Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Bez tytułu
#1
Tę prozę bez tytułu zaczęłam pisać niedawno i wciąż nad nią ciężko pracuję. Ma już ogólny szkielet i postaci, a brakuje jej krytyki ;) Rozdziały są pisane w stylu na przykład "Pieśni lodu i ognia" tzn. z punktu widzenia poszczególnych osób. Folder, w którym mieszczą się jak na razie fragmenty rozdziałów nazwałam "Wynagrodzeniem błędów" z racji iż w tamtym czasie lenistwo strasznie mnie ogłupiło ;) Oto jedna z części, zapraszam więc do czytania:
(w tekście znajdziecie słowo "warum" – to wymyślona przeze mnie nazwa na stanowisko zwierzchnika, prezydenta miasta)

Dorian

Siedział w pomieszczeniu pozbawionym światła, niemal pozbawionym powietrza. Dym, razem z wonią drogiego tytoniu, unosił się w pokoju nie mogąc znaleźć ujścia i wisiał tak pod sufitem niczym ciemna chmura. Mężczyzna, siedząc w towarzystwie paru opróżnionych butelek i z cygarem z tlącymi się w środku ziołami, zerkał na wczorajszą czerninę, odsuniętą w najdalszy róg biurka, w której krew już w połowie skrzepła. Rozejrzał się po pomieszczeniu. To biuro to znaczący dorobek jego egzystencji.
''Jaki tu syf...'' – przejechał żylastą dłonią po litym drewnie, zostawiając ślad ukazujący prawdziwą barwę biurka. Wstał w końcu ociężale z okutego poduszkami fotela, walcząc z okrutnymi prawami grawitacji po ciężkiej nocy. Odwrócił się i spojrzał na wielkie okna, niczym w szklaną ścianę zasłoniętą ciężkimi zasłonami z szenilu.
– Cóż za piękny dzień! – powiedział do siebie zadowolony. Ponownie rozsiadł się na swoim tronie, tronie Waruma Keehgradu, Doriana Reinharda – potomka ich rodu – jedynego, jednakże z pewnością nie ostatniego.
Nad nim wisiał ojczysty herb przedstawiający dwa skrzyżowane sztylety, które symbolizowały zarówno dobrą jakość stali i srebra wyrabianych w mieście, a także dowód zawzięcia do walki podczas wszelakich wojen. Keehgrad leżał w najdalszym zakątku północnej Manoli, na Mlecznym Jeziorze wśród moczar. W sercu miasta mieścił się główny plac, a od niego ciągnęły się rozległe ścieżki. Dorian był skrupulatny co do opieki nad Keehgradem, jednak nie do opieki nad sobą. Kiedyś ktoś powiedział: Zdrowie jest najlepszą nagrodą! Dla Doriana nagrodą była władza, niczym najlepsze lekarstwo czy uzależniające opium. Gdy poczuł, że coś drażni go w gardle, sięgnął po jedwabną chusteczkę z lewej kieszeni barwionych na kolor sadzy skórzanych spodni. Po ataku kaszlu nie przejął się krwią, którą nasiąkł materiał i schował go z powrotem. Zza drzwi dobiegło go ledwie słyszalne pukanie.
– Wejdź.– przeciągnął dłonią ciemne włosy zaczesane do tyłu. Odłożył puste butelki do wysokiej biblioteczki obok, a czerninę schował do szuflady, zastanawiając się potem dlaczego to zrobił. Ile ta zupa właściwie tu stała? Stracił zupełnie poczucie czasu przez ostatni okres – werbowanie ludzi do wojska, remont świątyni Kerre. Ciężkie myśli przerwał hałas otwieranych drzwi. Każdy dźwięk po kacu był dwa razy głośniejszy niż zwykle. Drzwi otwarły się, uzupełniając pomieszczenie tlenem, a w nich stał niski mężczyzna z krzaczastymi brwiami.
– W końcu znajoma twarz! – poderwał głowę, wciąż wygodnie siedząc na fotelu – Mój ty z metra cięty kolego, nawet nie wiesz jak tu ostatnio dużo obcych najechało na me ziemie, że sam się czułem jak obcy – odparł, wpatrując się w skwaszoną minę towarzysza – Może postaram się o wino?
– Może postarasz się o uwagę? – zgrzytnął Karakan – Mam informacje związane z Wielem. Oznajmiam, że zadanie wykonane, ludzie wymordowani, wioska zniszczona, mamy nową bazę. – wyrecytował to niczym wiersz, gapiąc się w błądzące po pomieszczeniu oczy Doriana. Wyglądał jak gdyby nie rozumiał co się do niego mówiło.
– Co? Aha, Wiele – podrapał się po podbródku – Wiele, Wiele, Wiele... Mhm. Kazałem mordować ludzi? – zastanawiał się, podnosząc prawą brew. Gęstobrwisty nie ukrywał zdziwienia i zabrał po chwili głos.
– Rozkazał pan zająć się ludźmi, żeby już nigdy nie wrócili do swojego życia – cytował, odganiając od siebie ciężki odór tytoniu, którego nie preferował.
– Chodziło mi o to byście zabrali ich kosztowności i zamknęli, a nie zabijali. Nie mieli po prostu wracać do swojego codziennego życia – powiedział obojętnie – Mhm, trudno. Zdarzają się nieporozumienia na tym świecie. Ważne, że Wiele zostało unicestwione razem z tymi katolikami i ich bogiem. Może w końcu nauczą się, że jedyną religią tolerowaną w Manoli jest Kerre – uderzył zdecydowanie pięścią w stół, a Karakan obserwował go z niedowierzaniem – Nie już pewnie się nie nauczą – uśmiechnął się zawadiacko i oblizał suche wargi – Czyli wszystko poszło zgodnie z planem? – mężczyzna nieco zmieszany obruszył się i ponownie zabrał głos.
– Oprócz tego, że niepotrzebnie wymordowaliśmy całą wioskę wykonaliśmy zadanie jak z podręcznika – stwierdził twardo. Dorian wpadł w kałużę śmiechu, z której z trudem się wydostał.
– Masz złote serce kolego, a złota nigdy rdza nie chwyci! – powiedział wesoło. – To gdzie się teraz wybierasz, co? – spytał z ciekawości.
– Do żony na obiad idę, następnie grać w pokera, by długi spłacić, a na deser zostawiam sobie okład z młodych piersi z pobliskiego burdelu – odpowiedział szczerze, bo przed dowódcą tajemnic nie miał.
– Normalnie ze świecą takich szukać! – wybuchnął śmiechem, a jego włosy barwy hebanu zsunęły się na twarz – Tak, dzieci i długi rosną jak grzyby po deszczu! Jak tam twoje dzieciaki, co? – wtrącił.
– Już mnie przerosły skubane – wyszczerzył żółte ząbki.
– Tego mogłem się akurat spodziewać – rozciągnął się w kunsztownym fotelu. – A żona? Pamięci do twarzy, ani do imion nie mam... – Karakan zaczął domyślać się, że ta gadka szmatka prowadzi donikąd.
– Nazywa się Elena no i piękna jest – zaczął – długie nogi, wspaniała talia, zgrabne pośladki, jędrne piersi... tylko ten ryj... – zażartował, jednak zauważył, że Dorianowi nagle nie było do śmiechu.
– Zanim pójdziesz, mój drogi, miałbym sprawę – pstryknął palcami, a po chwili na wezwanie wyszło dwóch uzbrojonych mężczyzn o potężnych barach, jak gdyby wzięli się znikąd. Jeden ubezwłasnowolnił ręce Karakana trzymając go za przeguby dłoni, zaś drugi złapał go za kudłate włosy. Gęstobrwisty szarpał się, czemu zawtórował trzask pękanego materiału i dartej skóry.
– Co tu się do jasnej cholery dzieje?! – awanturował się, wciąż starając uwolnić ręce.
– Spokojnie kolego, może postarasz się o uwagę? – zaproponował oblizując suche wargi. – Bo jest sprawa. Pamiętasz co mówiłem o przejezdnych w Wielu?
– Kazałeś zająć się ludźmi, żeby już nigdy nie wrócili do swojego życia. – wycedził nie ukrywając zażenowania. Na twarzy Doriana pojawił się uśmieszek, którego nie potrafił się pozbyć.
– Czy przez całą dobę na murach stała straż? – dopytywał się, a Karakan przytaknął. – Możesz głośniej? – zgrzytnął.
– Tak jest!
– Więc jak to możliwe, aby Arra wiedziała już o naszym posunięciu? – Tamten wydawał się nieco zdziwiony, ale trudno było wyrażać jakiekolwiek emocje poza cierpieniem, kiedy ściskano mu przesadnie mocno przeguby rąk, nie mówiąc już o bólu skóry głowy.
– Wiadomo, że i tak by się w końcu dowiedzieli. – Przejechał dłonią po blacie biurka. – Ale rozkazy to rozkazy, byłeś przecież za tą akcję odpowiedzialny, nie pamiętasz? – Dorian dostrzegł łzy w jego oczach, choć tamten próbował za wszelaką cenę nie pozwolić im spłynąć po policzkach. "On jest słaby, nie chcę słabego dowódcy... jednak stoczył dla mnie wiele bitw... posłuszna, głupia marionetka". Myśli kłębiły się w jego głowie, a czas mijał. " Jego życie zależy ode mnie, nieprawdaż? Miłe uczucie..." Rozmawia z jakimś głosem w jego głowie. " Kierować czyjąś egzystencją – wybornie!" Kiedy ciemnowłosy zastanawiał się, czy załatwić sprawę krwawo, albo czy jego sztylet przebije taki byczy kark, Karakan czytał niczym w jego myślach, albo to jego wzrok był nadzbyt wymowny, bo zaczął się głośno modlić.
– Aemi su karitn'e Kerre, aemi su karo' de Kerre! (język arryjski)
-Nie będziesz mi już dłużej potrzebny. – Na to Karakan wytrzeszczył oczy.
– Nie! – I to było jego ostatnie słowo przed tym, jak jeden z mężczyzn pozbawił go tlenu, nie zadając sobie przy tym ani trochę trudu. Z drobnej postury generała zaczęło powoli wypływać życie. ''Mało oryginalna przemowa przed śmiercią'', pomyślał Dorian.
– I tak kończy się historia Kurta Mebtisa, karłowatego generała. Umarł w butach – westchnął i sięgnął po czerninę usadowioną w szufladzie. Po jej skosztowaniu, strużka krwi spłynęła mu po brodzie.
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Poczekaj aż wejdzie Fiyo, albo stu, to ci wytknie te wszystkie błędy, których nawet ja się sporo naliczyłem i przedstawi konstruktywną krytykę ^^ Swoją opinię wstawię jutro, bo dzisiaj już mi się nic nie chce...
Zrób akapity opcją [ p ] – bez spacji – tak na start.
Odpowiedz
#3
Wybacz moje skojarzenie, ale "warum" jednoznacznie kojarzy mi się z niemieckim "dlaczego".:D

Znalazłam trochę błędów interpunkcyjnych, a także zmieszanie czasów (w opisie miasta). Wszędzie jest przeszły, natomiast tam – teraźniejszy. Wypadałoby to zmienić.
Fabuły się nie czepiam, aczkolwiek jak dla mnie to nagłe pochwycenie Karakana jest mało zaakcentowane. Wolałabym, gdyby były tam emocje. ;)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Dobra, do jutra postaram się poprawić tekst ;)
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#5
I nie przejmuj sie za bardzo naszym fiyo-łkiem^_^
On próbuje pomóc zrażając ludzi do pisania:-P
***

I dziwny masz avatar^_^
I konia, i muła, i osła głupiego,
I mrówke, i żuka, termita martwego,
Gołąbka pokoju białego jak kreda,
Lecz tylko jeża przelecieć się nie da!!!

Odpowiedz
#6
Finneus – zapamiętam, dzięki za informację ;)
Z tego co napisałeś o moim avatarze podejrzewam, że wiesz kto to, bo zastosowałeś grę słów :J Ale jeżeli się mylę mój avatar przedstawia Noatoka z Avatar: The Legend of Korra.

Żeby na raz mieć więcej roboty z poprawianiem tekstu, wysyłam następny fragment tym razem z punktu widzenia mężczyzny o imieniu Aman.

Tęgi chłopak skrzyżował ręce i zimno spojrzał na Aman'a. Zauważył, że jest niższy w porównaniu z towarzyszem, choć niewiele niż parę cali, jednak nie brakowało pewności, że wyrostek był wystarczająco ogromny i krzepki, by zwalić go bez problemu z nóg, choć nie wiedział dlaczego miałby to właściwie uczynić. Wyobrażał sobie jak jego dłonie zaciskają się na własnej szyi, a wystarczy, że zabija mnie wzrokiem, pomyślał.
Chłopak nie mógł być od niego starszy – z zewnątrz był wielki jak góra, ale w oczach tliło się coś łagodnego co trudno było jednak dostrzec za wzrokiem mordercy. Aman obruszył się, gdy ten w końcu opuścił go po wspólnym oczekiwaniu niczym skazaniec na kata, drapiąc się przy okazji po byczym karku. Za to inna, ciemna postać przepłynęła przez salę, podłoga trzeszczała pod naporem jego stóp.

Mężczyzna ubrany był w szarą, aksamitną tunikę z wyszytymi dwoma, skrzyżowanymi sztyletami na piersi i wysokim kołnierzem, a spodnie miał z barwionej na kolor sadzy skóry. Oczy barwy rozwodnionej stali, były podobno tak samo ostre i zimne jak on sam, a niektóre kosmyki brunatnych włosów zaczesanych do tyłu spadały mu na surową twarz tworząc obraz, o którym właśnie słyszał Aman. Zatrzymał się przy ciemnym, litym biurku, widocznie nowym z powodu unoszącego się nad nim, przyjemnego zapachu świeżego drewna i ukłonił się niczym podwładny u stóp króla.
– Witaj Aman, proszę siadaj. – wyprostował się i podał mu rękę.
Ku zadowoleniu Aman'a mówił w języku powszechnym, czyli arryjskim. Dłonie spotkały się w uścisku – jedna zimna i koścista, a druga silna i żylasta – Wilroyo zapewne miałby już zaciśniętą pętlę na szyi gdyby nie ty – usiadł sztywno na honorowym miejscu, więc Aman uczynił to samo, tyle, że jego stołek nie równał się z okutym poduszkami fotelem waruma. – Przechodząc do sedna, bo mój czas jest ograniczony. – spojrzał na niego wymownie. – Twój krnąbrny brat według rady miasta zakosztował już sprawiedliwości, ale ja jednak sądzę, że zdążył się jedynie o nią otrzeć. Mocno naraził się mnie jak i całemu zachodowi, myśląc, że ucieknie od kary, tylko dlatego, że znajdował się tak daleko od swoich ziem. Ja nie zostawiam takich spraw bez finału. – odgarnął kosmyk włosów.
Nazywał się Dorian Reinhard, warum Keehgradu. Aman'owi przypominał wyglądem jaszczura w skórze człowieka. Tylko czekał jak z jego popękanych warg wyślizgnie się rozdwojony język.
– Mam przynajmniej nadzieję, że wyjdzie niebawem z lochu?– zapytał błądząc oczami po pomieszczeniu.
Od momentu gdy zaczęli rozmowę, rzadko utrzymywał z nim kontakt wzrokowy. Będąc ciałem w ciemnym biurze zatęchłym od tytoniu, myślami wędrował daleko za Keehgrad rozmyślając nad innymi sprawami niż o własnym bracie, którego wybryki były dla niego chlebem powszednim. W momencie refleksji Aman'a, zdezorientowany jego pustym wzrokiem Dorian wyjął świstek papieru z kieszeni tuniki zapieczętowany oficjalnym herbem głównej rady w jego ojczystym mieście, a były to dwa skrzyżowane sztylety – takie same jak te wyszyte srebrną nicią na jego tunice.
– Wyjdzie, wyjdzie. – wycedził to niechętnie, bo według jego przekonań kto w Keehgradzie ręce ubrudził ten zostaje w Keehgradzie, lecz główna rada Manoli ucieka się od jego ideologii.
Spojrzał gorzko na Amana, w którego gęstych, długich włosach barwy hebanu dostrzegł ciemne, kłębiące się kołtuny, ale po chwili znów wrócił do kartki. Złamał pieczęć i zaczął śledzić słowa – Nie będę przedłużał: Jeżeli Wilroyo znów narozrabia na mojej ziemi, będę miał prawo skrócić go o głowę, więc lepiej mu to przekaż – próbował zdobyć się na szczery uśmiech, lecz w końcu zdradziły go drżące kąciki ust – Mhm. Zastanawiam się nad tym, dlaczego tak bardzo starasz się mu pomóc? Tylko nie mów mi, że to z powodu waszych więzów krwi– oblizał suche wargi.
– Nie jesteśmy na ty. – mruknął zauważając jego nieobyczajność – Reszta to nie twoja sprawa, w szczególności nie twoja. Słyszałem o tobie zanadto wiele. Słuchaj, w nadziei, że wiesz gdzie leży Rdestowe Grodzisko powiem ci, że przyszedłem z bardzo daleka po swojego brata i nie pogłębiajmy dlaczego tu jestem. -Tamten wzruszył tylko ramionami.
– Jesteś tu, żeby to podpisać. – podłożył mu pod nos nieco pognieciony kawałek papieru uśmiechając się chytrze – Dla mnie to nic, ale dla reżimu twój podpis ma duże znaczenie, z pewnością dla Wilroy'a także.
– Kiedy mielibyście go ostatecznie uwolnić? – spytał Aman pozwalając sobie wyjąć pióro z kałamarza i zaczynając pisać.
– Zależy kiedy zaakceptują ten list, który właśnie podpisujesz. W Głównym Sądzie na odpowiedź trochę poczekasz, a jeśli wiesz co mam na myśli mogą go właściwie nigdy nie otworzyć – stwierdził twardo i przeczesał palcami włosy – Tak to już jest, tam wpijają płaskie dupy w kunsztowne fotele ze złota i kontemplują o sprawiedliwości, a my... my robimy właściwie to samo, tyle, że wystrój skromniejszy – uśmiechnął się do siebie – Mhm. Poczęstowałbym cię winem, ale podejrzewam, że w waszej wiosce to zakazany owoc... To jak? Bogini Kerre chyba nie odmawia alkoholu? – sięgnął po trunek, znajdujący się w szafce biurka, a po kieliszek udał się do stojącej obok wysokiej biblioteczki. Aman podpisał się już wyraźnie na otrzymanym dokumencie.
– Bynajmniej. Chętnie przepłuczę czymś gardło. – odparł.
Dorian wzruszył ramionami i sięgnął po drugi, kryształowy kieliszek. Spojrzał na Amana i zaczął ostrożnie nalewać mu szkarłatnego trunku. Gdy czerwony płyn wypełnił już połowę naczynia, mężczyzna wskazał gestem, by ten zaniechał dalszego nalewania. Sam Dorian nie żałował sobie procentów.
– Za sprawiedliwość! – uśmiechnął się pokazując przy tym rząd żółtych ząbków.
Kieliszki zderzyły się i obaj zaczęli łapczywie opróżniać zawartość. Reinhard wypił duszkiem całą zawartość tak samo jak Aman wypił za jednym razem swoją porcję.
– Widać, że jednak masz coś wspólnego z swoim bratem! – rzucił Dorian wybuchając śmiechem.
– Wypraszam sobie, piję tylko okazyjnie. Nie jest to dla mnie codziennością. – żachnął się zauważając po chwili pruderyjność swojej wypowiedzi. Choć tak naprawdę mocno oburzył się tym porównaniem. Nie jestem w niczym podobny do Wilroy'a!
– Jak chcesz – chrząknął – No dobra panie Aman, mam swoje sprawy na głowie i myślę, że ty też. Rozejdźmy się w pokoju i miejmy nadzieję, że następnym razem nie będziemy musieli spotykać się w takich okolicznościach – rzekł i wstał z miejsca. Mam nadzieję, że wcale się nie spotkamy. Aman uczynił to samo i mężczyźni podali sobie dłonie. W uśmiechu Doriana zobaczył tyle fałszu, że zaczął się zastanawiać nad tym, czy jego pozerstwo było specjalnie tak słabe. Ciekawe, czy jest taki w stosunku do wszystkich...
– Żegnam. – odparł i wyszedł z budynku zatrzaskując za sobą mosiężne drzwi.
Na zewnątrz unosił się zapach mokrej ziemi i nieprzyjemnej wilgoci włażącej pod płaszcz. Keehgrad rozciągało się przez całe moczary niemal bez końca ogrodzone żywopłotem z grabu – obecnie w jesiennej szacie. Aman potrzebował dostać się na drugą stronę miasta korzystając ze spróchniałego, drewnianego mostu przechodzącego przez wodną płyciznę, utrzymującego się na stalowych nogach brudnych od szlamu. Mgła nasiliła się ograniczając pole widzenia na najwyżej pięć metrów odcinając całkowicie od miasta. Jak na razie został tylko on i gnijące paprocie. Na pewnym odcinku mostu do nozdrzy mężczyzny dostał się ostry zapach padliny, a przyczynę dostrzegł kilka sążni dalej. Wrony łapczywie pożerały truchło młodej ceszczy – gada żyjącego w wodzie przypominającego wyglądem warana, z różnicą węższej szczęki. Jeszcze nie wydłubane, lśniące oczy gapiły się na Amana jakby wzywały pomocy, ten jedynie przeszedł obok zostawiając za sobą ten widok. Mężczyzna skończył w końcu spacer przez wąski, spruchniały most i spostrzegł cel swojej wędrówki. Mur z kamienia sięgał dziewięciu stóp, na nim wykutych było wiele twarzy, na każdej cegiełce inna. Może były to portrety bywalców? A może Wilroyo też się załapie. Ze szczytu opadały martwe pnącza niczym rdzawo-rude włosy zatapiając się w końcu w kałuży gęstego błota. Bramy pilnowało trzech strażników ubranych jak cała służba na terenie Martwej Wyspy, w zwykły napierśnik z skórzanymi, barwionymi na bury kolor spodniami. Za wejściem stało kilka pali z ludzkimi głowami, czego Aman nie mógł zinterpretować. Albo nie mieli gdzie ich schować ( w co raczej wątpił) albo chodziło im o to, by wystraszyć więźniów i dać im do zrozumienia, że mogą tak skończyć. Mężczyzna doszedł w końcu do strażników i pokazał im pozwolenie na krótkie odwiedziny. Nie trudno było zauważyć, że każdy z nich był nieco podchmielony, mniej lub bardziej. Ten najgrubszy i rumiany miał towarzyszyć Aman'owi w drodze do loszku Wilroy'a. Drogą w dół wiodły wąskie schody, pochodnie rozlokowane były rzadko w głąb korytarza. Kamienną podłogę oblepiał łój, zakrzepła krew, ludzkie włosy i odchody. W powietrzu wisiał zaduch padliny i kurzu unoszącego się tutaj przez długi czas. Korytarz był długi i kręty, a zapach padliny nasilał się coraz bardziej. Czy to dlatego, że nie oczyszczają cel od gnijących ciał? Szli tak monotonnie w milczeniu, patrząc tylko przed siebie. Strażnik zatkał sobie nos materiałem z własnej koszuli, bo odór stał się jeszcze mocniejszy, natomiast Aman nie wzruszył się w ogóle, bowiem zapach śmierci był mu dobrze znany.
Pracował jako grabarz w Rdestowym Grodzisku, rodzinnej wiosce. W końcu mosiężne drzwi zakończyły ciemny korytarz. Tęgi mężczyzna wyjął klucze z kieszeni spięte w jedną obręcz i przekręcił jeden z nich w zamku. Po ich otwarciu Aman od razu zauważył z daleka burzę nierozczesanych kudłów swojego brata.
– Ja tam nie wchodzę – stęknął strażnik zamykając drzwi przed nosem mężczyzny – Jak skończysz to zapukaj – dodał jeszcze.
Aman przechadzał się między klatkami spoglądając wybiórczo na więźniów. Większość stanowili mężczyźni w średnim wieku, ale znalazła się nawet kobieta. Spoglądała na niego wygłodniałymi, dzikimi oczami zza krat celi, obgryzając czerstwy chleb. Stanął w końcu naprzeciw dobrze znanemu mu zmartwienia – Wilroyo'wi. Podszedł bliżej krat i poczuł jak zadowala go ten widok, jednak twarz pozostała niezmiennie kamienna. Jego brat siedział na starej, spróchniałej beczce, wygrzebując brud spod paznokci, nie zwracając zupełnie uwagi na Amana.
– Myślisz, że to co powiem nie będzie jak zwykle abstrahowało od poprzednich wizyt – zaczął Aman patrząc na niego z goryczą. – Wiesz, że jak zawsze przyjdę do ciebie i uwolnię z aresztu, zawsze podam ci rękę bez względu co zrobisz, dupę ci nawet podetrę i zawsze tak będzie... ale Wilroyo, i co z tego jeśli się nie zmienisz? – rzekł zupełnie spokojnie. Tamten milczał – Nie obchodzi mnie gdzie się szlajasz, ale żeby jechać aż tutaj? Keehgrad to inna kultura, za kradzież obetną ci rękę, a za obelgę skierowaną na waruma język, albo jeszcze lepiej i głowę. Lepiej wynoś się z powrotem i nie wracaj na Mleczne Jezioro, sam dobrze wiesz dlaczego. Nie jesteś tchórzem, ale też nie jakimś cholernym bohaterem, a twoje heroiczne wyprawy wiążą się jedynie z głupotą. – syknął.

Wilroyo poderwał głowę, wnet spod jego plątaniny włosów wyjrzała twarz. W oczach tliły się jasne płomyki, a na ustach pojawił się uśmieszek taki jak zawsze.
– Nie chrzań, tylko dawaj wina – uśmiechnął się zawadiacko. Aman przypomniał sobie, że rzeczywiście w skórzanej torbie ma specjalnie dla niego przygotowany trunek. Z tego powodu zrobiło mu się głupio, bo uświadomił sobie, że dba o niego aż zanadto.
– Jesteś jak ojciec, nienawidziłem go. Połóż zdrowe jabłko przy zgniłym wnet zgnije – odparł gorzko Aman stojąc sztywno jak pień. Zdziwiło go to co powiedział. Może wino wypite z Dorianem dodało mu odwagi.
– Jeśli masz zamiar wypominać mi wszystkie błędy i obrzucać błotem kiedy jestem bezbronny to wiedz, że to ty jesteś słaby. Jeżeli nie masz wina to wcale nie ma sensu, dla którego miałbyś tu teraz stać – stwierdził Wilroyo.
– Jak nie potrzebujesz mojej pomocy, to dlaczego od razu nie poderżnąłeś sobie gardła, albo nie skoczyłeś z wieży? Narcystyczne byłoby powiedzenie, że zawdzięczasz mi życie, ale tym razem to prawda Wilroyo. Jak tak zależy ci na śmierci to powiedz, wtedy odejdę i zgnijesz tu na dobre – powiedział. Wtedy nastała cisza. Aman przez chwilę sądził, że wygra tę rozmowę, lecz nagle milczenie przerwał jego brat.
– Nie zawdzięczam ci życia. Te twoje wpłacanie kaucji za moje wyjście i podpisywanie papierków u waruma to żadna pomoc. Nawet gdy wpłacisz pieniądze i użyjesz tych twoich złotych słówek nie daje mi to wolności. Czuję się jak na uwięzi, bo nawet nie można w żadną burdę wpaść, bo jestem odbierany potem przez ludzi jako zapijaczony aferał. Dobrze wiesz. Gdybyś choć raz dał mi spokój może miałbym szansę zostać przydzielony do strażnicy miastowej albo szyku wojsk. Mógłbym przynajmniej walczyć bez konsekwencji, a nawet z honorem. A tak zostaje mi tylko takie życie – wskazał na siebie i swoją celę – Mało wiesz Aman, mało wiesz – mruknął.
Mężczyzna nie był zadowolony z obrotu spraw, w końcu okazało się, że przez ten cały czas tylko uprzykrzał swojemu bratu życie. Coś w nim pękło, w myślach rozpruwał mu gardło, ale ograniczył się do potępiania go wzrokiem. Jego twarz pozostała nadal niezmiennie kamienna, jednak w środku czuł narastający ucisk żołądka.
– Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałeś? – kontynuował spokojnie Aman. Tamten przetarł dłonią czoło.
– Nawet nie zaczynaj – podniósł ton – Mówiłem, prosiłem, a nawet błagałem. Jeśli tak chcesz mnie zmienić to lepiej zacznij od siebie, bo te wasze pobożne zwyczaje chyba ci zaszkodziły. Dobrze, że stamtąd uciekłem, bo w przeciwnym razie mnie też zamieniliby w posłuszne zwierzę.Wmawiają ci, idź do świątyni, pomódl się, jeśli nie to jesteś złym człowiekiem. Ty nie masz już życia, oddałeś je bogini Kerre. Jesteś teraz tylko rzeczą, nie człowiekiem, bo człowiek jest czuły i wyraża jakiekolwiek emocje. Masz usta, tylko po to, by wypowiadały słowa modlitwy, a ręce do zakopywania gnijących ścierw. Zapewne twoja twarz wyrażałaby cokolwiek tylko kiedy złożono by twoje ciało w darze bogini. Tak! Wtedy uśmiechałbyś się jak nigdy – zgrzytnął – Aman, po prostu zostaw mnie w spokoju. Odejdź, zostaw mnie w spokoju i najlepiej zastanów się co w sobie zmienić, a nie we mnie – syknął i spojrzał na niego, a w jego oczach buchał ogień.
Aman nie powiedział już nic i odszedł od jego celi. Wilroyo usłyszał tylko z oddali: Puk Puk Puk.
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Serio? Cytuję pierwszy komentarz Paina:

"Poczekaj aż wejdzie Fiyo, albo stu, to ci wytknie te wszystkie błędy, których nawet ja się sporo naliczyłem i przedstawi konstruktywną krytykę ^^ Swoją opinię wstawię jutro, bo dzisiaj już mi się nic nie chce...
Zrób akapity opcją [ p ] – bez spacji – tak na start."

A ty w zaparte i wrzucasz kolejną ścianę tekstu... Nie bolą cię oczy kiedy na to patrzysz? Ja rozumiem, że to twoje dzieło, ale kurde... żeby dobrać się do treści, trzeba przebić się przez formę.

Co do błędów, ewidentnie nie lubisz się zbytnio z rodziną Przecinków. A to bardzo zacna familia, zapoznaj się, nawiąż przyjaźnie... Kiedyś ci pomogą, zobaczysz.

Odnośnie fabuły: powiedz mi coś czego nie wiem. I druga kwestia, cytat z filmu "Ruby Sparks" (polecam), ekhm, ekhm... "Pisz o tym co znasz". Nie chcę inwigilować twojego życia, ale przeczytanie Gry o Tron nie daje ci... warunków do pisania czegoś w tym stylu. Czegoś sagowego. Plus napisałaś, że masz piętnaście lat... to widać. Kiedy w pierwszym fragmencie (do drugiego nie zaglądałem, ściana tekstu – sama rozumiesz) koleś wspomina o okładzie z młodych piersi... znam ten tekst, czytałem go już nie raz. Końcowe zabijanie też jakieś nierealistyczne. Dialogi o dzieciach też sztampowe. Nie tędy droga moim zdaniem. Nie twierdzę, że musisz pisać opierając się na swoim życiu, ale
1. Tak jest prościej + lepiej to wychodzi
2. Wzbogacasz historię i masz większe szanse na powiedzenie czegoś świeżego.

Broń Muzo, żebym zniechęcał do pisania. Pisz, pisz... tylko pisz o czymś co znasz. :)
Odpowiedz
#8
No dobra, na razie miałem tylko czas przeczytać pierwszą część i chwilowo ciężko mi się wypowiedzieć, jednak ogólne wrażenie jest na razie dosyć pozytywne. Jednak (może to już przyzwyczajenie) jeżeli jest to możliwe, to bym bardzo prosił o akapity także przy dialogach, o ile to nie sprawi problemu ^^(nie żebym nalegał, ale ciężko mi się czyta, bo przypomina ścianę tekstu :P)

No dobra, gadka szmatka, ułatwię trochę życie dla Stu i Fiyo, wygarniając kilka błędów :P
Spoiler:
No tak, od razu przeproszę, że nie wygląda to najbardziej czytelnie, ważne, że się starałem (prawda?:P)
Nie jest tak źle, jak na to wygląda. Radzę spojrzeć tutaj i tutaj, bo podejrzewam, że niektóre przypadki po prostu ci umknęły. Przy dialogach musisz pamiętać o kropkach... o czym zresztą jest w linkach ;)
Weny i zapału do pisania!
Peace!

@Edit
Ach, cholera, Fiyo mnie nieco wyprzedził już... :P
@Edit2
Jeżeli chodzi o powtórzenia, logikę zdań i inne takie, to umywam rączki, są od tego lepsi ludzie :P
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#9
Pozwolę sobie zacytować:
Cytat:Wykładowca: – Opowiem wam teraz anegdotę, którą opowiadam prawie wszystkim grupom. Otóż w czasach PRL, wiecie, ścisła cenzura, w pewnej wsi koncert chciał dać zespół o pięknej nazwie “Przejebane”. Niestety, źle by to wyglądało na plakatach, więc sprytny sołtys tejże wsi postanowił zmienić nazwę na “Nie Jest Dobrze”. Historyjka kończy się happy endem, zespół się zgodził, koncert był udany. A teraz przechodzimy do głównego powodu, dla którego to słyszycie. Moi drodzy, sprawdziłam wasze prace. Nie jest dobrze.

Widzę błąd na błędzie. Interpunkcja, powtórzenia, konstrukcja zdań, ich logika. Nie mam dzisiaj do tego głowy, dopiero wróciłam do domu i padam na twarz, może jakiś niebieski wpadnie i wytknie wszystko po kolei.

Rażą mnie też dialogi – są bardzo naciągane, nienaturalne. Sztucznie stylizowane na niedbały ton. Pomijając już fakt, że robisz błędy w zapisach (kropka przy kontynuacji dialogu po wypisaniu czynności nie będącej cyt."dźwiękiem wydawanym paszczą"; wielka litera przed). Radziłabym się zapoznać z naszym forumowym poradnikiem.

Co do emocji – są, tylko nie tam, gdzie trzeba. Najpierw Dorian jest rozbawiony mordem w wiosce, potem wpada w złość i syczy o tym samym przez zęby, skazując człowieka na śmierć – jakby miał problemy osobowościowe. Pomijając już fakt, że sytuacja wybicia całej osady "bo mu się pomyliło, upss" jest tak nieprawdopodobna, jak zabicie skazańca w biurze jego pracodawcy.
Opisy uczuć wewnętrznych wprowadzone baardzo chaotycznie.

Dodajesz w narracji zbędne komentarze (np. Żarty się skończyły.), które nie wprowadzają zupełnie nic do fabuły, nie bawią. Jedynie dekoncentrują, zakłócając płynność czytania.

Mam też wrażenie, że budujesz zbyt rozbudowane opisy, co samo w sobie nie jest złe, wręcz pożądane, lecz w twoim wypadku często traci na tym sens zdania. Na przykład tu:
Cytat:Odwrócił się i spojrzał na wielkie okna, niczym w szklaną ścianę zasłoniętą tęgimi zasłonami nie przeciskającymi żadnego promyka poranka.
Od poranka nie biją promienie, a zasłony nie mogą być tęgie – człowiek może być. :) Promyk jest w stanie się przeciskać przez zasłonę, ale zasłona nie może przeciskać jego.

Oj dużo tego, ale dzisiaj chyba nic więcej z siebie nie wycisnę. Proszę, nie traktuj mojego komentarza osobiście. Prosiłaś o szczerą krytykę, więc ode mnie ją otrzymałaś.

Odpowiedz
#10
''Co do emocji – są, tylko nie tam, gdzie trzeba. Najpierw Dorian jest rozbawiony mordem w wiosce, potem wpada w złość i syczy o tym samym przez zęby, skazując człowieka na śmierć – jakby miał problemy osobowościowe. Pomijając już fakt, że sytuacja wybicia całej osady "bo mu się pomyliło, upss" jest tak nieprawdopodobna, jak zabicie skazańca w biurze jego pracodawcy.
Opisy uczuć wewnętrznych wprowadzone baardzo chaotycznie. ''
Amethis – Wiem jak to wygląda, ale właśnie tak miała być przedstawiona ta postać. Wydaje się to drastycznie nienaturalne, lecz to dokładnie cały Dorian. Jest faszystą niespełna zdrowego rozsądku. Przy tworzeniu tej postaci motywem przewodnim był Adolf Hitler, także rzeź wioski to dla niego nic, ponieważ jest tak naprawdę chory psychicznie ;)
Fiyo – "Pisz o tym co znasz": na swoją obronę powiem, że pomysł wziął się z pewnej gry komputerowej. Razem z siostrą grałyśmy przeróżnymi postaciami i co wydarzyło się w grze to przelałam na papier oczywiście trochę po zmodyfikowaniu. Wiem, że przeczytanie "Gry o tron" nie daje mi warunków do pisanie takiego gatunku, ale w nim czuję się najlepiej :)
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Obyczajowe Opowiadanie detektywistyczne bez jakiegokolwiek tytułu Mezaara 7 7,017 13-12-2013, 18:34
Ostatni post: Zojka
  Sci-Fi Bez tytułu. TomekSzymek 8 4,764 27-08-2013, 00:29
Ostatni post: Duśka
  Sci-Fi Póki co brak tytułu Kryptokot 34 16,812 07-05-2013, 16:21
Ostatni post: Kryptokot
  Przygodowe Jak na razie bez tytułu. Oceńcie sami :D. Alice.Bone 3 4,199 08-02-2013, 21:47
Ostatni post: StuGraMP
  Poezja *** bez tytułu wera3009 5 3,462 06-12-2012, 23:34
Ostatni post: Darena

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości