Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Latarnik Rozdział III „Ephrayim”
#11
Skomentuje. Ale potrzebuje na to czasu. Nie będę komentowała bezmyślnie postow żeby było. Bo chyba nikt nie chciałby aby jego twórczość została tak potraktowana. Dajcie mi troszkę czasu bo na komórce słabo się pisze i czyta :–)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#12
Dotrzymalam słowa i skomentowalam:–)skomentowalam
Odpowiedz
#13
Nie będę Ci sprawdzała błędów interpunkcyjnych, choć jest ich kilka – mieszasz też czasy. Zwróciłam jednak uwagę na to:
Cytat: Przemieszczałem się po(pisze się razem)woli i z gracją, starając się...

Cytat:Przyspieszyłem. Do miasta dotarłem w niecałe dziesięć minut, przemierzając w tym czasie trzy mile. Nie spieszyłem się.
– nie zgrzyta Ci tu coś? Wiem, że wampir może mieć nadprzyrodzone zdolności, ale żeby przemierzył trzy mile w niecałe dziesięć minut?

Do rzeczy – nie przepadam mocno za wampirami (wyjątkiem jest film "Wywiad z wampirem") i dlatego trudno mi się wypowiedzieć na temat tego fragmentu, ignorując własne gusta.
Jeśli chodzi o fabułę, wstrzymam się na razie od oceny i zaczekam do wstawienia następnego fragmentu. Chcę zobaczyć, jak rozwiniesz akcję.
Życzę weny ;)
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#14
Ruszyłem w stronę jednej z ciemnych uliczek. Zazwyczaj swoje ofiary poznawałem w ekskluzywnych lokalach, jednak dziś niemiałem na to najzwyczajniej ochoty. Po prostu chciałem się napić.
Za trzy godziny miało wzejść słońce, więc musiałem się pospieszyć. Przystanąłem i starałem się uspokoić myśli, które skutecznie zagłuszały dochodzące mnie z zewnątrz odgłosy. Już po chwili słyszałem rozmowy prowadzone na drugim końcu ulicy.
Kobieta, dziecko i mężczyzna. Zerknąłem na sklepienie niebieskie i ujrzałem Tryjony. Westchnąłem w zachwycie. W ciągu mojego życia tylko one nie uległy zmianie.
Moja predylekcja do krwi była nie do opisania. Właśnie ona skłoniła mnie ku temu, aby wejść do mieszkania tych ludzi. Na początku zdawali się mnie nie zauważać, dopiero kiedy wszedłem w światło, rzucane przez lampę oliwną, przestali krzyczeć i spojrzeli na mnie. Przez twarz kobiety przelewała się gama uczuć. Począwszy od fascynacji, zakończywszy na przerażeniu. Jak mniemam jej pijany małżonek również ją dostrzegł.
– Więc to jeden z nich! Ty sczerstwiała ladacznico! Zdradzasz mnie, kiedy jestem poza domem!
Uśmiechnąłem się w duchu. Więc ten życiowy nieudacznik, wziął mnie za jej kochanka? Ludzie są tacy zabawni…
– Fryderyku ! To nie tak! Ja go nie znam! – Zrozpaczona kobieta, cofała się w stronę drzwi, jak najdalej od zbliżającego się męża.
Mężczyzna podniósł dłoń ku górze, przygotowując się do zadania ciosu. Nie zdążył. W mgnieniu oka chwyciłem jego dłoń i złamałem w przegubie. Drugą uchwyciłem i wykręciłem mu za plecy, a swoją lewą rękę położyłem na głowie i skręciłem mu kark.
Mężczyzna, niczym szmaciana lalka opadł na ziemię. Dziecko zaczęło drzeć się niemiłosiernie, a jego matka zaczęła histerycznie płakać.
– Cisza!
Usłuchały.
Leniwym wzrokiem przeciągnąłem po mych przyszłych ofiarach. Ich strach był prawie równie fascynujący, co krew płynąca w żyłach. Podszedłem do kobiety.
– Jak masz na imię?
– S..a..ra.
Tak naprawdę, imię jej nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Dorothy, Aleksis, Amanda, Sarah? Cóż za różnica? Przecież i tak już była martwa, ale niestety lubiłem toczyć różnorakie gry z moimi ofiarami. Po krótkim czasie były wobec mnie tak ufne, że pozwalały mi na wszystko. A potem trach. Już ich nie było. Zaśmiałem się pod nosem.
– Ach Sarah … Cudowne imię. Czy żałujesz tego, co uczyniłem?
Nastąpiła chwila ciszy, po którym nastąpiło westchnienie.
– Nie Panie, on był złym człowiekiem, dziękuję.
Patrzyła na mnie niczym na anioła stróża. Groteska tego porównania, rozbawiła mnie do granic możliwości. Ten człowiek był zły? Ciekawe, co powiedziałaby o mnie, gdyby wiedziała, jaki los ją czeka.
– Czy wiesz, kim jestem? – Było to bezsensowne pytanie. Oczywiście, że nie wiedziała.
– Przykro mi nie mam pojęcia, z pewnością kimś mądrym. – Spuściła skromnie wzrok.
Podeszła do mnie i z odrobiną niepewności położyła na mam ramieniu dłoń. Zza okna przysłoniętego brudnymi firanami, rozległo się ciche huczenie sowy. Deszcz ustał, a jeszcze niedawno czarne niczym smoła sklepienie, zaczęło przybierać odcień purpury. No i znów będę musiał się spieszyć. Owa myśl, choć wydająca się zupełnie normalną, nagle uderzyła we mnie, w mój umysł, niczym olbrzymia fala w czasie burzy o klif. Więc w końcu, po kilkuset latach znudzenia i monotonii w moim nieznającym kresu życiu, pojawiło się coś takiego jak brak czasu. Wypełniło mnie dziwne, wewnętrzne uczucie, które kiedyś nazywałem … euforią? Gdyby tylko …[/p]
– Panie, może mogłabym ci się w jakiś sposób odwdzięczyć? – Ręka Sarah zaczęła zjeżdżać z mojego ramienia na klatkę piersiową.
Odechciało mi się jakichkolwiek gier, one należały do przeszłości, a ja już żyłem przyszłością, zamieniając ją z każdym ułamkiem sekundy, na teraźniejszość.
– O tak, z pewnością.
Chwyciłem jej twarz w dłonie i zbliżyłem usta do szyi. Nie przeszkadzało mi nawet to, że była brzydka. Niczego nieświadoma ofiara, zarzuciła mi ręce na barki, jakby spodziewała się właśnie takiej reakcji, na jej propozycję.
Otworzyłem usta i obnażyłem kły. W końcu zanurzyłem je w jej szyi z pewną pasją, pozbawioną jakiejkolwiek delikatności. Pod zębami instynktownie wyczułem, przebitą przeze mnie tętnicę. Ostatnią rzeczą, jaka pamiętałem przed pożywieniem się, był przeraźliwy krzyk kobiety, wznowiony pisk dziecka i … krew.
Czerwony, życiodajny trunek był dla mnie czymś niesamowitym, niewyobrażalnym. Smakował niczym najlepsze wino, od którego bardzo łatwo jest się uzależnić. Na świecie istniał w niezliczonych ilościach, jednak i tak zawsze było, jest i będzie go zbyt mało, aby mógł zaspokoić moje potrzeby.
Oderwałem się od mojej ofiary dopiero wtedy, gdy okazało się, że w jej ciele zostało zaledwie kilka kropel krwi. Tajemnica osobników mojego pokroju, polegała na tym, że nigdy nie możemy pozbawić naszych ofiar całej krwi, ponieważ jej ostatnie krople są dla nas stosunkowo niebezpieczne, gdyż potęgują głód, przez który tracimy panowanie nad sobą – a my tego nie lubimy, naprawdę.
Odrzuciłem kobietę i zerknąłem na dziecko. Nie, nie miałem już na nie czasu – a szkoda. Przeniosłem wzrok na zwłoki leżące na podłodze i warknąłem. Tej części polowania nie lubiłem. Trzeba posprzątać. Kobietę chwyciłem za rękę, mężczyznę za nogę i wyskoczyłem przez okno. Jest coraz jaśniej – muszę się spieszyć. Zwłoki wrzuciłem do kanału ze ściekami, w którym szczury odwalały za mnie całą robotę.
Pierwsze promienie słońca zaczynały padać na wysokie gmachy budynków i gdyby nie ciemne, typowe dla zimy chmury, to już dawno by mnie dosięgły. Szybko przemieszczałem się przez najciemniejsze zaułki w mieście, aż w końcu dotarłem do mej posiadłości. Posiadłości rodu de la Menoll. Nim wszedłem do środka, po raz pierwszy lepiej jej się przyjrzałem. Była piękna. Do jej terenów prowadziła stara brama, która o dziwo nie przytłaczała tego miejsca. Długa aleja, w lecie otoczona przez krzewy winogron i róż, prowadziła ku wejściu do budynku. Po prawej stronie przy dużym dębie, znajdowała się altana, będąca niegdyś schronieniem w upalne wieczory. Na wprost niej, umieszczona została niewielka huśtawka, która z pewnością była oblegana przez mych młodych, zakochanych potomków.[/p]
W moim sercu, dodam tu w gwoli ścisłości – martwym – pojawił się żal. Żal do świata, że nigdy już nie będzie mi dane, dotknąć delikatnych płatków kwiatu, w świetle promieni słonecznych. Nigdy nie będę mógł iść z damą na piknik i zachwycać się cudowną pogodą. Westchnąłem i przeniosłem wzrok na doryckie kolumienki, podtrzymujące fundamenty posiadłości. Na marmurowe schody i duże, mahoniowe drzwi zakończone niewielką, miedzianą klamką.[/p]
Nagle, przeszywający ból przeszedł po mym karku, a w powietrzu uniósł się zapach spalonego mięsa. Natychmiast znalazłem się za drzwiami. Dawno już, nie zdarzyło mi się, abym był tak nieostrożnym.
– Dzień dobry. Panicz wrócił dziś stosunkowo późno.
Zerknąłem na służącego, który przemierzał z tacą przez korytarz. – Czy panicz życzy sobie czegoś do jedzenia?
Przewróciłem oczyma. Od trzech lat, mam tego samego służącego, który za każdym razem, kiedy wracam zadaje mi to samo pytanie i zawsze słyszy tą sama odpowiedź.
– Nie.
Ruszyłem w stronę olbrzymich szerokich schodów, wykładanych krwiście czerwoną wykładziną, lecz zatrzymałem się w połowie kroku i odwróciłem. Na mej twarzy pojawił się uśmiech. Szczery, jak najbardziej prawdziwy uśmiech. Służący zesztywniał, niczym śmiertelnik porażony wzrokiem meduzy. Chyba uznał, że zwariowałem.
– Emanuelu, mam dla ciebie wyśmienitą wiadomość. Za trzy dni zorganizujemy u nas bal. Proszę zrób mi listę wszystkich szacownych rodzin w tym mieście i jutro roześlesz zaproszenia, które wypiszę. – Taca z jedzeniem, którą służący trzymał w rękach, z brzękiem wylądowała na ziemi. – I posprzątaj to. – Dodałem, wracając do maski pozbawionej uczuć.
Nucąc jakąś melodię, przemierzałem schody. Dopiero dużo później, siedząc w fotelu przed olbrzymim kominkiem, zdałem sobie sprawę, że melodia pochodziła ze sztuki Semiramida”.
– Czyli jednak ten stary głupiec, stworzył coś wartościowego.




Dużo później stanąłem przed kominkiem i wpatrywałem się w trzaskający w nim wesoło ogień. Przed oczami przebiegały mi wspomnienia. Jedno, po drugim. Naprawdę nie mam pojęcia do czego dążył mój umysł, lecz wiedziałem, że podświadomie zmierzam ku jakiemuś konkretnemu wydarzeniu. Przez chwilę, przed oczami zamajaczyła mi się postać żołnierza, aż w końcu pojąłem. Gdzieś, jakaś część mojego mózgu liczyła zabitych przeze mnie ludzi. Kalkulowała wszystkich bardzo szybko. Byli niczym góry mięsa, zakupione na targowisku. Dziewięćset sześćdziesiąt cztery miliony. I wtedy przed oczami pojawił mi się Trevor. Fuj! Toż to był najgorszy rodzaj wampira, jaki kiedykolwiek w życiu miałem okazję poznać! Jak prawdziwy, dobrze szanujący się wampir, może pić krew zwierząt? Potrząsnąłem z obrzydzeniem głową i skierowałem się w stronę biurka. Sięgnąłem po czyste kartki papieru, pióro oraz atrament i zacząłem wypisywać zaproszenia. Była to żmudna i cholernie nudna praca. Kilka razy musiałem przepisać kilka listów, gdyż nie zapanowałem nad swoją siłą i przedziurawiłem pergamin. Kiedy minęła dwunasta w południe, skończyłem pieczętować sygnetem ostatni list. Dzwoneczkiem przywieszonym do ściany zadzwoniłem po służącego. Po chwili pojawił się w drzwiach.
– Panie. – ukłonił się.
Podniosłem na niego wzrok i przekrzywiłem głowę w prawo. Po raz pierwszy dokładniej mu się przyjrzałem. Był dojrzałym mężczyzną pod trzydziestkę. Zadbany – no tak, cóż się dziwić, skoro całkiem nieźle mu płacę. Jednak w jego sposobie bycia, uniesionym ku górze podbródku i pewnej pozie zrozumiałem, że nie pochodzi z nisko postawionej rodziny.
– Usiądź. – wskazałem dłonią na krzesło.
Mężczyzna zblednął. Jednak powoli podszedł do wskazanego przeze mnie miejsca i usiadł.
– Więc Emanuelu, opowiedz mi coś o swojej rodzinie.
Odpowiedz
#15
Cytat: miedzianą klamką.[/p]

Tagu się nie zamyka, tylko otwiera na poczatku akapitu
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#16
Daj najpierw akapity, bo nie da się czytać. Po [ p ] nie musisz wstawiać [/p] na końcu zdania.
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#17
(15-06-2013, 15:54)specy napisał(a):
Prolog

Biała lampka świecąca na niebie przez moje sześćset lat życia, (zbędny przecinek) miała dzisiaj zgasnąć.

Długi, czarny płaszcz, czerwone niczym ogień oczy i ten śmiech. (raczej myślnik i dalej małą literą) Drwiący, wypełniony żądzom (żądzą) mordu.

Jeśli mam umrzeć (przecinek) to z honorem, bez strachu czy ucieczki.

Po raz pierwszy od kilkuset lat, (zbędny przecinek) poczułem, że żyję, ale tak naprawdę.

Złote włosy i jasne, wypełnione wolą życia oczy, (zbędny przecinek) skierowane w moje oblicze.

Nienawiść i rządza (żądza – co ciekawe, ten rzeczownik był użyty wcześniej bez błędu) władzy.

Po chwili jednak, (zbędny przecinek) odwraca się i szepcze: (nowy akapit) – Nienawidzę Cię (małą literą).

Czułem (przecinek) jak niewidzialne sztylety wbijają się w moje i tak już martwe serce.

(...), niemające początku, (zbędny przecinek) ani końca.

Spojrzałem na nich i miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, (zbędny przecinek) do momentu (przecinek)Jej (małą literą) nie zobaczyłem. Więc dzisiaj to Ona (małą literą) ma wydać na mnie wyrok.


Rozdział I

Robiłem to przez pierwsze sto lat życia, kiedy to jeszcze moje nadprzyrodzone zdolności, (zbędny przecinek) sprawiały mi jakąkolwiek satysfakcje (satysfakcję).

Wychodząc przez bramę posiadłości (przecinek) nawet nie zerknąłem na stajennego, który zmierzał w moją stronę, aby zapytać (przecinek) czy zaprzęgnąć konie.

Czegoś, co wprowadziłoby w moje życie, (zbędny przecinek) chociaż trochę zmian.

Przyspieszyłem. Do miasta dotarłem w niecałe dziesięć minut, przemierzając w tym czasie trzy mile. Nie spieszyłem się. (to trochę nielogiczne)

Prychnąłem lekceważąco, jednak zamiast odejść (przecinek) to skierowałem się w stronę kasy biletowej.
Za okienkiem siedział wysoki mężczyzna, (zbędny przecinek) o umęczonym wyrazie twarzy.

– Poproszę bilet. (zbędna kropka i dalej mała literą) – Powtórzyłem, lecz tym razem władczo i z pewną dozą groźby.

Nim zdążyłem się wygodnie usadowić na fotelu, zza purpurowej kurtyny prowadzącej do mojego miejsca, (zbędny przecinek) wychyliła się dziewczyna.

Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem. Widziałam (zmieniłeś płeć?) cienkie żyłki wypełnione krwią na szyi (szyk – Widziałem na szyi cienkie żyłki wypełnione krwią). Jej piersi unosiły się nierównomiernie (lewa unosiła się inaczej niż prawa?), a na twarzy wykwitł cudowny rumieniec, kiedy ujrzała w całości mą twarz (powtórzenie).
– Nie (przecinek) dziękuję (zbędna spacja) … Chociaż (wielokropek powinien raczej znaleść się w tym miejscu)zerknąłem (dużą literą) wymownie na jej dekolt. – Jak ma panienka na imię?

– Coś jeszcze?(spacja)Spytałem (małą literą), przyglądając jej się coraz to natrętniej.

Spłoszona wybiegła z loży, a ja zadowolony z siebie, (zbędny przecinek) ponownie usiadłem.

Na scenę wyszedł Rossini (przecinek) kłaniając się w stronę publiczności i zbierając gromkie oklaski.

Tak (przecinek) napisałem mu (tę) sztukę.

(...), kiedy przypomniałem sobie, że szacowny mistrz, (zbędny przecinek) w dalszym ciągu ma u mnie dług.

Ludzie zaciągali sobie (zbędne) u mnie długi w różnych formach, a ja nigdy nie miałem większego problemu ze ściąganiem ich. Natomiast ludzie mieli (mieli problemy ze ściąganiem długu? chyba raczej z płatnością) – o tak.

(...), odbierając mi przyjemność zanurzenia swoich kłów w ich aksamitnie delikatnej szyi, (zbędny przecinek) bądź nadgarstku. Wtedy oczywiście nie odpuszczałem. Odbierałem sobie długi w postaci ich córek, (zbędny przecinek) czy żon.

Zerknąłem w dół, a pod moim (moimi) stopami znalazła się Adelin.
– Auć? – Zmierzyłem ją wzrokiem, po raz trzeci już dzisiejszego wieczora (przecinek, skoro to ma być wtrącenie) i uniosłem ku górze prawą brew.

– Cii (zbędna spacja) … – Podałem jej dłoń, a ona niepewnie uchwyciwszy ją, wstała. Była taka niewinna, aż nie mogłem powstrzymać się, (zbędny przecinek) przed oblizaniem warg.

– Mam na imię Armend. (zbędna kropka i dalej małą literą) – Powtórzyłem, delikatnie całując jej dłoń.

– Adelin!? (odwrotna kolejność – ?!) Ile razy miałam (raczej "mam") ci powtarzać, że masz się trzymać blisko mnie.

– Pan wybaczy. Ja (zbędna spacja) … ja już chyba pójdę.

Byłem prawie pewien, że po sytuacji, jaka zdarzyła się między mną, (zbędny przecinek – bo gdy piszemy "między", nie oddzielamy przecinkiem) a tą dziewczyną zaraz przed przedstawieniem, będzie się bała w ogóle do mnie zbliżyć.

Piętnaście sekund później, (zbędny przecinek) stałem już przed drzwiami prowadzącymi do garderoby aktorów.

Widziałem (przecinek) jak jego plecy zesztywniały.

– Czyżbyś się nie ucieszył (przecinek) widząc mnie?

– Nie (przecinek) to nie tak (zbędna spacja)

Człowiek, (zbędny przecinek) dotknął mojego ramienia i starał się mnie pociągnąć w stronę jakiegoś (któregoś – bo "jakiegoś pokoju") z pokoi. Ani nie drgnąłem. Uśmiechnąłem się do niego z politowaniem i rzekłem. (raczej dwukropek)

– Ja … to nie o … chciałem tylko … (zbędne spacje przed wilokropkami)

Śmiertelnik chwycił się za obolałą kończynę i jęknął.(spacja)– Trzeba było poprosić.

– Rozumiem. Jednak zaistniały pewne okoliczności, które … (wiadomo, gdzie jest zbędna spacja)

Nawet ogień palący się w kominku, (zbędny przecinek) zdawał się nie wydawać żadnego dźwięku.

– Nie obchodzi. (zbędna kropka i dalej małą literą) – Dodałem ciszej.
– Ja … ja … ja … (zbędne spacje)
– Zamknij się. Nie popadaj w histerię. Czymże się denerwujesz? – Spytałem (małą literą) spokojnie, ponownie siadając.

– Równy rok temu, (zbędny przecinek) przyszedłeś do mnie z prośbą o napisanie sztuki. (zbędna kropka i dalej małą literą) – Zacząłem opowieść. – Nie miałeś wtedy, jak ty to nazwałeś?(spacja)– Zerknąłem na przerażonego mężczyznę. – A tak (przecinek) już sobie przypominam.

– Że … że … że… (zbędne spacje)

– Masz dzisiaj szczęście starcze. (raczej przecinek) Ale nie myśl, że to koniec.

Rossini, (zbędny przecinek) chyba nie do końca zrozumiał moje słowa, ponieważ wychodząc z pokoju (przecinek) widziałem tylko jego zapłakaną gębę i zaczerwienione oczy wlepiające się z lubością w zdjęcie Adelin.

Prolog nie był zachęcający. Dużo w nim 'spirytyzmu' i to ubarwionego aż do przesady opisami – to oczywiście tylko moje zdanie.
Rozdział I okazał się jednak ciekawszy. Ze stereotypowym poglądem w kwestii wampirów nie zgadza się przeglądanie w lustrze – wampiry nie mają odbicia. Jednak to nie uznaję za błąd – w końcu te stereotypy nie są poparte naukowymi badaniami :P

Masz spore problemy z interpunkcją i zapisem dialogów. Oto nasze forumowe poradniki:
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...nkcja.html
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#18
Rozdział III „Ephrayim”

Stałem przy dużym, oprawionym wstążkami oknie. Opuszkami palców odsłaniałem długą kotarę, aby móc dostrzec co się dzieje na zewnątrz. Jeszcze kilka dni temu, siedziałem przy biurku i zanurzając pióro w kałamarzu, wypisywałem zaproszenia. Jak dotąd nie zdawałem sobie sprawy, ile zacnych rodzin mieszka w Londynie. Oczywiście nie mówię tego, przez pryzmat pieniędzy, które będę musiał wydać na bal – ich miałem pod dostatkiem. Zdziwił mnie fakt, że rodzina Rossiniego jest jedną z bardziej szanowanych rodzin. Bo jeśli tak, to dlaczego Adelin była ubrana, w suknie godną guwernantki i dlaczego roznosiła lornetki niczym zwykła służąca? Przecież przy takim zachowaniu jak nic wybuchłby skandal! Cóż, może po prostu za mało ostatnimi czasy, przebywałem wśród śmiertelników. Zaproszenie dla rodziny Rossiniego, zostawiłem na sam koniec. Długo zastanawiałem się nad jego treścią, aż w końcu poprzestałem na tym:


Szanowna Lady Rossini!
Ze znaną mi uprzejmością, pragnę serdecznie zaprosić Panią oraz jej najbliższych, na skromny bal, który odbędzie się 20 grudnia w mej posiadłości na All Street. Byłbym zachwycony, gdyby Lady Amelia, również zaszczyciła mnie swoją obecnością. Czyż, nie mam racji twierdząc, iż ten sezon ma być dla niej debiutem?
Więc sprawa postanowiona! Oczekuję z niezmierną niecierpliwością na Wasze przybycie.

Lord Armend
Scrooford


PS: Mam ogromną nadzieję, że nie odebrała Pani mych słów, za zbytnią impertynencję. Jeszcze raz chylę głowę i pozdrawiam!



W liście specjalnie nie wspomniałem słowem o kompozytorze, mając nadzieję, że starzec zrozumie aluzję i nie przybędzie na przyjęcie.
Teraz tamte chwile wydają się cholernie odległe. Zerknąłem na zegar, nie starając się nawet zapanować nad grymasem pojawiającym się na twarzy. Za piętnaście minut, powinni pojawić pierwsi goście. Dzięki mojemu wyostrzonemu zmysłowi wzroku, potrafiłem już teraz dostrzec kilka powozów oświetlonych po bokach lampionami, oddzielonymi od mej posiadłości dokładnie dwie mile.
Zszedłem po długich, krętych schodach do olbrzymiej sali o kształcie prostokąta. Posadzka była wykonana z najwyższej jakości marmuru, a na ścianach zostały namalowane postacie, rodem wyjęte z najbardziej mistycznych baśni opowiadanych przez ulicznych bajarzy. Na każdym ze stołów porozstawiano różne rodzaje jadła. Stoły rozłożone zostały w półokręgu, bezpośrednio przylegając do ścian. Można było na nich znaleźć najlepsze rodzaje mięsiwa, owoce i – oczywiście poncz. Przy każdym znajdowały się krzesła obszyte czerwonym materiałem.
Nawet ja – wampir – musiałem przyznać, że widok jak i zapach unoszący się w powietrzu był naprawdę imponujący. Przy jednej ze ścian nieobstawionej stołami został zbudowany podest, na którym już za chwilę mieli stanąć muzycy.
Ogarnąłem spojrzeniem cała salę i mruknąłem z zadowoleniem. Trzy metry za mną stał jeden z moich służących, nie musiałem się obracać, aby o tym wiedzieć – wyczuwałem jego zapach. Jednak postanowiłem okazać się miłosiernym i docenić jego starania. Obróciłem się w jego stronę i kiwnąłem nieznacznie głową na znak uznania. Właśnie w tej chwili usłyszałem powóz.
Wyszedłem na podjazd nie czekając na otwarcie mi drzwi przez służącego. Owe zasady już dawno przestały mnie dotyczyć. Kierowałem się nimi tylko wtedy kiedy uznałem to za konieczne i oczywiście zawsze to musiało mieć jakiś cel. Goście zaczęli wychodzić z dorożek. Mężczyznom podawałem rękę, a kobietom kłaniałem się, wymieniałem stosowne uprzejmości, całowałem ich dłonie i gestem zapraszałem wszystkich do środka. Z odgłosów dochodzących z wewnątrz doszedłem do wniosku, że muzycy wzięli się już do roboty.
Na zewnątrz stałem jeszcze jakieś pół godziny, aż w końcu nadjechał oczekiwany przeze mnie powóz. Powóz Rossiniego. Pierwsza wysiadła jej matka. Ubrana była w najmodniejszy krój sukni, który może i byłby ładny, gdyby nie złoto i klejnoty, którymi stara matrona obwiesiła swe ciało. Nadawało jej to zbyt wielkiego przepychu i dla mojego wzroku nie był to zbyt przyjemny widok. Jednak wynagrodziła mi go Adelin. Ubrana w długą, prostą, kremową suknię, przywodziła mi na myśl księżyc w ciemną, bezgwieździstą noc. Niebieskie kwiatki wplecione w jej długie, kręcone, blond włosy, dodawały jej jeszcze większego uroku. Nie umknął oczywiście mojej uwadze fakt, że Rossiniego nie było. Czyli zrozumiał. Byłem naprawdę pełen podziwu dla tego człowieka. Czyżby zaczął używać szarych komórek? Nie na pewno nie. Po prostu się bał – jakże inaczej.
– Pani. –Skłoniłem się i ująłem jej dłoń, składając na niej pocałunek. Przeniosłem wzrok na Adelin i powtórzyłem rytuał. Zanotowałem z zadowoleniem , że zadrżała.
– Jesteśmy wdzięczne za zaproszenie na przyjęcie. – Rzekła matrona ze chciwością wpatrując się w moją posiadłość.
– Nie, to ja jestem wdzięczny za przybycie, dzięki waszej obecności nic nie jest wstanie przyćmić tego balu.
Obie zarumieniły się, lecz tylko Adelin spuściła wzrok. Jej matka – Lady Samantha Rossini taksowała mnie pożądliwym spojrzeniem.
Na mojej twarzy pojawił się nonszalancki uśmiech. Podszedłem do niej nieco bliżej i głęboko zacząłem patrzeć w jej oczy. Widziałem jak na twarzy zaczęły wykwitać rumieńce. Zauważyłem jak przygryza wargę, a przede wszystkim usłyszałem jej przyśpieszone bicie serca – to mi wystarczyło.
– Przywodzi mi pani na myśl pewien kwiat, który znalazłem z Azji. Nosi nazwę „Lori wysmukły” i ręczę moją dumą, że ktoś go tak nazwał na pani cześć.
Samantha zrobiła się czerwona jak piwonia. Rozwinęła wachlarz i delikatnie się nim wachlując odparła.
– Co też pan takiego opowiada? No już, skończmy te dyskusje zimno się robi. Czy zaprosi nas pan do środka?
– Ależ oczywiście! – Podstawiłem obu kobietą ramiona. – Więc chodźmy. – I ruszyliśmy w stronę wejścia.
Ta kobieta była żałosna. W duchu śmiałem się z niej. Ciekawiło mnie, jaka będzie jej reakcja, kiedy dowie się czym jest owy „kwiat”. A dowie się na pewno. Parsknąłem śmiechem. Więc grę czas zacząć.



Na salę wszedłem z niemałym opóźnieniem. Ledwo przekroczyłem jej próg, a otoczył mnie wianuszek gości.
– Dziękuję za zaproszenie Lordzie!
– Oh, jakże tu cudownie!
– Cóż za muzyka!

Potrząsnąłem głową i krótko, acz uprzejmie odpowiedziałem na pytania. Fala głosów o mało nie wyprowadziła mnie z równowagi. Zostawiłem gości i ruszyłem do stolika z napojami.
Już miałem nalać sobie picia i odejść, kiedy poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
Odwróciłem głowę i wtedy usłyszałem jej myśli.
– Cóż, za przystojny mężczyzna. Bogaty. Będzie bardzo ciekawie, kiedy go uwiodę.
Zadziałało to na mnie jak płachta na byka.
Oparłem się o stół i uśmiechnąłem.
– Oh…
– Wybaczy panienka, ale chyba nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Jestem Armend. – Pochyliłem się by ucałować jej dłoń.
– Lady Sofia Beatrice Rosalynde Anne Therese Howard.
– Miło mi. – Uśmiechnąłem się leniwie.
– Mi również, czy zaprosi mnie pan do tańca, czy mam już nie robić sobie nadziei? – Rzuciła mi kokietujące spojrzenie.
– Miód, chociaż słodki, nadmiarem słodyczy może stłumić apetyt i sprowadzić mdłości. Pani wybaczy –skłoniłem się i zostawiłem Sofię Wieloimienną z otwartymi ustami, i nieregularnie pulsującą żyłą na skroni. Nie mogłem powstrzymać się od triumfalnego uśmiechu. Zapowiada się ciekawie. Zamknąłem oczy.


Długie jedwabne suknie. Poświata dużego, srebrzystego księżyca opadała na zakryte maskami ludzkie twarze. Kobiety, mężczyźni wirujący naokoło dużej, wyłożonej zimnymi, białymi kaflami sali, tworzyli krąg wirujących postaci. Maski, wszędzie te przeklęte maski z wymalowanymi smutnymi bądź wesołymi minami. Wszystkie takie same, a każda inna. Każdy obrót prezentował inną twarz, inną posturę, inny wygląd. Każda sekunda wydawała się dłużyć niemiłosiernie. Mała dziewczynka klęcząca na środku sali, obracała raz po raz głowę to w lewo to w prawo, mając nadzieję na odnalezienie się wśród tych nic jej nie mówiących postaci. Czuła chłód, przerażający chłód. Dreszcze strachu zaczęły przechodzić jej małymi kroczkami po karku. Uśmiech jeszcze przed chwilą tak szczery wymalowany na twarzyczce, po woli zmieniał się w strach, przerażenie, aż w końcu ból.
Długie blond włosy przykleiły się do jej mokrej od łez twarzy. Palce zimne niczym lód, powoli zaczynały się trząść. Postacie nie przestawały wirować. Ciche szepty, śmiechy i złośliwe uwagi docierały do dziewczynki z podwojoną siłą. Głosy przesuwających obcasów wirowały wokół przerażonej i osamotnionej postaci, znajdującej się w kręgu otaczających ją ludzi. Grzmot. Krzyk. Przerażenie. Ogromna błyskawica przecięła niebo trafiając w jedno z drzew, znajdujących się koło ogromnej szyby wpuszczającej światło do sali. Iskry, ogień i gałęzie wpadły niczym huragan do zamku, niszcząc wokoło wszystko co stanęło mu na drodze. Dziewczynka klęcząca na środku uniosła triumfalnie ręce w górę i zaczęła zanosić się histerycznym śmiechem. Ludzie zamarli. Kilku strażników podbiegło do niej i patrząc na nią z obrzydzeniem, a zarazem strachem, związało i niczym psa wywlokło w stronę wyjścia. Nagle wszystko ucichło. Burza ustała. Ludzie znowu się śmiali. Znowu drwili i za maskami chowali twarze. Wtedy Elizabeth podeszła do dziewczynki i chwyciła ją w swe ramiona, nie bacząc na przestraszonych ludzi…


– Ugh! – Był to jedyny odgłos jaki byłem w stanie z siebie w tej chwili wydać. – Co to miało być?! – Krzyczały moje myśli i ciało. Szklanka z ponczem, którą trzymałem w dłoni rozbiła się pod moimi stopami, a ja na chwilę zupełnie straciłem orientację. Nie słyszałem nic, poza swoimi myślami, nie widziałem nic, poza resztkami wizji rozpadającymi się w moim umyśle, podobnie jak szklanka w mojej dłoni.
– Poncz smakował?
Odwróciłem się i właśnie wtedy to poczułem. Przede mną stała istota, wyglądem przypominająca człowieka, ale w rzeczywistości nim nie będąca. Nie, to stanowczo nie mógł być człowiek. W żadnym wypadku nie emanowałaby z niego, aż taka moc.
– Kim jesteś?
Zrobiłem krok w tył, przygotowując się do skoku.
– Ephrayim. – Bynajmniej jego imię mnie nie uspokoiło. – Nie musisz się mnie obawiać. – Dodał, jakby w nadziei, że uśpi moją czujność.
– Nie widziałem jak wchodzisz. – Powiedziałem, powoli odczuwając, że znów zaczynam panować nad sytuacją, a przede wszystkim nad sobą.
– Podobnie jak większość osób nie widzi kim naprawdę jesteś.
Chwyciłem go za bark. Uśmiechnąłem się na widok grymasu pojawiającego się na jego twarzy. Z boku wyglądaliśmy jak dobrzy znajomi, a to było najważniejsze – jeśli chodzi o pozory.
– Kim jesteś? – Powtórzyłem, minimalnie wzmacniając uścisk.
Już chciałem go wyprowadzić na dwór, kiedy zaczęła mnie opuszczać siła. Zanim w zupełności straciłem kontakt ze swym ciałem usłyszałem słowa:
– Athisis jest jak narkotyk. Po jego wypiciu najpierw ma się wizję, a potem traci się panowanie nad swym umysłem – na godzinę. Przepraszam, inaczej nie moglibyśmy na spokojnie porozmawiać.
Odpowiedz
#19
Akapity, no proszę, ile razy można mówić...
Take my mind and take my pain
And heal




Odpowiedz
#20
Przede wszystkim rób wcięcia akapitów, dzięki temu opowiadanie jest bardziej przejrzyste – tag [p].
(21-06-2013, 22:17)specy napisał(a): Zazwyczaj swoje ofiary poznawałem w ekskluzywnych lokalach, jednak dziś niemiałem (oddzielnie – nie miałem) na to najzwyczajniej ochoty.

Przystanąłem i starałem się (zbędne) uspokoić myśli, które skutecznie zagłuszały dochodzące mnie z zewnątrz odgłosy.

– Fryderyku (zbędna spacja) ! To nie tak! Ja go nie znam! – Zrozpaczona kobieta, (zbędny przecinek) cofała się w stronę drzwi, jak najdalej od zbliżającego się męża.

Mężczyzna, (zbędny przecinek) niczym szmaciana lalka opadł na ziemię.

– S..a..ra. (nie rozumiem tych kropek – jąkanie zapisuje się przeważnie tak: S-a-ra)
Tak naprawdę, (zbędny przecinek) imię jej nie miało dla mnie żadnego znaczenia.

– Ach Sarah (nadal stawiasz zbędne spacje przed znakami interpunkcyjnymi) … Cudowne imię.

– Nie (przecinek i 'panie' małą literą) Panie, on był złym człowiekiem, dziękuję.

– Przykro mi (przecinek) nie mam pojęcia, z pewnością kimś mądrym. – Spuściła skromnie wzrok.
Podeszła do mnie i z odrobiną niepewności położyła na mam (mym) ramieniu dłoń. Zza okna przysłoniętego brudnymi firanami, (zbędny przecinek) rozległo się ciche huczenie sowy. Deszcz ustał, a jeszcze niedawno czarne niczym smoła sklepienie, (zbędny przecinek) zaczęło przybierać odcień purpury.

Więc w końcu, po kilkuset latach znudzenia i monotonii w moim nieznającym kresu życiu, (zbędny przecienk) pojawiło się coś takiego jak brak czasu. Wypełniło mnie dziwne, wewnętrzne uczucie, które kiedyś nazywałem (kolejna zbędna spacja) … euforią? Gdyby tylko (i jeszcze jedna) …[/p] (to ciekawe – nie stawiasz tagu wcięcia akapitu, ale chcesz go zamykać?)

(...), zamieniając ją z każdym ułamkiem sekundy, (zbędny przecinek) na teraźniejszość.

Niczego nieświadoma ofiara, (zbędny przecinek – masz dziwną manię oddzielania podmiotu od orzeczenia) zarzuciła mi ręce na barki, jakby spodziewała się właśnie takiej reakcji, (zbędny przecinek) na jej propozycję. (nie rozumiem tego zdania)

Otworzyłem usta i obnażyłem kły. W końcu zanurzyłem je w jej szyi z pewną pasją, (zbędny przecinek) pozbawioną jakiejkolwiek delikatności. Pod zębami instynktownie wyczułem, (zbędny przecinek) przebitą przeze mnie tętnicę.

Tajemnica osobników mojego pokroju, (zbędny przecinek) polegała na tym, że nigdy nie możemy pozbawić naszych ofiar całej krwi, (...)

Po prawej stronie przy dużym dębie, (zbędny przecinek) znajdowała się altana, będąca niegdyś schronieniem w upalne wieczory. Na wprost niej, (zbędny przecinek) umieszczona została niewielka huśtawka, która z pewnością była oblegana przez mych młodych, zakochanych potomków.[/p] (zbędny tag)

Żal do świata, że nigdy już nie będzie mi dane, (zbędny przecinek) dotknąć delikatnych płatków kwiatu, (zbędny przecinek) w świetle promieni słonecznych.

Westchnąłem i przeniosłem wzrok na doryckie kolumienki, (zbędny przecinek) podtrzymujące fundamenty posiadłości. Na marmurowe schody i duże, mahoniowe drzwi zakończone niewielką, miedzianą klamką.[/p] (zbędny tag)
Nagle, (zbędny przecinek) przeszywający ból przeszedł po mym karku, a w powietrzu uniósł się zapach spalonego mięsa. Natychmiast znalazłem się za drzwiami. Dawno już, (zbędny przecinek) nie zdarzyło mi się, abym był tak nieostrożnym.

– Dzień dobry. Panicz wrócił dziś stosunkowo późno. (myślnik i usunąć zakończenie akapitu)
Zerknąłem na służącego, który przemierzał z tacą przez korytarz. – Czy panicz życzy sobie czegoś do jedzenia?

Od trzech lat, (zbędny przecinek – ja już nie rozumiem twojego systemu wstawiania przecinków) mam tego samego służącego, który za każdym razem, kiedy wracam (przecinek) zadaje mi to samo pytanie i zawsze słyszy (tę) sama (samą) odpowiedź.

Proszę (przecinek) zrób mi listę wszystkich szacownych rodzin w tym mieście i jutro roześlesz zaproszenia, które wypiszę. – Taca z jedzeniem, którą służący trzymał w rękach, z brzękiem wylądowała na ziemi. – I posprzątaj to. – Dodałem (małą literą), wracając do maski pozbawionej uczuć.

(...), zdałem sobie sprawę, że melodia pochodziła ze sztuki Semiramida”. (a gdzie otwarcie cudzysłowu)
– Czyli jednak ten stary głupiec, (zbędny przecinek) stworzył coś wartościowego.

Jedno, (zbędny przecinek) po drugim. Naprawdę nie mam pojęcia (przecinek) do czego dążył mój umysł, lecz wiedziałem, że podświadomie zmierzam ku jakiemuś konkretnemu wydarzeniu. Przez chwilę, przed oczami zamajaczyła mi się (zbędne) postać żołnierza, aż w końcu pojąłem.

Byli niczym góry mięsa, (zbędny przecinek) zakupione na targowisku.

Kilka razy musiałem przepisać kilka (powtórzenie) listów, gdyż nie zapanowałem nad swoją siłą i przedziurawiłem pergamin.

– Panie. – ukłonił (po kropce małą literą?) się.

– Usiądź. – wskazałem (i znowu to samoi) dłonią na krzesło.

Mężczyzna zblednął. (raczej przecinek i dalej małą literą) Jednak powoli podszedł do wskazanego przeze mnie miejsca i usiadł.
– Więc (przecinek) Emanuelu, opowiedz mi coś o swojej rodzinie.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy 1 Rozdział mojej powieści NieskończonyŚwiat 7 2,888 28-01-2017, 17:53
Ostatni post: Nidrax
  Fantasy Pierwszy rozdział – Kroniki Imperium Lorda Reytu Lather 2 1,357 28-05-2016, 20:57
Ostatni post: Lather
  Fantasy Narreweid – Prolog & Rozdział 1 Vercenvard 67 13,159 05-09-2015, 23:20
Ostatni post: Vercenvard
  Fantasy Zapomnieni: Rozdział I: Powstanie daria24683 1 2,272 18-07-2012, 12:23
Ostatni post: Stranger
  Przygodowe Rozdział w kasynie alonso4 4 3,628 01-10-2011, 12:06
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości