napisać o skale? No, jeżeli widzisz w niej coś niezwykłego, to się nie krępuj.
Uczeń usiadł na słoju, w którym znajdowało się „złoto”. Swój wzrok skierował w kierunku głazu mającego stać się natchnieniem poetyckim. Natchnienie nie przychodziło, ciężko było wymyślić jakieś działające na wyobraźnię porównania i metafory. Zaczął pisać wersy pewnej rymowanki, którą usłyszał w jednej z wielu karczm odwiedzonych podczas podróży. Owa rymowanka brzmiała dla chłopca dziwnie i znaczenie niektórych słów było dlań niezrozumiałe. Oryginał karczemnej fraszki brzmiał tak:

Znałem ci ja kiedyś pannę wszeteczną,
maszty na okręcie stawiała, razu jednego,
Jaśka młodego z łajbą pomyliła,
lecz później tego już nie żałowała,
Jaśko do dzisiaj ją zadowala

Wersja Regdara wyglądała zaś tak:
Znałem ci ja kiedyś pannę wszeteczną,
głazy na polach stawiała, razu jednego,
Jaśka młodego z głazem pomyliła,
lecz później tego już nie żałowała,
Jaśko do dzisiaj ją zadowala

Młody, świeżo upieczony poeta pokraśniał od razu, mimo iż nie do końca wiedział, o co chodzi w tej karczemnej przyśpiewce, czuł się zadowolony. Mistrz Vaak akurat skończył palić fajkę, spojrzał na niebo. Słońce chyliło się ku zachodowi, niedługo już miała zawitać ciemność wieczoru. Vaak zwrócił się w stronę Regdara, chłopak siedział, czytając swoje dzieło. Hieronymus zadał pytanie:
– Skończyłeś już? – Regdar pokiwał twierdząco głową. – Szybko ci to dziś poszło, bałem się, że do jutrzni będziesz siedział i coś kombinował, dobrze pokaż mi to. – Mędrzec wziął do rąk pergamin, zanim przystąpił do odczytania treści, swym czujnym okiem ocenił estetykę pisma. Regdar po minie nauczyciela zadecydował, iż jest on z tego zadowolony. Całkiem inny wyraz twarzy zawitał u Vaaka po przeczytaniu wiersza. Skrzywił usta w grymasie, lekko zdezorientowany oddał chłopcu pismo:
– Takiś młody, a już cię wszeteczne dziewki interesują? – zadał pytanie Vaak.
– Nic innego nie przyszło mi do głowy… – Pochylił głowę zawstydzony poeta.
– Dobrze, już dobrze, chłopcze, zostawmy tę kwestię na razie, toż dopiero dziesiąta rocznica twych urodzin się zbliża, a teraz powiedz mi gdzieżeś takie głupstwa dosłyszał?
– Jakiś pijany marynarz je śpiewał w Porcie Północnym, przystawiał się wtedy do kobiety, o której powiedziałeś mistrzu, iż to kobieta o „specyficznej, frywolnej mentalności zgodnej z jej zawodem, który to wynika z powołania życiowego”.
– Tak, wystarczy. – Mędrzec wykonał wyrazisty ruch ręką. – Już pamiętam, szkoda mi jednak, że nie zapamiętujesz innych rzeczy, które ci mówię, ale przynajmniej wyjaśniliśmy sobie tę jedną kwestię w dość przejrzystym świetle, jak widzę.
Młody adept czuł się całkowicie zdezorientowany, dziwnie spojrzał na swego mentora, wyrażając tym sposobem bardzo dokładnie, o co mu chodzi. Wiedzący odchrząknął i zmienił temat:
– No, w takim razie mimo, że te rymy to rynsztok tej sztuki, to dajmy sobie dzisiaj spokój, coś mi nie daję spokoju i rad byłbym, abyś mnie teraz posłuchał. – Regdar wyparł z pamięci ostatnią rozmowę i skupił się na słowach mistrza:
– Mam takie dziwne przeczucie, mówiące mi o nadchodzącej niespodziance. Ową niespodzianką być może okaże się lokator tamtej nad wyraz poczciwie wyglądającej siedziby, gdzie – zastanowił się chwilę – poczęstowaliśmy się odrobiną miodu. Oczywiście to tylko przeczucie i nie traktuję go szczerze zbyt poważnie, jednakowoż zawsze dobrze jest mieć plan w pogotowiu, dlatego zapalimy na noc latarnię i przygotujemy „świetlisko”.
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
#8
(23-01-2014, 00:21)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): – Dlaczego tak uważasz, co takiego dziwnego jest w tej skale? Przecież nie rożni ["różni"] się zbytnio od innych skał, które widzieliśmy wcześniej. Ba, uznaję z całą stanowczością, iż jest tak samo twarda, szara, kanciasta, niewygodna, zimna jak inne jej siostry.

– Ach, to oto ["o to", "oto" to przedstawienie czegoś raczej] ci chodzi. W takim razie, [raczej zbędny przecinek] dlaczego pytasz o dziwną naturę skały, skoro to dziwne wydaje się jej położenie? Czy, [zbędny przecinek] gdy widzisz imbryk na tafli lodu, dziwny wydaje ci się sam imbryk, [zbędny przecinek] czy fakt, że ktoś, może szaleniec, starał się ugotować wodę na zimnym kawale lodu?

– Przepraszam [przecinek] mistrzu, cały czas, zdaje się [chyba przecinek] zapominam o tym, żeby pytania formułować precyzyjnie.

(...) A odpowiadając na twoje „poprawne” pytanie, mówię: [nie powinno być z małej?] Tak, to dziwne. Pozwól, że teraz ja ci zadam pytanie: Jak myślisz, kto ją tu postawił?

– Brawo [przecinek] chłopcze. Bacz zawsze w domysłach, choć nigdy sobie ich nie żałuj. Staraj się wpierw rozważyć wszystkie możliwe opcje, nawet te najbardziej niedorzeczne, jeżeli rzeczywiście są niedorzeczne, wnet się o tym przekonasz. Teraz wróćmy jednak do meritum, żebyś mi tu czasem nie rozpłynął się w słodkości miodu, który pałaszujesz. Myślę, że ów ["owa", rodzaj żeński] skała nie mogła spaść. Mimo obecności wiecznych strażników wypiętrzających się pod niebo,[zbędny przecinek] nie sądzę, by możliwym była przedstawiona przez ciebie sytuacja. Rzecz naszych badań leży zbyt daleko od swych „rodziców”. Sama z siebie nie toczyłaby się taki kawał po płaskim terenie, poza tym myślę, że[zbędny przecinek], gdyby już się stoczyła, to wraz z nią i inne, doprowadzając do lawiny skalnej.

– W takim razie możemy założyć, że ktoś ją tu postawił. [bez kropki, skoro po myślniku jest czynność związana z rozmową] – wywnioskował Regdar.

– Istotnie, to teraz zastanówmy się wreszcie, [raczej zbędny przecinek] kto?

– To wbrew naturze ludzkiej, [raczej zbędny przecinek] stawiać wielkie głazy pośrodku łąk, na których nic nie rośnie. I nie czynić z nią czegoś konkretnego, człowiek jest istotą twórczą.

– Naprawdę? A czy ptaki czasem, [zbędny przecinek] nie odlatują na zimę poza granice świata do Nawje?

– Tak, ale ptaki w ogóle nie myślą… One ufają swojemu instynktowi…
– Czy instynkt nie mógł, [zbędny przecinek] im podpowiedzieć, by przeniosły wielki kamień w te miejsce bez wyraźnego powodu?

– Legendy nigdy nie mówiły o takim przypadku, zwierzęta słuchają tylko instynktu [przecinek] bądź głosu Suurinów i ich dzieci… Zresztą ten głaz byłby dla nich za ciężki.

– Mógł to tez zrobić jakiś śmiertelny mocarz, choćby dla zabawy. Może w Zapomnianych Czasach postawił go tutaj sam Letho, książę Dionvaallinenu?
– Mimo wszystkich swych przymiotów, [raczej zbędny przecinek] wątpię, by zrobił to sam Letho. Prawdopodobnym jest, że mógł go postawić jakiś olbrzym, oni nie słyną z bystrości i spostrzegawczości.

– Ja jednak twierdzę, iż zrobił to Suurin. [bez kropki, skoro po myślniku jest czynność związana z rozmową] – upierał się Regdar.

– Bo są nieśmiertelni i najpotężniejsi na świecie. [bez kropki, jak wyżej] – wypalił rozbrajająco chłopiec.

– Ja nie widzę innej możliwości. Nikt, kto myśli kategoriami podobnymi nam, nie uczyniłby czegoś podobnego, a oni stanowią tę część świata, która dla nas ludzi jest nieodkryta, [zbędny przecinek] i której nikt z nas nie potrafi zrozumieć.

(...) W pakunku znajdował się lampion z żelazną obudową, wewnątrz którego ["której" chyba, mam tutaj małą zagwozdkę, czy odnosić się do lampionu czy obudowy, bo chyba podmiot się zmienia] pozostawała resztka wypalonej świecy. Chwilę potem lampion [powtórzenie] został zaczepiony o „hak”.

– Trochę się późno zrobiło, czas wziąć się do roboty. – [tutaj z dużej litery, kropka na końcu dialogu i czynność nie związana z rozmową]wyciągnął pióro i inkaust, rozwinął jeden z pożółkłych pergaminów i wręczył ten zestaw Regdarowi.

(...) Regdar zastanawiał się, ile czasu dzisiaj spędzi na pisaniu? [kropka, to nie jest pytanie] Mistrz Vaak przygotował swoją latarnie, możliwe, iż będzie kreślił po papierze[IMO lepiej byłoby "na papierze", ale to tylko taki mój fetysz] do późnej nocy.

– Dobrze [przecinek] chłopcze, napisz mi tu jakiś wiersz o tej skale.

Ów rymowanka brzmiała dla chłopca dziwnie i znaczenie niektórych słów było nań ["dla niego" lub "dlań", żeby zachować styl, nań znaczy nieco co innego] niezrozumiałe.

Młody, świeżo upieczony poeta pokraśniał od razu, mimo, [zbędny przecinek] iż nie do końca wiedział, o co chodzi w tej karczemnej przyśpiewce, czuł się zadowolony.

– Skończyłeś już? – Regdar pokiwał twierdząco głową. – Szybko ci to dziś poszło, bałem się, że do jutrzni będziesz siedział i coś kombinował, dobrze pokaż mi to. – [z wielkiej litery, patrz wyżej] mędrzec wziął do rąk pergamin, zanim przystąpił do odczyta ["odczytania"] treści, swym czujnym okiem ocenił estetykę pisma, [tutaj można rozdzielić zdanie na dwa oddzielne] Regdar po minie nauczyciela zadecydował, iż jest on z tego zadowolony.

– Nic innego nie przyszło mi do głowy… – [nie jestem pewien, ale raczej z wielkiej litery] pochylił głowę zawstydzony poeta.

– Dobrze, już dobrze [przecinek] chłopcze [przecinek] zostawmy tę kwestię na razie, toż dopiero dziesiąta rocznica twych urodzin się zbliża, a teraz powiedz mi gdzieżeś takie głupstwa dosłyszał?

– Jakiś pijany marynarz je śpiewał w Porcie Północnym, przystawiał się wtedy do kobiety, o której powiedziałeś mistrzu, iż to kobieta o: [dalej z małej raczej]„Specyficznej frywolnej mentalności, [raczej zbędny przecinek] zgodnej z jej zawodem, który to wynika z powołania życiowego”.

– Tak [przecinek] wystarczy – mędrzec wykonał wyrazisty ruch ręką – już pamiętam, szkoda mi jednak, że nie zapamiętujesz innych rzeczy, które ci mówię, ale przynajmniej wyjaśniliśmy sobie tę jedną kwestię w dość przejrzystym świetle, jak widzę.

[brak akapitu]Młody adept czuł się całkowicie zdezorientowany, dziwnie spojrzał na swego mentora
[przecinek] wyrażając tym sposobem bardzo dokładnie, o co mu chodzi.

– No, w takim razie, mimo, [zbędny przecinek] że te rymy to rynsztok tej sztuki, to dajmy sobie dzisiaj spokój, coś mi nie daję spokoju i rad byłbym [przecinek] abyś mnie teraz posłuchał. – Regdar wyparł z pamięci ostatnią rozmowę i skupił się na słowach mistrza:

– Mam takie dziwne przeczucie [chyba przecinek] mówiące mi o nadchodzącej niespodziance. Ów ["owa", albo całość "ową niespodzianką być może (...)", bez przecinka] niespodzianka, [zbędny przecinek] to być może okaże się lokator tamtej nad wyraz poczciwie wyglądającej siedziby, gdzie – zastanowił się chwilę – poczęstowaliśmy się odrobiną miodu. Oczywiście to tylko przeczucie i nie traktuje go szczerze zbyt poważnie, jednakowoż zawsze dobrze jest mieć plan w pogotowiu, dlatego zapalimy na noc latarnie i przygotujemy „świetlisko”.

No i to byłoby tyle. Leży interpunkcja i zapis dialogów. Tutaj i tutaj możesz poczytać o interpunkcji, a tutaj o dialogach. Chociaż pewnie któreś z nich przejrzałeś, w to nie wątpię. Jednak dialogi, szczerze mówiąc, prawie wszędzie, gdzie mogłeś, to popsułeś sprawę :P Nu, ale trochę pracy i będzie dobrze ^^
Co do samej treści – czytało się dużo lepiej, chociaż sam fragment nie niesie ze sobą jakiejś specjalnej treści, ino nieco informacji o bohaterach i tego, jak prawdopodobnie przebiega nauka (nie chodzi o pismo, a raczej wymuszanie samodzielnego dążenia do prawdy). W każdym razie chętnie zobaczę nieco więcej ;)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#9
(23-01-2014, 00:21)Trzynasty Rurkowiec napisał(a): – Ach, to oto (o to) ci chodzi.

– Przepraszam (przecinek) mistrzu, cały czas, zdaje się (przecinek)zapominam o tym, żeby pytania formułować precyzyjnie.

– Brawo (przecinek)chłopcze. (...) Myślę, że ów (owa – "ów" się odmienia) skała nie mogła spaść.

– W takim razie możemy założyć, że ktoś ją tu postawił. (bez kropki) – wywnioskował Regdar.

– Naprawdę? A czy ptaki czasem, (bez przecinka) nie odlatują na zimę poza granice świata(przecinek) do Nawje?

– Czy instynkt nie mógł, (bez przecinka) im podpowiedzieć, by przeniosły wielki kamień w te (to) miejsce bez wyraźnego powodu?

– Mógł to tez(ż) zrobić jakiś śmiertelny mocarz, choćby dla zabawy.

– Ja jednak twierdzę, iż zrobił to Suurin. (bez kropki) – upierał się Regdar.

– Bo są nieśmiertelni i najpotężniejsi na świecie.(bez kropki) – wypalił rozbrajająco chłopiec.

– (...) Heh, gdybym miał paść z głodu (przecinek) to stałoby się to już dawno temu.

– Trochę się późno zrobiło, czas wziąć się do roboty. – wyciągnął (Wyciągnął) pióro i inkaust, rozwinął jeden z pożółkłych pergaminów i wręczył ten zestaw Regdarowi.

Regdar zastanawiał się, ile czasu dzisiaj spędzi na pisaniu?(kropka zamiast znaku zapytania)

Mistrz Vaak przygotował swoją latarnie(ę), możliwe, iż będzie kreślił po papierze do późnej nocy.

– Dobrze(przecinek) chłopcze, napisz mi tu jakiś wiersz o tej skale. – Regdar zamrugał ze zdziwienia oczami.

Ów(Owa) rymowanka brzmiała dla chłopca dziwnie i znaczenie niektórych słów było nań (dlań) niezrozumiałe.

Młody, świeżo upieczony poeta pokraśniał od razu, mimo,(bez przecinka – mimo iż/ mimo że nie wymaga przecinka) iż nie do końca wiedział, o co chodzi w tej karczemnej przyśpiewce, czuł się zadowolony.

Vaak zwrócił się w stronę Regdara, chłopak siedział(przecinek) czytając swoje dzieło.

– Szybko ci to dziś poszło, bałem się, że do jutrzni będziesz siedział i coś kombinował, dobrze pokaż mi to. – mędrzec(Mędrzec)wziął do rąk pergamin, zanim przystąpił do odczyta treści, swym czujnym okiem ocenił estetykę pisma, Regdar po minie nauczyciela zadecydował, iż jest on z tego zadowolony. (Tutaj podzieliłabym część od "mędrzec" na przynajmniej dwa zdania)

– Dobrze, już dobrze(przecinek) chłopcze zostawmy tę kwestię na razie, toż dopiero dziesiąta rocznica twych urodzin się zbliża, a teraz powiedz mi gdzieżeś takie głupstwa dosłyszał?

– Jakiś pijany marynarz je śpiewał w Porcie Północnym, przystawiał się wtedy do kobiety, o której powiedziałeś (przecinek) mistrzu, iż to kobieta o:(nie dawałabym dwukropka, a cytat zaczęłabym z małej litery) „Specyficznej (przecinek)frywolnej mentalności, zgodnej z jej zawodem, który to wynika z powołania życiowego”.

– Tak wystarczy (kropka) – mędrzec (Mędrzec)wykonał wyrazisty ruch ręką (kropka) – już (Już) pamiętam, szkoda mi jednak, że nie zapamiętujesz innych rzeczy, które ci mówię, ale przynajmniej wyjaśniliśmy sobie tę jedną kwestię w dość przejrzystym świetle, jak widzę.

Młody adept czuł się całkowicie zdezorientowany, dziwnie spojrzał na swego mentora (przecinek) wyrażając tym sposobem bardzo dokładnie, o co mu chodzi.

– No, w takim razie, mimo,(bez przecinka) że te rymy to rynsztok tej sztuki, to dajmy sobie dzisiaj spokój, coś mi nie daję(e) spokoju i rad byłbym (przecinek)abyś mnie teraz posłuchał.

– (...) Ów(Owa) niespodzianka,(bez przecinka) to być może okaże się lokator tamtej nad wyraz poczciwie wyglądającej siedziby, gdzie – zastanowił się chwilę – poczęstowaliśmy się odrobiną miodu. Oczywiście to tylko przeczucie i nie traktuje(ę) go szczerze zbyt poważnie, jednakowoż zawsze dobrze jest mieć plan w pogotowiu, dlatego zapalimy na noc latarnie(ę?) i przygotujemy „świetlisko”.

Przyjemy fragment, opisy nadal są "soczyste", jeśli można to tak określić, dialogi także niczego sobie, bohaterowie coraz bardziej mi się podobają. Czekam na kolejne fragmenty, bo ciekawi mnie zarówno stworzony przez ciebie świat, jak i to, co dalej będzie z mistrzem i jego podopiecznym. :)


A co do błędów: widzę, że Epon wkleił już linki, od siebie dodam małe naprowadzenie:

Kiedy opisujemy "odgłos wydany ustami", na przykład powiedział/mruknął/syknął/prychnął/szepnął zapisujemy bez kropki po wypowiedzi i z małej litery. Tu przykład:

– Zjedzmy coś – zasugerował chłopiec.

Jeśli zaś mówimy o czynności, która miała miejsce w trakcie mówienia, zapisujemy z kropką po wypowiedzi i z dużej litery. Na przykład:

– Zjedzmy coś. – Z brzucha chłopca dobyło się głośne burczenie.

Reszta to kwestia praktyki. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
Świetliskiem mistrz Vaak nazywał sztuczkę polegającą na manipulowaniu cieniem rąk tak, by ten tworzył sylwetki przeróżnych stworzeń. Skuteczność tego przedstawienia zależała w dużej mierze od przygotowania. By tajemnica widowiska nie wydała się zbyt szybko niczym kuglarska sztuczka na jarmarku miejskim, należało upiększyć seans oparami nieprzychylnej mary wieczornej i dźwiękami nieprzypominającymi żadnego ze znanych człowiekowi stworzeń. Najważniejszym z elementów było jednak odpowiednie naświetlenie. Ślad blasku musiał bowiem wyzierać spory kawałek poza miejsce ustawienia aktorów tak, aby niczego nieświadomy widz wpadł w objęcia „widma”. Dodatkowo noc sprzyjała temu pomysłowi, zmieniała ona niewinną zabawę w przerażające widziadła przyprawiające o złowrogi uścisk oplatający serce obserwatora.
Obaj przystąpili do przygotowań, Wiedzący odpiął od pasa jeden z dyndających flakoników, wyciągnął zatykający szyjkę korek, powąchał, zmarszczył czoło i kichnął. Regdar, odkąd poznał Hieronymusa Vaaka, dostrzegł kilka dziwactw, ale temu nie mógł się nadziwić aż do teraz. Za każdym razem, gdy mistrz odkorkowywał te menzurki wąchał je, a potem psikał. Chłopiec zląkł się, kiedy widział po raz pierwszy ów rytuał, że stary Vaak lubi sobie powąchać rożne podejrzane substancje dla poprawy samopoczucia. Lecz z biegiem czasu domyślił się, o co naprawdę chodzi. Hieronymus nie pamiętał, gdzie co ma. Nigdy nie zwracał uwagi na porządek wśród swoich składników aptekarskich i nieraz błądził, nim dostał poszukiwaną substancję. W pozostałych sprawach zachowywał nadmierną wręcz dokładność. Szczególnie w nauce kaligrafii. Toteż młody uczeń w sposobie bycia swego nauczyciela dostrzegł tę jedną słabość.
Przygotowania brnęły dalej, zawartość flakonika znalazła się na dłoni Vaaka. Czarne granulki wyglądały jak odchody zwierząt leśnych i tak też pachniały. Chłopiec wiedział jednak doskonale do czego służą te ingrediencje. Ich kontakt z ogniem rozdmuchiwał płomienie i wzmacniał natężenie żaru. Nauczyciel wyciągnął drugi pojemnik i wykonał dokładnie ten sam zestaw czynności, co przy poprzednim. Kompozycja tego drugiego objawiła się jako krwistoczerwony pył. Stary nasypał troszeczkę do małej torebki i włożył ją do kieszeni płaszcza. Następnie odkorkował jeszcze jedną z zapiętych u pasa flaszeczek. W tej zaś odbijała się ciecz nieznanej barwy. Ulotnił się nieprzyjemny zapach moczu. Regdar orientował się skąd pochodzi. Uryna była psia i stanowiła ważny składnik wśród asortymentu Wiedzącego, mianowicie proszek koloru krwi rozpuszczał się w szczynach i uchodził w przestrzeń w postaci oparów. Lampion wyposażono w cztery małe, woskowe świeczki, na czubku knota każdej z nich zaczepiono wzmacniacz. Dwóch awanturników usiadło pod głazem. Regdar odnalazł w czeluściach swej torby podróżnej ostatni niezbędny przedmiot, pięknie rzeźbiony, wykonany z ciemnego drzewa instrument – flet. Dmuchnął dla próby, flet wydał wyraźny, pełny dźwięk, zagrał krótką melodię dla przypomnienia sobie z grubsza tonacji. Ostatnie narzędzie miało posłużyć jako źródło upiornego skrzypienia, Regdarowi udawało się to bez większych problemów. Po skończonych przygotowaniach obaj usiedli, otulając się odzieżą z powodu nasilającego zimna przychodzącego wraz z wiatrem. Czas, nieubłagany władca świata, płynął dalej, nie bacząc na dwóch szczelnie opancerzonych wędrowców zmagających się z porywistymi podmuchami niewidzialnego wroga. Siedzieli osłonięci dużym głazem, co dawało im lekką przewagę w tej potyczce. Słońce skryło się za horyzontem. Świat znikł w ciemnościach, wielkie góry wydawały się sklepić z nieboskłonem otwierającym błyszczące oczy.
Vaak zapalił swoją latarnię. Nie miał problemów z pozyskaniem płomienia. Krąg ludzi, z którego pochodził, bardzo dobrze rozumiał naturę ognia. Potrafił nim zwodzić, zaklinać, wręcz czarować. Knot zajął się gwałtownie, a blask potężniał w miarę gdy pożoga obejmowała kolejne woskowe iglice namaszczone tajemnym komponentem. Gwiazdy na dobre rozgościły się na nocnym niebie, nawet wiatr ucichł, zapanowała głęboka cisza i spokój. Podróżnicy poczuli znużenie i nadchodzący sen. Ostatnie dni minęły bez większej ilości jedzenia, jak i snu. Głowy stały się ociężałe, a wzrok błądził gdzieś w mrok nocy przed światłem.
Mistrz Vaak siedział ze skrzyżowanymi nogami oparty o zimny kamień. Chłopiec usadowił się naprzeciwko niego w ręku dzierżył instrument. Bawił się nim, zatykając wszystkie otwory i próbując w weń dmuchać. Żaden z nich nie zauważył, kiedy dokładnie zasnął. Pogrążeni w upragnionym śnie na chwilę zapomnieli o planie. Szybko jednak musieli sobie o nim przypomnieć, gdyż wśród ciszy dał o sobie znać płynący dźwięk. Na początku ledwo słyszalny, miarowo przybierał na sile. W pewnym momencie stał się na tyle głośny, że wyrwał ze snu strudzonych wędrowców. Lekko zdekoncentrowani przystąpili do realizacji wcześniej przygotowanego spektaklu.
Vaak wysypał z woreczka wcześniej schowany tam proszek do pojemnika z psim moczem. Chwilę potem intensywnie poczęły wzbierać wyziewy, wypływające ku górze. Oplatały kamienną bryłę i torując sobie ścieżkę ku śladom światła, stanęły w jego ujściu. Na świetlisty szlak wysunęła się cienista sylwetka wyglądająca niczym ptak z rozłożystymi skrzydłami i głową psa. Vaak ustawił się tak, by silny blask rzucany przez gorejące świece padał na jego dłonie splecione w dziwny układ. Nie wiedział ile ma jeszcze darowanego czasu do momentu, aż siła sprawcza zgaśnie, posyłając w niebyt upiora, którego sam stworzył. Regdar zaczął dmuchać w instrument. Głośny wizg będący dziełem ucznia zagłuszył wszystko inne. Świst przeszył powietrze jeszcze kilka razy, ustając wraz z dopalającymi się świecami i umierającym blaskiem.
Gdyby ktoś spojrzał w miejsce, gdzie stał dziwnie osobliwy głaz. Ujrzałby mglistą falę oblepiającą zimną powierzchnię skały. Zobaczyłby także miarowo gasnący snop światła padający daleko poza niego. Ujrzałby w końcu cień ptasiej kreatury wychylający się wraz z jasnością. Gdyby spoglądał na to zjawisko człowiek, z pewnością uciekłby czym prędzej ze strachu przed nieznanym monstrum i piskiem, który wydawało. Jednak to nie człowiek obserwował w tamtym czasie owe miejsce.
Napastnikiem okazał się rój pszczół forsujący naturalną barykadę. W momencie, gdy w poświacie ujawniła się nacierająca armia, paliwo lampionu kończyło swój naturalny cykl, pozostawiając ukrywających się samych z nieprzyjacielem. Wiedzący czym prędzej pochwycił swój katalizator światła, każąc Regdarowi stanąć blisko niego. Pszczoły otoczyły złodziei miodu, krążąc i ściskając ich nieustannie. Nie kąsały. W końcu ruszyły, Regdar poczuł jakby jakieś silne ramię chwyciło go pod ramionami, próbował walczyć, lecz na próżno, chwyt okazał się za mocny. Spostrzegł, że nogi odrywają mu się od podłoża. Nerwowo szarpnął całym ciałem zaraz potem poszukał wzrokiem mistrza. Zobaczył, iż ten nie wykonuje gwałtownych ruchów. Postanowił pójść w jego ślady. Skoro mistrz Vaak poddał się woli napastnika, głupim by było szarpać się bez sensu, a lepiej wyczekać na dogodny moment. Brzęczenie owadów było równie silne, jak ich uścisk na ciele, a dodatkowo mimo nocnej czerni, dawało się je zauważyć, gdy przecinały przestrzeń przed nosem. Porwały swe ofiary w górę i odleciały, sunąc w nieznanym kierunku.
Regdar z niepokojem spoglądał w dół, nie wiedział dokładnie, jak wysoko się znajduje, nie dostrzegał żadnych kształtów. Lot trwał nie dłużej niż atak agresywnych pszczół. Zakończył się lekkim lądowaniem wśród ciemnego legowiska stworzonego z rdestu. Regdar wciąż oszołomiony zrozumiał, iż leży i nie ma ochoty ruszać z miejsca. Niemożność opanowała go od stóp po końce palców u dłoni, to uczucie wyolbrzymiał dodatkowo strach, ten najbardziej pierwotny, przed nieznanym. W uszach wciąż krążył spotęgowany szmer owadzich skrzydeł i pobrzękiwania stworzeń, które wydawały się ze sobą porozumiewać w jedynie im znanej mowie.
Noc, jeszcze młoda, dopiero rozpoczynała swoją biesiadę, do świtu prowadziła daleka droga. Regdar podniósł wzrok ku górze, spostrzegł duży, biały, kulisty kształt, księżyc. Świecił jasno, rzucał swą poświatę na duży budynek, tak dobrze znany chłopcu i jego mistrzowi z ostatniej eskapady. Hala wciąż nie odsłaniała tajemnic w niej ukrytych, tylko mrowie insektów niecierpliwie przebierało skrzydełkami, jakby czegoś wyczekując. Mistrz Vaak, odzyskawszy równowagę, wspierając się na latarni, wybałuszył oczy ku mrocznemu otworowi w centralnej części ściany frontowej. Wyglądało, iż czeka na pojawienie się gospodarza, ten nie chciał jednak wyjść, nie można było nawet rozeznać, czy ktokolwiek w środku się znajduję i wyczekuje „gości”.
Wiedzący uznał za najlepsze wyjście przejęcie inicjatywy, wystąpił do przodu. Regdar, nie chcąc stać samotnie niczym sroka na kupie gnoju, ruszył za nim. Podeszli pod tonący w czerni portal. Złapani krzywdziciele pszczelego rodu stali teraz zafrasowani. Z jednej strony należało iść dalej za ciosem i zapukać w drzwi, z drugiej strony w takich okolicznościach w głowie pojawiają się imaginacje tego, jaki los może spotkać po przekroczeniu tej bariery. Frasobliwe wyobrażenia rozmyły się prędko, gdy ni z tego, ni z owego leciutki dźwięk pukania palcem o masywne wrota dotarł do uszu mędrca. Ujrzał rękę chłopca uderzająca o dębową powierzchnię i poczuł ulgę.
Stukanie ustało, a ze środka nie dotarła żadna odpowiedź. Zdenerwowany Vaak chwycił kostur, następnie końcem u dołu uderzył w potężną bramę. Poskutkowało, odzew stał się wyraźny. Mistrz i adept cofnęli się, uważając, by nie wpaść w pszczelą sieć. Wrota zaskrzypiały, powoli odsłaniając skrywane wewnątrz hali cienie.
Heroizm nie jest w samych bitwach, ale we wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem, bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.

Cyprian Kamil Norwid

Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości