Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Ojciec żelaza
#1
Miał pająkowate ciało, długie nogi i ręce sięgające kolan oraz chudy tułów. Wyglądał jak istna karykatura człowieka. Nie obeszło to obok wzroku nastolatków. Tu i ówdzie, gdziekolwiek poszedł był obgadywany oraz wytykany palcami. Oprócz tego był on całkiem normalny: miał długie włosy, sięgające mu do ramion oraz srebrzysto-niebieskie oczy, z których biła rozwaga i samotność.
Po mieście zawsze szosował na swej deskorolce. Naprawdę nie rozumiem, jak można zakochać się w kawałku deski na czterech kółkach. Lecz on to potrafił. Jeździł, jakby to było ostatnie, co mu w życiu zostało. Dopiero później dowiedziałem się jak jest; brak przyjaciół, śmierć matki oraz ojciec – alkoholik. Ledwo na jedzenie, książki i ubrania mu wystarczało. Oprócz deski miał też inną pasję, do której się przyznał i został wyśmiany. Uwielbiał metal. Sądził, że utrzymuje z nim więź, że bije od niego ciepło. Na następny dzień, by potwierdzić swoje słowa, przyniósł stalową żyletkę i wykonał głębokie nacięcie, twierdząc, że jutro nie będzie śladu. O! Co to był za widok. Lejąca się krew po przedramieniu plamiąca jego pomarańczową koszulę w kratkę i kapiąca na podłogę. Po kilku minutach jednak mógł napinać mięśnie. Rana była zagojona. W nagrodę przyczepiono mu do czoła etykietę dziwaka.
Lecz od tej chwili zacząłem się go obawiać. Zrozumiałem, że był jednym z NAS.

***

– Pa, nie ma już śladu! – powiedział, efektownie obracając nadgarstkiem w różne strony – Stary, mówiłem. Metal mnie kocha!
Patrzyłem z przerażeniem i zachwytem. Nikt nie mógł odwrócić wzroku od jasnej blizny na mięśniach odcinającej się na skórze, z której w końcu przed chwilą sączyła się krew.
– Dziwadło! – rzucił ktoś z końca sali. Cała klasa zaczęła się chichrać i naśmiewać. Normalna, ludzka reakcja. Jeśli jest coś, czego człowiek nie może zrozumieć, to wybucha śmiechem. Trwało to chwilę.
– Nie przejmuj się – powiedziałem ze słabym, wymuszonym uśmiechem. – wybacz, muszę wyjść do toalety. Chyba zwymiotuję.
Wybiegłem z sali z dłonią przy ustach. Nauczyciel mógł lada chwila wrócić, ale to akurat nie było ważne. Ważny był telefon; wszedłem do kabiny, wykręciłem numer i zadzwoniłem.
– Doktorze, jest robota. Znalazłem kogoś, co najmniej ciekawe... – umilkłem. Po korytarzu roznosiły się miarowe kroki. – ...ciekawego. Kończę, nie mogę rozmawiać, przyjedź.
Rozłączyłem się i wyszedłem.
– Stary, martwiłem się, że Cię tamtym wystraszyłem. – powiedział i dodał – Bo… jesteś tu moim jedynym znajomym.
Zamarłem.

***

MY byliśmy stowarzyszeniem magików. Nie takich jak z wyobrażeń i książek: nie mieliśmy bród, okularów czy szat. Nie lataliśmy też na miotłach ani nie rozmawialiśmy z kotami. Urodziliśmy się lub zostawaliśmy obdarowani łaską jakiegoś żywiołu. Prosiliśmy, a on nam służył, rozmawialiśmy z nim, a on nas słuchał. Ograniczała nas tylko wyobraźnia. Prawdziwi mistrzowie potrafili panować bezgranicznie nad swoją mocą. Nazywaliśmy ich ojcami.
Oprócz nas, byli też inni.

***

Dzwonek w szkolnym korytarzu zadzwonił. Chmary osób wychodziły z klas. Omijały Mike’a, nie zwracając na niego uwagi. Pech chciał, że on znowu się do mnie przyczepił.
– Którędy idziesz? – zapytałem. Ja jestem inny, ja nie zbywam ludzi.
– Z tobą. – Uśmiechnął się. Cholera.
Szliśmy w milczeniu spokojną ulicą na przedmieściach. Nasze miasto było niewielkie, mieszkało tu około trzydziestu tysięcy mieszkańców. Małe, rodzinne domki wznosiły się po obu stronach ulic. Gdzieniegdzie było słychać rozmowy starszych ludzi, dźwięki zabaw dzieci oraz czuć było zapach grillów i ognisk. Uwielbiałem tędy przechodzić.
Mężczyzna wyszedł zza rogu. Skórzana kurtka, rzemienny pasek na szyi. Był łysy, miał odstające uszy oraz dziwnie wysuniętą szczękę.
– Mówiłem, nie interesuje mnie to. Nie zamierzam grać w wasze gry. – Szybko powiedział Mike, gdy go zobaczył. Uśmiechnął się żałośnie. Zresztą, wszystko, co robił tak wyglądało.
Mężczyzna zachichotał. Słychać było głuchy trzask, a potem huk. Zostaliśmy odseparowani, zamknięci w płonącej kopule. Koleś w płaszczu był czarodziejem, z ręki unosiła mu się niestabilna, ognista kula. Super, tego mi było trzeba.
Mike się tym nie przejął. Wyciągnął z kieszeni garstkę monet i podrzucił w górę. Spadły jako dwa miecze. Jak on to do cholery zrobił?

***

Magia rządzi się różnymi prawami. Do działania potrzebna jest energia. Ile dasz, tyle dostaniesz. Moc pochodzi z twego ciała, można ją zmagazynować i wykorzystać, lub użyć własnych zasobów. Im ciało jest mocniejsze, tym ma się więcej możliwości. Zatem jak taki laik jak on z kilku gramów metalu stworzył dwa ciężkie i wytrzymałe miecze?

***

Nastolatek złapał je i rzucił się na agresora. Prostą fintą rozpłatał mu czoło, a następnie brzuch. Mężczyzna zawył. W akcie desperacji wystrzelił kulę z swojej ręki. Wybuchła raniąc nas.
Ocknęliśmy się na bruku. Mężczyzny już nie było.

***

Inni. Tak naprawdę zawsze są drudzy, z którymi się walczy i którzy są tymi złymi. Dla nich pewnie to my tacy biliśmy. Ale my nie atakowaliśmy ludzi, nie kradliśmy i nie wyrządzaliśmy krzywdy. Oni byli dobrze działającą organizacją, my strzępkiem osób, znajomymi władającymi łaską. Byliśmy na przegranej pozycji, a jednak się trzymaliśmy. Mieliśmy bardziej doświadczonych ludzi, a oni przewagę liczebną. Jednak, dalej trwaliśmy.

***

– Doktorze, to on. – Przedstawiłem go siwiejącemu mężczyźnie w okularach. Mike krwawił z łydki, w której mięśnie zostały rozdarte i z przedramienia, które wcześniej sam okaleczył. Przeciążenie i brak zapanowania. To się zdarza. Lecz tym razem on ledwo trzymał się w pionie.
– Chodź tu. – powiedział doktor, zbliżając się i szybkim ruchem złapał go za kark. Szarpnął nim, a Mike zemdlał.
– Od niego czuć moc, płynie w jego krwi. To pewne. Ale to by stracił przytomność było konieczne. W tym stanie chłopak do jutra byłby martwy. Rozsadziłaby go energia. – spokojnie odparł na mój pytający wzrok.
(28-02-2011, 17:04)Duśka wyrażająca się o moich obowiązkach napisał(a): (...)kawy nie robię, herbaty też nie, nie zmywam naczyń i nie myję podług. To robota Norbisia.


Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Fantastyczne.
はい、私は大好き ♥ Սերժ Թանգյան ♥
Odpowiedz
#3
(11-02-2011, 19:08)Norbert napisał(a): Dopiero później dowiedziałem się, że tak jest
brak przyjaciół, śmierć matki oraz ojciec – alkoholik.
Może lepiej jak?
(11-02-2011, 19:08)Norbert napisał(a): – Pa, nie ma już śladu! – powiedział, efektownie obracając nadgarstkiem w różne strony – Stary, mówiłem. Metal mnie kocha!
Parzyłem z przerażeniem i zachwytem

Literówka. Powinno być patrzyłem. Chyba:D

(11-02-2011, 19:08)Norbert napisał(a): Prawdziwi panować bezgranicznie nad swoim żywiołem. Nazywaliśmy ich ojcami.

Nie rozumiem.

(11-02-2011, 19:08)Norbert napisał(a): był martwy. Rozsadziłaby go energia. – spokojnie odparł na mój pytający wzrok.

To tyle. Dzięki za mile spędzone chwile.

Odpowiedz
#4
(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Miał pająkowate ciało, długie nogi i ręce sięgające kolan oraz chudy tułów. Wyglądał jak istna karykatura człowieka. Nie obeszło to obok wzroku nastolatków. Tu i ówdzie, gdziekolwiek poszedł był obgadywany oraz wytykany palcami. Oprócz tego był to całkiem normalny nastolatek:

No i na przywitanie powtórzenie. Myślisz, że to tak ładnie?

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Po mieście zawsze szosował na swej deskorolce.

Ogólnie nie ma takiego słowa jak "szosował"

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Na prawdę nie rozumiem,

"naprawdę"

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Dopiero później dowiedziałem się, jak jest;

Bez przecinka.

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): – Nie przejmuj się – powiedziałem z słabym, wymuszonym uśmiechem.

"ze słabym"

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): – lecz ja muszę wyjść do toalety.

"lecz"... Zajechało takim niechcianym patosem. Nie lubię słowa "lecz".

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Wybiegłem z sali z dłonią przy ustach oraz pobiegłem do toalety.

No nie żartuj?!

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Nie jeździliśmy też na miotłach ani nie rozmawialiśmy z kotami.

Ej, człowiek, na miotłach to się LATA!

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Nasze miasto było niewielkie, mieszkało tu około trzydziestu tysięcy mieszkańców.

To jakie jest moje miasto, jeśli liczy tysięcy pięć? Oo'

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): czuć było zapach grilla i ognisk.

Na trzydzieści tysięcy mieszkańców tylko jeden grill? :D I skąd on wiedział, że jeden, może dwa, trzy? Oo'

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Zresztą, wszystko co robił tak wyglądało.

"wszystko, co"

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Do działania, potrzebna jest energia.

Zbędny przecinek.

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Mike krwawił, z łydki, w której mięśnie zostały rozdarte i z przedramienia, które wcześniej sam okaleczył.

Długo nad tym myślałam. Bardzo długo. Niewyobrażalnie dużo czasu straciłam na rozmyślanie nad pewnym aspektem tego zdania. Całe piętnaście sekund. Pierwszy przecinek out.

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): Przeciążenie i brak zapanowania.

"brak zapanowania" brzmi co najmniej lipnie.

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): To się zdarza. Lecz tym razem on ledwo trzymał się w pionie.
– Choć tu.

"Cho"!

(11-02-2011, 19:08)Norbiś nie lubi moich cycków napisał(a): – powiedział doktor zbliżając się i szybkim ruchem złapał go za kark.

"doktor, zbliżając"



No jeden z lepszych tekstów, które przeczytałam na PO. Tak mi się przynajmniej wydaje. Błędów kilka jest, to masz na górze. Co do fabuły. Źli, dobrzy, napad złych na dobrych... Schemat.
Do tego doktor nieco przypomina mi Xavier'a. Takie skojarzenie, wybacz. Nie mogę powiedzieć dużo, bo mało tekstu w sumie jest :)
Pisz dalej, przeczytam i wypowiem się, używając większej ilości słów.
Take my mind and take my pain
And heal




Odpowiedz
#5
Część Druga

Małe, brudne okna leniwie przepuszczały pasma promieni słonecznych. Renesansowy pałacyk otoczony z jednej strony jeziorkiem nadawał się do renowacji. Był zanieczyszczony, odarty i nadgryziony przez czas. Do ciężkich, drewnianych drzwi prowadziły dwie dróżki; jedna brukowa, łącząca pałacyk z miastem oraz wyklepana, idąca do pobliskiego parku. Był środek czerwca. Pomiędzy wielkimi drzewami, na fioletowo kwitł czteropłatkowy bez.
Rzuciłem kamieniem. Odbił się kilka razy od tafli jeziora, załamując jej gładką powierzchnie. Podniosłem drugi i patrzyłem jak poszybował. Potem trzeci…
– Martwisz się? – usłyszałem głos zza moich pleców. Odwróciłem się.
Nikt nie wie, skąd w akademii wzięła się Liliana. Od kiedy pamiętam, ona już była. Zarówno jak mnie zwerbowano, kiedy udzielono kilka lekcji i w końcu za występek wyrzucono, żebym żył i uczył się na własną rękę. Drobne, blond loki opadały jej na czoło. Nie miała urodziwej twarzy, ale ubrana w białą, krótką suknię wyglądała jak anioł. Wyjątkowo brzydki aniołek.
– Nie, Lili, nic mi nie jest. Raczej jestem zainteresowany, co z nim będzie. W życiu nie widziałem, by ktokolwiek wyczyniał takie cuda.
– Chyba Ci to już kiedyś mówiłam… Jesteś kiepski w ukrywaniu emocji – Uśmiechnęła się, obrłuciła na pięcie i odeszła.
Rzuciłem kamieniem.
Nienawidziłem ludzi empatycznych. Oczywiście, że się martwiłem. Nikt o zdrowych zmysłach nie pozwoliłby się pociąć przez grupę pseudo-doktorów. Lecz Mike byl juz nieprzytomny, gdy go przywiezli. Zabrali go na stół, badali bebechy w poszukiwaniu anomalii zarówno od ludzkiego ciała, jak i ciała magików.
Ciepłe słońce powoli zachodziło. Zapach bzu otumaniał. Ostatni raz cisnąłem kamieniem w jezioro i poszedłem w stronę budynku.
Grupa młodych osób w fartuchach zacięcie dyskutowała.
– Znalazłeś kogoś nieprzeciętnego… – usłyszałem – chodź z nami, wszystko ci wyjaśnię.
Znalazłem się w głównym gabinecie, siedząc zaraz obok zarządcy. Przed nami na fotelu spoczywał stary lekarz z krzywym nosem.
– Byłeś na pierwszym roku, zanim odszedłeś z akademii? – zapytał. Tak, odszedłem… Świetnie ukrywają, co się stało. – Wytłumaczę ci coś, czego nie zdążyłeś się nauczyć. Prawdziwa magia, dokładnie w tego słowa znaczeniu, nie istnieje. Są to normalne reakcje naszego organizmu, potrafimy wpływać na otoczenie, ale to tylko fizyka i biochemia. W każdym organizmie władającym mocą istnieje obwód. Podobny do układu krwionośnego, rozpościera się na całe ciało, dzięki niemu dochodzi do przepływu energii Tylko od genów zależy czy go dostaniemy, czy nie. Od nich też zależy jak sprawny i funkcjonalny on będzie oraz jak szybko będzie się rozwijał. Ale ten twój chłopak… On go nie używa. Ma go w stanie niefunkcjonalnym.
Chrząknął.
– A więc jak wpływa na metal? Przecież on ma zadatki na ojca!
– Ale nie jest ojcem. On kontroluje jedną z magii starszych. Telekineza, jasnowidzenie, prokineza, pirokineza i inne. Samą siłą woli wpływa na rzeczy. Co ciekawe, w całym kontynencie było ostatnio kilka takich przypadków. Grupowe przebudzenie– odpowiedział.
– Co z nim będzie? – zapytałem.
– Zarówno on, jak i ty przejdziecie trening. Chłopak jest cennym, hmm, nabytkiem. Nie możemy go stracić. A ty wrócisz do akademii, ale przyśpieszymy naukę. Razem z doktorem uznaliśmy, że będziesz poszukiwał takich jak on, lecz nie z twoimi miernymi umiejętnościami.

***

Mały, kruczowłosy dzieciak wyszedł ze sklepu z kostką sera i chlebem. Zobaczył mężczyznę ze zdeformowaną twarzą, patrzącego ponad horyzont. Był wyszydzany przez grupę czarnoskórych nastolatków.
„Smutek. Płacz”
Nic nie mógł zrobić. Gdyby był większy i silniejszy, zareagowałby. Teraz tylko spuścił wzrok i przeszedł obok, udając, że nic nie widzi. Kroczył wzdłuż ulicy szarego, amerykańskiego przedmieścia. W rogu budynku widział brudnego żebraka. Mały kubeczek leżał obok niego, a on prosił o datki.
„Głód. Jestem głodny i spragniony. Zlitujcie się.”
Chłopiec wyciągnął z torebki foliowej pół bochenka i podarował mu. Wrzucił kilka drobniaków do garnuszka. Starzec się rozpromienił. Młodzieniec poszedł przed siebie.
Nie miał domu ani rodziny. Gdy umierali, zaczął rozumieć. Słyszał ich głosy, pojął, co czuli. Ból. Strach. Spokój. Niepewność. Gdy wyszedł na korytarz szpitala, było tylko gorzej. Jeszcze więcej osób wołało.
A jednak, mimo braku majątku rodzinnego, wiodło mu się w życiu. Dziękował Bogu za to. Chodził do meczetu, będąc wdzięczny za każdy dzień.
Przeszedł obok zaułka. Wyczuł dwie prymitywne macki myślowe. Przeplatały się.
„NIE! Nie rób tego. Boje się. Nie chcę” oraz „Cicho. MILCZ SUKO! Tylko się zabawię i cię puszczę. Co ci szkodzi?”
Kruczowłosy szedł dalej. Do Boga. Do meczetu.
Wszedł do pozłacanego budynku. Zobaczył brunatne, brudne plamy. Krew. Wszędzie, niczym posoka. Gdzieniegdzie porozrzucane członki ludzkie oraz martwe ciała.
„ŚMIERŃ! Hahaha, ZABIJĘ szczyla. TERAZ.”
Rzucił się na chłopca zza filaru. Młody przejrzał. Wiedział, gdzie skoczy. Zawsze czuł emocje, ale teraz widział, co się wydarzy…

***

– Słyszałeś? Znaleźli młodego który posługiwał się empatią i jasnowidzeniem przyczynowym. Był ciężko ranny, rozpruty dosłownie. Chłopaka teraz badają, ma najprawdopodobniej moc starszych!






(28-02-2011, 17:04)Duśka wyrażająca się o moich obowiązkach napisał(a): (...)kawy nie robię, herbaty też nie, nie zmywam naczyń i nie myję podług. To robota Norbisia.


Odpowiedz
#6
Mmm... Nadal miło się czyta, ale jest masa błędów. Popraw je sam. Na pewno część znajdziesz.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Jako osoba asertywna informuję cię, że moje uczucia po nauce fizyki są negatywne i że na chwile obecną moje problemy, to głód, senność, za mało piersi i fakt, że tak szybko urwał się tekst.

Syto.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#8
Czuje, ze musze wskazac Norbiemu popelnione bledy, bo widze, ze za bardzo nikt sie do tego nie kwapi.

Pierwsza czesc skorygowala Duska, wiec ja, po lekturze pierwszej, zajme sie druga ;>

Cytat:Pomiędzy wielkimi drzewami na fioletowo kwitł czteropłatkowy bez.
przecinek po "drzewami"

Cytat:Zarówno jak mnie zwerbowano, kiedy udzielono kilka lekcji i w końcu za występek wyrzucono, żebym żył i uczył się na własną rękę.
Oj, nie, to jest do skrajnej redakcji, bo chocbym nie wiem jak sie starala, to ciezko mi wykminic sens tego zdania.

Cytat:Raczej jestem zainteresowany, co z nim będzie.
Pozbadz sie tego przecinka

Cytat:Jesteś kiepski w ukrywaniu emocji – Uśmiechnęła się, przekręciła na pięcie i odeszła
"przekręciła" zamien na "odwrocila" badz "obrocila"
Przekrecic to sie moga zwloki w trumnie :P

Cytat:Każdy o zdrowych zmysłach, nie pozwoliłby się pociąć przez grupę pseudo-doktorów.
Każdy zamien na Nikt
wyrzucilabym ten przecinek po "zmysłach"

Cytat:Lecz Mike, jak go przywieźli był już nieprzytomny.
Tu szyk lezy i kwiczy.
Moznaby to przerobic... Np na:
Lecz Mike byl juz nieprzytomny, gdy go przywiezli
itp. Mozliwosci jest sporo.

Cytat:Tylko od genów zależy, czy go dostaniemy, czy nie.
pierwszy przecinek zbedny

Cytat:Od nich też zależy, jak sprawny i funkcjonalny on będzie oraz jak szybko będzie się rozwijał.
przecinek po "zalezy" zbedny jak na moje oko.

Cytat:Grupowe przebudzenie.– odpowiedział.
zbedna kropka po "przebudzenie"

Cytat:Kroczył wzdłuż ulicy szarego, amerykańskiego przedmieścia. W rogu ulicy widział brudnego żebraka.
ulicy, ulicy – powtorzenie.

Cytat:Gdy wyszedł na korytarz szpitala było tylko gorzej.
wstawiłabym myślnik po "szpitala"

~~~~~~~~~~~~~~~
Norbi, jest ok, ale mogloby byc lepiej. Niebanalna fabula, ale.... Mnie nie porywa. Moje emocje i odczucia co do tego tekstu sa neutralne. Po prostu go przeczytalam. Musisz mnie zaskoczyc.
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
#9
(08-04-2011, 17:03)Sem napisał(a):
Cytat:Raczej jestem zainteresowany, co z nim będzie.
Pozbadz sie tego przecinka

Sorki, czy faktycznie jest on zbędny?
Na Wikipedii znalazłem przykład użycia przecinka w podobnym zdaniu:
Cytat:* Przecinek stawiamy pomiędzy zdaniami złożonymi podrzędnie, czyli między zdaniem nadrzędnym i podrzędnym, w których jest spójnik.
Jestem ciekawa, co dzisiaj się wydarzy.
Na geografii dowiedziałam się, że stolicą Portugalii jest Lizbona.
Zobaczymy, czy wygra dzisiaj Adam Małysz.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Przecinek

Oczywiście nie jestem ekspertem i mogę się mylić.

Co do fabuły – trochę mi tu trąci X-menami, ale bardzo fajnie się czyta.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Moze i nie jest zbedny, ale ja patrzylam na to pod katem tego, jak latwiej i plynniej by mi sie czytalo. I ten przecinek zaburzal mi rytm ;>
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości