Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Niestety nie wiem jak to nazwać
#1
Prosiłbym o pomoc z dobraniem tytułu do tego opowiadania, ponieważ sam nie mogę nic wymyślić. :/ Oczywiście po za tym komentarze i oceny mile widziane. :)

Rozdział 1

To było chłodne, wczesnozimowe popołudnie. Ostatnie, barwne liście szumiały na wietrze i mieszkańcy doliny Rav szykowali się do nadejścia zimy. Słońce powoli znikało za ostrym szczytem góry Gorey, stojącej samotnie u brzegu morza, otoczonej do niedawna bujnie porośniętym lasem. Przez ten właśnie las przedzierał się samotny myśliwy. Był dość pokaźnej postury, miał ciemne, krótkie włosy. Jego twarz poczerwieniała od zimna, a brązowe oczy wyrażały głęboką pustkę.
Dzierżył na swoich barkach upolowanego jelenia. Szedł spokojnie przez las, omijając zwalone pnie drzew i porozsiewane wszędzie dookoła krzaki. Nie miał potrzeby się śpieszyć i dopiero wieczorem dotarł na miejsce. Zatrzymał się na małym wzniesieniu, patrząc z pogodnym uśmiechem na niewielką osadę, leżącą w małej dolinie, zewsząd otoczonej lasami. Zbiegł z pagórka na rozpościerający się nieopodal gościniec, którym podążał, aż do samej wioski.
Radosne śpiewy mieszkańców rozbrzmiewały co raz głośniej, gdy leniwym krokiem zbliżył się do palisady, która ją otaczała. Przy bramie stali dwaj mężczyźni, uzbrojeni w wykute przez miejscowego kowala włócznie i hełmy. Strażnicy przywitali go przyjacielskimi uśmiechami kiedy przechodził obok.
Na ulicach było mnóstwo ludzi. Jedni tańczyli dookoła ogniska, drudzy siedzieli przy długich, dębowych stołach pijąc piwo i gawędząc o polityce lub innych mniej ważnych sprawach. Kawałek dalej matki z zatroskanymi minami pilnowały swoich pociech, bawiących się razem w berka.
Mężczyzna niespecjalnie przepadał za tego typu imprezami i choć biesiadnicy nieustannie zaciągali go do wzięcia udziału we wspólnym świętowaniu, odmawiał, mówiąc, że dołączy następnym razem. W końcu dotarł do swojej chatki, która znajdowała się na wzniesieniu, za szeregiem innych domów. Nie była ona może najpiękniejsza. Zbudowane w całości z drewnianych bali ściany, dach pokryty strzechą, a w oknach widniały brudne szyby. Przed nią znajdował się mały ogródek, w którym rosły jedynie chwasty.
Wszedł do środka, wnętrze również nie grzeszyło rozpustą. Parę półek wypełnionych po brzegi książkami, kilka stołów, krzeseł i szafek oraz dywan zdobiący podłogę w salonie. Stosy zwojów otaczały umieszczony naprzeciw kominka rzeźbiony fotel o wysokim oparciu, osadzony na czterech nogach w kształcie kozich kopyt. Siedzenie i oparcie wyścielała skóra wytłaczana w różyczki. Na biurku leżały kałamarze i pióra. Odłożył jelenia na kuchennym stole, po czym rozpalił kominek i usiadł wygodnie w fotelu, patrząc się zamyślonym wzrokiem w tańczące płomienie ognia w kominku.
Nagle ktoś zapukał do drzwi.
– Kogo tu niesie do licha? – zamruczał myśliwy, niechętnie wstając z fotela. – Kto tam? – spytał, gdy zbliżył się do drzwi. Odpowiedział mu męski głos.
Breol? To ja, Olier, otwórz. – Breol odsunął zasuwę i uchylił lekko drzwi. Widząc niskiego, grubego mężczyznę z małą beczułką piwa w dłoniach. Olier, ten pasibrzuch zawsze się u mnie zjawia, by napełnić swoje brzuszysko, albo coś ode mnie pożyczyć, pomyślał myśliwy, wpuszczając gościa do środka.
– No wreszcie. Już myślałem, że każesz mi tam czekać i marznąć w nieskończoność. – rzekł Olier, dając baryłkę gospodarzowi i pocierając ręce – Mogę? – spytał wskazując na kominek. Breol przytaknął tylko i poszedł do kuchni, by odstawić prezent i przygotować jelenia na, jak się okazało, kolację dla dwojga. Chwilę później dołączył do niego Olier.
– Jak się sprawy mają na północy? – spytał gruby.
– Spotkałem kupca, który powiedział mi, że część wiosek została już odcięta przez niespodziewaną śnieżyce. Zima przyjdzie w tym roku szybciej niż sądziliśmy – odparł obojętnie Breol, zdzierając skórę z upolowanej zwierzyny, co wywołało lekkie zniesmaczenie u jego gościa, który z trudem powstrzymał się od zwymiotowania.
– To fatalnie – rozmyślał na głos Olier. – Jeśli nas zasypie, to nie dotrą tu kupieckie wozy, a wtedy większość z nas nie będzie miała za co przeżyć zimy. – Breol pozostawił to bez komentarza, natomiast Olier kontynuował swój wywód, do czasu aż nie dostał przed nos talerza pełnego soczystej dziczyzny i kufla piwa.
Jedli w milczeniu, rozkoszując się wyrazistym smakiem świeżego mięsa i popijając je trunkiem. Co jakiś czas za oknem pojawiał się jakiś ptak, który zaraz odlatywał.
Kiedy skończyli, a Breol pozmywał brudne naczynia, usiedli razem przy kominku. Wtedy po raz pierwszy odezwali się do siebie od dłuższego czasu.
– Co Cię tu przygnało? – spytał swojego gościa, który zaczął nerwowo stukać palcami o swój brzuch.
– Po prostu nie chciałem, abyś dzisiaj siedział sam. Ile to już lat od jej... – urwał, czując się niezręcznie.
– Śmierci? – dokończył za niego Breol, wpatrując się w płomienie ogniska. – Cztery, licząc dzisiaj.
– Współczuję – wtrącił towarzysz.
– Była taka piękna i niczemu winna. Dlaczego, dlaczego ja jej kazałem tam iść... To moja wina, moja wina, że teraz jej już nie ma. Widać Bóg tak chciał... – rzekł Breol łamliwym głosem, a z jego oczu zaczęły płynąć łzy.
– To nie twoja wina przyjacielu. – pocieszał go Olier.
– Nie Olierze, to wyłącznie moja wina. Dlatego nie mogę dłużej tu zostać.
– Co ty wygadujesz? – spytał zaskoczony tłuścioch.
– Opuszczam Wailhol, już niebawem, zanim spadną pierwsze śniegi. – oznajmił z powagą myśliwy, nie patrząc na towarzysza.
– Ale dlaczego? Co się stało? Odpowiedz na Boga. – naciskał Olier powoli tracąc nad sobą panowanie.
– Taka jest moja decyzja. Za dużo rzeczy przypomina mi moją ukochaną i im dłużej tu siedzę, tym trudniej jest mi zapomnieć o tej tragedii. – wyjaśnił spokojnie mężczyzna, zupełnie nie zwracając uwagi na co raz bardziej wściekła minę swojego przyjaciela.
Oboje zamilkli, czekając i ostrożnie planując kolejne posunięcia. Cisza przeciągała się co raz bardziej i żaden z nich nie miał zamiaru jej przerwać. Breol siedział bez ruchu w swoim fotelu z dłońmi ułożonymi swobodnie na jego oparciach, natomiast u Oliera co raz bardziej narastała frustracja i wściekłość.
W końcu gruby mężczyzna nie wytrzymał. Zerwał się ze swojego miejsca jakby był rażony prądem, podszedł do siedzącego obok Breola, złapał go za koszulę i wrzasnął.
– A więc tak chcesz to załatwić, hm?! Uciec?! – myśliwy spojrzał na niego i odparł chłodnym tonem.
– Tak zamierzam, a może chcesz mnie powstrzymać? – Jego słowa spowodowały, że Olier zwolnił uchwyt i postąpił krok do tyłu.
– Chyba już pójdę. – oznajmił po chwili gruby mężczyzna, lekko zakłopotany, Breol tylko wstał, by odprowadzić gościa do drzwi. Zanim wyszedł, Olier zwrócił się do niego po raz ostatni tego wieczoru.
– Zastanów się jeszcze przyjacielu. Nie podejmuj tak ważnej decyzji zbyt pochopnie. – Po tych słowach mężczyzna przekroczył próg, a myśliwy zatrzasnął za nim drzwi, opierając się o nie z zadumaną miną.
Gdy się otrząsnął z zamyślenia, ruszył leniwym krokiem do sypialni. Tam zrzucił z siebie ubranie i położył się na wygodnym, miękkim łóżku i już po chwili twardo spał.

***

Tej nocy coś wyrwało go ze snu. Nadstawił ucha. Wokół panowała cisza. Niespokojnie sięgnął pod siennik i chwycił nóż myśliwski. Odczekał chwilę i nagle gdzieś za oknem usłyszał kobiecy krzyk.
Prędko założył buty i zarzucił na siebie wędrowny płaszcz wiszący na drzwiach sypialni, po czym wybiegł z domu.
Co się do licha dzieje? – wyszeptał ospały, patrząc na pogrążoną w śnie wioskę. Zbiegł z pagórka na główny plac. Zaczął rozglądać się dookoła, ale nikogo nie znalazł. Zdziwiony wzruszył ramionami, obrócił się na pięcie z zamiarem powrotu do swojej chatki i wtedy ją zobaczył.
Niecałe sto metrów dalej stała postać. Gdy się zbliżył rozpoznał, iż była to kobieta, ale coś było nie tak. Podszedł bliżej i wtedy to do niego dotarło. Zjawa, pomyślał ze zgrozą, a jego twarz zbladła tak bardzo, że prawie dorównał w wyglądzie przezroczystej postaci. Muszę z stąd wiać, i gdy miał brać nogi za pas, ona odezwała się do niego.
– Dokąd idziesz kochany? – spytała zjawa, a on zastygł w bezruchu.
– Dokąd idziesz? – powtórzyła pytanie, a on dalej stał, nie mając odwagi by się obrócić. – Nie poznajesz mnie? To ja twoja Selena. – Dźwięk imienia zmarłej żony spowodował, że Breol odwrócił się i ujrzał przed sobą swoją ukochaną. Patrzyła na niego czule swoimi pięknymi, małymi oczami, tak jak to robiła kiedyś.
– Selena? Czy to ty? – spytał niepewnie, cały czas zachowując bezpieczny dystans od zjawy.
– Tak kochany – odparła uśmiechając się lekko. Jej uśmiech niemal go zahipnotyzował, lecz po chwili otrząsnął się z uroku i odparł szorstko.
– Nie, nie to niemożliwe! Przecież ty nie żyjesz! – zjawa zachichotała.
– Tak kochany, przyszłam tu jednak do Ciebie, by Ci powiedzieć, że niepotrzebnie się obwiniasz za moją śmierć
– Ale... – próbował zaprotestować, ale ona natychmiast go uciszyła i mówiła dalej.
– Co się stało, już się nieodstanie. Dlatego proszę Cię zapomnij o mnie i idź śmiało przez resztę życia, które Ci pozostało kochany. – ucałowała go na pożegnanie i rozpłynęła się w jednym z podmuchów wiatru.
– Ależ Seleno, Seleno! – krzyczał zrozpaczony, ale ona się już nie pojawiła.
Rozmyślając nad niedawnym, dziwnym wydarzeniem wrócił do swojej chaty i ponownie ułożył się na swoim sienniku. Co miała na myśli mówiąc mi to wszystko? I czy to w ogóle mogła być moja Selena? Czy może był to tylko dziwaczny wytwór mojej wyobraźni. – Takie pytania męczyły go przez dłuższy czas, aż w końcu zasnął.
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Jako, że Yami coś ostatnio nie zajmuje się poprawą i krytyką, pozwolę sobie na sprawdzenie.
// ;* -Y
(14-02-2011, 14:39)cowboy napisał(a): Prosiłbym o pomoc z dobraniem tytułu do tego opowiadania, ponieważ sam nie mogę nic wymyślić. :/ Oczywiście po za tym komentarze i oceny mile widziane. :)

Rozdział 1

To był chłodny, wczesnozimowe popołudnie. (fleksja) Ostatnie, barwne liście szumiały na wietrze (podwójna spacja) i mieszkańcy doliny Rav szykowali się do nadejścia zimy. Słońce powoli znikało za ostrym szczytem góry Gorey, stojącej samotnie u brzegu morza, otoczona (otoczonej — fleksja) do niedawna bujnie porośniętym lasem. Przez ten właśnie las przedzierał się samotny myśliwy. Był dość pokaźnej postury, miał ciemne, krótkie włosy. Jego twarz poczerwieniała od zimna, a brązowe oczy wyrażały głęboką pustkę.
Dzierżył na swoich barkach upolowanego jelenia. Szedł spokojnie przez las, omijając zwalone pnie drzew i porozsiewane wszędzie dookoła krzaki. Nie miał potrzeby się spieszyć (niby dobrze, ale jak zawsze zaznaczam, że spieszyć się dawniej oznaczało jedynie schodzenie z konia i stanie się pieszym, więc poprawniej byłoby powiedzieć śpieszyć, aczkolwiek druga wersja jest dopuszczalna) i dopiero wieczorem dotarł na miejsce. Zatrzymał się na małym wzniesieniu, patrząc z pogodnym uśmiechem na małą osadę, leżącą w małej dolinie (powt.), zewsząd otoczonej lasami. Zbiegł z pagórka na biegnący (źle brzmi to powtórzenie. Rozpościerający się?) nieopodal gościniec, którym podążał, aż do samej wioski.
Radosne śpiewy mieszkańców rozbrzmiewały co raz głośniej, gdy leniwym krokiem zbliżył się do palisady, która ją otaczała. Przy bramie stali dwaj mężczyźni, uzbrojeni w wykute przez miejscowego kowala włócznie i hełmy. Strażnicy przywitali go przyjacielskimi uśmiechami kiedy przechodził obok.
Na ulicach było mnóstwo ludzi. Jedni tańczyli dookoła ogniska, drudzy siedzieli przy długich, dębowych stołach pijąc piwo i gawędząc o polityce lub innych mniej ważnych sprawach. Kawałek dalej matki z zatroskanymi minami pilnowały swoich pociech, bawiących się razem w berka.
Mężczyzna specjalnie nie przepadał (niespecjalnie przepadał) za tego typu imprezami i choć nieustannie biesiadnicy (biesiadnicy nieustannie — szyk) zaciągali go do wzięcia udziału we wspólnym świętowaniu, odmawiał (ja bym tu mimo wszystko dał przecinek) mówiąc, że dołączy następnym razem. W końcu dotarł do swojej chatki, która znajdowała się na wzniesieniu, za szeregiem innych domów. Nie była ona może najpiękniejsza. Zbudowane w całości z drewnianych bali ściany, dach pokryty strzechą, a w oknach widniały brudne szyby. Przed chatką znajdował się mały ogródek, w którym rosły jedynie chwasty.
Wszedł do środka, wnętrze chatki również nie grzeszyło rozpustą. Parę półek wypełnionych po brzegi książkami, kilka stołów, krzeseł i szafek oraz zdobiący podłogę w salonie (ale co zdobiło tę podłogę?). Stosy zwojów otaczały umieszczony naprzeciw kominka rzeźbiony fotel o wysokim oparciu, osadzony na czterech nogach w kształcie kozich kopyt. Siedzenie i oparcie wyścielała skóra wytłaczana w różyczki. Na biurku leżały kałamarze i pióra. Odłożył jelenia na kuchennym stole, po czym rozpalił kominek i usiadł wygodnie w fotelu. Podniósł i zapalił leżącą na małym stoliczku fajkę, patrząc się zamyślonym wzrokiem w tańczące płomienie ognia w kominku.
Nagle ktoś zapukał do drzwi.
(akapit) – Kogo tu niesie do licha? – zamruczał myśliwy, niechętnie wstając z fotela. – Kto tam? – spytał, gdy zbliżył się do drzwi. Odpowiedział mu męski głos.
(akapit i myślnik) Breol? To ja (przecinek) Olier (przecinek) otwórz. – Breol osunął (odsunął) zasuwę i uchylił lekko drzwi. Widząc niskiego, grubego mężczyznę z małą beczułka piwa w dłoniach. Olier, ten pasibrzuch zawsze się u mnie zjawia, by napełnić swoje brzuszysko, albo coś ode mnie pożyczyć, pomyślał myśliwy (przecinek) wpuszczając gościa do środka.
– No wreszcie. Już myślałem, że karzesz (karzesz — karać; każesz — kazać) mi tam czekać i marznąć w nieskończoność. (Jeśli opisuje czynność związaną z mówieniem (powiedział, krzyknął, mrukną, szepnął itd.) nie stawia się kropki, a słowo pisze się małą literą. Natomiast w innych przypadkach (odwracanie się, przesuwanie krzeseł i ta cała reszta) słowo pisane jest wielką literą, dialog zaś zakańczany kropką) – rzekł Olier (przecinek) dając baryłkę gospodarzowi i pocierając ręce. – Mogę? – spytał wskazując na kominek. Breol przytaknął tylko i poszedł do kuchni, by odstawić prezent i przygotować jelenia na, jak się okazało (przecinek) kolację dla dwojga. Chwilę później dołączył do niego Olier.
– Jak się sprawy mają na północy? – spytał gruby.
– Spotkałem kupca, który powiedział mi, że część wiosek została już odcięta przez niespodziewaną śnieżyce. Zima przyjdzie w tym roku szybciej (przecinek, aczkolwiek sam nie jestem w 100% pewny) niż sądziliśmy . (ten sam przypadek z kropką, co wyżej) – odparł obojętnie Breol, zdzierając skórę z upolowanej zwierzyny, co wywołało lekkie zniesmaczenie u jego gościa, który z trudem powstrzymał się od zwymiotowania.
– To fatalnie. (ten sam przypadek z kropką, co wyżej) – rozmyślał na głos Olier. – Jeśli nas zasypie, to nie dotrą tu kupieckie wozy, a wtedy większość z nas nie będzie miała za co przeżyć zimy. – Breol pozostawił to bez komentarza, natomiast Olier kontynuował swój wywód, do czasu aż nie dostał przed nos talerza pełnego soczystej dziczyzny i kufla piwa.
Jedli w milczeniu, rozkoszując się wyrazistym smakiem świeżego mięsa i piwa. Co jakiś czas za oknem pojawiał się jakiś ptak, który zaraz odlatywał.
Kiedy skończyli, a Breol pozmywał brudne naczynia, usiedli razem przy kominku. Wtedy po raz pierwszy odezwali się do siebie od dłuższego czasu.
– Co Cię tu przygnało? – spytał swojego gościa, który zaczął nerwowo stukać palcami o swój brzuch.
– Po prostu nie chciałem, abyś dzisiaj siedział sam. Ile to już lat od jej... – urwał (przecinek) czując się niezręcznie.
– Śmierci? – dokończył za niego Breol, wpatrując się w płomienie ogniska. – Cztery, licząc dzisiaj.
– Współczuję. (ten sam przypadek z kropką, co wyżej) – wtrącił towarzysz.
– Była taka piękna i niczemu winna. Dlaczego, dlaczego ja jej kazałem tam iść... To moja wina, moja wina, że teraz jej już nie ma. Widać Bóg tak chciał... – rzekł Breol łamliwym głosem, a z jego oczu zaczęły płynąć łzy.
– To nie twoja wina przyjacielu. – pocieszał go Olier.
– Nie Olierze, to wyłącznie moja wina. Dlatego nie mogę dłużej tu zostać.
– Co ty wygadujesz? – spytał zaskoczony tłuścioch.
– Opuszczam Wailhol, już niebawem, zanim spadną pierwsze śniegi. – oznajmił z powagą myśliwy, nie patrząc na towarzysza.
– Ale dlaczego? Co się stało? Odpowiedz na Boga. – naciskał Olier powoli tracąc nad sobą panowanie.
– Taka jest moja decyzja. Za dużo rzeczy przypomina mi moją ukochaną i im dłużej tu siedzę, tym trudniej mi jest (jest mi — szyk) zapomnieć o tej tragedii. – wyjaśnił spokojnie mężczyzna, zupełnie nie zwracając uwagi na co raz bardziej wściekła minę swojego przyjaciela.
Oboje zamilkli, czekając i ostrożnie planując kolejne posunięcia. Cisza przeciągała się co raz bardziej i żaden z nich nie miał zamiaru jej przerwać. Breol siedział bez ruchu w swoim fotelu z dłońmi ułożonymi swobodnie na jego oparciach, natomiast u Oliera co raz bardziej narastała frustracja i wściekłość.
W końcu gruby mężczyzna nie wytrzymał. Zerwał się ze swojego miejsca jakby był rażony prądem, podszedł do siedzącego obok Breola, złapał go za koszulę i wrzasnął.
– A więc tak chcesz to załatwić, hm?! Uciec?! – myśliwy spojrzał na niego i odparł chłodnym tonem.
– Tak zamierzam, a może chcesz mnie powstrzymać? – jego (w tym wypadku wielką literą) słowa spowodowały, że Olier zwolnił uchwyt i postąpił krok do tyłu.
– Chyba już pójdę. – oznajmił po chwili gruby mężczyzna, lekko zakłopotany, Breol tylko wstał, by odprowadzić gościa do drzwi. Zanim wyszedł, Olier zwrócił się do niego po raz ostatni tego wieczoru.
– Zastanów się jeszcze przyjacielu. Nie podejmuj tak ważnej decyzji zbyt pochopnie. – po (wielką literą) tych słowach mężczyzna przekroczył próg, a myśliwy zatrzasnął za nim drzwi, opierając się o nie z zadumaną miną.
Gdy się otrząsnął z zamyślenia, ruszył leniwym krokiem do sypialni. Tam zrzucił z siebie ubranie i położył się na wygodnym, miękkim łóżku i już po chwili twardo spał.

I to wszystko, co udało mi się wyłapać.
Zależnie od tego, czy myśliwy opuści wioskę, opowiadanie może się nazywać Osamotniony wędrowiec, lub coś w ten deseń. Nic innego tymczasowo nie pasuje, lub nie oddaje idei opowiadania.
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
Odpowiedz
#3
to pomoże mi ktoś to nazwać?
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
#4
Tako rzecze król: Wędrówka i szaleństwo xD Nie wiem dlaczego:) Tak mi wpadło po prostu.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości