Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Jak krwawi Bóg?
#1
Pewnie znajdzie się trochę błędów. Mam cichą nadzieję, że ktoś wytrwa do ostatniej litery.

Jak krwawi Bóg?
— Nie lubię dziękować i prosić. Może nawet nienawidzę. Nie cierpię ludzi, którzy wpieprzają się ze swoją dobrocią, dobrymi radami i pomocnymi dłońmi, gdy ich o to nie prosisz. Jak potrzebuję pomocy, to o nią uprzejmie, bądź mniej uprzejmie proszę. Nie cierpię osób, które ci pomagają, bez twojej wiedzy. Potem niby nic nie chcą, ale tak naprawdę czekają, aż zrobisz im mentalną laskę. Być może nie wszyscy. Na pewno nie wszyscy, ale nawet takim osobom ciężko mi podziękować, jeżeli ich o coś nie prosiłem. Wiem, że mam osoby, na które mogę liczyć. Znamy się od lat. Wiem też, że mam osoby, na które nie mogę liczyć. Znamy się od lat… W kręgu osób, które znasz od dawna, z którymi dorastałeś. To wszystko funkcjonuje jakoś... inaczej. Nie musisz mówić „proszę”, żeby o coś poprosić. Oni po prostu wiedzą. Rozumiesz? Im zawsze wypada podziękować, oczywiście… o ile się nie narzucają. Poza tym, jakoś nie przywykłem do proszenia o pomoc… W życiu chyba dość często przepraszałem. Za często. Pomimo ogromu spieprzonych spraw. Za często.
— Stary, ale cię wzięło na sentencje.
— Trochę.
— Już po trzeciej. Wracamy? Wypiździło mnie i zaraz mam nocny autobus.
— Jasne, mi też jest zimno. Kiedy powtórka?
— Jakoś się zgadamy… Siema!
Drobne gesty, które stały się nieodłączną częścią naszego życia. Jeden ruch dłonią wystarczy, żeby kogoś urazić albo usatysfakcjonować.
— Siema!
Lubię bezchmurne niebo nocą, rozświetlane miliardami malutkich punkcików. Mogę spędzić całą noc na gapieniu się w nie albo na księżyc w pełni… Mają w sobie coś przykuwającego uwagę. Tak, jak lubię, od czasu do czasu pójść do baru i posłuchać ludzi. O ich problemach. Pooddychać dymem z fajek. Traktuję to chyba, jako formę integracji ze społeczeństwem. Lubię takie noce, są piękne. Zwłaszcza jak jestem trochę wypity, mam słuchawki i czas na przemyślenia. W sensie, że kawał drogi do przejścia. Po drodze mijasz jakichś gnoi, którzy mogą się przyczepić o byle gówno, ale masz ich w dupie. Nie zwracasz na nich uwagi. Idziesz dalej, ślepo ufając, że nic ci się nie stanie… Naiwne? Na koniec trafiasz do czterech ścian, do ciepłego łóżka i jesteś szczęśliwy, bo w takim stanie chcesz tylko tego. Przez ten dzień, lub dwa, twoje pragnienie szczęścia ograniczy się do minimum. Napij się, załatw, śpij, nie jedz. Po to, żebyś potem znów mógł stawiać sobie wyzwania. W każdym razie, coś w ten deseń.

***
— Jesz obiad?
Przebudziłem się. Światło raziło mnie po oczach i bolała mnie głowa. Zobaczyłem moją siostrę stojącą w wejściu do mojego pokoju.
— Co? — spytałem niewyraźnie.
— Pytam, czy jesz obiad.
— Nie, zjem potem. Zasłoń żaluzje.
— Sam sobie zasłoń.
Nienawidzę, gdy ktoś mnie budzi, choćbym nie wiem jak próbował, nie mogę potem zasnąć. Przeleżę jeszcze godzinę w łóżku i wstanę.
Ból głowy nie pozwolił mi nawet na to. Poszedłem do łazienki. Napiłem się trochę wody z kranu, załatwiłem i postanowiłem poszukać czegoś, co zmniejszy moje cierpienie. Poszedłem do kuchni z nadzieja, że znajdę tam jakiś Apap, cokolwiek.
— Kacyk? — Kąśliwe, pomyślałem.
— A jak myślisz?
— Trzeba było nie pić.
Zawsze to samo. Wydaje mi się, że mama tylko czeka, aż wyjdę skacowany i będzie mogła wypowiedzieć te słowa.
— Co jest takiego fajnego w marznięciu i szlajaniu się po nocach? — spytała. Chyba wyczułem troskę w jej głosie.
— Jeszcze nie wiem. Kiedyś ci powiem. Na razie idę spać.
— Idź. A… babcia jest w szpitalu, zajdź do niej po szkole.
— Co się stało?
— Na razie nie wiadomo. — Wie, tylko nie chce powiedzieć.
— Jutro do niej zajdę. Idę spać.
I tak nie zasnę, poczytam jakieś gówno z nadzieją, że mnie znuży i może wtedy się uda.
***
Nienawidzę poniedziałków. Pewnie jak wszyscy. Ciężko wstać mi z łóżka i wziąć się do roboty. Jak to się uda, to już jakoś leci. Norma. Wszyscy pieprzeni przeciętniacy tak mają. W poniedziałki przeważnie spóźniam się na autobus. Chociaż tyle dobrze. Nie muszę się cisnąć jak sardynka, jadąc tym po siódmej. W zatłoczonym autobusie, w którym, w zależności od pory roku, albo śmierdzi potem, albo wszędzie leży pełno błota i śmierdzi, a menel, który jest źródłem odoru, ubzdurał sobie, że jesteś jego najlepszym kumplem i nie chce albo nie jest w stanie zrozumieć twojego tłumaczenia, żeby się odjebał. Nieraz dochodzi jeszcze staruszka, która jest święcie przekonana, że nie może usiąść na siedzeniu obok ciebie. Nie, ona oprócz w Jezusa wierzy w to, że musisz jej ustąpić twojego miejsca i najlepiej wysiąść z autobusu. Inaczej zaatakuje cię gruźliczym kaszlem, niby niechcący, ale w jej oczach widzisz szczerą chęć mordu. Kurwa, co za ludzie… Pewnie oni myślą podobnie o mnie. Pewnie za bardzo się od nich nie różnię.
Zebrałem wczorajsze ciuchy z podłogi, ubrałem się, zarzuciłem plecak na plecy i czym prędzej udałem się do wyjścia, zanim ucieknie mi następny autobus. W tym można spotkać kilka miłych osób. Pannę, z którą kręcisz i od czasu do czasu się umówicie, znajomego dilera, nieraz nawet trafi się ulubiony kierowca. No i zauważyłem, że autobusami po ósmej jeździ zaskakująco mało meneli i staruszek.
— Wychodzę!
— Znowu zaspałeś. Wyrzucą cię w końcu z tej szkoły.
— Już wyrzucili — rzuciłem krótko. Zauważyłem, że moje rozmowy z bliskimi ostatnio przybrały bardzo dziwną formę.
— Co?
— Nic, idę.
Po przeprowadzce mieszkam w nie najgorszej okolicy, ale zostałem wyrwany z mojego… „naturalnego środowiska”. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do nowego otoczenia. Mam tutaj kilku znajomych, ale to nie to samo. Poza tym, chyba wszystko jest tak samo. Tak samo brudne chodniki, poniszczone przystanki i spóźniające się autobusy.
Znajomej nie ma, ale za to jest ulubiony kierowca. Jadąc autobusem, zawsze uderza we mnie nudność tego miasta. To miasto budzi się tylko na mecze speedwayu, za co nienawidzę jego władz i mieszkańców. Władz, ponieważ jeżeli jest jakaś inna inicjatywa, prócz festiwalu we wrześniu i meczy speedwayu, to organizacja jest żałosna. Ludzi, bo na to pozwalają. Codziennie przez osiemdziesiąt minut toczę taką małą walkę z myślami. Całkiem długo i często, w porównaniu z resztą społeczeństwa.
Szkoła… nawet nie komentuję.
— Cześć Bartek.
— A, cześć Monika. — Stała obok mnie rudowłosa dziewczyna. Jedna z nielicznych w szkole. Ehh… czasem się zastanawiam, co ja tutaj robię.
— Znowu się spóźniłeś?
— Ciii, tak bywa.
— Przyniosłeś coś na szlachetną paczkę? — Wie, że nie przyniosłem, więc po co pyta?
— Zapomniałem. — Starałem się zrobić najbardziej zakłopotaną minę, jaką mogłem. Ale nie dała się nabrać.
— Wiedziałam, że nic nie przyniesiesz. Mamy teraz dwa okienka, potem matematykę, a za religię przenieśli nam wychowawczą. Kończymy wcześniej.
— To na chuj ja przyjeżdżałem?
Moja znajoma zrobiła bardzo wymowną minę.
— Możesz iść i kupić coś do szlachetnej paczki. Dasz mi na wychowawczej.
— Zobaczę.
Obróciła się i poszła… Często tak robią.
Mam wolne prawie dwie godziny. Odwiedzę babcię, walnę piwko i na lekcje… albo po prostu odwiedzę babcię.
***
Nienawidzę szpitali. Śmierdzi w nich strachem i śmiercią. Przytłaczają mnie, pewnie jak większość ludzi. Zaraz, które to było piętro? Chyba… trzecie, onkologia. Ech, cholera. Numeru pokoju i tak nie pamiętam.
— Przepraszam, w którym pokoju leży Minerwa Manut? — Liczyłem na to, że spotkam jakąś ładniutką studentkę medycyny na praktykach, a trafiła się Anna Grodzka.
— Pod numerem trzysta dwadzieścia cztery — powiedziała tonem, jakby wyczytała z moich oczu komentarz na temat jej aparycji.
— Dziękuję bardzo.
Chorzy ludzie… może nie tyle, co wzbudzają we mnie współczucie, ale dają do myślenia.
Wszedłem do pokoju trzysta dwadzieścia cztery, cicho się witając. Dwa łóżka były wolne, jedna starsza kobieta leżała na boku i co chwilę pojękiwała trzymając się za brzuch. Posmutniałem. Znalazłem babcię. Nie ruszyła śniadania. Oprócz tego zauważyłem kilka domowych wyrobów. Pewnie ciotka Gośka wpadła.
— Bartuś?
— Dzień dobry, babciu. Jak leci? — Wyglądała nie najgorzej. Tylko na trochę zmęczoną. Właśnie sobie uświadomiłem, że pomimo tego, że często ją odwiedzam i utrzymujemy dobre kontakty, to zupełnie nie wiem, o czym mam z nią rozmawiać. Zawsze poruszamy jakieś pierdoły. Co w szkole? Z dziadkiem rozmawiam o sporcie, a czasem opowiada o przygodach w pracy, zanim przeszedł na emeryturę. Nie jestem pewien, czy tego ode mnie oczekują… Dlaczego zastanawiam się nad tym, czego ktoś ode mnie oczekuje? Chyba wywierają na mnie delikatną presję. Czasem da się dość mocno odczuć, że chcą, żebym był taki jak mój tata. To za dużo i nie mam takiego celu, ale chyba jakoś to się we mnie zakorzeniło i daje o sobie znać w takich sytuacjach.
— A jak się może czuć człowiek w szpitalu? Boli mnie cały bok, tutaj — powiedziała, pokazując prawy bok.
— Lekarz coś mówił?
— Na razie nie, jutro zaczną mi robić badania. Tomografię i… i… i… i coś tam jeszcze. Wyleciało mi teraz z głowy.
— Mariusz u ciebie był?
— Nie, wpadła tylko Gosia. Nie masz teraz lekcji czy znowu uciekłeś?
— Spokojnie, mam dwa okienka. Może skoczyć ci do kiosku po jakąś gazetę albo krzyżówkę, albo coś do jedzenia?
— Nie, synek, nic nie chcę — powiedziała słabym głosem.
Siedziałem z babcią i poruszaliśmy te same tematy. Nie wiedziałem, o co mam pytać. Starałem się, ale rozmowa szybko się urywała.
— Wnuczek faktycznie jest przystojny, Pani Manut — powiedziała kobieta w białym fartuchu, stojąc w drzwiach, przez które jakiś czas temu przeszedłem. — Idziemy na pierwsze badania.
— Teraz? — spytała zdziwiona.
— Tak, tak jak panią informowaliśmy.
— Muszę iść.
— Ok, wpadnę jutro. — Przytuliłem babcię, spojrzałem na panią doktor i wyszedłem z sali.
Szkołę, do której chodzę, i szpital dzielą tylko dwie ulice. Zostało mi jeszcze sporo czasu. Ciekawe, jak go zmarnuję.
***
Resztę wolnego czasu przesiedziałem na szkolnej, ławce słuchając muzyki. Żałuję, że nie mogłem spędzić więcej czasu z babcią. Na matematykę nie poszedłem, ktoś mi coś wspomniał o kartkówce. Zastosowałem więc tzw. odwrót taktyczny… Została wychowawcza. W międzyczasie podtrułem się trochę LM’em. Lekcja, przerwa, lekcja.
Nie przepadam za moją klasą. Nie jesteśmy zbyt zgrani. Kilku buców. Pajace, którzy myślą, że są śmieszni. Blondynka, która ma mega wkurwiający głos. Nerdy, całkiem spoko, jeżeli chodzi o przedmioty zawodowe albo nowinki technologiczne. Mam z kim wymieniać poglądy, no i oni nie pozują. Dwóch kumpli, ogarniamy mniej więcej podobne tematy, mamy zupełnie odmienne charaktery i wspólny plan na biznes po studiach. Lubię to w ludziach. No i Monika, która zaraz się przyczepi, ponieważ nic nie przyniosłem na szlachetną paczkę.
— Manut! — zawołała moja wychowawczyni. Wrzód na dupie. Skończyła germanistykę. Chyba to się kończy, kiedy uczy się niemieckiego. Nienawidzi mnie, odkąd delikatnie dałem jej do zrozumienia, że czepia się naszych ambicji, a sama uczy w szkole. Ja nienawidzę jej, odkąd chce mi udowodnić, że na germanistyce zrobili z niej Philipa Zimbardo. To wyjątkowo wkurzająca cecha u ludzi, jeszcze bardziej u nauczycieli, a najbardziej u wychowawców.
— Słucham.
— Cały dzień dzisiaj cię nie było.
— Zaspałem — powiedziałem obojętnym tonem.
— A tydzień temu?
— Również.
— Nieobecności z tamtego tygodnia nie możesz już usprawiedliwić. Do końca tego, przynieś mi usprawiedliwienie za dzisiaj. I… zostań po lekcji.
— Nie ma sprawy. — Mój eufemizm do „mam to w dupie”.
Przyczepiła się do innych uczniów o nieobecności i jakieś uwagi, mówiła coś o dorosłości i wywiązywaniu się z obowiązków. Sama się nie wywiązuje ze swoich, bo na niemieckim przez całą lekcję pierdolimy o dupie Maryny. Po klasie to spłynęło, w tej kwesty jesteśmy wszyscy zgodni. Potem postanowiła zrealizować jeden ze swoich genialnych pomysłów.
— Zostało nam mało czasu, ale myślę, że zdążymy. Dostaniecie ode mnie kartkę i każdy z was napisze mi, jak rozumie dorosłość. — Żałosne, ale ona jak najbardziej była zadowolona z siebie. Klasa podeszła do sprawy jak najbardziej poważnie. Mi udało się wymyślić tylko elokwentne „Sram na to”. I to jest dopiero żałosne, ale na chwilę poprawia mi humor. Więc dlaczego miałbym tego nie zrobić? Nie ważne.
Podczas gdy reszta osób siliła się na dojrzałość bądź oryginalność, ja dostałem sms ‘a.
„Stary, pamiętaj, że ugadaliśmy się dzisiaj na piwko”.
—Okej — powiedziała Monika, wychodząc na środek klasy. — Dajcie mi jeszcze szybko rzeczy na szlachetną paczkę. Ty pewnie nie masz, co? — powiedziała, patrząc w moją stronę, a na jej twarzy można było dostrzec delikatne oburzenie.
— Zapomniałem.
— Jak zwykle.
— Inni też się za bardzo nie wysilili. Siedem osób na dwadzieścia trzy. Kurwa… nowy rekord.
— Z wami nic się nie da zrobić.
— Czemu, mówisz to mi. Czepiaj się kogoś innego.
— Monika ma rację. Z wami nic się nie da zrobić. A ty jak zwykle zapomniałeś — wtrąciła wychowawczyni. — Nie życzę ci źle, ale powinieneś trochę dostać od życia po tyłku. Z takim podejściem skończysz sam, nie będziesz miał nikogo. Ciężko ci przynieść coś do szkoły, cukier, mąkę? Tamten chłopiec jest chory, ty możesz normalnie funkcjonować…, ale.
— Super, tamten chłopiec jest chory, a ja nie. Za to ja mogłem być pieprzonym Billem Gatesem, zamiast chodzić do szkoły śmierdzącej uryną i słuchać w niej wykładów niespełnionych psychologów. — Wiem, że trzeba pomagać i zawsze to robię. Po prostu nienawidzę, kiedy ktoś próbuje mnie tak umoralniać. Wkurwia mnie to.
Do końca lekcji zostało mniej niż pięć minut, ale jeszcze zdążyła nam nawrzuca, że chodząc do jednego z najlepszych technikum w województwie, to nie wypada i że niby jak my się zachowujemy. Prawdopodobnie moja klasa nie przetrwa tego roku, faktycznie jesteśmy okropni. W sumie, nie ma co się dziwić. Na początku pierwszej klasy, dyrekcja wzięła ponad dwadzieścia osób z średnią nieprzekraczającą trzy i pół, dorzuciła kilku czwórkowych uczniów i, kurwa, liczyła na cud. Co roku tak robią, zawsze jedna klasa znacznie odstaje od innych, co roku się dziwią. Mniejsza o to.
Koniec lekcji. Oddałem kartkę z moimi wypocinami na temat dorosłości. Nie miałem najmniejszej ochoty zostawać w klasie, mimo że wychowawczyni próbowała zatrzymać mnie przy drzwiach. Po prostu wyszedłem. Jak każdy przeciętniak.
***
Od jakiegoś czasu darzę sympatią nowo otwarty pub w moim mieście. Mają tam bardzo dobre piwo z tanka, wygodne kufle (tak, niektóre są niewygodne) i historyjki na podkładkach pod kufel. Poza tym dość często puszczają tam „Perfect”. Przez co, w mojej skali, nad innymi lokalami mają co najmniej dziesięć punktów przewagi. Miałem się tutaj spotkać z moim najlepszym kumplem, ostatnio dość dawno się nie widzieliśmy. Przyszedł, siedzieliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy. Bar był prawie pusty. Nie daleko nas siedziały trzy osoby. Z ich rozmowy wyszło, że są kuzynostwem, że bardzo dużo ich łączy i że również bardzo dawno się nie widzieli.
Alkohol rozplątuje języki. Kuzynostwo mówiło coraz głośniej, coraz bardziej sentymentalnie i agresywnie. Na moment wsłuchałem się w ich rozmowę. W sumie ciężko było się nie wsłuchać. Mój kumpel poszedł do toalety, a oni prawie krzyczeli.
— Pamiętam, całe dnie spędzaliśmy razem. Co u Klaudii i Pauliny? — mówił jeden z nich.
— Klaudia się wyprowadziła po śmierci taty, a Paulina mieszka z nami, jej mężem i mamą. Przeprowadziliśmy się do nich po śmierci taty.
— A, dawno nie byłem u wujka na grobie.
— Daj spokój.
— Dlaczego?
— Wiesz, czego się dowiedziałem? — powiedział jeden z nich z nienawiścią w głosie. Na moment zamilkli. — Kiedy mama była z nami w ciąży, tata napierdalał ją po brzuchu… Nie chciał, żebyśmy się urodzili. Rozumiesz!? — Mówił agresywnie, bez słabości w głosie.
Uderzyło to we mnie. Najczęściej i najmocniej ranią nas najbliżsi.
Wojtek wrócił z ubikacji. Dopiliśmy piwo, wyszliśmy z baru, pożegnaliśmy się i poszliśmy do domu.
***
Ludzie z mojego otoczenia nie potrafią rozmawiać. Wszystkich ich łączy wspólna cecha: mają skłonność do udawania, że słuchają, że jest dobrze, jak jest źle, że coś ich obchodzi. Przynajmniej tak mi się wydaje. Jak coś się zmienia, to automatycznie udają, że jest jak dawniej. Może po prostu nie zauważają zmian? Jak im coś nie pasuje, to krzyczą albo się dziwią, nieraz przejawiają jeszcze brak akceptacji wobec zmian, które zaszły u ciebie. Egoiści. Rodzina chyba nie wieży, że sam zadbam o moje sprawy. Niektórzy kumple chyba nie zauważyli, że się zmieniłem. Wciąż słyszą to, co chcą, zamiast tego, co mówię.
***
„Nie do zniesienia jest fakt, że wszystko można znieść”, chyba jakoś tak ujął to kiedyś Arthur Rimbaud. To wszystko jest mega posrane. Ludzie, miejsca, moda. „Idziesz do pracy, której nie lubisz, zarabiać pieniądze na niepotrzebne ci gówna”, chyba wyłapałem to w jakimś filmie. Tutaj wysiadam. Kolejny dwudziestominutowy pojedynek z myślami. Rozwesel się, brzydki gnoju, jest weekend, idziesz się bawić... Bawić? Zalejecie się, tylko tym razem w większym gronie i zamiast marznąć gdzieś z flaszką w dłoni, w chłodny jesienny wieczór, będziecie pili w ciepłym mieszkaniu, w gronie większym niż pięć czy sześć osób, w przy okazji kilka panien usiądzie ci na kolanach po zatańczeniu z nimi. Tak, to jest zabawa. Przykre?
Wszedłem do bloku, słabo znałem właściciela dzisiejszego mieszkania, ale na tyle dobrze, żeby zaszczycił mnie propozycją napicia się u niego w domu. Pierwsze piętro, drugie, zacząłem słyszeć muzykę, wszedłem na trzecie piętro, zza drzwi stojących na wprost schodów wydobywały się odgłosy dobrej zabawy. Porzuciłem weltschmerz i zapukałem trzy razy. Nikt nie otwierał, więc po prostu wszedłem do mieszkania. Na wejściu powitała mnie znajoma blondynka, będąca we wskazującym stanie. W mieszkaniu unosił się zapach trawki.
—Czeeść, nie wiedziałam, że tu będziesz.
— Cześć, ja też nie wiedziałem. — Przytuliliśmy się na powitanie.
— Chodź do reszty — powiedziała, zostawiając mnie w przedpokoju.
Wszedłem do salonu, siedziało tam kilku moich znajomych, przywitałem się i zaczęliśmy pić, rozmawiać o niczym, podjąłem kilka nieudolnych prób tanecznych. Blondynka, która przywitała mnie na początku, na moje oko dobrze się bawiła, od czasu do czasu rzucając spojrzenia w moją stronę. Podobam się jej. Wiem to od jej kumpeli.
— Bart! — usłyszałem, wchodząc do kuchni. Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
— O, siema, stary. Czekałem na ciebie — powiedziałem.
— A co, jest drętwo?
— Nie, ale z tobą jakoś lepiej mi się bawi.
— Rozumiem, o czym mówisz. Chcesz się napić? — powiedział, podając mi flaszkę wódki.
— Jasne.
Znowu poszliśmy do salonu, byłem coraz bardziej pijany, znowu próbowałem tańczyć. Błędne koło.
— Idę do kibla, zaczekaj.
— A niby gdzie mam pójść? — odpowiedział Jarek, śmiejąc się.
Za cel obrałem ubikację, droga wydała mi się bardzo długa, nikt już nie tańczył, większość osób leżała bądź siedziała. Potknąłem się o kogoś leżącego na parkiecie. W końcu dotarłem do celu. Sikając, ledwo trafiłem do klozetu, ale czułem się zbawiony. Skończyłem, umyłem ręce, przejrzałem się w lustrze i wyszedłem z ubikacji. W przedpokoju zobaczyłem blondynkę, której się niby podobam lub podobałem. Puszczała pawia na czyjeś buty. Ten widok mnie trochę rozbawił. Poszedłem do salonu. Jarka tam nie było. W kuchni również go nie zastałem.
— Twój kumpel świruje na dworze?
— Co?
— Idź, sam zobacz.
Znalazłem nasze kurtki, ubrałem moją i zbiegłem po schodach do wyjścia z budynku. Mój kumpel siedział na schodach, wyglądał na rozdrażnionego.
— Co jest, stary? — spytałem.
Spojrzał na mnie, jakby przez moment się zastanawiał, kim jestem.
— Nic, chciałem dać mu w mordę, ale speniał.
— Wiedziałem, miałeś na mnie czekać, stary, poszedłem tylko się odlać.
— Marudzisz jak cipa.
Na chwilę zapanowała cisza.
— Masz rację, trzymaj twoją kurtkę. Spadamy?
— Co z twoją blondyną?
— Odpuszczam.
— A co, widziałeś jak lizała jaja innemu?
— Nie, jak puszcza bełta na czyjeś buty.
— Cha, cha, cha. Serio?
Roześmiałem się.
— Niestety.
— W takim razie idziemy, już po piątej.
Z ogromnym wysiłkiem dźwignął się na nogi, ubrał kurtkę i ruszyliśmy w kierunku dworca. Noc była pochmurna, nie było widać ani księżyca, ani gwiazd.
— W ogóle, jak ci leci?
— Tak sobie.
— Czemu?
— Babcia leży w szpitalu od miesiąca. Mój dziadek siedzi sam w domu, więc wpadam do niego jak najczęściej, żeby nie czuł się samotny. Marek mieszka bliżej, ale oczywiście nie może ruszyć dupy.
— A co z babcią?
— Rak… usiadł na płucach. — Poczułem, że do oczu napływają mi łzy.
— Mówią, że chcą wyciąć jedno płuco i niby powinno być okej… Skurwysyny.
— Dlaczego?
— Trzy razy robili biopsję. TRZY RAZY! Siedzi tam jakaś niedouczona pizda. Przez to babcia dostała odmy. Jeszcze pieniędzy wołają. Kurwa, nie choroba wykańcza ludzi, tylko oni. — Łzy stanęły w moich oczach, ale szybko je opanowałem, tak żeby Jarek się nie połapał.
Przez chwilę milczeliśmy.
— Jakoś się poukłada, zobaczysz.
— Ech… daj spokój.
Przez resztę podróży nie poruszaliśmy już takich tematów.
***
Mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, rok za rokiem. Moi przyjaciele znajdują dziewczyny, schodzą się, rozchodzą, piszą matury, ogarniają studia, prace, pensje, prawa jazdy, kupują samochody, przeprowadzają się, wyprowadzają. Żyją! Czuję się, jakby dopadła mnie stagnacja… Stagnacja i monomania. Moje dokonania są błahe i jestem samotny. Znajomi pamiętają o mnie, jak chcą się nawalić. Kumple, nie mam im za złe, są zajęci, wyjeżdżają: Berlin, Wrocław, Łódź. Ale jak wpadają, to zawsze pamiętają, gdzie mieszkam. Za niecały rok matura. Po raz pierwszy czuję przed nią lęk. Dziewczyna, z którą mogłem być, również się oddaliła ode mnie… Weź się w garść, posrańcu, inaczej nie będziesz miał nic. Odsuwasz od siebie ludzi, skończysz sam. JAK PIES! Nie lubisz się, gnoju, przyznaj to.
***
Wróciłem ze szkoły. To piątek, ale był ciężki. Kumpel wpadł na genialny pomysł, żeby wyprawić urodziny w czwartek. A ja na jeszcze genialniejszy pomysł, żeby w nich uczestniczyć. Na drugi dzień musiałem iść do szkoły, bo mam za dużo opuszczonych godzin. Więc siedziałem skacowany i śmierdzący na lekcjach. Nauczyciele chyba nie mają o mnie najlepszego zdania. Nie dziwię się im. Nie dziwię się też mamie. Martwi się, widzę jej przestraszone spojrzenie. Pewnie zastanawia się, czy szlajając się po nocach, ćpam. Nie mam jej tego za złe. Nie lubię jednego z ich spojrzeń. Kiedy wracam rano z imprezy, oni akurat siedzą przy stole i patrzą na mnie, jakbym ukradł im ostatnie pieniądze i poszedł za to pić, a oni nie mają czym posmarować chleba. Nie lubię też momentu, kiedy wracam rano, a oni akurat wychodzą do pracy, myślę wtedy, że mógłbym być już na swoim, zarabiać, mieszkać samemu i mieć święty spokój. Ogarnij się, gnoju.
— Byłeś w szkole? — spytała mama.
— A czemu miałbym nie być?
— Tak tylko pytam. Zjesz obiad?
— Potem.
— Babcia wyszła ze szpitala, odwiedź ją. Nie wiadomo, ile jeszcze z nami będzie — powiedziała z przejęciem.
— Ok, wpadnę do niej jutro. Idę spać.
***
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:
Jak krwawi Bóg?
— Nie lubię dziękować i prosić. Może nawet nienawidzę. Nie cierpię ludzi, którzy wpieprzają się ze swoją dobrocią, dobrymi radami i pomocnymi dłońmi, gdy ich o to, ( zbędny przecinek ) nie prosisz.
Na pewno, nie wszyscy, ale nawet takim osobą ( osobom ), ( zbędny przecinek ) ciężko mi podziękować, jeżeli ich o coś nie prosiłem. Po za ( poza ) tym, jakoś nie przywykłem, ( zbędny przecinek ) do proszenia o pomoc…
Lubię bezchmurne niebo nocą, rozświetlana miliardami, ( zbędny przecinek ) malutkich punkcików. Mogę spędzić całą noc, ( zbędny przecinek ) na gapieniu się w nie, ( tu też ) albo na księżyc w pełni…
O ich problemach, ( tu dałabym kropkę ) pooddychać dymem z fajek. Traktuję,( zbędny przecinek ) to chyba, jako formę integracji ze społeczeństwem.
Po drodze mijasz jakiś ( jakichś ) gnoi, którzy mogą się przyczepić,( zbędny przecinek ) o byle gówno, ale masz ich w dupie.
Nie zwracasz, ( zbędny przecinek ) na nich uwagi.
bo w takim stanie, ( zbędny przecinek ) chcesz tylko tego.
Zobaczyłem moją siostrę, ( tu raczej też zbędny przecinek ) stojącą w wejściu do mojego pokoju.
Ból głowy, ( zbędny przecinek ) nie pozwolił mi nawet na to. Napiłem się trochę wody z kranu, załatwiłem i postanowiłem poszukać, ( zbędny przecinek ) czegoś, co zmniejszy moje cierpienie. Poszedłem do kuchni, ( tu też zbędny )z nadzieja, że znajdę tam jakiś Apap, cokolwiek.
— Co jest takiego fajnego, ( zbędny przecinek ) w marznięciu i szlajaniu się po nocach? — spytała.
Pewnie, ( zbędny przecinek ) jak wszyscy.
Nie muszę się cisnąć, ( zbędny przecinek ) jak sardynka, jadąc tym po siódmej. W zatłoczonym autobusie, w którym, w zależności od pory roku, ( zbędny przecinek ) albo śmierdzi potem, albo wszędzie leży pełno błota i śmierdzi, a menel, który jest źródłem odoru, ubzdurał sobie, że jesteś jego najlepszym kumplem.
I ( nie powinno się rozpoczynać zdania od i ) nie chce, ( zbędny przecinek ) albo nie jest w stanie zrozumieć, ( tu też ) twojego tłumaczenia, żeby się odjebał.
Nie, ona oprócz w Jezusa, wieży ( wierzy ) w to, że musisz jej ustąpić twojego miejsca i najlepiej wysiąść z autobusu.
Zebrałem wczorajsze ciuchy z podłogi, ubrałem się, zarzuciłem plecak na plecy i czym prędzej udałem się do wyjścia, za nim ( zanim ) ucieknie mi następny autobus. No i zauważyłem, że autobusami po ósmej, ( zbędny przecinek ) jeździ zaskakująco mało meneli i staruszek.
Wyrzuca ( ą ) cię w końcu, ( zbędny przecinek ) z tej szkoły.
— Już wyrzucili. ( bez kropki ) — ( z małej litery ) Rzuciłem krótko.
Mam tutaj kilku znajomych, ale to, ( chyba zbędny przecinek ) nie to samo.
Po za ( poza ) tym, chyba wszystko jest tak samo.
To miasto budzi się tylko na mecze speedwayu. ( te dwa zdania powinieneś połączyć ) Za co, nienawidzę jego władz i mieszkańców.
— Przyniosłeś coś na szlachetną paczkę? — Wie, że nie przyniosłem, więc, ( zbędny przecinek ) po co pyta?
Mamy teraz dwa okienka, potem matematykę, a za religię, ( zbędny przecinek ) przenieśli nam wychowawczą.
Moja znajoma zrobiła, ( zbędny przecinek ) bardzo wymowną minę.
— Możesz iść i kupić coś, ( zbędny przecinek ) do szlachetnej paczki.
Eh ( raczej ech ), cholera.
— Liczyłem, ( zbędny przecinek ) na to, że spotkam jakąś ładniutką studentkę medycyny, ( tu też ) na praktykach, a trafiła się Anna Grodzka.
— Pod numerem trzysta dwadzieścia cztery — powiedziała tonem, jakby wyczytała z moich oczu, ( zbędny przecinek ) komentarz na temat jej aparycji.
Dwa łózka były wolne, jedna starsza kobieta, ( zbędny przecinek ) leżała na boku i co chwile ( ę ) pojękiwała trzymając się za brzuch. O prócz ( oprócz ) tego, ( zbędny przecinek ) zauważyłem, ( tu też ) kilka domowych wyrobów.
Co w szkole, ( tu dałabym znak zapytania i nowe zdanie ) z dziadkiem rozmawiam o sporcie, ( a ) czasem opowiada, ( zbędny przecinek ) o jego ( "jego" jest zbędne ) przygodach w pracy, zanim przeszedł na emeryturę.
Nie jestem pewnie ( pewien ) czy tego ode mnie oczekują… Dlaczego zastanawiam się, ( zbędny przecinek ) nad tym, czego ktoś, ( tu też ) ode mnie oczekuje?
I nie mam, ( zbędny przecinek i nie zaczynaj zdania od "i" ) takiego celu, ale chyba jakoś to się we mnie zakorzeniło i daje o sobie znać w takich sytuacjach.
— Lekarz, ( zbędny przecinek ) coś mówił?
Może skoczyć ci do kiosku, ( zbędny przecinek ) po jakąś gazetę, ( tu też ) albo krzyżówkę, albo coś do jedzenia?
Pozostałe fragmenty postaram się sprawdzić innym razem, dziś trochę padłam. Współczuję sprawdzającym, bo do niedawna pisałam tak jak ty. Tysiące zbędnych przecinków albo ich brak. Teraz jeszcze mi się zdarza. Wytknęłam interpunkcję tam, gdzie byłam pewna. To ciężka robota takie sprawdzanie:). O treści wypowiem się na koniec.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Cytat:Resztę wolnego czasu przesiedziałem na szkolnej ławce, ( zbędny przecinek ) słuchając muzyki.
Na matematykę nie poszedłem, ktoś, ( zbędny przecinek ) mi coś wspomniał o kartkówce.
Więc, ( Zastosowałem więc ) zastosowałem tzw. odwrót taktyczny…
W między czasie ( międzyczasie )podtrułem się trochę LM’em. Nerdy, całkiem spoko, jeżeli chodzi o przedmioty zawodowe, ( zbędny przecinek ) albo nowinki technologiczne.
Mam, ( zbędny przecinek ) z kim wymieniać poglądy, no i, oni nie pozują. Dwóch kumpli, ogarniamy mniej więcej, ( zbędny przecinek ) podobne tematy, mamy zupełnie odmienne charaktery i wspólny plan na biznes, ( zbędny przecinek )po studiach.
No i Monika, która zaraz się przyczepi, ponieważ nic nie przyniosłem, ( zbędny przecinek )na szlachetna paczkę.
Ja nienawidzę, ( zbędny przecinek )jej ( przecinek ) odkąd chce mi udowodnić, że na germanistyce zrobili z niej Philipa Zimbardo.
— Cały dzień, ( zbędny przecinek ) dzisiaj cię nie było.
Po czepiała ( poczepiała, jeśli musisz użyć takiego słowa ) się innych uczniów o nieobecności i jakieś uwagi, mówiła coś o dorosłości i wywiązywaniu się z obowiązków.
Klasa podeszła do sprawy, ( zbędny przecinek ) jak najbardziej poważnie.
Mi udało się wymyślić, ( zbędny przecinek ) tylko elokwentne „Sram na to”. I to, ( zbędny przecinek ) jest dopiero żałosne, ale na chwilę poprawia mi humor.
Więc, dlaczego miał bym ( miałbym ) tego nie zrobić? Nie ważne ( nieważne ).
Podczas gdy, ( tu chyba też zbędny przecinek )reszta osób siliła się na, ( zbędny przecinek ) dojrzałość, bądź oryginalność, ja dostałem sms ‘a.
—Okej — powiedziała Monika wychodząc na środek klasy. — Dajcie mi jeszcze, ( zbędny przecinek ) szybko rzeczy, ( zbędny przecinek ) na szlachetną paczkę. Ty pewnie nie masz, co? — powiedziała patrząc w moją stronę, ( a ) na jej twarzy, można było dostrzec, ( zbędny przecinek ) delikatne oburzenie.
— Z wami nic się nie da zrobić.
— Czemu, mówisz to mi ( szyk – czemu mnie to mówisz ).
— Monika ma rację. Z wami, ( zbędny przecinek ) nic się nie da zrobić. A ty ( przecinek ) jak zwykle zapomniałeś — wtrąciła wychowawczyni.
Ciężko ci przynieść coś, ( zbędny przecinek ) do szkoły, cukier, mąkę?
Za to ja, ( zbędny przecinek ) mogłem być pierzonym Billem Gatesem, zamiast chodzić do szkoły śmierdzącej uryną i słuchać w niej wykładów niespełnionych psychologów.
Do końca lekcji, ( zbędny przecinek ) zostało mniej niż pięć minut, ale jeszcze zdążyła nam na wrzuca ( nawrzucać ), że chodząc do jednego z najlepszych technikum w województwie, to nie wypada, i że niby ( tu chyba przecinek ) jak my się zachowujemy.
W sumie, nie ma, ( zbędny przecinek ) co się dziwić.
Na początku pierwszej klasy, ( zbędny przecinek ) dyrekcja wzięła ponad dwadzieścia osób, z ( ze ) średnią nieprzekraczającą trzy i poł, dorzuciła kilku czwórkowych uczniów i ( przecinek ) kurwa ( przecinek ) liczyli ( w tym kontekście, liczyła ) na cud.
Nie miałem najmniejszej ochoty zostawać w klasie, mimo, ( zbędny przecinek ) że wychowawczyni próbowała zatrzymać mnie przy drzwiach.
Przez co, w mojej skali, nad innymi lokalami mają, ( zbędny przecinek ) co najmniej dziesięć punktów przewagi.
— „ Klaudia się wyprowadziła, ( zbędny przecinek ) po śmierci taty, a Paulina mieszka z nami, jej mężem i mamą. Przeprowadziliśmy się do nich, ( zbędny przecinek ) po śmierci taty.”
— „Wiesz, czego się dowiedziałem?” — powiedział jeden z nich, ( zbędny przecinek ) z nienawiścią w głosie.

Dalsza część. Mam prośbę o naniesienie poprawek, które już są, bo mam wrażenie, że nie zależy ci na tym;/.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#4
Pospieszyłem się z wrzuceniem tego opowiadania(nie twierdzę tak z powodu błędów). Niedługo je z edytuję. Jak najbardziej doceniam, waszą pracę włożoną w poprawki i wyrażane opinie na temat mojej twórczości. Dzięki za zainteresowanie.
Odpowiedz
#5
Ja raczej poczekam, aż będą naniesione dotychczasowe poprawki.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
(07-01-2014, 19:34)Zaczytany napisał(a): Ludzie z mojego otoczenia, (bez przecinka) nie potrafią rozmawiać. Wszystkich ich łączy wspólna cecha… (dwukropek lub myślnik zamiast wielokropka) mają skłonność do udawania, że słuchają, że jest dobrze, jak jest źle, że coś ich obchodzi.

Przynajmniej,(bez przecinka) tak mi się wydaje. Jak coś się zmienia, to automatycznie udają, że jest jak dawniej. Może po prostu nie zauważają zmian? Jak im coś nie pasuje, to krzyczą,(bez przecinka) albo się dziwią, nieraz przejawiają jeszcze brak akceptacji, wobec zmian, które zaszły u ciebie. Egoiści. Rodzina,(bez przecinka) chyba nie wieży, że sam zadbam o moje sprawy. Niektórzy kumple, (bez przecinka)chyba nie zauważyli, że się zmieniłem. Wciąż słyszą,(bez przecinka) to, co chcą, zamiast tego, co mówię.

„Idziesz do pracy, której nie lubisz, zarabiać pieniądze, (bez przecinka)na niepotrzebne ci gówna”, chyba wyłapałem to w jakimś filmie.

Rozwesel się(przecinek) brzydki gnoju, jest weekend, idziesz się bawić... Bawić? Zalejecie się, tylko tym razem w większym gronie i zamiast marznąć gdzieś z flaszką w dłoni, (bez przecinka)w chłodny jesienny wieczór, będziecie pili w ciepłym mieszkaniu, w gronie większym niż pięć czy sześć osób, w między czasie(międzyczasie) kilka panien usiądzie ci na kolanach, (bez przecinka)po zatańczeniu z nimi.

Pierwsze piętro, drugie, zacząłem słyszeć muzykę, wszedłem na trzecie piętro, z za(zza) drzwi stojących na wprost schodów, (bez przecinka)wydobywały się odgłosy dobrej zabawy.

Nikt nie otwierał, więc po prostu wszedłem (do) mieszkania. Na wejściu powitała mnie znajoma blondynka, (bez przecinka)będąca we wskazującym wstanie.

Wszedłem do salonu, siedziało tam kilku moich znajomych, przywitałem się i zaczęliśmy pić, rozmawiać o niczym, w między czasie (międzyczasie) podjąłem kilka nieudolnych prób tanecznych.

Blondynka, która przywitała mnie na początku, na moje oko dobrze się bawiła, od czasu do czasu,(bez przecinka) rzucając spojrzenia w moją stronę. Podobam się jej. Wiem to, (bez przecinka)od jej kumpeli.

— Bart! — Usłyszałem (przecinek) wchodząc do kuchni. Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
— O, siema (przecinek) stary. Czekałem na ciebie — powiedziałem.

— A niby gdzie,(bez przecinka) mam pójść(znak zapytania) — odpowiedział Jarek, śmiejąc się.

Za cel obrałem ubikację, droga wydała mi się bardzo długa, nikt już nie tańczył, większość osób leżała,(bez przecinka) bądź siedziała.

W przedpokoju zobaczyłem blondynkę, której się niby podobam, (bez przecinka)lub podobałem.

Mój kumpel siedział, (bez przecinka)na schodach, wyglądał na rozdrażnionego.
— Co jest (przecinek) stary? — spytałem.
Spojrzał na mnie, jak by(jakby) przez moment się zastanawiał, kim jestem.

— Wiedziałem, miałeś na mnie czekać, stary(przecinek) poszedłem tylko się odlać.

— Babcia, (bez przecinka)leży w szpitalu od miesiąca. Mój dziadek siedzi sam w domu, więc wpadam do niego jak najczęściej, żeby nie czół(czuł) się samotny.

— Rak… usiadł na płucach(kropka) — poczułem(Poczułem), że do oczu napływają mi łzy.

— Mówią, że chcą wyciąć,(bez przecinka) jedno płuco i niby powinno być okej… Skurwysyny.

Moi przyjaciele,(bez przecinka) znajdują dziewczyny, schodzą się, rozchodzą, piszą matury, ogarniają studia, prace, pensje, prawa jazdy, kupują samochody, przeprowadzają się, wyprowadzają.

Weź się w garść(przecinek) posrańcu, inaczej nie będziesz miał nic. Odsuwasz od siebie ludzi, skończysz sam. JAK PIES! Nie lubisz się (przecinek) gnoju, przyznaj to.

Wróciłem,(bez przecinka) ze szkoły. (...) A ja,(bez przecinka) na jeszcze genialniejszy pomysł, żeby w nich uczestniczyć. Na drugi dzień musiałem iść do szkoły, bo mam za dużo opuszczonych godzin. Więc,(bez przecinka) siedziałem skacowany i śmierdzący na lekcjach.

Pewnie zastanawia się(przecinek) czy szlajając się po nocach ćpam.

(...)patrzą na mnie, jakbym ukradł im ostatnie pieniądze i poszedł za to pić, a oni nie mają,(bez przecinka) czym posmarować chleba. (...) Ogarnij się (przecinek)gnoju.

— A czemu,(bez przecinka) miał bym(miałbym) nie być?
— Tak, (bez przecinka)tylko pytam. Zjesz obiad?

Codziennie widzę tych samych meneli chlejących pod sklepami, (bez przecinka)na ławkach, w bramach, w klatkach.

Dziadek,(bez przecinka) ponad połowę życia przepracował, (bez przecinka)jako szef budowy, tłumacz, ławnik, pracownik firm wytwarzających maszyny rolnicze, radny.

Wsiadłem do autobusu i pomocowałem się z myślami, do puki(dopóki), (bez przecinka)nie dotarłem do kamienicy babci.

Po za tym, (bez przecinka)kiedyś taka nie była, (bez przecinka)albo ja tego tak nie odczuwałem.

Wszedłem do mieszkania, przy stole siedzieli,(bez przecinka) babcia, dziadek i najlepsza przyjaciółka babci. Na stole,(bez przecinka) jedzonko, ciasto, wódka.

Przywitałem się i usiadłem do stołu, czułem się nie swojo(nieswojo), nie wiedziałem, co mam powiedzieć ani jak się zachować. Jestem emocjonalnym idiotom(idiotą).

Nie wiem,(bez przecinka) dlaczego, ale zawsze odmawiam. Czy to imieniny, czy święta, po prostu odmawiam, kiedy rodzina pyta czy chcę z nimi pić. Z resztą,(bez przecinka) babcia tego nie pochwala. Siedzieliśmy przy stole. Wydaje mi się, że ten wieczór był ciężki, (bez przecinka)nie tylko dla mnie, i że wszyscy starali się uciekać od tematów chorób i im podobnych.

Wódka znikała, jedzenie również, w między czasie(międzyczasie) ktoś zadzwonił. Babcia się rozkleiła(przecinek) rozmawiając przez telefon.

— Jesteś moją najlepszą przyjaciółką… byłaś przy mnie, (bez przecinka)od zawsze… od pierwszych ciężkich chwil…

— Ale, (bez przecinka)jak ty możesz tak mówić.
— Cicho… — krzyknęła. Muszę to z siebie zrzucić. On… i to sprytnie — mówiła (przecinek) płacząc. — Tak, żeby nikt nie słyszał, kiedy tylko mógł, (bez przecinka)wyzywał mnie od najgorszych.

Ty kurwo… ty szmato… Ile człowiek może tak wytrzymać? — Łzy płynęły szerokimi strumieniami. Ja,(bez przecinka)starałem się zachować zimną krew… czekałem na rozwój sytuacji.

Myślę, że w życiu każdego człowieka,(bez przecinka) nadchodzi moment, kiedy nie wie, w co ma wierzyć i komu ufać. Kiedy wszystko, co znał(przecinek) nagle się wali. Ja,(bez przecinka) dalej czekałem, wpatrywałem się w dziadka. Unikał mojego spojrzenia. Nie patrzył na mnie. Patrzył na babcie(ę) zaciętym spojrzeniem.

Gdzie idę? Puki (Póki) co, (bez przecinka)przed siebie. (...) Kurwa (przecinek) genialne.

Codziennie, potem,(bez przecinka) co drugi dzień, co weekend, teraz nie wiem, (bez przecinka)co ile i nie wiem, dlaczego rzadziej.

Chyba nie chciałem truć ci dupy,(bez przecinka) moim użalaniem się. (...) Wiesz, (bez przecinka)co… Bóg krwawi… Dokładnie… Bóg krwawi… Bóg krwawi naszym bólem, sprawami, które nie opuszczają progów naszych mieszkań, domów, umysłów… osobistych spraw… Wymiotuje naszą nie poradnością(nieporadnością), (bez przecinka)na prawo i lewo…

Jego, (bez przecinka)fekalia to nasza przeciętność, jego łzy są tchnieniem życia…

Oglądamy dramaty, żeby zaspokoić naszą empatię,(bez przecinka) albo chuj wie,(bez przecinka) dlaczego… żeby zobaczyć tragedie innych ludzi. Media nas tym faszerują na każdy(m) kroku…

Masa błędów interpunkcyjnych. Cała masa, prosto mówiąc.

Ale sam tekst... cóż, z początku mnie znudził, dopiero po połowie zaczęłam rozumieć przekaz, który, co prawda, był podany "na tacy", jednak dosyć dobrze ujęty. :)

Popracuj nad interpunkcją, dokładniej sprawdzaj teksty, a powinno być dobrze.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cytat:Rodzina, chyba nie wieży ( wierzy ), że sam zadbam o moje sprawy.

Vet dokończyła sprawdzanie, więc teraz twoją rolą jest nanieść to wszystko:).
Muszę powiedzieć, że pierwsza część twojego opowiadania nie przypadła mi do gustu. Taka relacja z kolejnych dni, niezbyt miłych relacji z otoczeniem, niefajnych sposobów spędzania czasu. Jednak nawet w tej części trafiały się przemyślenia. Druga część, gdzieś od momentu imprezy, wstrząsnęła mną. Zwykłe losy, zwykłych ludzi, ale to właśnie w tych "normalnych rodzinach" dzieją się rzeczy i sprawy, o których się nie mówi. Lepiej milczeć i udawać. Znam życie i wiem, że takie raki toczą wiele tzw. dobrych rodzin. Bardzo osobiste opowiadanie, prowokujące. Po przeczytaniu jest mi smutno.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#8
Codziennie widzę tych samych meneli chlejących pod sklepami na ławkach, w bramach, w klatkach. Oni żyją. Nie pracują, chlają dzień w dzień, co najmniej od dwudziestu lat i żyją. Moja babcia, normalna kochająca kobieta, połowę życia przepracowała jako księgowa. Wychowała dzieci, potem wnuki. Dziadek ponad połowę życia przepracował jako szef budowy, tłumacz, ławnik, pracownik firm wytwarzających maszyny rolnicze, radny. Nasłuchałem się trochę o tym.
***

Wstałem rano, zjadłem śniadanie, minęło południe. Przeciętność. Wsiadłem do autobusu i pomocowałem się z myślami, dopóki nie dotarłem do kamienicy babci. Kamienicy, w której spędziłem połowę mojego życia, jest brudna, obdrapana i śmierdzi, ale ją kocham. Poza tym, kiedyś taka nie była albo ja tego tak nie odczuwałem. Jest piąta, zapukałem do drzwi i wszedłem do mieszkania, wiele razy byłem zapewniany, że mam się zachowywać jak u siebie, zero skrępowania i tym podobne. Nigdy z tego nie skorzystałem. Przy stole siedzieli babcia, dziadek i najlepsza przyjaciółka babci. Na stole jedzonko, ciasto, wódka. Babcia normalnie nie pije. Dziadek kiedyś trochę, teraz trochę częściej. W mieszkaniu panowała atmosfera przygnębienia. Mimo to zostałem zasypany propozycjami i pytaniami, co bym chciał zjeść. Przywitałem się i usiadłem do stołu, czułem się nieswojo, nie wiedziałem, co mam powiedzieć ani jak się zachować. Jestem emocjonalnym idiotą. Odmówiłem picia razem z nimi. Nie wiem dlaczego, ale zawsze odmawiam. Czy to imieniny, czy święta, po prostu odmawiam, kiedy rodzina pyta czy chcę z nimi pić. Z resztą babcia tego nie pochwala. Siedzieliśmy przy stole. Wydaje mi się, że ten wieczór był ciężki nie tylko dla mnie, i że wszyscy starali się uciekać od tematów chorób i im podobnych. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.
— Tak, w szkole dobrze... Nie, mama z siostrą wpadną jutro... Na razie nie mam dziewczyny.
Wódka znikała, jedzenie również, w międzyczasie ktoś zadzwonił. Babcia się rozkleiła, rozmawiając przez telefon. Starałem się zażartować. Nieudolnie. Kurwa, skąd niby miałem widzieć, co miałem robić. Zaczęły się drażliwe rozmowy. Pomyślałem, że niedługo czas się zmywać.
— Muszę coś z siebie zrzucić — powiedziała Minerwa. — Muszę, Danusia.
— O co chodzi?
— Jesteś moją najlepszą przyjaciółką… byłaś przy mnie od zawsze… od pierwszych ciężkich chwil… podczas pierwszej ciąży, gdy zaczęłam chorować na nogi. Od zawsze mnie wspierałaś… — w jej głosie dało się wyczuć, smutek, żal i alkohol. —Wiesz, co mnie tak dobijało? Wiesz? — Łzy naleciały jej do oczu i zaczęła szlochać, mnie coś złapało za gardło. — On mnie tak dobijał.
— Kto!? — spytała Danusia, prawie krzycząc.
— On — powiedziała babcia, patrząc na dziadka.
— Ale jak ty możesz tak mówić.
— Cicho… — krzyknęła. Muszę to z siebie zrzucić. On… i to sprytnie — mówiła, płacząc. — Tak, żeby nikt nie słyszał, kiedy tylko mógł wyzywał mnie od najgorszych. Ty kurwo… ty szmato… Ile człowiek może tak wytrzymać? — Łzy płynęły szerokimi strumieniami. Ja... ja starałem się zachować zimną krew… czekałem na rozwój sytuacji. — To wszystko jego wina!
— No już, nie mów tak. — Uspokajała przyjaciółkę pani Danusia.
— Będę tak mówić… muszę to powiedzieć!
Myślę, że w życiu każdego człowieka nadchodzi moment, w którym nie wie, w co ma wierzyć i komu ufać. Kiedy wszystko, co znał, nagle się wali. Ja dalej czekałem, wpatrywałem się w dziadka. Unikał mojego spojrzenia. Nie patrzył na mnie. Patrzył na babcię zaciętym spojrzeniem.
— A teraz, nie wiem, ile jeszcze będę żyła, może już jutro umrę.
— Ja zdechnę pierwszy — powiedział dziadek.
— Nie wiem, co będzie! — powiedziała przez szloch i łzy.
— Ja pierwszy zdechnę!
Poczułem, że muszę stamtąd wyjść. Ubrałem się, pożegnałem i wyszedłem. Przy okazji wyniosłem śmieci. Gdzie idę? Póki co przed siebie. Ludzie, których znasz od zawsze. Jak dobrze potrafią kłamać i udawać? Na trzeźwo przykładni, żarciki, opowiastki. Miłość? Czy bliscy okłamują nas, bo nas kochają? Kurwa, genialne.
Wiedziałem, że jak tam wpadnę znowu, wszystko będzie po staremu.
***
Odpowiedz
#9
Na początku pytanie – czemu nie poprawiasz tego co inni Ci zaznaczyli?
Z interpunkcją masz ogromny problem – osobiście też często się zastanawiam czy wstawić przecinek czy nie, ale tutaj to aż mi się w oczy rzuca.
Część zdań jest strasznie krótka, inne z kolei są tak długie, że można je spokojnie rozdzielić.
Ogólnie mało opisów – miejsc, ludzi, samego bohatera. Powtórzenia (nie podam przykładów, bo na wszystko trochę ich jest, a skoro nie nanosisz poprawek, to szkoda mojego czasu).
Ponadto masz problemy z wyrazami typu "nieważne", "niedaleko" – piszesz je oddzielnie, a powinno pisać się razem. Tak samo "zresztą" – razem w użytym przez Ciebie kontekście.
Wydaje mi się też, że mówi się "chleją", nie "chlają". No i na koniec coś co już ktoś Ci pisał "wieRZyć".

Nanieś poprawki, nad którymi ludzie tu pracowali. Doceń nieco ich pracę.

Samo opowiadanie – historia, którą każdy zna – z życia osobistego, z opowiadań, od znajomych. W zasadzie nie dowiadujemy się z niej nic czego byśmy nie wiedzieli – moje zdanie oczywiście, nikt nie musi się z nim zgadzać.
Denerwujące (dla mnie) są przekleństwa. Im dalej tym bardziej mnie irytują, co odbija się na odbiorze treści.
Monolog do ojca na cmentarzu (dla mnie – podkreślam) brzmi nienaturalnie. Jakoś nie wyobrażam sobie takiej "rozmowy" z nieżyjącym członkiem rodziny. Lepiej wyglądałoby mi to na przemyślenia, niewypowiedziane na głos.
Ostatnie zdanie: "Najboleśniejsze jednak są te, które odbywają się pod naszym nosem, a mimo wszystko nie potrafimy ich zauważyć." – i tu zapominam o przekleństwach, błędach – bo uderza we mnie ta prawda, o której każdy wie, ale nie każdy dopuszcza do siebie. Niby wszyscy patrzymy na dramaty rodziny swojej, przyjaciół, znajomych, sąsiadów – ale nie widzimy – i za to plus.

Jak poprawisz to co masz do poprawienia, chętnie przeczytam kolejny tekst. Może nieco mniej "życiowy" (przekleństwa:))
Pozdrawiam
Gdyby przyjaciele mieli czyste zamiary
świat byłby piękniejszy,
a zbrodnia stałaby się mitem...

Odpowiedz
#10
Sm00ke, poprawki zostały naniesione(być może jakieś przeoczyłem, sprawdzę to dokładnie potem). Co od opisów, sam zauważyłem, że jest ich mało, mam poprawioną wersję opowiadania, ale na razie go nie edytuję. Przekleństwa mnie też irytują, ale główny bohater miał być irytujący. Jeżeli chcę żeby ktoś wymiotował, to nie opisuję mu kwiatków.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości