Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Śmierć Śmierci
#1
Śmierć Śmierci

– Wyłaź, Nekro! Nie mam całego życia na czekanie! Ile jeszcze katastrof mam spowodować, co? Wyłaź, kurwa! Przecież tak wyraziście proklamowałeś sprawiedliwość, to musiałeś się liczyć z tym, że i ciebie ona spotka!
Cisza.
– Wyłaź, KURWA!
Targał mną bezlitosny gniew. Oplułem się, krzycząc znowu, choć wyszedł z tego nieartykułowany ryk. Powstrzymałem się jednak przed wystrzałem, ciągle licząc na to, że Nekro będzie pierwszą Śmiercią, która poprosi o darowanie życia.
– Nekro, tchórzu!
Ściana muru św. Andrzeja rozsypała się w gruz. Waliłem na oślep, w dawno powstałą wyrwę po wybuchu. Przestałem, gdy poczułem jak turbina pode mną się przegrzewa. Pył rozwiewał się chwilę, ignorowałem go, nawet gdy wgryzał mi się w nozdrza. Wciąż, przez termowizjer w półhełmie, patrzyłem na starą stację automatów, rozsypującą się w gruzy pod ostrzałem emitera.
– NEK…
Zamilkłem w pół krzyku, słysząc jakiś rumor za sobą. Odwróciłem głowę i przez wizjer dostrzegłem Beetla szykującego się do skoku. Odruchowo szarpnąłem działem w bok, nie spuszczając wzroku z czerwonych świateł na masywnie obudowanej głowie kurczącego się robota.
I tak wiedziałem, że nie zdążę.
Nagle ogłuszający ryk, wprawiający w wibrację działo, mnie i setki odłamków z rozsypujących się budynków.
Beetle oparł się mocniej na przednich odnóżach, które trzymał wcześniej jak gardę, jak tarcze przy bokach masywnego korpusu, w którym uchwyciłem te same, czerwone światła wyznaczające miejsce silnika. Gdy skoczył, mignął mi tylko błękitem aparator z antymaterią. Robot zawisł na chwilę w powietrzu, przysłaniając odległe słońce.
Nim wylądował, uskoczyłem w bok…

* * *

Wydrapałem ostatnią kreskę na ścianie. Policzyłem wszystkie, jeżdżąc palcami po wcięciach. Trochę to trwało, bo i kresek było sporo.
Coś koło tysiąca.
Aż trudno mi było uwierzyć, że to już dziś. Że to już ta ostatnia.
Sięgnąłem po zbiór wierszy Mickiewicza, Słowackiego i Norwida. Poczytałem parę, dla rozluźnienia. Powtórzyłem je szeptem, jakby chcąc wryć w pamięć jeszcze głębiej niż do tej pory. Po prawdzie też delektowałem się nimi. Dodawały otuchy. Pozwalały wierzyć, że kiedyś zobaczę polskie godło, tak sprofanowane przez kraje okupantów.
Wstałem, przeżegnałem się i zszedłem na dół. Drzwi zamknęły się za mną bezszelestnie, motory dopchały je między gumy. Idąc, wyklikałem na ścianie parę poleceń, od tak, by coś zrobić z rękoma, bo drżały mi strasznie. Bałem się chwycić szklankę, wierząc, że ją rozbiję, bądź wszystko wyleję. Udało mi się jednak wypić nieco Mitu. Ożywczy płyn orzeźwił mnie od wewnątrz. Spojrzałem po domu nieco przytomniej. Przeszedłem do kuchni i bez słowa wyściskałem mamę.
– Już? – zapytała.
Pogładziłem jej rude kędziory gestem kochającego dziecka. Chciała mnie objąć, ale miała ręce ubrudzone ciastem.
– Idę, idę.
– No to powodzenia synku, wracaj szybko.
Zrobiłem głębszy oddech, uśmiechnąłem się na siłę i wycofałem do przedpokoju. Tam postałem chwilę, później zapiąłem buty i łyknąłem środki na ból głowy. Czułem, że będę miał pieruńską migrenę.

Gdy wracałem było zimno. Pakunek, który dostałem na Matrybie, prawie przymarzł mi do kurtki. Szkliwo świadectwa raz po raz błyskało zielenią jakiegoś niechcący wciśniętego przycisku. Wszystko przez mój strach, że ręce odmówią mi posłuszeństwa i dokument rypnie na skutą lodem ziemię, rozbryzgując się na maleńkie odłamki.
A okupanci nie wydawali tak łatwo następnych kopii.
Pieprzone sknery.
Zachwiało mną trzy razy. Wymiotować zachciało mi się dopiero przy ostatniej utracie równowagi, gdy buty aż nad wyraz mocno przywołały mnie do pionu. Darowałem sobie nawet wyłączanie stabilizatorów. Do domu wróciłem jak na rakietach śnieżnych.
Ale wróciłem. Powoli oswajając się z myślą, że już dziś się z niego wyniosę.
To było straszne uczucie – duma z zaliczenia szkoły pomieszana z rodzącą się tęsknotą za rodziną. Nienawidziłem tego uczucia już wtedy. A przez następne lata pielęgnowałem ową nienawiść z przesadną delikatnością.
Wiatr dął z północy. A ja, brocząc po kolana w śniegu okrążyłem dom, raz i drugi chłonąc wszystko co było do zobaczenia. Dopiero czując jak szczękam zębami, stanąłem przed drzwiami. I stałem tak kwadrans, bojąc się wejść.
W końcu same się otworzyły. Joachim, a właściwie to Akim, mój brat, zaprosił mnie do środka gestem ręki, objął bez słowa i wprowadził do salonu. Tam czekała na mnie Bożena, jego dziewczyna, w dużych okularach, z czarnymi włosami na ramionach. Ładna, piękna jak zwykle.
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
Joachim wyczuł wszystko – jak na bliźniaka zastało – i pokiwał tylko głową.
– I jak? – zapytał po chwili. Delikatnym ruchem podałem mu świadectwo. – Aleś to zmroził, Olek.
– Ssttraszny wiatr z północy wieje – rzuciłem tylko, łypiąc wzrokiem na Bożenę.
– Mhm – skomentował Joachim. Wczytał się w oceny. Z każdym stopniem szerzej otwierał oczy. – Kurna, Olek! Ja pierdziele! Ja cię chrzanie!
– Co jest, kochanie? – Bożenka wyrwała mu świadectwo z rąk tak gwałtownie, że prawie zawału dostałem. – O Boże!
– Olek, to jest najlepszy wynik w historii całego działu! Tfu, co ja gadam, całej szkoły!
Uśmiechnąłem się tylko. Smutno jakoś. Na siłę.
– Pójdę się spakować…
Momentalnie spoważnieli.
– Pomogę ci – zaoferował się Joachim.
Razem weszliśmy na górę. Wyciągając walizkę spod łóżka, czułem jak drżą mi ręce. Zdołałem włożyć do niej tylko bieliznę i parę koszulek, gdy spodnie, trzymane przeze mnie, wylądowały na podłodze. Usiadłem delikatnie na łóżku i schowałem twarz w dłoniach. Akim podszedł po chwili i przysiadł obok. Nic więcej. Ważne że był.
Rozmawialiśmy tak. Nie patrząc na siebie, nie mówiąc nic.
Jak to bliźniacy – mogliśmy. Bo i było o czym rozmawiać.

– Dasz sobie radę – mówił Joachim, szturchając mnie w ramię i uśmiechając się łobuzersko.
Starałem się odpowiedzieć mu podobnym gestem. Nie mogłem.
Rozejrzałem się po peronie, mrużąc oczy by dojrzeć szczegóły skryte w półmroku. Dojrzałem parę rozwieszonych lamp, zakrytych już pajęczą siecią, tak jak ta świecąca nad nami. Zresztą jedyna, która działała.
Z boku, za schodami, znajdowało się wejście do maszynowni. Bóg jeden wie ile osób tam siedziało. Dopuszczałem do siebie myśl, że nawet nikt. Przynajmniej nikogo nie było widać, ani przy wejściu, ani za szybą metalowych drzwi.
– Wierzysz, że przyjedzie dziś? – zapytałem, chcąc przerwać nieprzyjemną ciszę.
– Nie.
Patrzył gdzieś w bok, całkiem poważny.
– Wiesz – podjął. – To jak rosyjska ruletka. Tylko, że kula jest ratunkiem, a miejsc na naboje aż trzysta sześćdziesiąt pięć. Utrafienie tego jest cudem. Utrafienie dnia, w którym pociąg tutaj przyjedzie, z jego popieprzonym rozkładem, jest chyba nawet trudniejsze.
– Pocieszasz mnie.
W mig zrozumiał o co mi chodzi. Spojrzał i rzucił przepraszającym tonem:
– Przecież nie musisz tutaj mieszkać. To dwie ulice od nas.
– Ehe…
Obejrzałem się do tyłu, ku wejściu, chcąc dojrzeć jakieś ludzkie sylwetki. Na zewnątrz zobaczyłem tylko łopoczące na wietrze ściany namiotu, który ktoś tutaj rozbił chyba nawet przed latem.
Wiedziałem przynajmniej, że nie byłem sam. Wychylając się w bok, mogłem zaryzykować stwierdzenie, że ludzi takich jak ja było naprawdę sporo. Ujrzałem kilkanaście sylwetek, skotłowanych przy ognisku, ogrzewających się nawzajem – jednocześnie tak samo spragnionych sukcesu, wolności, mających zgody, paszporty, identy. Wszystkie te osoby chciały wydostać się z wyspy. I wszystkie miały jedną jedyną możliwość – pociąg. A na niego trzeba było czekać. Czasem cały rok. Czasem dwa lata.
W ten sposób administracja pokazała jak głęboko ma nas w swoich odświętnych zadach. Wysyłane od lat skargi i zażalenia w żaden sposób nie pomagały. Szybko też tutejsi ludzie przyjęli do wiadomości, że muszą się przystosować. Wobec tego zatrudniono kilkoro ludzi jako obsługę dworca i płacono im z pieniędzy samorządu. Niedługo później owi pracownicy wybrali się w głąb tunelu i daleko, daleko założyli czujniki, które ostrzegać miały oczekujących na przylot pociągu…
Spojrzałem na głośniki, licząc na to, że rozbrzmi syrena. W oczekiwaniu przygryzłem wargi.
Nic.
Niestety przeczucia często okazują się pustą nadzieją.
Joachim drapał się w dłoń.
– Nie lubię twojej ręki – rzuciłem, nie patrząc w jego stronę.
– Ja też nie – odpowiedział.
Otworzyłem usta by zmitygować się i powiedzieć, że cieszę się z jego pełnej sprawności. Że wciąż czuję się winny… Machnął ręką. Mój szósty zmysł przesłał krótką wiadomość, która wywołała drżenie na całym ciele. Przymknąłem oczy, uspokoiłem się głębszym oddechem.
Joachim spojrzał. Raz. Wiedziałem, że wyczuł.
Nagle powiew. Zamarłem nie wiedząc co się dzieje. I huk, opętańczy ryk syreny. Zatkałem uszy, zagryzłem zęby. Trwałem tak chwilę, nawet gdy wszystko ucichło, bo w uszach wciąż brzmiał mi pisk.
Wtedy, zupełnie niespodziewanie Joachim odciągnął mnie w tył. Uczepiłem się bagaży i nagle pojąłem o co mu chodzi. Rzuciliśmy się w stronę barierek. Ledwie zdążyłem chwycić je oburącz.
Powietrze łupnęło, potężny powiew niemal ściął nas z nóg. Zassało nas, nie mogłem złapać oddechu.
Jebane tunele próżniowe.
Pociąg pojawił się znikąd. Gdy odwróciłem się, właśnie stawał, powoli, majestatycznie. Widziałem lokomotywę, z dwoma światłami po prawej stronie i jednym po lewej, tuż pod kabiną maszynisty. Opływowy kształt maszyny zachwycał swoją gracją. Wszystko było dokładnie dopracowane, poziom wagonów i lokomotywy – identyczny. Jedyne czego mi brakowało to okna. Zamiast nich jakieś pancerne lustra weneckie. A to po to by ludziom nic się nie stało przy prędkości ośmiu tysięcy kilometrów na godzinę.
Całości nawet nie psuło czarne koło po bokach lokomotywy. Joachim jednak parsknął gniewnie widząc godło okupanta.
Podeszliśmy razem pod próg. Spojrzeliśmy i bez słowa padliśmy sobie w ramiona. Na chwilę opletliśmy się mocno. Chyba coś mówiłem, nie pamiętałem tego później. Mój starszy brat starł łzę z policzka i kazał mi iść. Za nim kłębili się ludzie, pośpiesznie pakujący w pokrowce części namiotów. Niektórzy nawet się ubierali.
Po chwili włączyli wypychacze. Niepewnie postawiłem krok w pustkę między peronem, a wagonem. Pęd powietrza podniósł mi włosy. Pomógł mi grubszy jegomość, konduktor, warcząc coś w kosmopolitańskim i podtrzymując. Obejrzałem się w tył.
Zobaczyłem tylko wyciągniętą do góry obcą dłoń. Dreszcz targnął moim ciałem.
Chwilę później za mną stali już tylko pasażerowie pociągu.

* * *

Beetle zgniótł działo jak puszkę po coli. Metal pękł pod naporem ogromnego robota. Działo zatrzęsło się, zniekształcone i wypluło z siebie ostatnią falę dźwiękową, tak że gruz i popiół znowu wzleciały w powietrze przysłaniając mi widok.
Rzuciłem się do ucieczki.
Pędziłem jak oszalały. Oplułem się, charcząc jakbym wyrzygiwał płuca. Upadłem. Podniosłem się. Upadłem raz jeszcze, coś strzeliło mi w kolanie, ale pobiegłem. Skręciłem w bok. Jakiś rumor za mną, huk. Gruz posypał się z pobliskiego budynku.
Uliczka. Kurwa, uliczka! Wierzgnąłem czując wstrząsy, coraz bliższe kroki bestialskiej maszyny. Rzuciłem się w zaciemnioną przestrzeń i wylądowałem na brzuchu, obijając sobie łokcie, raniąc twarz. Odczołgałem się w tył. Błysnęły mi tylko czerwone światła, tuż nad błyszczącą delikatnie syntetyczną korą mózgową.
Boże… a ja myślałem, że go wyłączyłem.
Kroki. Oddalały się, ich echo drżało mi w uszach. Trząsłem się na całym ciele, nie mogłem złapać oddechu, jednak wstałem.
Wsparty o ściany, z łzami w oczach poszedłem dalej.
Musiałem uciekać, zanim mój Beetle wykombinuje jak się do mnie dobrać.

* * *

Po wylądowaniu w Xenfurcie przez dwa tygodnie szukałem pracy. Bardzo szybko dowiedziałem się, że świetne świadectwo nie jest receptą na problemy z zatrudnieniem. Zrobiłem wiele kilometrów, aż w końcu przestałem się nim afiszować. Po następnych dniach poszukiwań, zaczynałem już szykować taktykę na następnych potencjalnych pracodawców. Bowiem szybko zorientowałem się, że niezależnie od branży wymagania ogólne są zbliżone. Charaktery szefów również.
Przyjęto mnie na czwartym poziomie, w Caliaris.
Pokochałem tę robotę.
Zajmowałem się badaniami w zakresie aktywności emocjonalnej biorobotów. Mówiono, że osiągam najlepsze rezultaty z działu – jakoś nie chciało mi się wierzyć. Co prawda przychodziły coraz większe premie, jakieś wywiady i te sprawy, ale w ogóle nie zwracałem na to uwagi. Zaślepiony byłem pracą, która jawiła mi się jako spełnienie marzeń chłopaka z prowincji. Koledzy żartowali, że mógłbym pracować za darmo a i tak byłbym zadowolony.
Mieli rację.
Po trzech latach miałem na funduszach takie sumy, że inni musieliby jechać na samych dopalaczach, nie jedząc i nie pijąc nic więcej, by zarobić tyle co ja. Pod okiem brata jednego ze współpracowników zainwestowałem coś w akcje naszej spółki. Jak się okazało całkiem szybko mogłem już awansować, mając udziały rzędu dwudziestu pięciu procent, ale nawet do głowy nie przyszła mi zmiana stanowiska.
Sam tyrałem na swój procent przychodów. A przychody były niesamowite.
Po roku wypuściliśmy na rynek robota domowego, który jako pierwszy zdał podstawowe testy Hettzego. Wykazały one zdolność do empatii, co było ewenementem na skalę światową. Zyski szybko się potroiły.
Illyda trwała jakieś dwa następne lata. Po cichu szykowałem coś wielkiego. Aż…

– Cześć, Olek – przywitał mnie Joachim, stając w moim domowym generatorze holograficznym.
Wtedy, pierwszy raz od niepamiętnych czasów, dosłownie mnie zamurowało.
– Joachim?
Brat zaśmiał się szczerze i zszedł z podestu, mierząc mnie przenikliwym wzrokiem dwóch zielonych oczu.
– Zawrzyj gębę, śmiesznie wyglądasz, gdy ją tak rozdziawiasz.
Nie docierało do mnie to co mówił. Powoli wstałem od biurka zaścielonego pięcioma wyświetlaczami z przeróżnistymi planami robotów.
– Macie holowizor? – wypaliłem.
– Niedawno nam podłączyli.
Uśmiech nie znikał z jego twarzy. Złapałem się za głowę i podszedłem do niego.
– Nie wierzę – bąknąłem.
– Uwierz.
Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę. Nagle mrugnąłem parę razy, jakbym ocknął się z omdlenia i wskazałem dłonią kanapę.
– Siadaj. Mitu, Kwalty?
– Nie, dzięki, raczej nic nie wypije. Rozumiesz, pusta przestrzeń i te sprawy.
Zarumieniłem się rozumiejąc swoją gafę.
– No tak. Jakoś nie chcę mi się uwierzyć, że jesteś hologramem. Nawet nie wiem skąd masz mój ident. Ale siadaj, siadaj.
– Ident mam z bazy obsługowej. Wystarczyło pokazać koligacje rodzinne i dali bez mrugnięcia okiem. Zresztą, czego innego spodziewać się po robotach.
Zaśmiałem się cicho i sięgnąłem po wiśnie w szklanej misie.
– Zrób sobie Mitu, Olek. Marnie wyglądasz – mruknął po chwili Joachim.
– Nie pieprz, nie pieprz. Lepiej opowiadaj co słychać na wyspie. Aż się we mnie gotuje.
Uśmiechnął się. Błysnęły zęby.
– Wyobraź sobie, mój drogi braciszku, że ostatnio wpadł do nas prokurator. Ponoć jakiś pierdołek szuka, poszlak w związku z tą Aferą Montmiller… Słyszałeś, pewnie?
– Jasne.
Kto nie słyszał.
– No i ten prokuratorek, wyobraź sobie, sprowadził własną, prywatną linię na wyspę. Pociąg co prawda stoi na peronie i nie ma zamiaru ruszyć, ale pewnym jest, że jakby co zabierze też parę ludzi. A poprzedni był jakieś dwa miesiące temu…
Zakrztusiłem się przegryzaną wiśnią.
– Gadasz…
– Nie. Pierwszy raz w historii może być tak, że zjawi się trzy razy w roku. Nawet sobie nie wyobrażam co teraz dzieje się przy dworcu. Nie wychodzimy z rodziną od trzech dni z domu, bo aż strach, tak się ludzie żrą o miejsca przy peronie. Nawet najlepsi znajomi. Choćby Pafgis i Reberon.
– Przecież to papużki nierozłączki z Matryby.
Joachim wzruszył ramionami.
– Widać już nie.
Pokręciłem głową i dłonią nakazałem mu kontynuować.
– W każdym razie prócz zatargów nie doszło do tej pory do poważniejszych incydentów. Chyba, że wliczyć w to śmierć Hooba, ale to nie związane ze sprawą.
– Hoob nie żyje?!
– Ano nie. – Odetchnął głębiej. – Ja już się pogodziłem…
Milczeliśmy chwilę.
– …Uczył mnie przez pół roku. Zabierał na praktyki do opuszczonej lokomotywowni. Równy gość z niego był. Chociaż strasznie żył wspomnieniami – powiedziałem drewnianym głosem.
– Co racja to racja. Pochowali go przy uczelni, na tym małym cmentarzyku…
– Pamiętam gdzie.
– No. Na pogrzebie było całkiem sporo ludzi, wiesz? A myślałem, że nikt go nie lubi, a tu proszę. Nawet mój braciszek.
– Dzięki… Pamiętam, jak zabrał mnie na przejażdżkę tym zabytkowym TGV. Boże, jakie to było wolne. Ledwie co rozhulał to do czterystu na godzinę. Ale nie narzekałem. Sama jazda na czymś, co w jakikolwiek sposób przylega do ziemi była dla mnie niesamowita. Zresztą... sam dobrze o tym wiesz. Kto podkradł ci trzy pensje zbierając na pierwszego autobionta? A w końcu i tak kupiłem tego Faltona, cóż to była za maszyna. Myślałem, że wyciągnęli go z muzeum, a Hoob mi wyjechał z wieścią, że były nowością wtedy, kiedy się rodziliśmy. Cud normalnie. – Zaśmialiśmy się obaj, mając tą samą wizję – mnie wsiadającego do Faltona i nie wiedzącego czego dotknąć.
– Pamiętam twoją twarz. Wyglądałeś jak dziecko, któremu popsuto ostatnią zabawkę.
– Waliłem pięściami w kierownicę jak popieprzony.
– No, ale przyszedł Hoob i pokazał.
– Taaa… to była moja pierwsza runda wokół wyspy. – Później jeździliśmy tak co tydzień. – Uwierzyłbyś, że to już osiem lat?
Joachim pokręcił głową i poprawił poduszkę pod plecami.
– Ta… Ale opowiadaj co tam u ciebie, jak w pracy.
– Przecież wszystko wiesz.
Pokazał mi język.
– To z uprzejmości, dziadzie.
– Heh… A pamiętasz, jak Hoob zabrał nas do muzeum? Jak włączył tego… no…
– PC-ta.
– No. Boże, aż się przestraszyłem widząc te kanciaste kształty, pikseli od cholery i gry, które w każdym elemencie wołały o pomstę do nieba.
– Nie potrafiłem sobie wtedy wyobrazić, jak ludzie mogli siedzieć przy monitorze i patrzyć się w niego bez ustanku. Przecież to… musiało prowadzić do jakiś schorzeń. Kurna, trzymać łeb cały czas skierowany w jeden kierunek. Jakaś maluteńka, zamknięta przestrzeń, na kilkadziesiąt cali.
– No, ale epoka fraktali i hologramów przyszła nieco później niestety.
– Dla nas stety. Przez to człowiek może praktycznie samemu ulepszać swoje maszyny. Przez to, mogę mieć najlepszą aparaturę na wyspie.
Posłałem mu szelmowski uśmiech.
– A jak tam z Bożenką, łajzo?
– Jak to jak. Nijak.
– Że…?
– Bożenki nie ma. Kopnęła mnie w tyłek. Czekaj, powiedziała coś takiego: ty i te twoje chore pomysły. Idź buduj nowy świat, a nie się pchasz do łóżka, zaspokajać pierwotne instynkty. A najlepiej sobie zwal, chuju, to może będzie w zgodzie z twoją nowoczesną samowystarczalnością.
– Eeee…
– Nieważne. Kobitki tak czasem mają. Zresztą, nie mam czego żałować. Narobiła sobie bachorów z jakimś capem, ma raka płuc, itp. Same kłopoty. Ja za to już się z niej wyleczyłem. Kimś innym.
– Widzę, braciszku, że nie próżnowałeś.
– Heh… mowy nie ma.
– Jak się nazywa?
– Kornelia.
– Ładna?
Przytaknął.
– Tak, że by ci ryj do ziemi opadł i byś sobie nim mieszkanie odkurzył.
– Uuu…
– Nooo, a na Matrybie zanosi się jej na trzeci wynik jak do tej pory.
– Gadasz…
Zaśmiał się.
– Nawet nie śmiem.
– Gratulację, stary.
Wstałem by uścisnąć mu dłoń. Szybko jednak zmitygowałem się i opadłem na siedzenie.
– Chciałbym ją poznać.
– Może. Kiedyś.
Raczej nigdy.
Westchnąłem głośno.
– Wyjaśnij mi tylko, Akim, jakim cudem trzymasz te poduchy.
– Aaa, to bardzo proste. To są przecież moje własne poduchy.
Otworzyłem szeroko oczy. Nagle parsknąłem śmiechem.
– Jestem ślepy… Akim. Akim?
Coś przerwało przekaz. Wstałem by wznowić połączenie. Odzywała się jednak tylko głucha linia. Wystukałem ident bazy. Wyjaśnili mi tam, że nagle zerwało im połączenie z całej wyspy. Zapewniali, że to pewnie awaria systemu i że szybko naprawią.
Nie wierzyłem im ani trochę.

Leciałem tam dwa miesiące. Pełne nadziei, tego płomienia który nie gaśnie i nie parzy. Przesycone strachem i pustą nienawiścią do czegoś, co człowiek nazywał ślepym losem. Nie potrafiłem zliczyć ileż to razy wygrażałem pięścią Bogu, mówiąc: jak to się okaże prawdą, to ty… ty…!
Nie potrafiłem dokończyć.
Może nie było końca.
W każdym razie czułem, że z każdym dniem zbliżało się do mnie widmo czegoś strasznego. Goniło mnie, jak zgubiona świadomość. Moje myśli widziały je wpierw sporadycznie, później coraz częściej. Ta wizja nie dawała mi spokoju.
Szaleństwo. Ogarniało mnie wraz z każdym kilometrem.
Wstyd mi też, że nie potrafię powiedzieć, kiedy mnie dorwało.

Zatrzymano nas pół kilometra przed stacją. Długie szpalery czerwonych świateł były jasnym znakiem, że coś jest naprawdę nie tak. Pociąg hamował z niebotycznej prędkości, aż natrafił na rozciągniętą w tunelu siatkę. Pierwszą przerwał, zatrzymał się na szóstej. Wszyscy pasażerowie z napiętymi nerwami czekali na cokolwiek; pojawił się tylko enigmatyczny wpis maszynisty, rozświetlony na błękitnym ekranie przy drzwiach przedziału. Czas gubił rytm, raz zwalniał straszliwie, po chwili przyspieszał, gdy pod wyświetlaczami zastępującymi okna, przemykał opatulony w kaftan milicjant. Gryzłem paznokcie, a właściwie to palce, bo po tamtych nie zostało zbyt wiele – w końcu podróż trwała dwa miesiące.
Tunel był wąski. Zbyt mały na to by położyć tutaj drugą nitkę. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem całego zamieszania była świadomość, że na peronie czeka już jeden pociąg. Ale wtedy na cholerę byłyby te siatki i uzbrojeni mundurowi? Nie wiedziałem.
Spaliśmy w peronach. Szczęściem tulić się mogłem do Magdy, smutnookiej dziewczyny, którą dobrze poznałem przez te sześćdziesiąt jeden dni. Gdy pierwszy raz wygadałem jej się o powodzie mojej podróży była cholernie przejęta. Później starała się poprawić mi nastrój. Nie wahała się przed niczym. Nawet piersiami zaświeciła, by zachęcić mnie do jakichś pieszczot. Odmówiłem. Ale wtedy, czekając na cokolwiek, pięćset metrów przed celem podróży, sam wepchnąłem jej rękę pod stanik. Nie protestowała, choć drgnęła i widziałem, jak jej oczy błyszczą, gdy patrzyła, czy wszyscy śpią.
– Nareszcie – jęknęła mi wtedy do ucha.
Nie zgodziłem się na seks, ale była uparta. Dałem jej palec, wzięła rękę. Skończyło się na wspólnym zaspokojeniu. Rano współpasażerowie z niższych pięter patrzyli się na nas dziwnie. Szczęściem byliśmy na najwyższym poziomie, sami, więc i tak nie mogli niczego zobaczyć. Magda ciągle chciała się droczyć. Ja byłem jak wór po kartoflach. Pusty, śmierdzący, z poczuciem kompletnej pustki. W końcu ręce same powędrowały w jej stronę. Nie pamiętam co było później.
Najbliższym tamtemu momentowi wspomnieniem był alarm. Zupełnie nagły, świecący przez powieki, wgryzający się w płytki sen, w który zapadłem. Niedługo po migającym świetle otworzyły się wszystkie przedziały. Wyjrzałem na korytarz, w oddali widać było sylwetkę przepisowo zapiętego Rosjanina. Nie zatrzymywał się nawet na chwilę, za nim szła piątka mężczyzn, w białych kombinezonach. Wchodzili do wskazanych przez wojskowego przedziałów – znaczy się wszędzie. Mieli długie rurki podpięte pod duże plecaki. Ludzie w odwiedzonych przedziałach charczeli i kaszlali. Później podnosiła się wrzawa. Najwidoczniej ci w kaftanach musieli coś mówić, może odpowiadali na zadawane pytania.
W końcu mundurowy dotarł do nas. Nawet na mnie nie spojrzał, minął jakbym nie istniał – idealny przedstawiciel tej lepszej grupy Słowian, który resztę, znaczy się na przykład Polaków takich jak ja, traktuje jak powietrze. Śledząc go pełnym nienawiści wzrokiem nie zauważyłem postaci w masce gazowej, która wepchnęła mnie do środka i prosto w twarz wypryskała jakiś płyn o gryzącym zapachu. Zanieśliśmy się kaszlem, ja kichałem jak opętany. Gdy reszcie przeszło Magda przylgnęła do mnie, pytając:
– Wszystko dobrze?
Pięć sekund wcześniej i wycharczałbym jej w twarz moją odpowiedź.
– Skurwysyny – rzucił jakiś łysawy pasażer, pomagając mi wstać.
Podziękowałem i oparłem się o łóżko – puste i bez pościeli. Wciąż piekł mnie nos. Miałem wrażenie, że napuchł, ale Magda momentalnie by mi to zakomunikowała swoim szeleszczącym głosem.
– Co tu się stało? – padło pytanie.
– Nie wiem. Boże, nie wiem – odpowiedziałem chowając twarz w dłoniach.
– Aleksandr. Aleksandr, co ci jest?
Przytuliła mnie, posadziła na najniższym z łóżek, obok siedzących tam ludzi. Oni poklepali mnie po plecach.
– Olek… ty płaczesz?
Rozbroiła mnie tym pustym, głupim pytaniem. Wytartym jak ściera, frazesowatym do granic możliwości. Znienawidziłem ją przez tą krótką chwilę. Pociągnąłem nosem. Łzy pęczniały mi w oczach rozsadzając powieki. Boże, jak ja dawno nie płakałem…
– Już, chodź tu do mnie. Chodź.
Siedziałem mamrocząc: "Akim", jak jakąś ponurą litanię. W końcu uspokoiłem się na tyle, by wyjść na korytarz.
Ruszyłem w prawo, tam, gdzie była lokomotywa. Jednak nim zdążyłem przejść przez dwa wagony zatrzymała mnie dwójka Rosjan. Warknęli coś, gdy mignąłem im w przejściu. Zatrzymali w pół kroku.
– A ty gdzie się wybierasz, ha? – zapytał pierwszy łamaną polszczyzną.
Milczałem chwilę szukając haka, by ich podejść. Jednak wyglądali na zbyt zatwardziałych zwolenników aneksji, bym potrafił coś wskórać. Uciekłem się do najprostszego sposobu.
– Chcę zobaczyć co się dzieje – rzuciłem po rosyjsku.
Pokiwali głową, w ich oczach pojawiło się jakieś zrozumienie. Pomyśleli pewnie: emigrant. Prawie swój. Poczęstowali papierosem, odmówiłem. Ten stojący z lewej – wyższy, patyczkowaty, powiedział:
– Chłopie, lepiej żebyś nie wiedział. Nic przyjemnego.
– Coś się stało z wyspą?
– Z wyspą? Żeby tylko z nią. Zresztą. – Spojrzał na zegarek. – Zaraz i tak zobaczysz.
– To brzmi jakbyście szykowali niespodziankę – rzuciłem, chcąc być śmieszny.
Uśmiechnęli się, zapalili papierosy i machnęli, bym wracał do siebie. Magda czekała na mnie w drzwiach naszej kabiny.
– Coś szykują – odpowiedziałem na jej pytające spojrzenie.
– Co?
– Skąd mam wiedzieć? Ruskie przecież nic mi nie powiedzą.
Kiwnęła głową.
Czekaliśmy godzinę, aż nagle światło latarek rozdarło delikatny półmrok korytarza. Po szeptanych rozmowach nie wiedzieliśmy co się dzieje, gdy kazano nam się spakować. Dali nam dwie minuty. Spieszyłem się macając na oślep w poszukiwaniu moich rzeczy. Przeklinając w duchu to, że rozrzuciłem je na posłaniu w czasie podróży, założyłem plecak na ramię i byłem gotów.
Wyprowadzili nas pod eskortą rosnących cieni. Pojawiały się wszędzie tam, gdzie przed chwilą padało światło latarki. Dreszcze przechodziły mi po plecach, gdy szliśmy i szliśmy, jakby pociąg nie miał końca. Brak drzwi rozdzielających wagony tylko mnie w tym utwierdzał. Niemal cieszyłem się, skręcając do wyjścia. Ale szybko przeszła mi ta radość, gdy cienie zalęgły się wszędzie – czerwone światła lamp ostrzegawczych mijaliśmy jeszcze w środku. Teraz drogę torowały nam latarki milicji. Światło gryzło się o każdy najmniejszy skrawek powierzchni. Bałem się. Miałem bardzo złe przeczucia już od chwili zablokowania całej wyspy, jako strefy wolnej od propagandy medialnej. Podejrzewałem jakiś zamach, ale to co działo się wokół mnie… wzrokiem poszukałem Magdy, jednak nie dostrzegłem jej.
W końcu minęliśmy lokomotywę. Syczała jeszcze, czuliśmy delikatne wibracje, jakby napęd wciąż pracował. Była piękna – nieregularna, z okrągłymi światłami po lewej i prostokątnymi po prawej stronie, tej gdzie znajdowała się kabina maszynisty. Wystające spod metalowych osłon koła tylko podsycały chęć obejrzenia jej całej, po raz pierwszy gdy nadarza się okazja. Bo przecież owe koła kryły za sobą coś znacznie lepszego – silniki korekcyjne. Zamknąłem oczy – czułem niemalże jak jeszcze tli się w nich ciepło, choć wiedziałem, że to nie może być prawdą. Wyobraźnia pracowała mi jak oszalała.
Gdy ją minąłem, nagle zacząłem myśleć o wyspie. Co mogło zmusić rząd do ogłoszenia tak szczelnej kwarantanny? Nie wiedziałem, bo przecież newsy w tej sprawie już dawno zostały usunięte z sieci. Dorwać zdołałem tylko jednego, tuż po przerwanej rozmowie z Akimem. Mówiło się o jakiejś katastrofie naturalnej. Ale to były tylko urywane informacje nie do potwierdzenia, bo przecież łączność z Wyspą została utracona.
– Zastanawiałeś się po co mają kombinezony? – zapytała Magda wpychając rękę pod moje ramie. – Mnie to cały czas gnębi.
– Pewnie sprawdzali, czy grodzie ciśnieniowe trzymają. Wiesz przecież, że nie ma możliwości, by do całego tunelu napompowali powietrza. Gdyby gródź puściła to ciśnienie by nas zgniotło. Nie mogli ryzykować.
– To brzmi tak, jakbyś uważał ich za ludzi.
Nie zaśmiałem się.
– Nie, Magda. Chodzi o to, że następna gródź jest dopiero za peronem… tak mi się wydaje. Ale to znaczy, że gdyby wrota puściły to zabiłoby nie tylko nas, ale także całą stację i ludzi w bezpośrednim sąsiedztwie. Więc uwierz mi, ale oni chronią swoje tyłki, nie nasze.
– Aha.
Milczeliśmy przez dalszą część drogi. Nasze kroki niosły się echem. Pogrążyłem się w tym braku rytmu, chaosie urywanych dialogów butów z podstawą tunelu. Nie zauważyłem jak dotarliśmy na stację. Nie zdążyłem nawet rzucić okiem, bo od razu musiałem pokonać parę stopni, prowadzony przez Magdę. Ale gdy znaleźliśmy się na peronie zamarłem w bezruchu.
To musiała być pomyłka.
Niedowierzanie wyrwało się z mego gardła przeciągłym jękiem. Zadrżały pode mną nogi; prawie upadłem. Nie widziałem odpadających kafelek, obdrapanych reklam i wskaźników. Ani wybitych szyb, ani zaplamionych smarem zużytych części. Moje spojrzenie, moja percepcja, miotały się od jednej twarzy do drugiej. Mimika stojących tam ludzi pochłonęła mnie całkowicie.
Boże przenajświętszy.
Strach lśniący na rozrośniętych w półmroku źrenicach. Proste pragnienie jedzenia i wody widoczne w każdym pojedynczym geście rąk wyciągniętych w stronę funkcjonariuszy i medyków. Rozpacz wyrysowana na twarzach ciemnymi smugami brudu. I ból pęczniejący krwawymi strupami ran… Nie poznawałem ich, choć imiona niemal wszystkich mógłbym wyrecytować zaraz po przebudzeniu. Byli kompletnie obdarci z godności; te łachmany, które opatulały ich ciała były jak manifest tego, czym się stali. Nawet nie potrzebowałem pytać, by wiedzieć, że ich oczy były świadkami niesamowitej, obcej mi tragedii.
Rzuciłem się do przodu, gdy dostrzegłem coś, co kiedyś było moim sąsiadem. Pan Wacław, starszy mężczyzna, żyjący jeszcze przed zakazem nadawania chłopcom polskich imion, siedział skulony w kącie. Był kupką kości, wciśniętą między dwa filary, jak stary, zużyty mebel. Wzrok miał pusty. Czoło splamione. Ropa wylewała mu się z ran.
Dopadłem do niego; śmierdział.
– Panie Wacławie. Panie Wacławie. – mamrotałem, błagając, by mnie zrozumiał.
Spojrzał na mnie w końcu, wyszeptał:
– Olek, dziecino. Olek.
Łzy… nie, nie teraz…
– Panie Wacławie. Co z moją rodziną? Co z moim bratem?
– Nie żyją. Przykro mi, Olek, przykro… przykro mi.
Puściłem jego ramiona, opadłem na posadzkę. Ręce same powędrowały mi ku twarzy, szloch ostrzegł wszystkich wkoło, że ja, człowiek, cierpię i proszę o pocieszenie. Ale wszyscy milczeli. Spowszedniała im rozpacz. Człowieczeństwo wylało się z nich potokami łez, których teraz nie uświadczyłem na ich twarzach. Tylko zaschłe koryta wilgoci były znakiem, że jeszcze niedawno, ci ludzie, mieli sumienie.

* * *

Pospiesznie wbiegłem w następną uliczkę, odruchowo badając jej szerokość. Nie zadowalała mnie, bo sądziłem, że Beetle potrafiłby się w nią wcisnąć, ale nie zamierzałem narzekać. Szedłem wzdłuż ścian, ręce zwisały mi po bokach, jakby zużyte. Oczy mi łzawiły od ciągłego wypatrywania nawet najmniejszego ruchu. Nagle odruchowo poklepałem się po piersi, szukając blaszanego pojemnika na ampułki i strzykawkę. Nie zwalniając, wyjąłem je i zrobiłem sobie zastrzyk. Nawet mnie nie otępiło, widać już się przyzwyczaiłem. Pociągnąłem tylko nosem, czując jak znowu leją mi się łzy. Starłem je rękawem, skręcając w prawo.
Wyszedłem na kwadratowy plac. Bruk pod moimi stopami był nierówny, częściowo zniszczony. Widziałem ślady krwi – ciemne kałuże, które można by już zeskrobywać. Przeszedłem po śmierdzącym trupie, kopiąc go machinalnie. Pokręciłem szyją, bo od paru dni gnieździł mi się w niej ból.
Kolejny trup. Ten bardziej przypalony. Oczy tak fajnie wytrzeszczone. Dziwna sprawa. Nie chciało mi się schylić i zamknąć mu powiek. Szedłem dalej, aż minąłem kamienną kolumnę. I nie obejrzałbym się, bo ruch był niemal niezauważalny. Skląłem się w duchu za brak uwagi. Ale gdy mój wzrok spoczął na podstawie pomnika, na me usta wypełzł uśmiech.
Siedziała tam – mała, wystraszona dziewczynka, oparta o kamień, skryta w cieniu posągu jednego z Polskich królów. Ściskała rękę taty leżącego głową ku ziemi. Z pewnością nie żył – nawet kąt, pod jakim sterczała ta ręką o tym świadczył – normalny człowiek wyplułby płuca z bólu przy takim złamaniu. Ale ta mała nic sobie z tego nie robiła. Dziwiłem się, ale tylko przez moment, że przez taki czas na nią nie trafiłem. To dawało mi nadzieję, że jeszcze ktoś może żyć na tej wyspie.
Oglądnąłem się, czy Beetle przypadkiem się nie skrada – mógł zastawić na mnie pułapkę. Nie widząc niczego podejrzanego, mocno oparłem nogę na głowie jej tatusia. Zaczęła krzyczeć i płakać. Jakby w chęci pomocy popieściłem jej czoło chłodnym metalem. Lufa ukoiła jej nerwy. Zamilkła, wpatrzona w pistolet. Czekała.
Ja delektowałem się chwilą.

* * *

Pierwszego dnia odwiedziłem ciche ruiny mojego domu. Nie zastałem tam ciał, je zapewne dawno zebrano już w zbiorową mogiłę – nie pytałem. Później, chcąc jak najszybciej stamtąd uciec, niemal pobiłem jednego z funkcjonariuszy, gdy nie potrafił mi odpowiedzieć, kiedy odjeżdża następny pociąg. Wsadzili mnie do zamkniętego pomieszczenia, z trzema kobietami, które ponoć utłukły jakiegoś Rosjanina, w zemście za śmierć ich mężów.
Od nich też dowiedziałem się, co się stało.
Okazało się, że pociąg, który stał w tunelu był prywatny – należał do magnata, jednej z największych marionetek rosyjskiej władzy. Jako że był on prokuratorem naczelnym, tym samym który zapuszkował niemal stu najważniejszych przywódców grup imigranckich, miał wielu wrogów. Na wyspę przybył szukając śladów dla zatopienia przewodniczącego koalicji republik arabskich w obrębie Rosji. Dziw brał, że ślady prowadziły aż tutaj, ale on nie chciał przepuścić żadnej okazji. Przybył tu i znalazł coś… coś niebezpiecznego.
Bombę atomową.
Nie była silna na tyle by zmieść z powierzchni wyspy wszelkie życie; miała ponoć siłę porównywalną do antycznych Little Boy, czy Fat Man. Od razu rozpoczęto ewakuację całego zagrożonego terytorium. Prokurator dostał takiego pietra, że niemal biegiem uciekł w stronę stacji i krzyczał na ludzi, by ruszali.
Nie zdążył. Jakiś ekstremista uruchomił detonację. Siła uderzenia zmiotła go, gdy wyciągał rękę by otworzyć drzwi na peron. Umarł po czterech dniach – połamany, wyniszczony przez promieniowanie, jak setki innych ludzi. Nie pomogły im leki, które nam aplikowano codziennie.
Padali jak poszczute trutką myszy.
Gdy wypuścili mnie na zewnątrz, wałęsałem się po zniszczonych partiach miasta, w milczeniu kontemplując zszarzały krajobraz pogorzeliska. Pamiętam to dokładnie – tę ciszę dźwięczącą w uszach; mieszankę zapachów uprzykrzającą każdy oddech; stęchłe ciepłem powietrze.
W takiej atmosferze stało się to…
Miałem pecha trafić na krótką, szeroką ulicę, gdzie stworzono prowizoryczny punkt sanitarny. Mimo pierwszego odruchu poszedłem tam; widziałem znajome twarze, przeprowadziłem kilka szeptanych rozmów. Nigdzie jednak nie widziałem rówieśników. Na pytania, dlaczego przeżyli sami starsi ludzie, nikt nie potrafił mi odpowiedzieć – sanitariusze wzruszali ramionami, albo burczeli coś pod nosem. Funkcjonariusze, w maskach gazowych, długich kurtach naciągniętych na szerokie spodnie, z kamizelkami i pasami przeciągniętymi po brzuchu na chybił trafił, wręcz jawnie odtrącali mnie. Jeden prawie mnie zbił. Uciekłem stamtąd, ale ulicę dalej trafiłem na swoją odpowiedź.
Było tam mniej sanitariuszy i tylko jeden wojskowy – nerwowo kręcący się dowódca. Na moich oczach kazał wszystkim się wynosić. Stanąłem jak wryty, gdy dwie kobiety uciekały stamtąd, ciągnąć za sobą białe obrusy, a na nich, przyciskane do piersi, ampułki i narzędzia medyczne. Minęły mnie bez słowa; chyba nawet nie zauważyły. Chwilę później dowódca wyjął broń i zaczął metodycznie strzelać ludziom w głowy.
Odpowiedziały mu krzyki, słabe, ale niemożliwe do pomylenia. To były młode gardła, byłem tego pewien. Ktoś rzucił się na niego, próbując powstrzymać Rosjanina przez następnymi morderstwami, ale ten strącił go – jednorękiego kalekę – i nagrodził podwójną dawką ołowiu. Widok tego, jak ów chłopak – przez chwilę wydało mi się, że Mikaił – pada, obudził mnie. Biegiem ruszyłem w stronę skrytego pod płótnem lazaretu. Rosjanin, nim zdążył mnie zauważyć, już leżał na ziemi, ja na nim. Szarpaliśmy się chwilę, oplułem go mamrocząc przekleństwa. Złość dodawała mi sił, krew puchła w żyłach. Wykręciłem mu rękę i nacisnąłem. Raz, dwa, trzy razy. Trzy kule uwolniły wilgoć, która wylała się czerwienią na jego wargi. Charczał chwilę, aż ucichło.
Momentalnie opadła ze mnie cała złość. Na twarzy wymazywałem sobie nieme znaki morderstwa, próbując schować swój żal i wstyd w dłoniach. Twarz stała się maską, nie poznałbym zapewne samego siebie. Nie widziałem nic, świat zgubił ostrość, zakrył się płatkami róż. Choć nie mogłem tego sprawdzić, byłem jednak pewien, że przybyłem za późno. Że ten człowiek, ten pseudo Rosjanin, przekupiony Polak, zdążył już zabić prawie wszystkich.
Jak zza granicy światów dobiegł mnie szept.
– Dzięki, Olek. Dzięki – szeptał Mikaił.
Podpełzłem do niego, mocno ścisnąłem jego rękę. Obok mnie leżała jego dziewczyna, Monika, z dwoma odsłoniętymi kikutami nóg.
– Należało im się – wycharczał mój kolega z klasy. Oczy już mu drżały bielą tunelu, do którego się udawał. Trwał tak jeszcze chwilę, aż jego mięśnie chwycił skurcz. Wiedziałem, że pośmiertny.
Monika odwróciła się do mnie. Wtedy poznałem, że to nie ona, ale jej młodsza o dziewięć lat siostra. Dziewczynka jeszcze, ale jakże podobna. Płakała, jęcząc:
– Chcę iść za nim! Proszę!
Kręciłem głową, w niemym proteście. Ale w końcu, gdy wepchnęła mi w ręce pistolet, nie mogłem już…
Nie mogłem jej przecież odmówić, prawda? Jak mógłbym kazać jej tu zostać?
Nie potępiajcie mnie. Ja tylko…
Tylko chciałem pomóc.
Zamilkła czując chłodny dotyk metalu. Ukoił ją. Mnie palił ogniem piekieł.

* * *

Szary kamień rozkwitł soczystą czerwienią. Ale zapach moczu – widać zsiusiała się ze strachu – obdzierał czekanie z wszelkiej przyjemności.
Wycofałem się, broń mając w pogotowiu. Bałem się nawet sekundy poświęcić na to, by sprawdzić, ile jeszcze mam naboi. Niewzruszenie wpatrywałem się w posąg. I gdy chrząknąłem, nagle zamigotał. Wydawało mi się, że chciał zrobić to jak najszybciej i uciec, tak po prostu. Nie pozwoliłem mu. Wypaliłem do niego z broni, krzycząc:
– STÓJ!
I istotnie zatrzymał się.
Pierwszą uwagę przykuła jego ręka – chuda, nieludzka, z chropowatą, brzydką skórą. Twarz miał obcą, noc mały, cofnięty, oczy przepełnione czernią. Wyglądał, jakby ktoś naciągnął zaschłą skórę, na znalezioną kiedyś, zdeformowaną maskę. Trwał w bezruchu. Druga ręka podtrzymywała laskę, z zawieszonym tam lampionem – największym, teraz ledwo się tlącym. Miał dużą czapkę, z wygiętym nań krzyżem, pozaczepianym na trzy klamry. Jego sylwetkę skrywał płaszcz o dziwnej barwie – jakby ktoś nakrył jasny błękit popiołem. Szarość mieszała się z niebieskim, jaskrawożółte światło lamp sugerowało jeszcze zieleń. Miał je na plecach, widziałem jedną wystającą spod szerokiego, zdobionego runami mankietu.
Był jak posąg.
– Witaj, Nekro.

* * *

Gdy otwierałem oczy po tym, jak jej ciało głucho opadało na zwłoki Mikaiła, zobaczyłem jego. To była zjawa, pojawiająca się znikąd. Niższy niż człowiek-ćma, bez hadesowej brody, pozbawionych muszych skrzydeł, bezrogi. Nie pasujący do niczego. Nie wpisujący się w żadną mitologię. Niemalże na pewno mężczyzna – o ile miał w ogóle płeć.
Łowca dusz. Żniwiarz.
Nie potrzebowałem więcej, niż te dwie sekundy naszego spotkania, by zrozumieć kim jest. Pamiętałem go, jakbym to ja go stworzył. Gościł w moim umyśle nie dając się wyprosić. Przez następne dwa tygodnie, gdy pomagałem zrozpaczonym ocalałym w noszeniu ich dobytku pod stację, coraz mocniej mi się naprzykrzał. Zaraz po tych czternastu dniach, tej feralnej nocy, zdradziły mnie własne sny. Były ciemne, długie, bez błysków światła. Koszmary pozbawione nadziei. Obawiałem się, że nie dam rady.
Tego samego dnia zabiłem Magdę.
Trudno mi opisać podniecenie z jakim czekałem na tego zamaskowanego szabrownika. Błysnął mi tylko przed oczyma, jak poświata. W ściany pokoju, w którym ją dorwałem, wwierciła się cała seria z ukradzionego karabinu. Ale nie dorwałem go. Spóźniłem się. Wtedy i później, gdy za pomocą mojego beetla – owego dużego projektu, tajnej maszyny bojowej, którą wziąłem w charakterze obrońcy – przerwałem poszycie tunelu i wysadziłem tym stację. Nawet wtedy, gdy zacząłem zabijać pozbawionych już nadziei ludzi. Ale wciąż go śledziłem, bezczeszcząc porozrzucane na wyspie zwłoki.
W końcu, gdy wyeliminowałem już niemal wszystkich, nastawiony na tryb łowcy Beetle obrócił się przeciw mnie. Potrafiłem go odstraszyć za pomocą ukradzionego działa dźwiękowego, ale gdy ogarnął mnie ślepy gniew i zacząłem niszczyć największy w mieście kościół – ten św. Andrzeja – moja maszyna podkradła się. Ale to nie pozbawiło mnie nadziei. Tego ognia, co od tego krótkiego rendez-vous, z siostrą Moniki, trwał we mnie. Nie zgasł ani na chwilę. I już nie parzył.

* * *

– Co za tandeta. Co za kurewska tandeta – rozmowa ze śmiercią. Nie, nie złoże ci pokłonu, Nekro. Nawet na to nie licz. Uganiałem się za tobą, robiąc z siebie mordercę, ludobójcę i kurwa nic, aż do dziś, aż do dnia, w którym zarżnąłem maleńką dziewczynkę… Dlaczego się ukrywałeś, Nekro? Nie masz litości? Nie masz, do chuja, godności wyjść do kogoś takiego jak ja i poddać się sądowi? Bo co, bo jestem ewenementem i tylko ja cię widziałem? To znaczy, że kurwa można mnie olewać, bo zostałem całkiem sam? Zabiłeś mi rodzinę, kurwa, wszystkich przyjaciół, całą WYSPĘ! I ty wstydu nie czujesz? Ty śmiesz się ukrywać, gdy ciebie wołam?!
Zabełkotał coś niewyraźnie. Powoli pokręciłem głową.
– Nawet, kurwa, nie udawaj, że nie umiesz… Nawet nie udawaj.
Łowca dusz zgarbił się; sięgnął dłonią po maskę i majestatycznym ruchem nałożył ją sobie na twarz. Jego nowy uśmiech wydał mi się upiorny i kpiący. Nie było w nim krztyny wesołości. Nagle zza maski wydobył się głos. Poznałem polski, całkiem wyraźny, choć Nekro przeciągał sylaby. Ważne jednak, że go rozumiałem.
– Jak dziki źwierz przyszło Nieszczęście do człowieka
I zatopiło weń fatalne oczy...
– Czeka – –
Czy człowiek zboczy?
– Norwid – bąknąłem rozeźlony. Podnosząc się z kolan, strzepując z nich biały pył, zakląłem pod nosem. – Myślisz, że nie wiem? Myślisz, że o Polsce zapomniałem?
– Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą...
Tęskno mi, Panie...
– Wiem… – warknąłem, czując jak szczypią mnie oczy. – Wiem i milcz le…
– Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej,
Której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie,
Równie niewinnej...
Tęskno mi, Panie...
Widziałem jak jego oczy spoczywają na dziewczynce, na jej truchełku, skupionym w embrionalnej pozie. Przypomniałem sobie jej krzyk i poczułem jak kręci mi się w głowie. On patrzył na nią i zaczął mówić, zupełnie jakby była jeszcze całkiem żywa, śpiąca nawet, ale słuchająca.
– Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie
Nie docieczonego wątku
Pełne, jak Mit,
Blade – jak świt...
– Gdy życia koniec szepce do początku:
"Nie stargam Cię ja – nie! – Ja... u-wydatnię!..."
Przeniósł wzrok na mnie. Kątem oka dojrzałem, jak ciało dziewczynki skurczyło się z lekka, wyschło jak stary owoc. Łowca dusz delikatnym ruchem schował wyciągniętą znikąd lampkę, która rozjarzyła się ciepłym płomieniem. Wiedziałem, że na plecach, przewieszone jak jakieś ozdoby, miał następne, niektóre zapalone, niektóre nie.
– Latarnik… – wyszeptałem.
Nie miałem odwagi na ponowny wybuch. Spojrzałem na niego jedynie, wzrokiem, który zabiłby normalnego człowieka. On pojął w lot moje pretensje.
– Czemu? ten świat nie – jako Eden;
Czemu nie – Ideałem?
– Słuchaj, dwóch ludzi znałem:
Ach! Z tych dwóch... cóż byłby za jeden!

Bo pierwszy z nich – choć zabił dziécię
Niegodnym wychowaniem:
Pił, klął, żył w kości graniem –
"Najlepsze serce miał w świecie!"
Nagle przerwał i z gracją machnął dłonią tuż przed moją twarzą. Natychmiast poczułem jakąś magię; myślałem że upadnę. Mrugnąłem kilka razy, chcąc przegonić wizję, która wgryzała mi się w świadomość, jednak nie udało mi się. Jak migawkę zobaczyłem mnie i mojego brata, bawiącego się w jakieś dziecięce gry.
– Bo drugi znów dobrego słowa
Nie był wart, lecz mówiono –
Jak o pierwszym: "to pono,
Najlepsza w świecie głowa!"

Więc stąd to świat nie jest jak Eden!
Ale będzie... gdy głowy
Wnijdą na swe tułowy.
– Choć nie zawsze z dwóch byłby jeden!.
Nie rozumiałem tego co mówił, aż przypomniałem sobie, że ja i Joachim byliśmy bliźniakami.
– Wypaczasz… – szepnąłem, odzyskując rezon. Zamilkł i zastygł w bezruchu, oparty o drewnianą laskę, jarzącą się u szczytu bladym światłem, umieszczonej w buławie lampy. – Wypaczasz jego słowa. – Odchrząknąłem i z trwożnym lękiem wycelowałem zaciśniętą pięścią w mego rozmówcę. – Chcesz mi powiedzieć, że Joachim by tego nie zrobił? Chcesz powiedzieć, że ja to taki romantyk, tak, że działam sercem, nie głową? Że dlatego ten świat musi mieć ciebie?
Kiwał powoli głową, a upiornie uśmiechnięta maska nie wyrażała żadnych innych emocji. Ja dedukowałem, z rozpędu próbując przetłumaczyć słowa Norwida na teraźniejszość.
– Więc… – zawahałem się. To co wymyśliłem było zbyt brutalne, bym mógł to zaakceptować. On jednak czekał, zupełnie jakby chciał, bym dokończył. – Więc… ty prostujesz, tak? Ty zbierasz dusze i łączysz je w całość? W istoty bez płci, bez ciała, bez pamięci, by osiągnęły stan doskonałości?
– Nie Bóg stworzył przeszłość i śmierć, i cierpienia,
Lecz ów, co prawa rwie…
Dopiero po chwili zrozumiałem, że nie mówił o sobie. Mówił o mnie.
– … To niemożliwe.
Nagle zrobiło mi się strasznie wstyd.
– Jeżliś zdradzony w życiu kilka razy,
Oh! jakiż to wielki ból...
Współczuję skargę twą ponad wyrazy:
Łez moich tyś Pan! Tyś król!
Zaśmiałem się przez łzy.
– Ty i współczucie? Ty i współczucie? To nie litość, to kpina, Nekro.
Pokiwał tylko głową i zastygł, patrząc na własne stopy.
Zagryzłem wargi, aż do krwi. Bolało jak diabli, ale chciałem zrobić wszystko, by zagłuszyć w sobie inny, tępy ból, prosto z pękniętego serca. Coś co zawsze wydawało mi się mitem, nagle odezwało się we mnie z całą siłą. Aż przycisnąłem dłoń do piersi, bojąc się zaczerpnąć głębiej powietrza.
I łkałem, spazmatycznie, cicho, przeżywając wszystko jeszcze raz w ułamkach sekund.
Ile musiała trwać moja odyseja ku zrozumieniu, że nie ma winnych mojej tragedii? Że wszystko jest dziełem ślepego przypadku, bo samo cierpienie nie pochodzi ani od śmierci, ani od Boga, jest tylko niezamierzonym efektem ubocznym wolnej woli. Nie potrafiłem zliczyć dni, które spędziłem na ślepym szukaniu jedynego winnego, jaki wydawał mi się logiczny. Wyciągnąłem przed siebie dłonie i rozwarłem pięści, w jakimś bezsensownym odruchu. Nawet nie zacząłem liczyć. Po prostu opadł na mnie najprawdziwszy bezsens.
W myślach, jak mantrę powtarzałem stale tylko jedną myśl. Zdałem sobie sprawę, że będę pierwszą Śmiercią, która nie poprosi o darowanie życia.
– Zabij… Zrób to co tam robisz z duszami…
– Już – już mniemasz, że zgaśnie, skoro z dołu
Ciecz rozgrzana światło pochłonie.
– Czy ciało to przeszkoda? Przecież sam z siebie oddaję ci duszę… Ono słucha mnie, puści, nie zatrzyma…
– Wiary trzeba – nie dość skry i popiołu...
Wiarę dałeś?...
– Dałem.
Wyciągnął z pazuchy mały kryształ i pokazał mi w całej okazałości. Błękitny skarb nagle zalśnił i zamigotał niewyraźnie. Ja wciąż patrzyłem się w jego środek, zupełnie jakby tam miała skoncentrować się ma dusza.
– Patrz – patrz, jak płonie!...
Czułem to… jak gaśnie… czułem to… czułem go… czułem moją własną śmierć…
Później nastał mrok. Nieprzenikniona czerń, która rozbłysła nagle feerią barw, jak film w kinie. Chwilę później krztusiłem się pyłem i odgarniałem z siebie zwalisko gruzu. Obok mnie leżała mała dziewczynka, sucha i sina. Znieruchomiałem, przestraszony, że ją obudzę. Przeczekałem tak jakąś godzinę, może więcej. Później, słysząc szmer metalu sunącego po piachu zerwałem się z miejsca. Beetle. Spojrzałem w czerwone oczy maszyny. Bestia grzeszyła cichością ruchów. Sunęła ku mnie, jakby delektując się chwilą triumfu.
Nigdy nie wyobrażałem sobie, że będę się tak bał. Wszystkie moje mięśnie chciały uciekać, ale w ryzach trzymała je moja świadomość, przepełniona rezygnacją, chęcią pokuty.
– Kim się stałem, Beetle? – zapytałem robota.
Nie odpowiedział. Noga po nodze, centymetr po centymetrze zbliżał się; przygarbiony, gotów do skoku. Z moich ust uleciało westchnienie. Czekałem, drżąc.
– Zrób to szybko – wyjąkałem.
Posłuchał.
Nawet nie bolało.

Teraz w spokoju będę mógł zobaczyć, jak Nekro zareaguje na niego.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Nie, nie. Zdecydowanie odrzuciły mnie wulgaryzmy. Nie jestem zwolennikiem bluzgów w tekście.
Dlatego też zostawiam to.
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#3
Też mi się te wulgaryzmy nie podobają. Może w jakichś tekstach pasują, ale troszkę odstraszają. :)
Odpowiedz
#4
(13-03-2011, 21:04)anonimowy02 napisał(a): Też mi się te wulgaryzmy nie podobają. Może w jakichś tekstach pasują, ale troszkę odstraszają. :)

Zgadzam się, całkowicie.

Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#5
Starałem się przeczytać cały tekst. Nie miałem jednak na to siły. Tekst jest nie spójny. Pierwszy fragment to opis walki ze 'Śmiercią' o imieniu Nekro. Co to takiego – nie wiadomo. Nagle pojawia się jakiś robot (chyba). Kolejny fragment cofa nas w czasie – ile?... nie wiadomo. W ogóle brak tu wielu informacji. Gdzie toczy się kolejna akcja? W okupowanej Polsce? Kto ją okupuje? Dla czytelnika są to istotne informacje. Najpierw jednak o głównym bohaterze – z początku myślałem, że przebywa w więzieniu bo kto inny odliczałby czas wydrapując kreski na ścianie. Normalni ludzie używają kalendarza. Okazuje się jednak, że to uczeń odlicza dni nauki – czyli co? szkoła to kara? I tu kolejny szok – rok szkolny skończył się zimą? To jakiś anachronizm. Coś takiego wymaga wyjaśnienia.
Jestem miłośnikiem SF ale w tym opowiadaniu się pogubiłem. Sporo tu urządzeń, które nie wiadomo jak działają. Wymieniasz je, jakby czytelnik doskonale wiedział, co do czego służy. Wymiękłem przy pociągu, który porusza się z prędkością 8000 km na godzinę. Czy dobrze to sobie obliczyłeś? Aby się rozpędzić do takiej prędkości przy przyspieszeniu 3g (trzykrotne przysp. ziemskie – mówiąc językiem motoryzacyjnym: od 'zera' do 'setki' w sekundę – mało komfortowe dla pasażerów) potrzeba ok. 75 sekund. W tym czasie przebyłby odległość ok. 80 kilometrów. Tyle samo potrzeba by było pewnie na zatrzymanie. Takie linie kolejowe mają rację bytu tylko na ogromnie dużych trasach, powiedzmy Warszawa – Berlin, bez przystanków. Ta przykładowa trasa liczy ok. 580 km. Opisany przez ciebie pociąg przebyłby ją w 6 minut (licząc przyspieszenie i hamowanie). Oczywiste jest, że nie może podróżować w powietrzu. Rozumiem więc sens wprowadzenia przez ciebie tuneli próżniowych. Jednak nie widzę ich sensu na peronie, gdzie pociąg się zatrzymuje. Dlaczego ten pociąg kursuje tylko raz w roku? Między tak wielkimi aglomeracjami? Koszty utrzymania gotowości takiej linii przez okrągły rok są kolosalne. Bilet musiałby więc kosztować bajońskie kwoty. Taniej już chyba wynająć osobisty odrzutowiec.
Przy temacie pociągu pojawia się kolejna sprawa – opływowy kształt w tunelu próżniowym nie ma żadnego znaczenia.
„Joachim jednak parsknął gniewnie widząc godło okupanta” – znowu się aż prosi napisać coś więcej na ten temat. Jakie to godło?
W ogóle cały ten fragment bym wyrzucił, bo nic nie wnosi do opowiadania. Można było spokojnie połączyć te dwa fragmenty, opisujące walkę z robotem.
„Po wylądowaniu w Xenfurcie przez dwa tygodnie szukałem pracy.” – to on w końcu jechał, czy leciał?
„(...) zaczynałem już szykować taktykę na następnych potencjalnych pracodawców.” – aż się prosi opisać tą taktykę.
„Po trzech latach miałem na funduszach takie sumy (...)” – jak ten czas leci; to tylko potwierdza fakt, że poprzedni opis z ukończenia szkoły i wyjazdu jest zbędny.

Chyba starczy na pierwszy raz.
Ogólnie fabuła wydała mi się ciekawa i chętnie bym coś takiego przeczytał, ale trzeba to przebudować. Męczące są te skoki czasowe: walka z robotem – zakończenie szkoły – walka z robotem – praca, powrót do domu – walka z robotem ... (dalej nie czytałem).
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
(08-04-2011, 10:57)StuGraMP napisał(a): Przy temacie pociągu pojawia się kolejna sprawa – opływowy kształt w tunelu próżniowym nie ma żadnego znaczenia.

Tu się z Tobą nie zgodzę, ponieważ nie da się uzyskać idealnej próżni, więc opływowy kształt w takim tunelu mimo wszystko spełnia swoje zadanie, w minimalnym stopniu, ale zawsze to kilka km/h :)
"Ściana muru św. Andrzeja rozsypała się w gruz. Waliłem na oślep, w dawno powstałą wyrwę po wybuchu." – moment wcześniej pisałeś, że powstrzymywał się od strzału, a zdanie dalej wali na ślepo w jakąś dziurę? Brak konsekwencji.

"Przestałem, gdy poczułem jak turbina pode mną się przegrzewa." – skąd ta turbina, co to za turbina? On na niej stoi, siedzi? Więcej informacji.

"Wciąż, przez termowizjer w półhełmie, patrzyłem na starą stację automatów, rozsypującą się w gruzy pod ostrzałem emitera." – kto ostrzeliwuje tą stację, bohater, czy ktoś inny?

"Zamilkłem w pół krzyku, słysząc jakiś rumor za sobą. Odwróciłem głowę i przez wizjer dostrzegłem Beetla szykującego się do skoku. Odruchowo szarpnąłem działem w bok, nie spuszczając wzroku z czerwonych świateł na masywnie obudowanej głowie kurczącego się robota.
I tak wiedziałem, że nie zdążę.
Nagle ogłuszający ryk, wprawiający w wibrację działo, mnie i setki odłamków z rozsypujących się budynków.
Beetle oparł się mocniej na przednich odnóżach, które trzymał wcześniej jak gardę, jak tarcze przy bokach masywnego korpusu, w którym uchwyciłem te same, czerwone światła wyznaczające miejsce silnika. Gdy skoczył, mignął mi tylko błękitem aparator z antymaterią. Robot zawisł na chwilę w powietrzu, przysłaniając odległe słońce.
Nim wylądował, uskoczyłem w bok…" – to duży rozbudowany fragment. A nie powinien być taki. Pierwsze dwa zdania wskazują na to, że akcja będzie się działa bardzo szybko, więc trzeba tak było zrobić – skok, unik, nie mówię, że w dwóch słowach, ale krócej i dynamiczniej. Zdanie pochylone jest absolutnie niepotrzebne, ba, nawet nie pasuje w żaden sposób. Nie wiadomo, czy ten nagły ryk pochodzi od robota, czy od kogoś innego. A te walące się budynki? Sugerują środek jakiejś większej batalii na ulicach miasta, o czym nie ma najmniejszej wzmianki.

"Idąc, wyklikałem na ścianie parę poleceń, od tak, by coś zrobić z rękoma, bo drżały mi strasznie." – wyklikał coś na ścianie? Od tak? Czy tam był jakiś panel lub klawiatura?

"A okupanci nie wydawali tak łatwo następnych kopii." – warto by było wspomnieć co za okupanci.

"Wymiotować zachciało mi się dopiero przy ostatniej utracie równowagi, gdy buty aż nad wyraz mocno przywołały mnie do pionu. Darowałem sobie nawet wyłączanie stabilizatorów. Do domu wróciłem jak na rakietach śnieżnych."

"Joachim wyczuł wszystko – jak na bliźniaka zastało – i pokiwał tylko głową." – zdaje się, że powinno być przystało.

"Rozejrzałem się po peronie, mrużąc oczy by dojrzeć szczegóły skryte w półmroku." – nie wiem, czy ślepy jestem i pominąłem fragment, czy normalnie teleportował się z pokoju na peron w ciągu sekundy?

"Musiałem uciekać, zanim mój Beetle wykombinuje jak się do mnie dobrać." – czyli to jednak jest jego robot? Nie kmnie...

"Leciałem tam dwa miesiące." – dwa miesiące z prędkością 8000 km/h? Ta planeta musi być ogrooooooooooomna:D

"Nawet piersiami zaświeciła, by zachęcić mnie do jakichś pieszczot. Odmówiłem. Ale wtedy, czekając na cokolwiek, pięćset metrów przed celem podróży, sam wepchnąłem jej rękę pod stanik. Nie protestowała, choć drgnęła i widziałem, jak jej oczy błyszczą, gdy patrzyła, czy wszyscy śpią.
– Nareszcie – jęknęła mi wtedy do ucha." – cóż, jeśli chciałeś wprowadzić odrobinę erotyzmu, to niestety nie udało ci się. Fragment jest marny. Następne również...

"W końcu mundurowy dotarł do nas. Nawet na mnie nie spojrzał, minął jakbym nie istniał – idealny przedstawiciel tej lepszej grupy Słowian, który resztę, znaczy się na przykład Polaków takich jak ja, traktuje jak powietrze." – a jednak to ziemia! Polska jest wyspą? Bo tak wynika z reszty tekstu. Szkoda, że nie ma żadnej wzmianki w którym wieku to się dzieje.

Dobra, tu kończę, bo nie jestem w stanie brnąć dalej. Tekst jest niespójny, skaczesz w czasie i przestrzeni, zasypujesz masą terminów technicznych, bez żadnych wyjaśnień, opisujesz sobie znany świat, ale totalnie zapominasz o czytelnikach, a to właśnie dla nich piszesz, nie dla siebie! Ja jako twój czytelnik, nie mam pojęcia co tam tak naprawdę się dzieje, nie wiem gdzie to jest umiejscowione w czasie i przestrzeni. Brakuje jakichkolwiek opisów, informacji, które pomogłyby się połapać w całości. Z przykrością stwierdzam, że nie przeczytam tego tekstu do końca, ponieważ brzmi on jak jakieś notatki. Jakbyś notował sobie jakieś fragmenty, które przychodzą ci do głowy w losowej kolejności.

Siądź nad tym, przeczytaj, bo założę się, że nie przeczytałeś własnego tekstu, wtedy z pewnością zauważyłbyś to co ja i dopracuj go. Jak to zrobisz to daj znać, wtedy dokończę czytanie:)

Powodzenia w dopracowywaniu warsztatu:)
Jest tylko jeden Met.
Met jest wszędzie.
Met zawsze był.
I zawsze będzie.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(08-04-2011, 14:28)Met napisał(a):
(08-04-2011, 10:57)StuGraMP napisał(a): Przy temacie pociągu pojawia się kolejna sprawa – opływowy kształt w tunelu próżniowym nie ma żadnego znaczenia.

Tu się z Tobą nie zgodzę, ponieważ nie da się uzyskać idealnej próżni, więc opływowy kształt w takim tunelu mimo wszystko spełnia swoje zadanie, w minimalnym stopniu, ale zawsze to kilka km/h :)

Tu masz rację – ja też nie widzę sposobu uzyskania idealnej próżni i to z prędkością 8000 km/h. Przyjąłem jednak słowa dosłownie – próżnia to próżnia. :) Nie chiało mi się bardziej nad tym rozwodzić.
Pozdrawiam.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#8
(08-04-2011, 19:22)StuGraMP napisał(a):
(08-04-2011, 14:28)Met napisał(a):
(08-04-2011, 10:57)StuGraMP napisał(a): Przy temacie pociągu pojawia się kolejna sprawa – opływowy kształt w tunelu próżniowym nie ma żadnego znaczenia.

Tu się z Tobą nie zgodzę, ponieważ nie da się uzyskać idealnej próżni, więc opływowy kształt w takim tunelu mimo wszystko spełnia swoje zadanie, w minimalnym stopniu, ale zawsze to kilka km/h :)

Tu masz rację – ja też nie widzę sposobu uzyskania idealnej próżni i to z prędkością 8000 km/h. Przyjąłem jednak słowa dosłownie – próżnia to próżnia. :) Nie chiało mi się bardziej nad tym rozwodzić.
Pozdrawiam.

Spoko loko:)
Zdrawi:) czy jakoś tak:D
Jest tylko jeden Met.
Met jest wszędzie.
Met zawsze był.
I zawsze będzie.
Odpowiedz
#9
Na podstawie 15-go punktu regulaminu temat przenoszę do kosza.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Miniatura Śmierć rurencja93 7 2,398 08-09-2014, 21:16
Ostatni post: Puemit
  Fantasy Świt Czarnej Śmierci Amethis 9 3,977 20-07-2014, 01:19
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości