Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Fere libenter homines id quid volunt credunt
#1
Specjalnie dla Yamisia [:*], żeby miał się na czym wyżyć i z kogo brechtać. Tekst, uwaga, uwaga, napisany sześć lat temu, imiona pozmieniane w 2008 roku, kiedy to postanowiłam to opublikować. Bądźcie sprawiedliwi, ale także wyrozumiali.


Cały cmentarz otulony był przez mgłę. Z upływem czasu nagrobki porastały mchem i przechylały się na różne strony coraz bardziej. Ciemna postać w czarnym płaszczu kucnęła przy jednym z nich, przetarła rękawem zakurzony napis – "Ad futuram rei memoriam ". Klęknęła na jedno kolano i spuściła głowę oddając cześć zmarłemu. Z pod kaptura wysunęły się rude loki. Na dźwięk łamanych gałęzi odwróciła szybko głowę i wstała. Stanęła przodem do miejsca, z którego doszedł ów zgrzyt.

– A więc jesteś. – Maharani zdjęła obiema rękoma kaptur i ułożyła go na swoich plecach. Jej jasno-stalowe oczy zabłysły w ciemności. Włosy opadły bezwładnie na ramiona. – Milosh Flanders... – szepnęła bardziej do siebie. – Będziesz się krył? Po co przyszedłeś?

Zza mgły wyszedł wysoki mężczyzna uśmiechając się ironicznie. Twarz miał pociągłą, kruczoczarne włosy, zaczesane lekko do tyłu sięgały mu prawie do pasa. Był bardzo dobrze zbudowany. Czarna peleryna falowała lekko na wietrze.

– Dobrze wiesz po co tu jestem.– odrzekł spokojnym, niskim głosem. – Pamiętasz Nick'a Burns'a? On już oddał to, co należy do mnie. – powiódł chłodnym wzrokiem po jej ciele.

Dziewczyna poczuła krople wody na swojej twarzy. Uśmiechnęła się lekko i bez strachu podeszła do mężczyzny. Zbliżyła swoje pełne, czerwone usta do jego warg..

– Tego chcesz? Żebym była Twoja? – pocałowała go mocno po czym zrobiła krok do tyłu. – A co będę z tego miała?

Milosh nie mógł dostrzec w jej oczach strachu. 'Co się z nią stało? Aż tak zmieniła się przez ostatnie sto lat?' – pomyślał.

– Chce tego, czego oczekiwałem przed pojawieniem się Nick'a. Mogę zaoferować bardzo dużo. Tylko chodź ze mną. – wyciągnął rękę.

Rudowłosa ścisnęła ją. Wiedziała, że Milosh nic jej nie zrobi. Zdawała sobie sprawę z tego, że był jednym z najbardziej bezwzględnych wampirów, których kiedykolwiek spotkała. Ale nie bała się go. Pragnął jej ciała i bliskości. Pragnął zdobyć medalion, który spoczywał w rękach jej klanu od bardzo dawna. Teraz miała go ona, jako ostatni jego członek. Milosh jednak o tym nie wiedział. Nie przeczuwał, że klucz będzie w rękach kruchej, rudowłosej dziewczyny.

– Najpierw muszę to zostawić – spod płaszcza wyciągnęła bordową, prawie czarną różę. – Poczekasz? – Brunet kiwnął głową. Odwróciła się i przeszła kawałek zatrzymując się przy nagrobku. Kucnęła i położyła delikatnie różę na ziemi. – Spoczywaj w pokoju, przyjacielu.

Maharani podniosła się delikatnie po czym poprawiła długą, czarną i postrzępioną u dołu suknię. Przez głowę przemknęła jej myśl. Jeszcze tej nocy, musi dać komuś nieśmiertelność. Znaleźć swojego następcę. Spojrzała na mężczyznę czekającego na niąi przeniosła wzrok na niebo. Dziś już nie zdąży. Przez chwile patrzyła na ledwo widoczny księżyc. Była pełnia.

– Milosh? – zapytała nadal wpatrując się w zachmurzone niebo
– Tak? – Mężczyzna zarzucił kaptur na głowę czując, że zaraz zacznie padać deszcz. Zawiał mocny wiatr. Dziewczyna zadrżała z zimna i zrobiła to samo co brunet, chowając dokładnie loki.
– Zaczyna padać. – zamilkła na chwilę – Będę mogła zobaczyć się z Nick'iem? – przeniosła wzrok na Milosh'a. Jej oczy wyrażały obojętność, lecz w środku cała dygotała. Nick był jej przyjacielem a jednocześnie jednym z tych, którzy zdradzili jej klan. To w dużej mierze on jest winien śmierci wszystkich niewinnych, w tym Claudius'a – chłopaka o nieskazitelnej duszy i twarzy dziecka. Delikatnego śmiertelnika. Rudowłosa spojrzała na grób przygryzając lekko wargę. – Przepraszam, że Cię w to wplątałam. – szepnęła bardziej do siebie.
– Jeśli chcesz. Niestety, nie jest w najlepszym stanie. Nie chciał oddać swojego klucza.
– Nie obchodzi mnie to. Chcę go tylko o coś spytać. – oczy dziewczyny nabrały wyrazu, zrobiły się ciemniejsze tak, jakby wpadała w furię. – Jest zdrajcą!

'Uspokój się!' – warknęła na siebie w myślach, a jej oczy powróciły do naturalnego koloru.

– Więc masz klucz, którym otwiera się medalion tak?
– Oczywiście. – odparł. Z nieba lunął deszcz. Krople wody odbijały się od ich ciał. Pojedyncze strugi spływały po pelerynach. Deszcz rozrzedził mgłę, ale jeszcze bardziej ograniczył widoczność. – Powinniśmy się zbierać. – ruszył ścieżką w stronę ogrodzenia. Kobieta lekkim krokiem podążała za nim. Spuściła głowę w dół. Nie chciała, aby woda spływała po jej twarzy. Nie lubiła tego uczucia.

Usłyszała otwieranie drzwi od samochodu. Spojrzała na nowego kompana. Wprawdzie nie ufała mu, ale musiała znaleźć kogoś, kto byłby jej towarzyszem. Przynajmniej na razie. W niedalekiej przyszłości, najwyżej za 3 dni, będzie miała podopiecznego. Wtedy Milosh nie będzie jej potrzebny. Wsiadła do pojazdu.

– Jak to się stało, że nikt nie słyszał o Tobie od prawie wieku? I dlaczego przez minione lata nie znalazłaś sobie następcy? – Mężczyzna jakby czytał w jej myślach.
– Musiałam być sama... Musiałam nad czymś pomyśleć. Wychodziłam tylko na polowanie. Pewnie zastanawiasz się, gdzie przebywałam? W starej posiadłości Visengrott'ów. Dawnej siedziby mojego rodu, Czarnej Róży. – Milosh kiwnął głową na znak, że rozumie. Dziewczyna oparła czoło o szybę samochodu. Po kilku minutach zasnęła.

Obudziło ją hamowanie samochodu. Otworzyła oczy i mrugnęła kilka razy. Rozejrzała się po posiadłości. Wszędzie , nie licząc dróżki która przyjechali, rosły drzewa owocowe. Wiśnie, jabłonie. O tej porze roku wyglądały dość strasznie. Przed nimi stał wielki, drewniany budynek. Na wszystkich oknach wisiały zasłonki w obawie przed nadejściem słońca. Deszcz nadal siąpił.

– Wyjdź. Nie długo nadejdzie dzień. Lepiej być w domu. – Brunet otworzył jej drzwi i wyciągnął do niej dłoń. – Chodź. – Jego zroszone deszczem włosy lśniły w nikłym świetle chowającego się już księżyca. Maharani ujęła jego dłoń i wysiadła. Okryła się szczelniej peleryną. Noc była bardzo zimna. Milosh objął ją ramieniem i przytulił ją do swojego torsu. Nie broniła się. Wiedziała, że może wyjść jej to na dobre. A może tylko tak sobie tłumaczyła? Może tak naprawdę jest coś co ją w nim pociąga?

Maharani siedziała otulona kocem na fotelu patrząc na ciemne zasłony. Chociaż było już południe, nadal nie mogła spać.

' Nie zdradzę Czarnej Róży. Jestem im coś winna... Sama przedłużę ród. Teraz ja zostałam Lordem. Poradzę sobie? Potrzebuję wampirów. Może kilku renegatów przejdzie na moją stronę... Nowi będą musieli się wszystkiego nauczyć'

– Maharani. Zapomniałaś o osłonie. Sto lat w samotności troszkę ci zaszkodziło. Nie kazałem Ci zdradzać. Radzę Ci się przespać jeśli naprawdę chcesz ich werbować. – westchnął Milosh.
– Cały czas mnie czytałeś? – zapytała zaskoczona podnosząc się z fotela.
– Nie. Dopiero się przebudziłem. – podszedł do niej i pocałował ją w czoło. – Prześpij się, kochanie. Pomogę ci. Ale ty pomorzesz mnie. – wyszedł z pomieszczenia.

Maharani znów usiadła w fotelu, okryła się kocem i szybko zasnęła.

***

Kiedy zobaczyła oczy młodzieńca wydawały jej się bardzo znajome. Jego smutna, dziecięca twarz oświetlona była przenikliwym, zduszonym blaskiem księżyca. Blond włosy rozrzucone były w nieładzie na jego ramionach, krótka grzywka falowała na wietrze. Maharani przyglądała mu się uważnie z dachu budynku. Bardzo wyraźnie czuła jego lęk, strach i żal.

'Jest dobrym materiałem na wampira. Wyczuwalna niechęć do życia. Trzeba spróbować'. Pomyślała, dbając o całkowitą ochronę myśli w obawie przed bliskością Milosha. Zeskoczyła zatrzymując się kilka centymetrów nad ziemią i opadła bezgłośnie. Wolnym krokiem zaczęła iść w stronę młodzieńca. Po ciemnej uliczce miasta rozlegał się tylko stukot jej obcasów.'

– Co taki młody człowiek jak ty, robi w środku nocy, sam, w odludnej uliczce brudnego miasta? – zapytała stając naprzeciw niego. Jej długi, czarny, rozpięty płaszcz drgnął pod wpływem ruchu jej ręki.
– Szukam świeżej, ludzkiej krwi – zadrwił chłopak nawet na nią nie patrząc.
– Nadajesz się. – odparła z uśmiechem. ' Pyskaty, pewny siebie i niezłamany? Taki jesteś? Zobaczymy' dodała w myślach.
– Nadaję do czego? – burknął z małym zainteresowaniem obracając twarz ku niej. – Laska, niezła jesteś, to fakt. Ale w tym momencie nie mam ochoty na żadne zabawy.
– Dzieciaku – zaśmiała się – To nie żadna zabawa – spoważniała – Nadajesz się do społeczności Dzieci Nocy.
– Dzieci czego? – spojrzał na nią z politowaniem i wstał. – Słuchaj. Mam dość swoich problemów. Nie mam zamiaru przynależeć do jakiejś tam podrzędnej sekty. Nie zdzierżę reguł, nakazów, zasad nie do złamania. Ciągłej dyscypliny. – prychnął. – Nie będę żył jak w wojsku – odwrócił się i równym krokiem począł iść w stronę skrzyżowania.
– Radziłabym Ci nie odchodzić, rekrucie. – siłą woli nakazała mu stanąć i odwrócić się. Spojrzał na nią zaskoczony, nie mogąc wydusić słowa. – Dzieci Nocy to nie żadna sekta. Dzieci Nocy to wyzwolone istoty. Ludzie, którzy przebudzili się do życia nocą. Ludzie, którzy stali się wampirami. – uśmiechnęła się drwiąco. – Nie czytasz książek? Nie oglądałeś Dracculi? – żasmiała się. – Jeden cios, jednorazowy ból. 3 dni błogiego snu. Czas, w którym twój organizm zaakceptuje symbiont. A potem... Potem zostaje ci już nieśmiertelność. Błoga i radosna. Brak bólu i cierpienia. Brak przyjaciół, którzy zdradzają. – czytała mu w myślach – brak rutyny. Tutaj nie ma ojców alkoholików, matek porzucających dzieci. Nie ma strachu. Reguły są, ale łatwe i przyjemne. Wracając do ludzi... Ludzie nie wierzą w nasze istnienie i nie są naszym pokarmem – rzuciła w jego stronę plastikowy pojemnik z krwią – Żywimy się czystą, nieskażoną krwią. – uśmiechnęła się w duchu i puściła chłopaka. Upadł na kolana oddychając ciężko. Spojrzał na nią z narastającym zaciekawieniem – Ile ty właściwie masz lat... Nathaniel'u?
– Skąd znasz... – zamilkł wpatrzony w jej wzrok. Nie zadawaj zbędnych pytań, mówiły jej oczy. – 19...
– Bardzo dobrze... Zgadzasz się? – odpoczątku wiedziała, że jest jej. 'Będzie trudny, ale da się go wychować. Tylko zgrywa twardego.'. Przemknęło jej przez myśl.
– Tak – odparł szybko, a jego błękitne oczy zaiskrzyły porządaniem, rządzą wiedzy i nadzieją na nowe, lepsze życie. Maharani podeszła do niego powoli, ciągle się uśmiechając. Przejechała dłonią po jego szyi. Jego delikatna skóra aż prosiła się o ugryzienie. Jednym, szybkim ruchem wyjęła sztylet i wbiła go energicznie w ciało nastolatka. Usłyszała cichy jęk. Zabiła go. Jego bezwładne ciało opadło na zimny asfalt. Kobieta klęknęła na jedno kolano, jednocześnie rozcinając nadgarstek. Z żyły pociekła jej stróżka krwi.

– Pij chłopcze... Od tej pory nazywasz się... Vesper – przypomniało jej się imię z jednej z ludzkich książek. – Obudź się dla nocy – zacisnęła pięść nad jego rozwartymi wargami. Kilka kropel jej gęstej krwi opadło na jego usta. Większość jednak trafiła, plamiąc jego język. Spłynęła powoli przez gardło. – A teraz śpij. Będę czekać... – Poderwała się razem z ciałem i skacząc po budynkach wróciła do domu Milosh'a.

Take my mind and take my pain
And heal




Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:– Dobrze wiesz po co tu jestem.– odrzekł spokojnym, niskim głosem. – Pamiętasz Nick'a Burns'a? On już oddał to, co należy do mnie. – powiódł chłodnym wzrokiem po jej ciele.

Fragment od początku tekstu, kończąc na tym zdaniu... jest genialny. Nadając temu wstępowi nowego życia, trochę go tuningując i przede wszystkim zmieniając resztę tekstu z tematyki wampirów i miłości na ezoterykę i sekciarstwo praca byłaby skazana na sukces. Osiągnął bowiem to co najważniejsze – zaciekawił mnie. I to nie byle MNIE. Zaciekawił czytelnika wybrednego, który przekreśla większość tekstów, bo po prostu mają tani i nudny wstęp. Wczułem się. Po prostu. Kupuję to, jestem na tak, 10/10. Geniusz prostoty. Interesujący początek ponad wszystkie triki językowe, baśniowe opisy i dziesiątki kartek prologu.

TAK MA BYĆ ! Tak ma właśnie być, pisarze! To jest, kurde, coś, co tracimy, im bardziej się przykładamy. Prostotę. A zamiast tego zasypujemy czytelnika topornymi wstępami.

TAK MA KURDE BYĆ! Proste wstępy! Zainteresować! Kupić czytelnika!

@Edit
Aha. No. A cała reszta do chrzanu.
Lubię Tytanica. Moim ulubionym bohaterem była góra lodowa.
Odpowiedz
#3
Zgodnie z poprawką do regulaminu Art. 2, Pkt. 15, z mocą nadaną mi przez Admina, przesuwam temat do Kosza.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości